Jakiś czas temu, dzień mianowania
Narcyz schował pysk w futrze Niedźwiedziówki. Pora Nagich Liści nie należała do łaskawych — wiatr nie przestawał wyć za ścianami legowiska i chłód, mimo szczelnej zabudowy schronienia, przedzierał się do środka. Matula zapewniała Narcyza, że niedługo nadejdzie ciepło, ale nie powstrzymało go to przed narzekaniem na zimną porę — skoro niedługo miał rozpocząć szkolenie, to chciał, żeby było ciepło.
Niedźwiedziówka kończyła właśnie porządkowanie jego sierści; ostatnie ruchy językiem, słodkie słowa (musiała go bardzo kochać!), i po chwili szedł już za rodzeństwem na środek obozu. Ziemia była wilgotna, trawa brzydka i przegniła. Okropieństwo. Trochę się wlókł, wywracał oczyma i skarżył matuli, ale nie wydawała się zaangażowana w jego wywody. Ba, uważniejsze oko dostrzegłoby delikatnie drgający ogon i przymrużone oczy, świadczące raczej o poirytowaniu. Nie, żeby Narcyz się tym przejmował (albo to zauważał).
Gdy Werwa, idąca nieco przed nim, zatrzymała się, omal na nią nie wpadł — uśmiechnął się z politowaniem w stronę siostry, po czym skrzywił się. Przeniósł wzrok na mównicę lidera, na której dawno stała już Mandarynkowa Gwiazda. Rozpoczęła przemówienie kilkoma słowami wstępu, potem strzepnęła ogonem i zerknęła na niego — a może na Werwę, która siedziała przed nim (i swoim wielkim zadem zasłaniała mu połowę widoku!). Kasztanek siedział nieco dalej od nich. Ten to dopiero był dziwny.
Możliwe, że Narcyz trochę się zamyślił, bo po chwili Mandarynkowa Gwiazda wymawiała już jego imię:
— Narcyzie, ukończyłeś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś został uczniem. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika, nazywać się będziesz Narcyzowa Łapa. Twoim mentorem zostanie Lśniąca Ikra. Mam nadzieję, że przekaże ci całą swoją wiedzę.
Następnie zwróciła się do wojownika i zanim Narcyz zdążył się zorientować, ktoś popchnął go do przodu; nieco niezgrabnie zetknął się nosami z kocurem, po czym przycupnął przy jego boku.
Chciał od razu pobiec do mamy, ale nie mógł już wypatrzyć jej w tłumie — zerknął więc ukradkiem na nowego mentora; zaraz jednak odwrócił wzrok, gdy dostrzegł spojrzenie starszego.
— Narcyzie — zaczął ze spokojem. — Jutro oprowadzę cię po terenach Klanu Nocy i rozpoczniemy szkolenie, a póki co możesz udać się do rodziny. Nabierz sił i wyśpij się porządnie, żebyś jutro był gotowy do pracy.
Kocurek pokiwał łebkiem, ale nie był w stanie ukryć grymasu, który pojawił się na jego mordce na słowa “praca”. Leżenie w żłobku brzmiało znacznie przyjemniej. Zmrużył oczy, jednak nic już nie odpowiedział — zamiast tego podniósł się z ziemi i ruszył w stronę mamy oraz rodzeństwa.
─── ⋆⋅ ☾⋅⋆ ───
Nieboskłon malował się jasnymi, porannymi barwami — języki pomarańczy i czerwieni przeplatały się, aby po chwili ustąpić błękitowi, wraz ze słońcem wznoszącemu się na niebo.
Narcyzowa Łapa przez chwilę przyglądał się wschodowi słońca; do czasu, aż Lśniąca Ikra oznajmił, że wyruszają na pierwszy trening. Opuścili koczowisko, ruszając przez piaszczyste wybrzeże do mętnej tafli wody.
Narcyz zmrużył oczy. Nawet z oddali mógł stwierdzić, że było dość głęboko. No i, że nie ma ochoty tam włazić. Dreszcz przebiegł mu przez kręgosłup.
Lśniąca Ikra najwidoczniej dostrzegł jego wahanie, bo zatrzymał się tuż przy mulistym brzegu i spojrzał na niego przez ramię.
— Boisz się?
Grymas wykrzywił pysk Narcyza.
— Oczywiście, że nie! — żachnął się, strzepując ogonem.
Mentor chyba nie był szczególnie przekonany; posłał mu wymowne spojrzenie i zmarszczył brwi, ale nie drążył tematu.
— No, to wskakuj do wody — polecił, wskazując ogonem na mętną taflę. A potem, chyba tak na wszelki wypadek, dodał jeszcze:
— Będę cię asekurować.
Zawahał się. Nurt pewnie był silny, a kolejne wybrzeże wydawało się być kawałek stąd… Nerwowo przeciął ogonem powietrze. Chciał iść do domu… Wreszcie, pod naglącym spojrzeniem Ikry, zanurzył łapy w chłodnej cieczy. Mógł teraz poczuć, jak serce wali mu w klatce piersiowej, a oddech przyspiesza.
Zza jego pleców dobiegło głośne westchnienie.
Lśniąca Ikra spoglądał na coś ponad głową Narcyza, zanim przeniósł wzrok z powrotem na niego.
— Dalej, Narcyzowa Łapo, nie mamy całego dnia. Twoje rodzeństwo na pewno już dawno zwiedziło przynajmniej sporą część terenów. Jeśli się boisz to po prostu…
— Nie boję się!
— Boisz.
— Nieprawda!
Wojownik westchnął przeciągle i zmrużył oczy.
— No dobrze, w takim razie chodźmy już. Tylko ostrożnie. — I nie czekając na odpowiedź, zszedł z błotnistego wybrzeża; teraz woda dosięgała mu niemal do brody, ale uczeń mógłby przysiąc, że jego łapy nie dotykały dna. Przerażające.
Ostatnie, tęskne spojrzenie na obóz za nim, po czym drżącymi łapami odepchnął się od brzegu i… omal nie zachłysnął się wodą, gdy grunt pod jego nogami nagle rozpłynął się w powietrze (gwoli ścisłości: po prostu nie uważał). Jego pysk znalazł się pod wodą. W panice zaczął wierzgać łapami, próbując wypłynąć na powierzchnię; w tej samej chwili czyjeś szczęki zacisnęły się na jego karku i jednym, zdecydowanym ruchem wyłowiły go z wody.
Otworzył pysk, biorąc gwałtowny haust powietrza (i przy okazji zachłysnął się wodą).
— Mówiłem, żebyś uważał… — wymamrotał Lśniąca Ikra (wciąż jednak nie puścił Narcyza, ale wyglądał, jakby miał dość).
— Nie moja wina! — zaprotestował młodziak, co spotkało się ze srogim spojrzeniem mentora.
— No już, już, zamknij się — zganił go. — I, na litość Klanu Gwiazdy, zacznij poruszać tymi łapami! To wcale nie jest takie ciężkie.
Kocurek jęknął, ale nie zdołał już wymyślić żadnej uszczypliwej odpowiedzi, bo Ikra poluzował uścisk na jego skórze i rzeczywiście musiał zacząć pływać (a przynajmniej próbować, jeśli nie chciał znowu zanurzyć pysku pod wodą).
— Wyprostuj grzbiet, unieś wyżej brodę — polecił Ikra, wciąż uważnie obserwując ucznia. — Miarowo przebieraj łapami, powoli… Uspokój się trochę, nie utopisz się. I oddychaj.
Łatwo mu było mówić! Narcyz chciał rzucić jakimś złośliwym komentarzem, ale za bardzo zmęczył się próbą pływania, żeby w ogóle się odezwać (no i bał się, że zachłyśnie się wodą, gdy tylko otworzy pysk). W ten sposób przepłynął z Lśniącą Ikrą połowę drogi, a wkrótce udało im się dostać na drugi brzeg.
Z walącym sercem Narcyz wygramolił się na wybrzeże i rzucił na trawę, zataczając się dramatycznie. Trening dopiero co się zaczął, a on już tego nienawidził. Naprawdę musiał pływać tak codziennie?
Mentor nachylił się nad nim, marszcząc brwi.
— Jeśli masz jeszcze trochę siły, to idziemy dalej.
Narcyz niechętnie podniósł się na równe łapy. Może i nie zmęczył się tak bardzo, ale na pewno najadł się strachu. Nigdy więcej nie miał zamiaru pływać… Obserwował spode łba, jak mentor wymija go i rusza przed siebie, a po chwili zrównał z nim kroku. Nawet, jeśli był irytujący, to musiał przyznać, że wyławianie kotów z rzeki szło mu całkiem dobrze.
─── ⋆⋅ ☾⋅⋆ ───
Nagłe pacnięcie w łebek wytrąciło go z rozmyślań.
— Słuchasz mnie, Narcyzie? — Ikra zmarszczył brwi. — Możesz iść odpocząć.
Oh. Wyprostował się, wgapiając w mentora. Gdzie miał teraz iść? Znaczy, był wyczerpany, mógł się przespać, ale… nie lubił być sam. Zamrugał kilka razy, po czym uśmiechnął się krzywo.
— No tak — rzucił pośpiesznie, a następnie wstał i ruszył przed siebie, w głąb koczowiska.
Może po prostu pójdzie do mamy? Na pewno ucieszy się, gdy opowie jej o tym, jak minął mu dzień! Tak, to dobry pomysł. Strzepnął ogonem i rozejrzał się; kocica stała nieopodal stosu ze zwierzyną. Może z kimś rozmawiała, może nie; nieważne, i tak z chęcią go wysłucha. Stanął tuż przy jej boku, podnosząc podbródek, aby spojrzeć na jej pysk. Wciąż nie był zbyt wysoki… pewnie musiał jeszcze poczekać.
— Mamo. — Pociągnął za spływające jej z grzbietu futro i uśmiechnął się elegancko. — Prawie się dzisiaj utopiłem.
<No co tam, mamusiu? Wink>
[1257 słów + trening pływania]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz