BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mróz x Mirabelka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mróz x Mirabelka. Pokaż wszystkie posty

29 grudnia 2024

Od Mrozu CD. Mirabelki

 Nie był przygotowany na ten widok. Poczuł jak każda część jego ciała zamiera. Jak serce przyśpiesza, a zapach krwi łaskocze go w podniebienie powodując skręt w żołądku. Wrzask Skrzypu rozszarpywanego przez psa, chrzęst kości, na powrót rozległ się w jego głowie. Ta sytuacja była do tej bardzo podobna. Nie wytrzymał. Może i starał się być silny, ale w takiej sytuacji ciało go zawiodło. Odbiegł na bok i zwymiotował, z trudem łapiąc oddech. Dlaczego to się działo? Czemu Wszechmatka kalała jego święty wzrok czymś tak okrutnym? Wiedział, że powinien pomóc Mirabelce. Trzeba było zanieść Kruchą do obozu, lecz podejście do prawieże martwej kotki napawało go lękiem. Nie. Nie da rady. Nie zrobi tego! 
Nawet jeśli to ocali jej życie? Czyż nie powinien być zbawcą skoro bogini wybrała go na swego wybrańca? Jak teraz jawił się w jej oczach, gdy tak drżał w kałuży wymiocin? To było żałosne. 
Wziął głębszy oddech. Słyszał jak mentorka wylewała łzy. Nawet i ją ogarnęła słabość. To co działo się ostatnio w Owocowym Lesie zakrawało o horror. Samo wyjście z obozu mogło skończyć się dla każdego z nich przykrym widokiem. Cokolwiek na nich polowało nie spocznie póki nie umrą. Może to kara? W końcu Daglezjowa Igła bardzo źle zarządzała ich społecznością. Może Wszechmatka ich opuściła? 
Nie! Nie, nie. Przynajmniej nie jego. Czuł jej opiekuńcze ramiona nawet w tej chwili. W końcu żył, nieważne jak bardzo niebezpieczne rzeczy wykonywał. Nie umrze. Nie umrze nawet jeśli będzie zmuszony targać trupa do obozu. 
Pełen nowej energii wrócił do Mirabelki. Jedno spojrzenie na Kruchą na powrót spowodowało, że jego ciałem wstrząsnęły torsje. Nie da rady! Nie da rady! Ach, jak on pragnął, aby kto inny się tym zajął! 
— Mirabelko — rzekł słabo, czując jak oddech na powrót mu przyśpiesza. Musiał usiąść, lecz i to nie pomogło mu dojść do siebie. Smród gryzł go w nos, a świat zaczął się rozmazywać. — Ja chyba nie dam rady. To za wiele. 
Kotka spojrzała na niego spanikowana. 
— Nie, nie, nie! Spokojnie, spokojnie. Oddychaj — złapała go za policzki, by unieść jego łeb w górę. 
Krew na jej łapach przylgnęła do jego sierści. Poczuł jak maź spływa w dół... 
Posłał jej lekki uśmiech, który był ostatnim aktem jego niepoczytalności, a następnie zalała go ciemność. 

***

Ocknął się i pierwsze co zobaczył to pysk martwej kotki. Wrzasnął przeraźliwie, podrywając się na łapy, wręcz wyskakując z posłania. Odgłos rozbudził Świergot, która prawieże już smacznie spała. Mróz od razu dopadł do niej, chowając się pod jej łapy, dygocząc niczym liść na wietrze. 
— Dlaczego znowu ja?! Nie chcę tego! Nie chcę! Mamo! — Spojrzał na nią ze łzami w oczach. — Czemu jej nie wywaliliście gdzieś! — Wskazał na ciało z pretensją w głosie. 
— Co? — Kotka zamrugała zdumiona. — Ona jeszcze żyje, Mrozie — uspokoiła go, otulając go swym ogonem. 
Żyła? No nie wydawało mu się. Zdecydowanie dla niego wyglądała na martwą! Wtulił się bardziej w jej sierść. Jej ciepło powoli dodawało mu otuchy i ukojenia. Teraz, kiedy jego umysł działał nieco sprawniej rzeczywiście dostrzegał, że Krucha była opatulona pajęczynami. Mama najwidoczniej robiła co w swojej mocy, aby ocalić jej życie. Zrobiło mu się aż głupio, gdy przypomniał sobie swoje słowa. Nie powinien tak myśleć, ale strach przeważył nad rozsądkiem. 
— A gdzie Mirabelka? — rozejrzał się za mentorką. — Była ze mną! Może potrzebować pomocy! — Zaczął rozglądać się po legowisku jakby z nadzieją, że też leżała tu nieprzytomna. 
— Przyprowadziła ciebie wraz z patrolem. Usłyszeli jej krzyki o pomoc. Nic jej nie jest... 
Ach tak? Czyli nie zemdlała zaraz po nim, a zachowała się niczym prawdziwy wojownik i zaczęła szukać pomocy? Chociaż nie... wojownik by nie krzyczał o pomoc, wojownik wziąłby ich obu na grzbiet i ruszył niestrudzenie do obozu. 
Westchnął ciężko. Jak dobrze, że nim nie był. Sądził, że zwiadowcy mieli lepsze perspektywy, ale nawet i ta ranga powodowała, że musiał stawać oko w oko ze śmiercią. 
— Mirabelka? — Zauważył kształt, który nagle pojawił się w środku. Uśmiechnął się szeroko i podbiegł do kotki, przytulając się do niej. — Mama już mówiła, że żyjesz, ale dobrze jest to zobaczyć na własne oczy. Już dobrze. Krucha z tego wyjdzie, zobaczysz. Powie nam potem kto jej to zrobił, prawda? — rzucił okiem w kierunku Świergot, ale jej nietęga mina pozostawiała wiele do życzenia.

<Mirabelko?>

[688 słów]

[przyznano 14%]

28 grudnia 2024

Od Mirabelki cd. Mrozu

Z uniesionymi brwiami obserwowała, jak jej uczeń z determinacją pnie się w górę drzewa.
Zlecając mu to zadanie, nie podejrzewała nawet, że Mrozowi rzeczywiście uda się wspiąć na wyznaczone miejsce. Miała jedynie na celu udowodnienie wcześniej postawionej tezy o ważności treningów teoretycznych, poprzez pokazanie mu, że się myli. A mu mimo tego wszystkiego… się udało.
Musiała przyznać, że była pod wrażeniem. Naprawdę był w tym dobry! Mimo początkowych trudności, jego predyspozycje były zauważalne. Utrzymywał w miarę prawidłową pozycję, nie odchylał się od drzewa na tyle, żeby z niego spaść, ale także nie przywierał do niego za mocno, by nie móc poruszyć się dalej.
Wystarczy tylko wykrzesać z młodzika ten potencjał i nauczyć go większego zaufania do niej, a już zaraz będzie śmigał po drzewach jak pełnoprawny zwiadowca.
— Mentorko? Bo ja chyba utknąłem — powiadomił, podczas podjęcia się próby zejścia.
Uniosła podbródek.
— No i widzisz, właśnie dlatego potrzebna jest nam także wiedza teoretyczna — odpowiedziała, mimo dumy, nie marnując okazji, żeby mu to wytknąć. — Gdybyś tylko pozwolił mi ją przekazać wcześniej, to teraz doskonale wiedziałbyś, co masz robić.
— Ble, ble, ble. — Przewrócił oczami. — Zamiast gadać, pomóż mi zejść!
Mirabelka prychnęła cicho. Kiedyś będzie trzeba naprostować tego gagatka.
Dokonała szybkiej analizy sytuacji.
Uczniowi widocznie drżały łapy z wysiłku, co sprawiało, że dalsze praktyka mogła okazać się dla niego niebezpieczna. Miał oczywiście szansę sobie poradzić, ale nie warto było ryzykować upadkiem.
Wspięła się więc odrobinę wyżej i złapała go za kark, eliminując taką możliwość. Mimo niezadowolonych pisków arlekina sprawnie zeszła z drzewa, po czym posadziła go na ziemi.
— Proszę, resztę wskazówek mogę ci przekazać słownie.
— No dobra... — burknął pod nosem, otrzepując się z kurzu. — To mów jak musisz.
Uśmiechnęła się z satysfakcją. No, nareszcie.
— Więc, co do drzew, to z samym wspięciem się na górę raczej nie ma większych problemów. Ważne, żebyś ostrożnie stawiał łapy i zawsze wbijał pazury głęboko w korę. Im bliżej przylgniesz drzewa, tym samym nie blokując sobie możliwości poruszania się, tym lepiej. Zbytnie odchylanie się, czy nawet mała nieuwaga mogą skutkować upadkiem, który w skrajnych okolicznościach może skończyć się poważnymi uszkodzeniami ciała — wyjaśniła, cały czas upewniając się, że ją słucha. — Masz co do tego jakieś pytania?
— Nie. Przecież widziałaś, że wspiąłem się na górę. A upadek mi nie grozi, bo czuwa nade mną Wszechmatka. — Kocurek zadarł dumnie łeb.
Tortie skrzywiła się wewnętrznie. Rozumiała, że Świergot tak twierdziła o swoich potomkach, ale to nie mogło działać w taki sposób, prawda? Przecież świat duchowy nie ingerował w świat materialny w miarę możliwości, a na pewno nie w aż takim stopniu. Tylko jak miała wytłumaczyć to młodszemu w zrozumiały sposób? Oraz taki, aby specjalnie nie zaczął ryzykować, byleby coś jej udowodnić...
— No rozumiem, ale Wszechmatka musi obserwować wiele kotów naraz, wieloma sprawami się zajmować — wytłumaczyła ostrożnie. — Więc to dobrze, że nad tobą czuwa, ale lepiej specjalnie się nie nadstawiać. Nie ma sensu niepotrzebnie dodawać jej nowe obowiązki, lepiej być ostrożnym.
— No... w sumie ma pani rację. Ale ja jestem dla niej i tak najważniejszy, bo jestem jej wybrańcem! — odrzekł mimo wszystko.
Kotka zastrzygła uchem, myśląc, jak do tego podejść.
— No dobrze, ale uważaj na siebie, tak? — Spojrzała na niego, oczekując potwierdzenia. Nie mogła odpuścić tak kluczowej kwestii.
— Dobrze. Nie musisz się tak o mnie martwić. Jestem już duży.
Wąsy zadrgały jej z rozbawienia.
— Okej, to teraz przejdziemy do teorii schodzenia z drzew — postanowiła. — Więc mimo tego, że intuicyjnie masz ochotę zejść przodem do ziemi... najbezpieczniej jest schodzić z drzewa tyłem, tak jak ja to zrobiłam. Należy po prostu rozważnie i precyzyjnie stawiać łapy w odpowiednich miejscach. Twoje pole widzenia jest ograniczone, dlatego musisz zaufać reszcie swoich zmysłów.
— Aha... tyłem... no dobra... mogę spróbować? — zapytał, już podchodząc do drzewa, gotowy na kolejne wyzwanie.
— No nie wiem, do szóstego księżyca nie powinieneś wykonywać ćwiczeń fizycznych, bo twoje łapki jeszcze nie są na tak silne… — Spojrzała mu prosto w oczy. Żółte ślepia pokazały jej natomiast tylko jedno: nie będzie chciał odpuścić. Westchnęła zirytowana. — Oj, no dobra! Ale potem słuchasz mnie uważnie, gdy będę ci musiała jeszcze kilka lekcji teoretycznych poprowadzić! — Podeszła do drzewa, przygotowując się na asekurację. Miała zamiar i tak ściągnąć go z wysokości, jeśli uzna, że coś mu zagraża.
— Nic mi nie będzie — miauknął, a następnie wskoczył na korę, stękając i wspinając się ponownie. — Jak nie zasnę, to zgoda — wysapał, na co mentorka miała ochotę tylko popukać mu w ten buntowniczy łebek.
Po pomyślnym wdrapaniu się na górę obserwowała, jak niebieski schodzi z lekkim podziwem. Nie spodziewała się, że w tak młodym wieku można było sobie na tyle dobrze poradzić z tym zadaniem. Cóż, najwidoczniej pozostało jej wciąż wiele do odkrycia. A coś miała przeczucie, że ten łobuziak w szczególności jeszcze nie raz ją zaskoczy.

***

Wracała ze zgromadzenia, bijąc ogonem na boki. Pierwsze spotkanie od ucieczki z Gracją, zamiast dać zwiadowczyni ulgę, przyniosło jej tylko więcej frustracji. Za kogo ona się w końcu uważała, żeby po tym wszystkim, co sama odwaliła, to swoją siostrę od razu oskarżać o najgorsze? To zwyczajnie było przykre. Całe obserwowanie jak się jej w głowie poprzewracało. Zresztą, od kiedy w ogóle ona zrobiła się taka rodzinna? Nimi jakoś nigdy się nie przejęła, a tu nagle na taką obrończynię pozorowała. Cóż, najwidoczniej należało się po prostu pogodzić z tym, że oni stanowili ten gorszy sort krewnych. Sort, który nie powinien dłużej istnieć, bo przez to Gracja czuła się niekomfortowo, więc nie należała im się choćby garstka empatii.
Ech. Przynajmniej jej siostrzeniec wydawał się naprawdę fajny. Przyjazny, kontaktowy, żywo zainteresowany poznaniem swoich korzeni i rodziny z Owocowego Lasu. Mirabelka miała nadzieję, że uda się jej jeszcze z nim porozmawiać, a w szczególności przedstawić mu babcię oraz resztę wujostwa. Wystarczyło jedynie, żeby jego matka ze strachu nie próbowała zamknąć go w obozie, więc istniała jakaś szansa. Nie za wielka, ale zawsze lepsza niż żadna.
Jej wzrok samowolnie wędrował po powrotnej grupie kotów, dopóki nie zatrzymał się na… Mrozie. A, no właśnie. Pierwszą osobą, która przysporzyła zwiadowczyni nerwów tego wieczoru, był nie kto inny, a on!
Podeszła do swojego ucznia, nie ukrywając bijącego od niej niezadowolenia.
Musiała go jeszcze raz upomnieć za to, co dzisiaj wyprawiał, bo miała wrażenie, że wcześniejszym razem coś do niego nie dotarło. I wszystko to na jego pierwszym zgromadzeniu!
— Co to miało być? — syknęła cicho, wbijając w niego wymowne spojrzenie.
— Ale co? — odpowiedział natychmiast, strosząc się w defensywie. — Ona sama zaczęła! Chciała się ze mną bić, a ja zaatakowałem ją pierwszy! Zrobiłem to dla Owocowego Lasu!
Mentorka strzepnęła uchem, już przekonana, że współpraca z nim w tym temacie będzie ciężka.
— Doceniam intencje, ale nie możesz tak łatwo wplątywać się w konflikty z innymi! — Zmarszczyła brwi. — Owocowy Las też nie wypada dobrze, jeśli tak łatwo ulegasz czyimś zaczepkom.
Uczeń wyglądał, jakby w ostatniej chwili powstrzymał się od prychnięcia.
— To miałem pozwolić na to, aby nas ośmieszono?
— W jaki sposób ośmieszono?
— Jakbym się nie zgodził, to zaczęliby nas wyzywać od tchórzy! Ucierpiałby honor całego Owocowego Lasu!
Szylkretka przewróciła oczami. Skąd on wziął takie przekonania w pierwszej kolejności? Bo na pewno nie od Świergot. 
— A teraz nas mają za agresorów! To oni by ucierpieli wizerunkowo, gdybyśmy odeszli niewzruszeni, a tamci darli się na nie wiadomo co — stwierdziła z przekonaniem, nim nie zerknęła w bok. — Poza tym… to dziecko mojej siostry było.
Niebieski zamrugał zaskoczony.
— Tej siostry? A skąd miałem to wiedzieć? Rzucała się na mnie!
Jeju, czy on zawsze musiał się tak łatwo denerwować? Przez niego i ona sama robiła się jeszcze bardziej spięta.
— Nie tknęła nawet ciebie, widziałam przecież! — fuknęła, mając już dość tych bzdur. Zauważając jednak, że ich małe nieporozumienie przykuwa coraz więcej spojrzeń współklanowiczów, wzięła głębszy oddech i wygładziła swoje futro. Musiała zachować spokój oraz profesjonalizm. — No trudno, stało się, co się stało, ale spróbuj następnym razem bardziej kontrolować nerwy. I zgłoś to wtedy do mnie, to znajdziemy sprytniejszy sposób, by komuś dać nauczkę. — Uniosła podbródek, chcąc sprawiać wrażenie kompetentnej. — I tak, tej siostry, ból zadka to miała straszny...
— Jakbym do ciebie pobiegł to by się ze mnie śmiali, że nie umiem sobie sam poradzić, a wołam na pomoc mentorkę! Jesteś stara i nie znasz się na takich uczniowskich sprawach — westchnął, od razu otrzymując piorunujący wzrok mentorki. — A tym sposobem ocaliłem nasz honor, a ona dwa razy zastanowi się, nim spróbuje nam podskoczyć!
Momentalnie się napuszyła.
— Co?! Wcale nie jestem stara! — oburzyła się, machając ogonem. — Nieprawda, są lepsze sposoby na wyjście z tej sytuacji!
— Niby jakie?
Bura prychnęła niegłośno. Energia tego dzieciaka była niedościgniona.
— Na przykład rozeznanie sytuacji, czy na pewno chcieli się z tobą bić, zamiast reagować pochopnie — mruknęła bez satysfakcji. — A jeśli tak, to po prostu oznacza, że łamią swój własny kodeks i powinni za to ponieść konsekwencje. A prawdziwą konsekwencją nie jest to, że nakrzyczy na ciebie ktoś obcy, na którym i tak ci nie zależy, tylko utrata wizerunku we własnej społeczności — przedstawiła swój punkt widzenia. — Więc po prostu zgłaszasz to komuś na wyższym stanowisku i lider powinien wtedy ukarać takiego kogucika. Nie ma lepszego upokorzenia niż reprymenda od własnego przywódcy. O takich rzeczach się nie zapomina.
I właśnie wtedy stało się coś niezwykłego. Mróz naburmuszony zamilknął i odwrócił głowę od zwiadowczyni. No proszę. Czyżby wreszcie coś dotarło?
— Halo? — zapytała po chwili, ledwo powstrzymując chęć, by pomachać mu łapą przed nosem. — Jest tam kto?
— Jestem, jestem i rozumiem nooo... Zluzuj sierść.
— No, czyli się rozumiemy — skwitowała kategorycznym tonem głosu. — Będę mieć na ciebie oko.

***

Przeżuwała chudą mysz po powrocie z popołudniowego patrolu, podczas którego zgodnie z prośbą Świergot dyskretnie rozglądała się za śladami dzisiaj zaginionych. Niestety w okolicy, którą przeszukiwali, nie udało się jej znaleźć żadnej poszlaki. Najbardziej dołujący dla zwiadowczyni był jednak widok złamanej szamanki oraz przede wszystkim… świadomość tego, co to wszystko oznaczało dla jej ucznia. Strata całego rodzeństwa w jednej chwili… nawet nie chciała sobie tego wyobrażać. Postanowiła więc zabrać Mroza na trening nieco później, dając mu czas na przynajmniej częściowe przeprocesowanie tej tragedii. Nie chciała jednocześnie zwlekać zbyt długo, gdyż może to właśnie szkolenie mogłoby stać się dla niego upragnioną odskocznią od rzeczywistości. Każdy jednak przeżywał żałobę inaczej, więc tego wschodu słońca zamierzała wyczuć, co byłoby najlepsze dla jej podopiecznego i od tego uzależnić ewentualne decyzje dostosowujące.
Z zastanowienia wyrwał ją widok czterech sylwetek, które ułożyły się na trawie kilka długości lisa przed nią. Szylkretka zmrużyła oczy, trochę zaskoczona składem grupy. Leszczyna i Rokitnik mimo pokrewieństwa raczej nie pałali do siebie sympatią, a tym bardziej niespodziewaną parę stanowił Bryza wraz z Żagnicą, których chyba pierwszy raz w życiu widziała w swoim towarzystwie. Starała się skupić na swoim posiłku, ale to zadanie stawało się coraz trudniejsze ze względu na głośność ich rozmowy.
— Ja tam nie dziwię się Murmur — mruknął czarny jednolity. — Widzieliście ten wzrok, który posyłała jej Daglezjowa Igła, gdy Sadzawka… no. — Odwrócił wzrok. — Ja też bym się wystraszył!
Leszczyna przewróciła oczami.
— Nawet jeśli, to trzeba było się postawić, zamiast odprawiać takie akcje — prychnęła z pogardą. — W ten sposób, zamiast zwyczajnie ją zestrofować, to nas skazała na cierpienie! Dawno nie słyszałam czegoś bardziej samolubnego. — Uniosła podbródek, rzucając przelotne spojrzenie partnerowi. — I wiecie co? Uważam, że to właśnie przez takich nieudaczników ta stara raszpla trzyma się jeszcze przy władzy. Bo każdy trzęsie się na jej widok, podczas kiedy należy jędzy splunąć w pysk.
Bryza rozglądnął się nerwowo, po czym przełknął ślinę.
— Mam nadzieję, że nas nie słyszała — wyszeptał.
— Chwila, ale ty jesteś siostrą Rokitnika, więc… córką jej najlepszej przyjaciółki, nie? — zapytał Żagnica, marszcząc brwi w zdziwieniu. — Albo nieważne — szybko jednak zrezygnował ciągnięcia z tematu, kiedy Leszczyna spiorunowała go wzrokiem.
— Taka Murmur to mnie nie dziwi akurat, od dawna była żałosną jednostką — wtrącił się bury, brzmiąc na lekko znużonego. — Te święte bachory są znacznie bardziej interesujące. Świergot przecież tak o nich ćwierkała, że cud, a tu upsi. Okazuje się, że są jeszcze bardziej godne politowania niż większość tej społeczności, co jest już sporym osiągnięciem.
Bryza poruszył się niespokojnie, spojrzeniem zaczynając błądzić po ziemi. Z każdym momentem tej konwersacji wydawał się czuć bardziej niekomfortowo.
— Mnie to jakoś nie zadziwia. Przecież to wyrzutki, zatem nie widzę żadnych nieprawidłowości w ich zachowaniu — odpowiedział nonszalancko arlekin, jednocześnie na uderzenie serca przenosząc wzrok na Rokitnika. — Tak to jest, kiedy do klanu są przyjmowane takie osoby — tym razem nie udało mu się ukryć złości w głosie.
— Ej, ale przecież Mróz został — zauważyła czarna, marszcząc nos. Mirabelka nadstawiła uszu. — Coś mi tutaj śmierdzi…
Rokitnik parsknął pod nosem.
— Ja się założę, że nawet oni mieli go dość i nie zaprosili na rodzinną wycieczkę. — Wyszczerzył pysk w kpiącym uśmiechu. — Przecież ten dzieciak ciągle się wymądrza we wszystkim, ego ma sięgające najwyższych dębów i uważa się za najważniejszego posłańca swojej bogini. — Pokręcił głową. — Czemu mieliby brać ze sobą takiego wariata?
Tortie wbiła pazury w ziemię, natychmiast tracąc jakiekolwiek chęci kontynuowania jedzenia. Gwałtownie podniosła się z ziemi i skierowała się w stronę roześmianej pary „kolegów”, nie chowając swoich wyciągniętych ostrzy. Stanęła na wprost Rokitnika, mierząc go intensywnym spojrzeniem. 
— Radziłabym nie drzeć gardła na cały obóz, kiedy nie masz żadnego pojęcia na temat, o którym mówisz — syknęła. — Jeszcze ktoś to usłyszy i przestraszy się poziomu idiotyzmu, jaki dopadł co poniektórych członków Owocowego Lasu. 
Żagnica zjeżył swoje futro. 
— I kto to mówi? — warknął, stając w obronie kocura obok. — Uciekinierka, która zwiała z klanu na wypoczynkowe wakacje, po czym wróciła sobie jak gdyby nigdy nic? Mimo całego chaosu, jaki wywołała? 
Zwiadowczyni położyła po sobie uszy, czując wzrastają w niej wściekłość. Nie miał prawa wspominać o tym, co się wtedy wydarzyło. Lisie łajno wiedział w tej sprawie. 
— A kto pyta? — splunęła, nie ukrywając jadu w swoim głosie. — Udawany patriota, którego największym „osiągnięciem” jest uprzykrzanie życia członkom własnej społeczności? Omijany szerokim łukiem przez większość tutejszych kotów? — Wymownie uniosła brwi. — Może warto się zastanowić nad swoimi słowami i przestać wygadywać brednie. 
Poczuła przyjemny przypływ satysfakcji, kiedy niebieski zamrugał na nią oszołomiony. Mimo to pozostawała w gotowości na odwet, kątem oka widząc, jak rozzłoszczony Rokitnik otwiera swój pysk. 
Nikt się jednak nie spodziewał, że do słownej potyczki, dołączy jeszcze jedna osoba. 
— Zgadzam się — wtrąciła Leszczyna, jak gdyby nigdy nic dzieląc się z nimi swoją opinią. 
Wszyscy przenieśli na nią spojrzenia, na uderzenie serca milknąc z szoku. 
— Co?! — wrzasnęła jednocześnie para gnębicieli. 
Mirabelka posłała wojownicze subtelny uśmiech i odwróciła się na pięcie od grupy. Słuchanie właśnie wybuchłej kłótni, nie należało już do obszaru jej zainteresowań. Co zarazem nie oznaczało, że odeszła niezadowolona z przebiegu tej rozmowy. Wręcz przeciwnie! Rokitnik wraz z Żagnicą zachowywali się irytująco, odkąd pamiętała i dobrze było nareszcie im to powiedzieć bez owijania w pierze. 
Wspięła się na kasztanowca, ostudzając przy tym swoje poczucie zwycięstwa. Teraz najważniejszy był stan Mroza. Miała ogromną nadzieję, że z tego miejsca nie słyszał tych bałwanów. 
Po ujrzeniu mentorki, uczeń bez słowa podniósł się z posłania i stanął przy jej boku. Zwiadowczyni poprowadziła ich w stronę wyjścia z obozu, myślami wracając do dramatu tego wschodu słońca. 
Rokitnik i Żagnica mogli mówić, co tylko ślina im przyniosła na język, ale ona nie sądziła, że to była ucieczka. A przynajmniej niemotywowana w ten sposób. Sama zresztą miała doświadczenie w takich sprawach i wyraźnie zapamiętała, że często sprawy mają się inaczej, niż na to wyglądają. Murmur może i nie należała do najodważniejszych osób, ale szylkretce nie chciało się wierzyć, że ta uciekła ze strachu przed przywódczynią. Mimo wycofania kotki wyraźnie zależało jej na swoich współbratymcach, dlatego nie naraziłaby ich na brutalny los funkcjonowania bez medyka. A przynajmniej bura miała taką nadzieję. Tym bardziej do tej teorii nie pasowała jej trójka przybranych dzieci Świergot i Gruszki, które naprawdę wydawały się z nimi zżyte. No może oprócz Poranka, ale on nie stanowił większości w tej grupie. Czemu mieliby więc opuszczać Owocowy Las bez swoich mam? To nie miało najmniejszego sensu. Nie chciała jednak myśleć, co taki sens by miało, gdyż skutkowało to jedynie dobrowolnym przyprawieniem się o ciarki. 
Kiedy wyszli na zewnątrz, uznała to za dobry moment, aby rozpocząć rozmowę. 
— Mrozie… — zaczęła przyciszonym głosem, nie za bardzo wiedząc, jakie słowa dodałyby mu otuchy. — Tak mi przykro z powodu tego, co się stało. Chciałbyś może o tym porozmawiać…?
— A o czym tu rozmawiać? — odpowiedział. — Zostawili mnie... jak... jak prawdziwa mama... Są siebie warci.
Natychmiast opuściła uszy, czując bolesne ukłucie w żołądku. To było okropne, myślenie w ten sposób. Musiała jakoś temu zaradzić, żeby nie popadł w załamanie.
— Wiesz, może to wcale tak nie wyglądało… — zaproponowała ostrożnie. — Może musieli uciekać z jakiegoś powodu, może jeszcze wrócą? Nie zakładaj od razu najgorszego.
— Ja myślę, że właśnie tak to wyglądało. Są tchórzami. Nie umieją stanąć naprzeciw wroga. Podkulają ogon i uciekają, bo nie umieją walczyć o swoje.
Zmarszczyła brwi, kręcąc głową w niezrozumieniu.
— Wroga? Jakiego wroga? — zapytała zdezorientowana. Miała wrażenie, jakby coś pominęła w tej konwersacji. — Co masz na myśli? 
— No a czemu uciekli? Boją się liderki!
— Czekaj, czekaj, stop — zatrzymała go, gdyż zaczęło się robić coraz dziwniej. — Czemu od razu zakładasz, że uciekli z powodu strachu przed liderką? Rozumiem, że niektórzy rozpowiadają takie plotki, ale to jeszcze definitywnie o niczym nie świadczy. 
— Bo uciekli — odparł krótko i gorzko. — Chcieli, abym uciekł z nimi, ale się nie zgodziłem. Nie chciałem zostawić mamy.
— Jak to uciekli?! — zdziwiła się mimo wszystko. Oczywiście brała taką opcję pod uwagę, lecz nie potrafiła rzeczywiście w nią uwierzyć. Przynajmniej aż do teraz. — Reszta o tym wie? Namawiali cię do czegoś takiego?!
— Wie tylko mama. No i teraz ty. I tak, chcieli mnie zabrać, ale ja się nie dałem! To przez to, że bali się liderki, że ich skrzywdzi czy coś. — Skrzywił swój nosek. — Nie wierzę, że to zrobili. Podli zdrajcy!
Z szoku aż zaniemówiła. Bo niby co miała powiedzieć? Cała czwórka kotów faktycznie uciekła ze… strachu przed Daglezjową Igłą, porzucając przy tym własnego brata? To brzmiało niedorzecznie. Przywódczyni może i nie wyglądała najlepiej, ale przecież tak o nie skrzywdziłaby członka swojego klanu, a szczególnie medyka! To nie miałoby żadnego sensu.
Zresztą, nawet jeśli, to tym bardziej nie powinni zostawiać Mroza samego! To tylko oznaczałoby, że… zawczasu pogodzili się z krzywdą swojego brata. A to wszystko na rzecz ratowania własnych zadków.
— Ja… — zaczęła, ale nie potrafiła kontynuować. Jak na zawołanie obudziło się w niej coś palącego. Płomień kryjący się pod dwukolorowym futrem, codziennie posuwający się do przodu. Zmieniający na popiół każde miłe wspomnienie z niegdysiejszych czasów. — Okropnie mi przykro, że też musisz to przeżywać — syknęła rozemocjonowana. — Mi naprawdę nie musisz tłumaczyć tego uczucia. To po prostu… nie do pomyślenia. Pod żadnym pozorem nie powinni tak zrobić.
Mróz spuścił główkę. 
— Wiem... Ale i tak poszli. Mama nie mogła ich powstrzymać, nikt nie mógł. Nie wiem, czy wrócą... — burknął smutno pod nosem. — Może to był ostatni raz, kiedy ich widziałem.
Chciałaby zaprzeczyć, ale po prostu nie potrafiła. Taka wersja wydarzeń miała wysokie prawdopodobieństwo i właśnie to w tym wszystkim było najbardziej przerażające. Medyczka z trójką młodych uczniów, uciekający w zaspach śniegu? Jeśli wcześniej nie zamarzną – głód szybko da im o sobie znać.
Stanęła w miejscu, oczekując, aż uczeń zrobi to samo. Zbliżyła się do niego i objęła delikatnie. Nie wiedziała, czy cenił kontakt fizyczny jako formę pocieszenia, ale chciała przynajmniej mu pokazać, że mógł znaleźć w niej oparcie.
— Dobrze zrobiłeś. Dobrze, że zostałeś.
Niebieski przytulił się do niej, chowając pyszczek w jej futerku, a ona łagodnie pogładziła go po plecach. Pragnęła dodać mu otuchy. 
— A ty nie zamierzasz uciekać? Odpowiada ci to wszystko, co dzieje się w Owocowym Lesie?
— Nie zamierzam — odparła stanowczo, obiecując to zarówno jemu, jak i sobie samej. — To czy mi coś odpowiada, czy nie, nie ma znaczenia. Owocowy Las jest moim domem oraz osób, które są i były dla mnie ważne.
Każdy z nich włożył swoje serce w ten zakątek, łącznie ze mną. To ma swoją wartość. — Wyprostowała się, marszcząc z determinacją brwi. — I jeśli nastąpi taka potrzeba, to wierz mi, że będę walczyć, aby Owocowy Las wrócił na właściwą ścieżkę. Nie ucieknę z podkulonym ogonem na drugi koniec świata, tylko dlatego, że coś wymaga poprawy. Tak jak przyjaciół nie zostawia się w potrzebie, tak i ja nie zostawię tego miejsca.
Uczeń zaskomlał niemal niesłyszalnie. 
— Moje rodzeństwo tego nie rozumie... byli gotowi zostawić mnie i mamę... — Wziął głębszy oddech. — Gdyby ona też poszła... wtedy musiałbym iść z nimi... Zostałem, bo... bo nie mogłem jej zostawić. Ocaliła mi życie. Oni... oni chyba tego nie doceniają... chyba jej nie kochają...
Mirabelce jedynie mocniej łamało się serce z każdym kolejnym wypowiedzianym przez niego słowem. Współczucie, jakie biło z jej oczu, było bezgraniczne. 
— Dobrze postąpiłeś. Myślę, że Świergot jest nader wdzięczna Wszechmatce, iż ciebie ma. W przeciwnym razie ona by chyba… — urwała, nie będąc w stanie dokończyć. Ze smutkiem wbiła wzrok w ziemię. — To niezmiernie przykro słyszeć, widząc ile starań i miłości włożyła w wasze wychowanie. Ale… czasem niestety tak jest. Robisz wszystko w swojej mocy, by wspomóc drugą osobę, a ona po prostu… i tak na końcu nie chce mieć z tobą nic wspólnego — westchnęła ciężko, czując coraz intensywniejszą gorycz ns języku. — Niektórzy chyba po prostu nie rozumieją takich koncepcji jak lojalność, czy przynajmniej jakakolwiek empatia wobec kogoś. Mówię z własnego doświadczenia, hah.
Mróz zerknął na nią z sympatią. 
— Ty jesteś bardzo lojalna i empatyczna. Cieszę się, że jesteś moją mentorką. I dziękuję za to, że mnie nie zostawisz... Staram się pocieszać mamę, aby nie było jej smutno. Ale... ale widzę, że się martwi.
— Dziękuję. — Delikatnie się rozpromieniła. — Robisz wszystko, co w twojej mocy i to się liczy. Wszystkich zmartwień mamy nigdy nie rozwiejesz, ale dzięki tobie nie czuje się w tym samotna i ma siłę, aby się nie poddawać. To już ogrom. 
Poczuła, jak młodszy rozluźnia się w jej ramionach, a ona zamruczała kojąco. 
Przetrwają to.
Razem.

***

Zaczynało się robić coraz bardziej niepokojąco. Kradzież ciała nie była przecież czymś normalnym… a wręcz wyglądało na to, że jeszcze nigdy wcześniej niespotykanym. Owszem, nieliczne okrutne jednostki dopuszczały się okaleczeń, morderstw, tortur, znęcania psychicznego czy jakiejkolwiek innej formy przemocy. Nigdy jednak nie słyszała o przypadku przywłaszczenia sobie czyiś zwłok… Miała ochotę jedynie zwymiotować, myśląc o tym. Kto w końcu dopuszczał się takich rzeczy? 
Daglezjowa Igła wyznaczyła patrole, mające na celu znaleźć sprawcę całego zamieszania i z tego co obiło się jej o uszy, robili oni jakieś małe postępy w śledztwie. Sama jednak nie zgłosiła się do udziału, gdyż czuła potrzebę skupienia się na swoim uczniu oraz… swoich problemach prywatnych. Problemach, które wydawały się tylko nawarstwiać w ostatnim czasie. 
A już mówiąc o nich i alarmujących zdarzeniach… tego wschodu słońca po raz kolejny wybuchła panika. Mleczyk nie wróciła z popołudniowego patrolu, a reszta jego składu nie potrafiła w ogóle określić, co się stało z wojowniczką. Czyżby trafiła w łapy tej samej osoby, co porwała zwłoki Przebiśniega? 
— Wiedziałam, że coś jest nie tak; wiedziałam od dawna. — Krucha pokręciła głową. — To moja wina, to moja wina. Ale ona nie chciała mnie słuchać, nie chciała mi nic mówić — powtarzała do siebie gorączkowo, robiąc na trawie nerwowe kółka. — Ale to moja wina. Nie powinnam jej opuszczać, nie powinnam. W przeciwnym razie nadal by tu była. 
— Mamo, o czym ty mówisz? — miauknęła córka z przejęciem. Kremowa aktualnie była dogłębnie wstrząśnięta, więc nie wiedziała, jak bardzo mogła ufać jej słowom. — To nie jest twoja wina, nie mogłaś przecież chodzić za nią wszędzie. Szczególnie że znając ją, nawet wtedy próbowałaby się oddalić od ciebie, by zachować większy dystans. To po prostu nie byłoby fizycznie wykonalne — starała się przekazać mamie, iż nie powinna brać za to odpowiedzialności. A tak było prawie zawsze i Mirabelka tego nienawidziła. — Może zwyczajnie zasiedziała się za długo w dalszym zakątku i niedługo wróci? Jak Przepiórka? Nie minęło jeszcze tak wiele czasu. 
— Ona by tak po prostu nie znikła, wiem o tym — upierała się, wyglądając na coraz mocniej oderwaną od rzeczywistości. — Muszę jej poszukać, oby jeszcze nie było za późno. 
W tym momencie Krucha wystrzeliła w stronę wyjścia z obozu, nie oglądając się za siebie. 
— Mamo, poczekaj! — zawołała za nią szylkretka, lecz bezskutecznie. 
Westchnęła ciężko. Nie mogła zatrzymywać Kruchej wbrew jej woli, ale martwiła się o jej stan. A wszystkie niewyjaśnione sytuacje sprawiały tylko, iż była jeszcze bardziej niespokojna i dręczyło ją więcej obaw. 
Pamiętała, że Mleczyk miała kiedyś bliższą relację romantyczną z jej mamą, lecz jakoś nigdy nie potrafiła tego zrozumieć. Calico była zawsze zdystansowana, zimna i opryskliwa dla innych oraz dziwnie spoglądała na Malinka. Co takiego Krucha mogła w niej widzieć? Czemu zadawała się z kimś tak nieprzyjemnym oraz jej nieszanującym? 
Jej żołądek boleśnie się ściskał, kiedy obserwowała, jak mama cierpi. To wszystko było jednak zbyt dziwne, żeby mogła to pojąć. 

***
TW: gore, poważne okaleczenie ciała

15 sierpnia 2024

Od Mrozu CD. Mirabelki

 — Nie chce słuchać, chcę działać! — odpowiedział kocicy, podskakując z ekscytacji na myśl o nowej przygodzie. — Naucz mnie wspinaczki i skakania po drzewach! Chce biegać tam jak wiewiórka! W końcu będę przyszłym zwiadowcą! A wiesz co moja mama mówiła? Że jestem kocięciem zesłanym przez Wszechmatkę, więc tym bardziej mam coś ważnego do zrobienia na tym świecie. Dlatego im szybciej poznam nowe super ruchy, tym będę w stanie lepiej jej służyć! A jak będziesz opowiadać mi bajki to niczego się nie nauczę! 
Liczył na to, że takie wyjaśnienie wystarczy, aby jego mentorka przemyślała całą sprawę jeszcze raz i zabrała go na prawdziwy trening. Nie zamierzał siedzieć i słuchać nudnych wykładów jak jakieś kocię. Może i był mały, ale to nie oznaczało, że słaby! 
Kocica przyjrzała mu się z namysłem.
— Nigdy nie zaczynamy ćwiczeń bez opanowanej teorii — zaczęła w lekkim szoku. — Ona jest ci potrzebna, aby potem wiedzieć, jak postępować w praktyce. W ten sposób szybciej się wszystkiego uczysz.
— Nudyyyyy, ja chcę już uczyć się praktyki! To jest ważniejsze! — jęknął naburmuszony, że każe mu nic nie robić. — Nie bądź ciapa! Poradzę sobie ze wszystkim w terenie! 
O tak! Nawet udałoby mu się złapać jastrzębia w locie! Wystarczyło, że pomodli się do Wszechmatki i ona sprawi, że to się stanie. Dlatego też nie pojmował tego całego zdziwienia owocniaczki. Nie widziała nigdy tak ambitnego kota? Nieco to mu schlebiało. 
Córka Agresta zmarszczyła brwi przez chwilę wydając się chcieć go skarcić, nim coś innego nie zabłysło w jej oku.
— Dobrze więc — powiedziała beznamiętnie. — Chodźmy. 
— Hurraa! — ucieszył się, a następnie czym prędzej wyszedł na zewnątrz, podekscytowany nową przygodą.
Czyli udało się ją przekonać! Zapewne bogini usłyszała jego lamenty i sprawiła, aby Mirabelka odpuściła te sztywne, klanowe zasady. Hihi! Jak bardzo się z tego cieszył! 
Kiedy byli już poza legowiskiem, zwiadowczyni wskazała końcówką ogona na jedno z większych drzew. 
— Dobrze, twoim zadaniem jest wspiąć się na najniższą gałąź i potem samodzielnie zejść — oświadczyła. — Ja cały czas będę za tobą, żeby cię asekurować.
Przyjrzał się wyzwaniu, które przed nim stało. Nie było to wcale daleko! Jak nic, raz, dwa i wespnie się na tą gałąź. To nie wyglądało na nic trudnego. 
— Dobra! Patrz na to! — A następnie skoczył na pień drzewa, wbijając w niego swe pazurki i... i zjechał na dół. Znów poderwał się na łapki, nie dając się pokonać drzewu, ale ponownie wylądował na ziemi. Ale jak to?! To nie powinno tak być! Przecież... Przecież to było proste! Czemu więc nie był w stanie się podciągnąć?! Jak nic coś musiało być nie tak z tą rośliną. 
— Wredne drzewo! Chce się ze mną bić! — stwierdził, a następnie uderzył w nie łapką. — Ałć! — Pomachał nią, czując ból. Nie spodziewał się, że drzewa umieją gryźć! 
— Mrozie, walczenie z drzewami nie pomoże ci na nie się wspiąć. Nie traktuj ich jako wrogów, podczas gdy są twoimi przyjaciółmi. To w końcu wyjątkowe rośliny, symbolizujące Ostatnią Ścieżkę każdej duszy. Przejście pomiędzy wymiarem materialnym, a duchowym — wyjaśniła.
Zamarł i spojrzał zaskoczony na Mirabelkę. Jeszcze o tym nie słyszał! Od razu jego stosunek do drzewa się zmienił. Jeśli naprawdę to był symbol... to oznaczało... że może stanowić też bramę pomiędzy światem żywych, a umarłych! To... To było szokujące, ale z drugiej strony i ekscytujące. Chciał to sprawdzić!
— O rany! To jak się na nie wespnę trafie do tego wymiaru ducha? — zapytał, bowiem już w główce układał sobie plan zbadania zaświatów. 
Kocica parsknęła cicho.
— Nie, bo to tylko symbolika. Jedynie zmarli albo szamani mogą się dostać do tego wymiaru i to także nie jest bez wysiłku.
— Moja mama jest szamanką! Ona umie w takie rzeczy! — pochwalił się jej, zerkając z powrotem na drzewo. Czyli to nie było osiągalne dla niego, bo był zwykłym kotem... Trochę szkoda. Ale, ale! Po treningu zapyta mamy i ona na pewno zdradzi mu jak to się robiło! W końcu miał błogosławieństwo Wszechmatki. Ta na pewno z chęcią chciałaby go poznać twarzą w twarz. Na razie jednak musiał skupić się na bardziej przyziemnej kwestii. On, drzewo i gałąź. — No dobrze... to musze być miły dla niego i się wespnę, tak? — upewniał się.
— Bycie miłym na pewno pomoże — mruknęła, zaraz unosząc brew. — Ale zdawało mi się, iż mówiłeś, że sam sobie poradzisz?
— No bo... — zapowietrzył się, niczym ktoś przyłapany na kłamstwie. — Bo tak jest. Sam dam radę! — Zadarł łebek i znów spróbował wspiąć się na drzewo.
— Powodzenia — wymamrotała i podeszła bliżej ucznia w celu asekuracji.

***

W końcu po wielu trudach wspiął się na gałąź, ale nie bez wysiłku. Dyszał, jego łapki były podrażnione przez szorstką korę i niechętnie stwierdził, że zapragnął ułożyć się w ciepłym mchu i zasnąć. Wspinaczka okazała się trudna, a zejście? Spojrzał w dół na mentorkę, która zapewne czekała, aż w końcu zdecyduje się pokazać swoje umiejętności, tym razem podczas schodzenia. Ha... no tak... jak miał zejść? Zeskoczyć? Było za wysoko... Tak jak wszedł? Jego łapki za bardzo bolały, na dodatek zaczęły się trząść od nadmiernego wysiłku jakiemu zostały poddane. Jedyne co w tej sytuacji mógł zrobić to jedno.
— Mentorko? Bo ja chyba utknąłem — powiadomił Mirabelkę, licząc na to, że ta znajdzie coś na rozwiązanie tego problemu. 

<Mirabelko?>

[836 słów]
[przyznano 17%]

31 lipca 2024

Od Mirabelki cd. Mrozu

Ten dzieciak był dziwny! Uważał, że jej ogon to jakiś potwór? Może i nie stanowił jej ulubionej częścią ciała, ale bez przesady! Był zdecydowanie zbyt puszysty na jakiegoś obślizgłego węża. 
— Muszę go zabrać ze sobą — to powiedziawszy, chwycił za futerko i zaczął ciągnąć, ale stwór ani myślał się ruszyć. — Ugh... chyba się o coś zaczepił... Pomoże mi pani?
— Nie ma mowy! — Podniosła ogon do góry. — On się nigdzie nie wybiera, to moja własność.
Kocię rozszerzyło źrenice w szoku.
— Potwór ożył! — wykrzyknął i ponownie skoczył na jego wysokość. Nim jednak zdążył zaczepić w nim swoje pazurki, tortie sprzątnęła mu go spod nosa. — Dorwę cię! — sapnął maluch, podnosząc się po upadku. 
Szylkretka mimo wszystko uśmiechnęła się pod nosem. Podobało jej się, że to ona z dziecinną łatwością mogła wygrywać w tej walce. 
— Nie masz szans! — rzuciła wyzywająco, przemieszczając swój ogon w kolejne miejsce. 
Bojowo zmarszczyła brwi. 
Zabawa to dopiero się zaczęła. 

***

Nie spodziewała się, że dostanie ucznia tak krótko po śmierci swojego taty. Od dawna pragnęła zostać mentorką, a już w szczególności po całej akcji z ucieczką, aby odbudować zaufanie i reputację w społeczności. Widziała w tym swoją szansę. 
Jednak teraz? Wcale nie czuła się szczęśliwa. Presja, jaką na siebie nałożyła w związku z nową rolą, nieprzyjemnie mieszała się z przeżywaną żałobą, tworząc z niej kłębek nerwów i zagubienia. Czy da radę w tym stanie odpowiednio zadbać o swojego ucznia? Czy zdoła wyszkolić go dostatecznie dobrze mimo braku doświadczenia? Co jeśli zawiedzie? Czy takie niepowodzenie już wystarczy, aby Sadzawka mogła pozbyć się jej z klanu? Mirabelka nie zapomniała o tym palącym wzroku burej, który poczuła na swoim futrze, również podczas ceremonii mianowania znajdek. 
Do tego wszystkiego dochodził jeszcze fakt, że miała szkolić samego syna szamanki! Wiara we Wszechmatkę była dla niej ważna, a więc opinia Świergot także. W zależności od jakości szkolenia podopiecznego kotki mogła albo awansować, albo zostać kompletnie zdegradowaną w oczach liliowej. 
Mimo to musiała pozostać silna. Stać przed tym wyzwaniem z podniesioną głową. Starać się być na tyle skoncentrowaną na treningach, aby móc choć na chwilę zapomnieć. Jak najlepiej wyszkolić Mroza, w pełni wykorzystując jego potencjał. Naprawić swój wizerunek. 
Drgając ogonem, weszła do legowiska uczniów, zamierzając obudzić kocurka na pierwszy dzień treningu. 
— Och, już nie śpisz — zauważyła zaskoczona, kiedy już znalazła się we wnętrzu. — To… cóż, dobry znak! — mruknęła, próbując brzmieć entuzjastycznie. Miała nadzieję, że młodzik nie dostrzeże jej prawdziwego nastroju ani powstałych worów pod oczami. — O czym chciałbyś posłuchać na swojej pierwszej lekcji? 

<Uczniaku?>
[405 słów]
[przyznano 4%]

20 lipca 2024

Od Mrozu do Mirabelki

 Udało mu się tym razem wymknąć spod czujnego oka mamy. Wymęczył Świergot tak, że ta zasnęła! To była... jego moc! Był niezwyciężony! A tak naprawdę po prostu pomodlił się do Wszechmatki o jej wstawiennictwo i proszę. Podarł pyska, poszalał za kulką mchu, wręcz zachęcając kocice do harców, a ta zaraz spała jak suseł! A on? Cóż... też go zmorzyło, ale nie mógł tak po prostu się poddać senności, gdy pierwszy etap miał już z głowy. 
Dlatego też zmusił się, znów modląc do bogini, aby dodała mu siły, a następnie wykradł się na zewnątrz. Robiło się już ciemno. Gałązki rzucały ostatnie cienie na pogrążającą się w mroku ziemię. Oto nadchodził czas na walkę dobra ze złem.
Powoli zakradł się do buro-rudej kotki, która kończyła posiłek. Nie mogła mu uciec... Czuł, że zaraz wskoczy na drzewo, gdzie mieściły się legowiska i tyle z tego będzie! Nie uda mu się pokonać zła! 
Bum, bum, bum - jego serduszko przyśpieszyło. Jeszcze kilka króliczych skoków i będzie jego! 
Raz, dwa, trzy, raz, dwa, trzy i hop! Skoczył! Wgryzł się w ogon zwiadowczyni, która zdumiona zamrugała i spojrzała na kleszcza, który wszczepił się w jej futerko. 
Mróz mocno owinął się łapkami o potwora, nie pozwalając mu się ruszyć. Jednakże... ogon się poruszył! I to wraz z nim! 
— Wszechmatko dodaj mi siły, bym zła się nie uląkł! Niech ten wąż padnie pod mymi łapkami i Owocowy Las będzie bezpieczny! — zawołał i... cisza. Potwór przestał się ruszać! Udało się! Bogini go wysłuchała! 
— Co ty... robisz? — usłyszał głos kocicy, która przyglądała mu się w konsternacji. 
— Walczę! Ten potwór prawie cię zjadł, ale ja go pokonałem! — rzekł z dumą, nie puszczając ani na moment jej ogona. To będzie jego trofeum! Zabierze je do mamusi i pokaże jej jaki był odważny! — Muszę go zabrać ze sobą — to powiedziawszy, chwycił za futerko i zaczął ciągnąć, ale... stwór ani myślał się ruszyć. — Ugh... chyba się o coś zaczepił... Pomoże mi pani?

<Mirabelko?>