– O-obawiam... nie było chwili od czasu, jak Różana Woń i pozostali medycy potwierdzili ciążę, abym nie myślała o przyszłości moich dzieci. Każdego z osobna. I wiem jedno. Chciałabym, aby mogli zostać wojownikami, cała czwórka. Chcę, aby byli szczęśliwi, jednak może do szczęścia wcale nie będzie im potrzebne posiadanie członu łapa w ich imieniu czy dwuczłonowe mienię... – zamyśliła się, próbując na spokojnie podzielić się swoimi myślami z Trzcinowym Szmerem. – B-bo ja, mimo że jestem odrzutkiem, jestem szczęśliwa. Może nie potrafię polować, większość kotów za mną nie przepada, ale moje życie jest... dobre. A ich futerka, nawet Komara, nie są w odcieniu błota, więc może Mandarynkowa Gwiazda zechciałaby pozwolić na ich szkolenie... – O ile przymknie oko na fakt, że ich matka była odrzutkiem, a ojcem samotnikiem, czy też, jeśli wierzyć plotkom, liliowy zbiegły kocur. – W szczególności Centuria zasługuje na drugą szansę, aby móc zostać wojowniczką. – Spojrzała z czułością na czarno-białą córkę, która otrzymała imię po swojej zmarłej ciotce. – Jednak jeśli liderka podejmie inną decyzję, zaakceptuję ją i zadbam o to, aby to nie ją, a mnie nienawidziły za los, jaki im zgotowałam... Bo mimo wszystko uważam, że postąpiłam słusznie, decydując się je urodzić. Bo to K-klan Gwiazdy chciał, abym je urodziła... inaczej nie byłabym w ciąży, prawda? Tylko jakaś inna kotka.
Trzcinowy Szmer przez chwile musiała posiedzieć cicho, jakby musiała przetworzyć to, co powiedziała Fląderka. Po chwili ogonem pogłaskała Komara.
— Klan Gwiazdy nie czuwa nad wszystkimi kotami, Fląderko, i jakoś inne kotki zachodzą w ciążę — westchnęła bezsilnie. — Kim jest ojciec tych kociąt? Czy to kocur z Klanu Nocy?
Poruszyła uchem, gdy kocica ponownie zadała pytanie na temat tożsamości ojca kociąt. Fląderka wiedziała, że większość kotów w klanie uważało Konwaliową Mieliznę za ojca czwórki nowonarodzonych kociąt, uważając przy tym, że to właśnie ciąża Fląderki była powodem jego odejścia ze społeczności.
– Nie... I ich ojcem nie jest Konwaliowa Mielizna, mimo że Złocisty Widlik i inne koty uznają jego ojcostwo. Ja... nie wiem jak ten kocur, ich ojciec ma na imię... spotkałam go raz... jeden jedyny raz. – Podkreśliła, nie chcąc, aby namiestniczka uznała, że spotykała się z jakimś kocurem potajemnie. – Jego futro w większości było białe, jak Wełnianki, a jego łaty na grzbiecie i uszach były w kolorze futra Mandarynkowej Gwiazdy... Szare w czarne pręgi...
Czy dobrze robiła, ponawiając próbę przekonania kota z ich społeczności, że ojcem kociąt nie był i nigdy nie będzie Konwaliowa Mielizna? Czy namiestniczka uzna, że Fląderka kłamie, starając się kryć tożsamość kocura? W końcu nie mieli w klanie żadnego kocura, który pasowałby do opisu, więc skoro potrafiła dokładnie opisać jego wygląd, musiała naprawdę go widzieć na własne oczy. Lub kocica uzna, że Fląderka miała naprawę bujną wyobraźnię.
Nie widziała tego i nie chciała nad tym zbyt długo rozmyślać. Była zmęczona, głównie porodem, jak i odwiedzinami dużej ilości kotów, które na własne oczy chciały zobaczyć, cóż to za stworzenia wydał na świat odrzutek, czy równie paskudne, co ona sama.
Fląderka położyła głowę na swoich przednich łapkach, ukradkiem zerkając na swoje kocięta pochłonięte ssaniem. Jedno z rozwiązań zamiast porodu, które zostało jej zaproponowane, wciąż co jakiś czas nawiedzało ją w myślach. Jednak dobrze się stało, że jej ciąża została zbyt późno odkryta, bo inaczej nie miałaby tej czwórki maluchów u swojego boku. Nawet jeśli jej pobudka była egoistyczna i jej kocięta naprawdę mogły podzielić jej los, nie zmieniłaby tej decyzji. Nawet jeśli złamała obietnicę złożoną zmarłej piastunce.
~~~
Przed przeniesieniem się na wyznaczoną wyspę
Fląderka z czułością obserwowała ceremonię czwórki swoich pociech. Tak, cała czwórka, w tym nawet Komar został mianowany na ucznia wojownika. Wełnianka została Wełniankową Łapą, Centuria - Centuriową Łapą, Lipieniek - Umykającą Łapą, a Komar został Komarzą Łapą. A ich mentorami zostali kolejno Niedźwiedziowkowy Pył, namiestnik Żmijowcowa Wić, Kropiatkowa Skórka oraz Szumiąca Wyspa. Zdaniem Fląderki, jak i na pewno zdaniem wielu innych kotów, jej kocięta otrzymały naprawdę dobrych mentorów, o których nie słyszała ani jednego złego słowa. Żmijowcowa Wić był przecież szanowanym namiestnikiem, Kropiatkowa Skóra była uzdolnioną wojowniczką, podobnie zresztą, jak młody Szumiąca Wyspa. Sama Niedźwiedziówkowy Pył wydawała się dobrym wyborem na mentora jej córeczki, jednak ciało Fląderki się mocno napięło, gdy bura kocica zbliżyła się do Wełniankowej Łapy. Głównie za sprawą aparycji starszej kocicy i tego charakterystycznego spojrzenia, które nie wiedzieć czemu, odkąd Fląderka sięgała pamięcią, niepokoił ją. Dlatego też więc trzymała się na tyle daleko od burej kocicy, na ile mogła, starając się z nią nie wchodzić w interakcję. Teraz jednak wypadało przełamać strach i czasami zagadać do starszej wojowniczki, aby chociaż dowiedzieć się o postępach córki na treningach, na które od jutra będą zrywać się skoro świt.
Gdy skandowanie imion młodych uczniów dobiegło końca, szylkretowa kocica z krwistymi znaczeniami na pysku zajęła miejsce koło odrzutka.
– Zostali mianowani, Trzcinowy Szmerze. Wszyscy... Nawet Komar został uczniem – miauknęła z ulgą w głosie, wpatrując się w namiestniczkę swoimi dużymi brązowymi oczętami, w których tliły się iskierki radości. – To ogromny zaszczyt dla Centuriowej Łapy, jak i dla mnie jako jej mamy, że jej mentorem został namiestnik, Żmijowcowa Wić.
Fląderka nie widziała jeszcze wtedy, że jej szczęście w związku z możliwością awansu jej kociąt będzie trwać zbyt krótko i zostanie rozdzielona na dobre z trójką swojego potomstwa.
<Trzcino?>
🐟🐟🐟
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz