BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 6 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Żmijowcowa Łapa x Szałwiowe Serce. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Żmijowcowa Łapa x Szałwiowe Serce. Pokaż wszystkie posty

09 stycznia 2026

Od Żmijowcowej Wici CD. Szałwiowego Serca

Słońce przyjemnie grzało w jego grzbiet, a delikatny, przesączony zapachem ciepłej, przepełnionej rybami rzeki szarpało jego przydługawą sierść na gardzieli. Żmijowcowa Wić właśnie wysunął się z wodnych odmętów i spokojnym krokiem skierował się ku wejściu do obozu. Był zmęczony, ale zadowolony ze swoich dzisiejszych łowów; złapał ładną, tłustą zdobycz, której łuski lśniły w popołudniowym blasku. Dni sunęły powoli, nie rzadko dłużyły się wręcz, zwłaszcza kiedy nie miało się pod opieką żadnego potrzebującego opieki i nadzoru podrostka. Tęsknił nieco jednak za tym. Tęsknił za poczuciem, że jest dla kogoś całkowicie niezbędnym, że jest podziwianym na każdym kroku, że może sprawić, że jakiś młodzik odnajdzie się później w klanowej społeczności, że znajdzie coś, w czym jest ponadprzeciętnie dobry. Chciałby dostać nowego terminatora, ale wiedział, że nic nie wskazuję, aby Mandarynkowa Gwiazda ponownie uraczyła go tym ogromnym zaszczytem. Nie wiedział już, co ma zrobić, aby to wszystko odkręcić. Pluł sobie wciąż w brodę za to, co zrobił przed egzekucją Pluskającego Potoku. Nie uważał, że nie miał racji, ale mógł sobie zwyczajnie darować. Ostatecznie i tak z jego słów nie było żadnego pożytku; jedynie wykopał pod sobą ogromny, głęboki dół, z którego najpewniej nie uda mu się nigdy wyczołgać... a przynajmniej nic na to na ten moment nie wskazywało. Za każdym razem, kiedy powracał do chwili osądu rudego kocura, na jego pysk wciskał się niezmiennie ten sam wyraz zażenowania, wstydu i poczucia własnej żałości. Mógł zrobić tyle innych rzeczy, wybrać tyle innych ścieżek... czuł, że wybrał najgorszą. Może i przez chwile miałby wrażenie, że zrobił coś niezgodnego z jego moralnością, ale w ostatecznym rozrachunku... kogo tak faktycznie interesuję prawość i honorowość, jeśli przynosi ona jedynie gorycz w pysku? Może i miał teraz świadomość, że próbować coś wtedy zrobić, ale jedyną osobą, która zdawała się o tym pamiętać, był sam Żmijowiec. A Żmijowiec nie potrzebował swojej własnej aprobaty. Ta cała sytuacja ściągała mu sen z powiek, zatruwała każdą chwilę na polowaniach, patrolach, a także podczas jego skąpego czasu wolnego; miał wrażenie, że jeśli wkrótce coś się nie zmieni, to doszczętnie straci resztki zdrowego rozsądku i stanie się zwyczajnie umysłowo chorym. Najgorszym było to... okropne poczucie niesamowitej bezsilności. Jedynym, co mogło poprawić jego relację z liderką, byłoby jej zwyczajne zmienienie zdania. Nawet nieprzebaczenie czy zapomnienie, ale refleksja i zrozumienie, jakie intencje miał tak naprawdę młody wojownik, kiedy ośmielił się stanąć po przeciwnej stronie.
"To nawet nie była przeciwna strona. Nie broniłem tego rudego, śmierdzącego zdradą szczura... Robiłem dokładnie to, o co mnie poprosiła, a dostałem za to nie podziękowanie, nie docenienie, a chlast w policzek i splunięcie prosto w pysk." — pomyślał, nie panując nad wyrazem całkowitego obrzydzenia, który wślizgnął się na jego mordkę, zdeformowanym dodatkowo przez obecność śliskiego cielska w jego zębach. Z zażenowaniem i wstydem schylił łeb i wgapił się w ziemie, jednocześnie kontynuując swoją mozolną wędrówkę przez obóz, aby zapełnić tą rosnącą, ciemną dziurę, która rosła mu w brzuchu. Ogon ryby sunął po ziemi, która powoli, coraz bardziej oblepiała go z każdej strony. W końcu rzucił zdobycz przed siebie, a sam chciał wziąć dla siebie coś znacznie mniejszego; nie było mowy, że zdołałby uporać się z takim kawałkiem mięsa, a Trzcinowy Szmer była dzisiaj na drugim patrolu. Nie miał pomysłu, z kim miałby podzielić się takim potworem... Przynajmniej nie do momentu, kiedy kątem oka dojrzał jasne futro tuż przy swoim policzku. Podniósł głowę nieco zbity z tropu. Wpatrywał się zadziwiony w zmarnowaną, kiedyś tak... majestatyczną sylwetkę Szałwiowego Serca. Przez chwile nie wiedział co zrobić. Oczywiście wiedział o rzekomej zdradzie i mezaliansie, którego miał dopuścić się niegdyś tak szanowany kocur, ba! Którego miał dopuścić się sam książę Klanu Nocy! Wiedział o nim i nawet poczuł napływający smak gorzkiej zazdrości, ale... musiał przyznać, że źródło jego negatywnych odczuć, które wynikły z tej sytuacji, było nieco inne niż te reszty Nocniaków. A przynajmniej tak mu się zdawało.
Żmijowcowa Wić nie widział nic krytycznie złego w zakochaniu się w kocie z innego klanu. Nie widział różnicy, szczerze... Ostatecznie i tak wszyscy żremy te same nornice, pijemy wodę z tych samych rzek, mokniemy przez ten sam deszcz. Jego podejście było podobne w tej kwestii do tego, jakie miał w sprawie koloru futra. Dlatego też nie mógł mówić o tym zbyt swawolnie, nie każdemu, nie w każdym momencie. Mógł o tym podyskutować na uboczu z Trzcinką, posyłając innym kotom oceniające spojrzenia, ale nigdy w życiu nie posunąłby się tak daleko, jak otwarty sprzeciw czy nawet rozmowa z Błękitną Laguną o faktycznej wadze tego, co zrobił Szałwiowe Serce.
"Kotka to kotka... Co za różnica czy zdąży jej się czasem zeżreć płoć, czy kraba" — myślał kocur.
W końcu niezręczna, zdecydowanie zbyt długa cisza została przerwana, i to przez tego z kocurów, który raczej nie zaczynał ich rozmów.
— Wi-witaj, Żmijowcowa Wici — bąknął książę, wyglądając na niesamowicie zmieszanego tą interakcją.
— Dzień dobry, Szałwiowe Serce, wyglądasz... niewylizanie... — powiedział z lekką nutką dystansu. Wojownik naprawdę nie wyglądał zbyt dobrze. Był widocznie szczuplejszy, a jego futro straciło ten piękny, księżycowy blask, na który młodszy tak lubił patrzeć. Najgorsze jednak były te oczy... takie smutne, pełne wstydu i tęsknoty. Sosnowa igiełka wbiła się w serce burego kota. Dodał: — Co prawda... I tak ci w nim do twarzy. — Nie chciał wyjść na niegrzecznego. Chociaż pokazanie tego zaraz pod kłodą na zwierzynę nie było mądrym posunięciem, tak chciał pokazać, że nie jest całkowicie przeciwko Szałwikowi. Nie miał powodu.
— N-no tak... Zapewne może tak być — mruknął cicho książę, nie patrząc młodszemu już dłużej w oczy. Zaczął się wycofywać, a co zaciekawiło i zaniepokoiło Żmijowca, z pustym pyskiem. Już miał się odwrócić i czmychnąć do miejsca, gdzie musiał się wiecznie skrywać, ale przeszkodził mu nagły głos.
— H-hej! Czekaj no! — zawołał zielonooki, a point stanął w miejscu. — Wyglądasz marnie niczym wodorost wyrzucony przez morze. To się nie godzi księciu, nawet takiemu, któremu życie chlusnęło błotem w twarz — zauważył kocur, wyciągając jeden pazur i wskazując nim na niebieskiego, który coraz bardziej musiał żałować, że wybrał akurat ten moment na zdobycie posiłku.
— Przestań, p-prosze. — Głos wojownika był tak nędzny, tak niepodobny do jego poprzedniego, mężnego tonu, że futerko aż samo nastroszyło się na grzbiecie drugiego. Żmijowcowa Wić okręcił się na tylnych łapach i złapał ogon ryby, którą sam przytargał do obozu. Zauważył, jak w turkusowych oczach zaświeciła się obawa.
— Nie, nie, przestań... — wydukał książę, próbując zmusić burego, aby puścił pokaźne truchło.
— Sam to złowiłem, więc sam zdecyduje, kto to będzie jadł. A zdecydowałem, że będziemy to my. Razem. Ta, pod tymi trawami, rzucającymi miły cień. — Wskazał znów pazurem, tym razem na nieco oddalone miejsce na skraju obozowiska, gdzie długie trzciny faktycznie tworzyły niewielki baldachim. — Słońce zgrzało mi grzbiet i nie chce, żeby skończyło się to na wizycie u Różanej Woni; przyznam, że nieco mnie ona przeraża, a ciebie? — zapytał, biorąc znów do pyska rybsko. Naparł kościstą łopatką na pierś Szałwiowego Serca, aby zmusić go do jakiegokolwiek ruchu w kierunku, który obrał. Ku jego zdziwieniu kocur faktycznie posłuchał i potulnie pomaszerował u jego boku, nie odpowiedział jednak na pytanie. Żmijowiec, kiedy już dotarli, rzucił mięsiwo na ziemie i usiadł, dając znać ogonem, że dawny mentor ma usiąść obok. Zrobił to powoli. Siedzieli w ciszy; żaden nie chciał brać pierwszego kęsa. W końcu zielonooki przerwał cisze i przeszedł do sedna. To była jedyna opcja, a nikogo nie było w pobliżu.
— Słuchaj... To strasznie niewygodna sytuacja, ta, w której się znalazłeś i nie mogę powiedzieć, że wiem, co teraz czujesz, bo ja sam raczej... nie mam potrzeby kokietowania kotek na granicach, ale... Chciałbym, żebyś wiedział, że nie widze w tobie żadnego zdrajcy — zaczął, próbując z całych sił zmusić księcia, aby odwzajemnił kontakt wzrokowy. — Mam gdzieś czy ktoś wchodzi w związek z kotem, z którym dzieli legowisko, czy którego widuje jedynie na zgromadzeniach; nie widze w tym najmniejszej różnicy. Uważam też, że to wszystko, co dzieje się wokół tej twojej... afery, jest tak napompowane, że aż boli mnie głowa, a tym bardziej nie wiem, co musi dziać się u ciebie. Nie wiem... Nie wiem, czy ci to jakoś pomoże, ale... Skoro ja nie mam z tym żadnego problemu i nie zgadzam się ze słowami Błękitnej Laguny, który okrzyknął się zdrajcą, to nie wierzę, że cała reszta klanu jest niczym bezmyślna ławica, która głupio wierzy we wszystkie jego słowa, a nawet jeśli wierzy, to, że ma co do tego taki ogromny problem. Na pewno nie jesteś pierwszym, któremu ładna panienka zza kamienia, który wskazuję na granicę, zawróciła w głowie — powiedział, starając się zabrzmieć jak najbardziej pocieszająco i wspierająco. W pewnym momencie nawet zaczął gładzić kocura delikatnie ogonem po grzbiecie; nie zauważył, kiedy dokładnie.

<Szałwiowe Serca?>

13 grudnia 2025

Od Szałwiowego Serca CD. Żmijowcowej Wici

dawno
Wzruszył ramionami. Czemu miałby się nie zgodzić? Może zranienie Żmijowca było poważniejsze, niż mu się zdawało.
— Mogę iść. Potrzebujesz podpórki? — dopytał, a gdy zobaczył skinienie głowy kocura (kto wie, czy prawdziwe, czy tylko z przewidzenia), podszedł do niego i pozwolił mu się o siebie oprzeć. Po tym zaprowadził go do lecznicy, prędko oddając w łapy Różanej Woni.

***

tw - problemy z jedzeniem (fragment)
Wyprostowana postura świadcząca o odwadze i śmiałości nagle zmieniła się w posępny garb. Podkurczone łapy, skulona sylwetka, ogon wciśnięty między nogi – tak, by najszybciej przemknąć po obozie, schowany w cieniach szuwaru. Oczy nie lśniły już tak pewnie. Teraz stały się podkrążone, rozwarte, spoglądające w co nowe miejsca nerwowo. Sierść straciła dawny blask. Nigdy nie należał do pedantów, lecz teraz stan futra błagał o pomstę. Zmierzwione kosmyki powoli zamieniały się w zbite maty. Kurz i brud splątywał się z nimi w nieregularną, brzydziejącą z każdym wschodem słońca nić. Dobrze tylko, że pod warstwą tego grubego futra nie można było zobaczyć stanu ciała...
Błękitna Laguna swoim zdołał zabić wszystko, co niegdyś składało się na postać Szałwiowego Serca. Każdą porcję drzemiącej w nim siły. Każdą cząstkę duszy. Każde wyobrażenie, które teraz poległo i leżało potrzaskane wśród gruzów dawnej świetności.
Najgorszy koszmar, który wcześniej pojawiał się tylko w nadciągających z głębin czarnych myśli, naprawdę się ziścił.
Chował się w zakamarkach, w których nikt go nie był w stanie znaleźć. Uziemienie z zakazem stawiania łapy poza obóz wcale nie pomagały. Nie był w stanie uciec na dobre od współklanowców, ich wrogich ślepi i jeszcze gorszych słów. Jedyne co, to był w stanie zbudować między nimi dystans. Posłanie, już nie z króliczych futer, a zwykłego mchu, przeniósł na jedną z wysp okalających obóz. Nikt mu nie rozkazał tego zrobić, choć spodziewał się, że większość wojowników nie chciała mieć z nim już nic wspólnego, a co dopiero spać w jednym legowisku. On nie był w stanie znieść ich obecności. Nie chciał by go widzieli, by go słyszeli, by myśleli o nim, gdy był w takim stanie i gdy znali o nim tak okrutną prawdę.
Rzadko pojawiał się w sercu obozu. Głównie wtedy, gdy musiał napełnić czymś pusty żołądek. Obserwował stos z oddali, wybierał sobie zwierzynę, jak najszybciej podchodził, zabierał ją i wracał do swojej pustelni. Przez ten cały czas patrzył prosto w dół, by nie zauważyć żadnego rzuconego w jego stronę spojrzenia. Już samo to, że musiał się pojawić wśród współklanowców, napawało go wstydem. Jeszcze gorsze było to, że stał się pasożytem. Nawet jeśli nie była to jego wola, a rozkaz Mandarynkowej Gwiazdy – wyrządził nocniakom okropną krzywdę, a teraz musiał żyć z ich pracy. Żerować na łowcach, którzy całe dnie spędzali na żywieniu klanu tylko po to, by ich złapane w trudzie piszczki poszły na utrzymanie zdrajcy.
Dlatego przestał jeść. Brał coś dla siebie tylko, gdy głód stawał się nieznośny i niemożliwy do ignorowania. Zaczynał czuć wstyd nie tylko, jak jadł coś nadprogramowego, ale i gdy jadł w ogóle. Gdyby mógł, polowałby dla siebie, lecz na głośnej wyspie było to prawie niemożliwe. Zwierzyna nie zapędzała się w rejony, skąd unosił się nieustannie gwar drapieżników. Nie potrafił znaleźć sposobu na to, by dostać zwierzynę bez pasożytnictwa. A to starał się ograniczyć do absolutnego minimum. Zresztą, to nie tak, że potrzebował pełnej racji. Całe dnie spędzał tylko na drobnych pracach obozowych i cichej pokucie w samotności. Posiłki należały się tym, którzy mieli jakąś wartość; nie zdrajcom trzymanym wśród swoich z litości.
Nadszedł jeden z momentów, gdy musiał się wyłonić z ciemności. Nienawidził ich wszystkich. Gdyby mógł, ukryłby się w cieniach i pozwolił wszystkim o sobie zapomnieć. Tak by było najlepiej dla nich wszystkich.
Rozejrzał się, by być pewnym, że w obozie jest niewiele kotów. Było to piękne, słoneczne popołudnie, z którego korzystali zarówno tropiciele, mentorzy jak i po prostu szukające odpoczynku koty. Takie, które niegdyś by spędził wraz z nimi, a gdy tylko się skończyło, popędził na granicę z klifiakami... Nie, obiecał, że przestanie o tym myśleć... Im mniej współklanowców, tym mniej spojrzeń. Wypatrzył na stosie to, czego potrzebował – krótkiego, smukłego czopa. Wystarczającego. I tak nie miał z kim się podzielić większą zwierzyną. Cicho wypełzł z szuwarów, szybkim krokiem znalazł się tuż przy stercie ze zwierzyną... Idealnie w chwili, gdy Żmijowcowa Wić także do niej podszedł. Poczuł, jak w gardle pojawia mu się gula. Na osty i ciernie. Patrzyli tak przez chwilę na siebie w głuchej ciszy, jakby oboje niepewni, dlaczego znaleźli się tu w jednej chwili.
— Wi-witaj, Żmijowcowa Wici — bąknął tylko wraz z krokiem w tył. Nie wiedział, co dłużej jego były uczeń o nim sądził. Przedtem z pewnością stanowił dla niego autorytet. Był podziwiany. Doceniany za swe zasługi.
A teraz? Jaki obraz został w umyśle tego młodego kota, który (przynajmniej niegdyś) pałał do niego uczuciem?

<Żmijek?>

30 sierpnia 2025

Od Żmijowcowej Łapy (Żmijowcowej Wici) CD. Szałwiowego Serca

Time skip, bo kogo obchodzi głupi wyścig

Wojownik wracał właśnie z treningu z Kropiatkową Łapą. Uczennica była... w porządku. Nie sprawiała niemal żadnych problemów; była spokojna, opanowana, bardzo chętna do nauki i pojętna. Nie musiał powtarzać jej kilka razy tego samego, ale kiedy potrzebowała większej ilości informacji czy sprecyzowania, nie bała się o to grzecznie poprosić. Chociaż fizycznie miała wiele ograniczeń, zwłaszcza jeśli chodziło o rzeczy, które wymagały od niej większego nakładu siły, nie bała się próbować. Nie brał jej nad wodę, której nurt był wciąż zimny, a do tego wartki przez roztapiające się pokrywy lodowe w wyższych partiach rzeki. Skupiali się na granicach, na polowaniu, na kodeksie i zasadach, które rządzą życiem w Klanie Nocy,  czasami próbowali wchodzić wspólnie na drzewa, co nawet powoli całkiem nieźle jej wychodziło. Przypominała mu małą, puchatą wiewiórkę o ciemnym futerku. 
"To całe mentorowanie to całkiem fajna sprawa. Nikt nic od ciebie za bardzo nie chcę, możesz robić, co ci się podoba, o ile nie złapie cię Algowa Struga lub, co gorsza, Mandarynkowe Pióro. Nieźle..." — myślał, kiedy zaczynali zbliżać się do obozu. Ziemia robiła się coraz zimniejsza, wilgotniejsza i bardziej piaszczysta. 
— Uważaj, jakby woda zrobiła się za głęboka, to mi powiedz, złapie cię za kark, żebyś nie odpłynęła jak moja stara mentorka — powiedział, odwracając się na moment w kierunku idącej z tyłu koteczki. 
— Mhm, oczywiście... — mruknęła, chociaż ostatnie słowa nieco ją skonfundowały. Kropiatka, mimo niskiego wzrostu, rzadko potrzebowała faktycznej pomocy czy asekuracji. Tak było i tym razem. Tym, co jednak zdziwiło wracające koty, był hałas przy samym wejściu. Żmijowiec nieznacznie przyśpieszył, uważając jednak żeby nie zostawić koteczki zbyt z tyłu. Szybko dowiedzieli się, o co chodzi. Już przy samym wejściu grupa kotów, w której umiał na ten moment odróżnić jedynie Tojadową Kryzę i Szałwiowe Serce, próbowała przepchnąć wielką kłodę. 
— Chyba powinniśmy pójść im pomóc, prawda Żmijowcowa Wicio? — zapytała terminatorka, zerkając to na nauczyciela, to na zmagających się z konarem wojowników. 
— Ty biegnij do środka. Jeśli chcesz się jeszcze na coś dzisiaj przydać, to znajdź sobie coś łatwiejszego do roboty, jasne? Poproś Algową Strugę, ona ci coś przydzieli. — Popchnął ją nosem, a bura popędziła, kiwając jeszcze łebkiem w stronę zdyszanych kotów. Zielonooki za to sam podbiegł do nich. 
— No nareszcie! Ktoś się zainteresował... — wysyczał jego rudy braciszek. 
— Ciebie też miło widzieć Tojadzie. — Posłał mu sztuczny uśmiech i szybko przeniósł wzrok na księcia, który niestrudzenie zapierał się łapami, aby ruszyć kłodę dalej. Dopiero teraz Żmijowiec zauważył, że po drugiej stronie stroszyła się Porywisty Sztorm, a Rysi Bór wykorzystał pojawienie się kolejnego kota na krótki odpoczynek i złapanie tchu. — Szałwiowe Serce, pomóc wam?
— Nie, nie, znakomicie sobie radzimy Żmijowcu, nie fatyguj się nawet, najlepiej idź się połóż i zdrzemnij! — wymiauczał nieproszony Tojadowa Kryza, ale szybko dostał ogonem po grzbiecie od pointa. 
— Każda łapa się przyda. Musimy ją wepchnąć dalej, ale o coś musiała się zahaczyć, wcześniej szło o wiele, wiele prościej — wytłumaczył książę. Bury zrobił krok do przodu, aby obejrzeć piach, który zebrał się na samym przodzie. Faktycznie... Coś zablokowało go.
— Trafiliście na kamień, poczekajcie moment — polecił i sam zajął się wytarganiem go spod pniaka. Wojownicy wspólnie zrobili sobie przerwę, aby przy okazji go nie zmiażdżyć. Każdy miał to na uwadze. Każdy prócz Tojadu, który zbyt mocno oparł się o konar, kiedy lizał się po barku. Drewno zaskrzypiało i bez pośpiechu zaczęło toczyć się dalej, w końcu nie napotykając żadnej większej przeszkody. Żmijowiec pisnął. Niemal całkiem przepchnął już głaz, ale połowa jego ciała, jak i ogon, nadal znajdowały się na trasie pnia. W ostatnim momencie zabrał tylne nogi, ratując je przed całkowitym zmiażdżeniem, z ogonem jednak nie zdążył. Nie całkiem. Poczuł, jak ciężar napiera na jego koniuszek, powodując narastający ból. Wrzasnął, ale nic więcej mu się nie stało. 
— Ty zawszała pało! — Zjeżył się i złapał się łapami za kitkę. 
— Ojej... — miauknął rudy. — Sorki Żmijowcu, tym razem na serio nie chciałem...
— To weź czasem rusz tym wiewiórczym łbem! Nawet mózg masz wielkości orzecha! Nie! Twoja głupia łeb to jądro ciemności i pustki, wiesz?! — Postukał się wymownie w czoło pazurem. Szałwiowe Serce przewrócił oczyma. 
— Możecie to zostawić na potem? — zapytał spokojnie, ale z widoczną nutą zażenowania.
— Nie zrobisz z nim nic?! To była zasadzka! — upierał się bury.
— Wypadek! Nikt ci nie kazał pakować się prosto pod ten głupi pień... — bronił się Tojad.
— Spokój... Tojadowa Kryzo uważaj bardziej, Żmijowcowa Wicio... Pójdź do Różanej Woni, kiedy skończymy, albo teraz, jeśli nie jesteś w stanie dalej nam pomagać. W każdym razie... Dziękujemy za wyjęcie kamienia. — Ciepło rozlało się po całym ciele kocura. Pochwała z pyska księcia była warta tego krótkiego momentu cierpienia, które mu zagwarantował jego orzechomózgi brat. Mógłby mu nawet podziękować... Ale tego nie zrobi. 
— Nie no... Pomogę... — Wydął policzki i wepchnął się między niego i Szałwiowe Serce, odpychając rudego jak najbardziej od swojego kraszi starszego kocura. Wspólnie zaczęli znów pchać. Zielonooki nie spodziewał się, że ta praca była taka męcząca. Łapy zapadały mu się w sypkim piasku, uniemożliwiając użycie całej swojej siły. Mimo to nie chciał wyjść na mięczaka. W pewnym momencie jednak faktycznie się poślizgnął i poleciał na brata. 
— Bierz swoją kościstą dupę z mojego brzucha! — warknął Tojad, próbując podnieść się z wilgotnej ziemi. Piach oblepił mu nawet pysk. Żmijowiec już otwierał pysk, żeby się odgryźć, ale został uciszony.
— Nawet nie zaczynajcie. — Zmęczony głos Szałwika był niczym kłódka na jego niezamykająca się mordkę. Potulnie powstał i wrócił na swoje miejsce. Chciałby mu jeszcze jakoś zaimponować... O!
— Przepraszam cię, moja wina — rzucił przez bark, a pysk rudasa wykrzywił się w paskudnym połączeni zdziwienia i grymasu. — Następnym razem postaram się polecieć na Szałwiowe Serce. On nie ma poczucia równowagi pokroju ślepego żuka. 
Głośne westchnięcie obok ucha... Książę pokręcił łbem, ale już nic nie powiedział. Tojadowa Kryza bez słowa wrócił na swoje miejsce i w końcu udało im się dopchać pień do obozu. Nie był jeszcze na swoim miejscu, ale zgodnie doszli do wniosku, że nie ma już sensu dalej się męczyć. Grupa rozeszła się. 
Żmijowiec odszukał wzrokiem swoją uczennicę, która razem z Rosiczkową Kroplą zajmowała się kopaniem źródełka. Cała umorusana, cała oblepiona piachem i ziemią Kropiatkowa Łapa uśmiechała się od ucha do ucha, wyciągając kolejne kupki i odkładając je za siebie zamaszystymi ruchami. Jego siostra wydawała się równie pochłonięta tym zadaniem. Co jakiś czas terminatorka mówiła coś do szylkretki, ale przez większość czasu między nimi panowała cisza. Wszelki harmider zdawał się je omijać, jakby ziemia, która narastała kolejnymi kupeczkami, tworzyła wokół koteczek bezpieczny mur. Wojownik uśmiechnął się smutno. 
— Żmijowcowa Wicio, jak twój ogon? — odezwał się nagle za nim głos Szałwiowego Serca. Bury aż podskoczył. 
— H-hah! Co..? — Wszelkie myśli wyleciały mu z głowy.
— Ogon. Ten, przez który niemal nie rzuciłeś się na Tojadową Kryzę... Chcesz iść do medyczki? — zapytał, bardziej z obowiązku.
— Ah... A-a... poszedłbyś ze mną..?

<Szałwiuś?>

Event KN: Wniesienie na wyspę kłody na zwierzynę, Powiększenie dołu na nowe źródełko

29 lipca 2025

Od Szałwiowego Serca CD. Żmijowcowej Łapy (Żmijowcowej Wici)

Spojrzał na Wzlatującą Uszatkę z lekką irytacją. Tak. Łowy mu się nie udały, i co. Wiatr ciągle wiał mu pod włos, uniemożliwiając wyczucie jakiegoś zapachu. Wystarczyło już, że zdążył się sam na siebie wściec. Nie potrzebował, by ktoś to mu jeszcze wytknął. Prośba Żmijowcowej Łapy go jednak zdziwiła. Sądził, że się pozdrowią i pójdą w swoje strony. Skoro jednak tak koniecznie chciał, by go nauczył to cóż. Miał jakiś sensowny powód, by mu odmówić?
— Pogoda kapryśna, więc nie dopisała — odpowiedział lakonicznie Wzlatującej Uszatce, po czym spojrzał na jej ucznia. — Mogę cię nauczyć, jeśli chcesz. Może w wodzie będę mieć więcej szczęścia...
Podszedł do brzegu i przysiadł nad nim. Utkwił wzrok w delikatnie kołyszącej się tafli wody, wypatrując jakiegoś ruchu nienależącego do roślin na dnie. Na chwilę ucichł by lepiej się skupić, lecz nic nie widział. No i poproszono go o lekcję, więc przydałoby się jednak coś powiedzieć...
— Musisz usadowić się tak, by jak najmniej było cię widać z powierzchni wody. Kucnąć przy ziemi, nie wychylać łba i siedzieć w bezruchu. No i ciszy — miauknął, ściszając głos do szeptu. — Ryby mają kiepski wzrok, więc gdy to zrobisz nie powinny cię zobaczyć.
— Mhm — wymruczał na potwierdzenie. Szałwiowe Serce patrzył kątem oka na to, jak Żmijowcowa Łapa stosował się do jego rad. Poprawił jednym ruchem jego wyciągnięte łapy, które mogłyby zostać przyuważone przez potencjalną ofiarę. Oboje zamilkli, podobnie jak oglądająca wszystko z pewnej odległości Wzlatująca Uszatka. Wypatrywali ryby, która podpłynie wystarczająco blisko, by ją pochwycić i zanieść starszyźnie jako świeży, dorodny posiłek.
— Jest wiele sposobów na złapanie ryby. Najprościej brzmi zwykłe wyparowanie w przód i złapanie jej w pysk, lecz w rzeczywistości wymaga to sporej precyzji i siły, jeśli znajdzie się większa sztuka. Paradoksalnie łatwiejsze jest wyciągnięcie jej łapami z wody, wyrzucenie na brzeg i zakończeniu polowania już tam. Wybierzesz co ci się podoba. Każdy nocniak ma zapewne własną technikę — szeptał dalej, nie spuszczając wzroku z tafli, pod którą przepływały smukłe, ciemne kształty. Zbyt blisko dna, myślał, kręcąc nosem. Jeszcze potrzebowały trochę czasu. 
Żmijowiec wyglądał, jakby się zaczynał już tym wszystkim nudzić. Cóż. Łowienie ryb nie należało do najciekawszych. On sam za nim specjalnie nie przepadał. Trzeba było wlepić wzrok w wodę, a potem czekać... Czekać... I czekać. Aż nie pojawi się może i niezbyt okazała, lecz z pewnością nieostrożna ławica. Szałwiowe Serce schylił nieznacznie łeb, jakby chciał dać znak uczniowi, że była to okazja dla niego. Żmijowcowa Łapa nie potrzebował, by "mówiono" mu dwa razy.
Patrzył przez chwilę uważnie na podpływające blisko powierzchni stadko nie za dużych ryb. Zbliżał się powoli, starając się nie wydać żadnego odgłosu, aż nie wypalił w stronę wody. Plusnęła głośno, a pluskowi zawtórowało uderzenie srebrnego cielska o ziemię. Zdobycz Żmijowcowej Łapy przeleciała nad jego głową, by zaraz zacząć podskakiwać na trawie w poszukiwaniu wody. Tam już dokończył dzieła.
— Dobra robota — miauknął Szałwiowe Serce, obserwując, jak kocur łapie swoją zdobycz w zęby.
— Szkoda tylko, że jelec — skomentowała z boku mentorka ucznia. Ten spojrzał się na nią z odrazą.
— Niby czemu szkoda? — wypalił natychmiast.
— Mięso jelca nie jest zbyt smaczne. To bardzo ościste ryby — wytłumaczył, uprzedzając Wzlatującą Uszatkę, z nadzieją, że to ostudzi zapał Żmijowca do kłótni. — Ale każda zdobycz jest potrzebna klanowi. Nie martw się, na pewno ktoś skusi się na ten kąsek — mruknął, po czym poklepał ogonem grzbiet ucznia. Mimo że chciał go w ten sposób pocieszyć, i tak wyglądał na naburmuszonego.

***

przed mianowaniem Żmijowca i Borówki
Decyzja Spienionej Gwiazdy go niesamowicie zdziwiła. Nie rozumiał, dlaczego z grona wojowników bez uczniów Żmijowcowa Łapa, który stracił swoją poprzednią mentorkę, został przydzielony akurat jemu. Członkowie rodziny królewskiej często dostawali uczniów, to był fakt, ale on miał już Borówkową Łapę. Nawet jeśli koniecznie chciała któregoś krewniaka, to miała szeroki wybór. Żadne z jego rodzeństwa (prócz Pierzastej Kołysanki, która była ogrodniczką, więc nie znajdowała się w puli) nie szkoliło w tej chwili terminatora. Ba, Sterletowa Łuska nie miał ucznia wcale, nigdy. Liderka chciała go docenić po poświęceniu w czasie powodzi, myślał. Tylko że dla niego dodatkowy uczniak wcale nie był docenieniem... Bardziej kolejnym nakładającym się na siebie obowiązkiem. I jeszcze musiał to być Żmijowcowa Łapa.
Nic do niego nie miał. Serio. Już odsuwając na bok wszelkie uprzedzenia, jakie miał do jego matki. Odsuwając fakt, że już szkolił jedną uczennicę. Po prostu nie miał na to siły. Chciał zająć się odbudową obozu, nie uczeniem kolejnego oseska, jak podchodzi się do myszy. Chociaż no dobra. Musiał przyznać, że pomimo młodego wieku, Żmijowcowa Łapa miał niezłe umiejętności, a to było naprawdę pocieszające. Nie zniósłby trenowania jakiegoś młokosa od zera, jeszcze w takiej sytuacji.
No, to tak pomijając fakt że był też zwyczajnie... trochę dziwny.
Wicher biegł przez łąki i doliny sprawiając, że każde wyjście z głębi bezpiecznego lasu stawało się niczym innym jak przykrym obowiązkiem. Z chwilą wyściubienia nosa zza osłaniającego drzewa w oczy uderzała zbita powietrzna pięść, skutecznie odbierając chęci na wybranie się na polowanie czy patrol. Wygodnictwo było jednak dla piecuchów.
Szli w trójkę w kierunku jeziora, z którego nie unosiła się ta śmiercionośna, zimna bryza. Rzeka była nadal wzburzona po ostatnich wydarzeniach – wolał nie ryzykować. Wprawdzie wierzył, że by sobie poradzili (w końcu zrobili to już w dzień powodzi), lecz nie miał głowy do ratowania kolejnych kotów. I to znowu, jeśli była mowa o jednym konkretnym delikwencie... Wbił wzrok w taflę wody, która była zatrważająco spokojna jak na ich ostatnie standardy. Wydawało się to aż dziwne. Żadna fala nie zmierzała właśnie w jego stronę z chęcią pociągnięcia go na dno? Coś nowego, ale w żadnym wypadku nie narzekał. Miał już dość bania się wody, która miała być ich strażnikiem. 
— No, chyba doszliśmy do celu — mruknął, uważnie lustrując otoczenie. — W obliczu ostatnich wydarzeń wydaje mi się, że wszyscy się przekonaliśmy o tym, jak ważna jest dla nas umiejętność pływania... Dlatego też na niej się skupimy, by doszlifować to, co tego potrzebuje w waszych technikach. Więc tak – widzicie? — Ruchem pyska wskazał na drugi brzeg jeziora. Specjalnie poszedł w miejsce, gdzie było ono szczupłe. Dystans pomiędzy nimi a Kolorową Łąką był niewielki. Mniejszy niż szerokość rzeki, która dzieliła tereny Klanu Nocy na dwie części. — Urządzicie sobie małe zawody. Waszym zadaniem jest dopłynięcie na drugi brzeg i z powrotem. Kto pierwszy, ten wygrywa — tłumaczył, przeskakując wzrokiem z Borówki na Żmijowca.

<Żmiju?>

19 lipca 2025

Od Żmijowcowej Łapy Do Szałwiowego Serca

Jego cierpliwość (której i tak zbyt wiele nie było już pierwszego dnia treningu) z ogromną prędkością się kończyła. Był w trakcie kolejnego kompletnie bezsensownego, kompletnie niepotrzebnego treningu, który był oczywiście kompletną stratą czasu. Umiał już polować; nawet został kilkukrotnie pochwalony przez inne koty, z którymi akurat wybrali się na wspólne łowy. Ba! Raz nawet złapali się przy wyjściu z Wężynką i Dryfująca Bulwą i we czwórkę skierowali się w okolice Klanu Burzy, gdzie udało mu się zagonić królika w stronę wojownika, który następnie zdekapitował go w sposób tak sprawny i imponujący, że Żmijowcowi wydawało się wręcz, że widzi to wszystko w swoich późniejszych snach. Ten dzień faktycznie bardzo mu się podobał; jednak nigdy już potem nie udało im się akurat tak minąć, aby Uszatka miała pretekst do oddania części odpowiedzialności za swojego ucznia starszemu burasowi. Nie udało mu się nawet wybrać po zdobytego tego polowania skoczka, a śpieszył się niezwykle. Widział, jak przed jego pyskiem, dosłownie kilka kroków od niego, królika łapie Pierzasta Kołysanka, a następnie idzie z nim do legowiska medyków, aby podarować go Różanej Woni i Gąbczastej Łapie. Serce ścisnęło mu się na moment, chciał się rozzłościć, ale udało mu się opanować.
"To był tylko głupi, zarżnięty królik. Uspokój się..." — powtarzał sobie i do teraz; czasami dalej wspominał szarawego skoczka, którego ciemnooki kocur powalił na ziemie. 
Teraz jednak nie było z nimi nikogo. Byli jedynie we dwójkę, a Wzlatująca Uszatka oczywiście znowu powiedziała, że nurt jest wyjątkowo rwący, co może okazać się niezwykle niebezpieczne dla młodego, niedoświadczonego kota. W uczniu gotowało się już od samego rana, gdyż czarnobiała obudziła go jeszcze wcześniej niż zwykle; zupełnie jakby miała cokolwiek faktycznie zaplanowane na ten trening. Musiała coś prędko wymyślić. Skierowali się w zalesioną część terenów, a kiedy z każdej strony otaczały ich już wysokie drzewa, kotka usiadła, owinęła ogon wokół łap i wpatrzyła się w Żmijowca wyczekująco, jakby sam miał domyślić się, o co jej chodzi. W końcu ugięła się pod naporem odwzajemnionego milczenia i doprecyzowała, że będą się tego dnia wspinać. Najzwięźlej, jak się tylko dało, opisała sam proces, a kiedy ten dalej siedział w miejscu, nie drgnął ani... Westchnęła i wstała. Za nią terminator, a potem oboje wybrali drzewo, które było według mentorki odpowiednie. No i zaczęli. 
Zmusił kotkę do wysiłku, zmusił, aby wdrapywała się na konary razem z nim; chciał się w końcu dowiedzieć, czy ona cokolwiek potrafiła. Uszatka była zwinna i drobna, jakby się uprzeć można by było powiedzieć, że z budowy przypominała Żmijowcową Łapę, ale jej ruchy były zdecydowanie bardziej przemyślane, wręcz wyliczone. Nie ruszała łapą jeśli nie było potrzeby, a kiedy już coś jej nie wychodziło, futro na karku nawet nie drgało. 
"Głupia Uszatka... Musi się popisywać, że jednak coś potrafi? Może i w innym klanie to byłoby imponujące, ale ja nie potrzebuję biegać za ptakami... Ryby nie mieszkają w dziuplach..."
 Ostatecznie dogonił on wojowniczkę, chociaż serce biło mu jak oszalałe, a w głowie się kręciło; od wrażeń, jak i od wysiłku, do którego nie był ani przyzwyczajony, ani przygotowany. W momencie, w którym stanął na grubej gałęzi, kiedy spojrzał na dół... łapy się pod nim ugięły. Wbił pazury głęboko w chropowatą korę i szybko odwrócił wzrok, wlepiając go w niemożliwą do rozczytania mordkę mentorki. 
— Nie najgorzej — powiedziała w końcu, rozglądając się dookoła, jak i w górę i w dół. — Nie wyglądasz zbyt dobrze; zejdziemy.
— Jak? — rzucił od razu, otwierając szerzej oczy. Faktycznie... Jeszcze moment temu chciałby usłyszeć te słowa, ale... Teraz zdał sobie sprawę, że żeby znaleźć się na miękkiej trawie, musiał najpierw jakoś... zsunąć się po konarze? Był taki... Niemiły i drapiący... — J-jak?! 
— Spokojnie. Idź pierwszy, powoli, odrywaj łapę za łapą. — Wojowniczka bez strachu wpatrywała się w poruszającą się pod nią trawkę, a Żmijowcowi wydawało się, że zaraz zwróci na nią balast z wysokości. 
— Łatwo mówić! — prychnął, ale jego głosik był wątły i pełen strachu. 
— Nie umiałam tego robić od zawsze. Idź — pogoniła go, trącając jasną kryzę łapą. Zadrżał, ale faktycznie zbliżył się do trzonu. 
— Mam patrzeć w dół czy iść tyłem..? — dopytywał przerażony. 
— Spróbuj pierwszego, a złamiesz kark. 
— Inspirujące! — warknął. Teraz nagle jej się wzięło na żarty i dowcipy! Nie miał już ochoty jej ani słuchać, ani oglądać. Przełknął ślinę i powoli zaczepił łapy, najpierw przednie, za nimi tylne, o wystającą korę. No i tak został. Nie wiedział, co ma robić dalej, nie wiedział, czy to, co zrobił dotychczas, było... Okej? Chociaż nie za wiele mógł na ten moment zepsuć. 
— No dalej — pośpieszyła go pomarańczowooka, a to tylko wzburzyło kocura. 
"Niepotrzebna Uszatka, niemożliwa do wytrzymania kupa futra" — mruczał pod nosem, niesłyszalnie niemal dla samego siebie. 
Zmusił się do oderwania jednej łapy, potem kolejnej i kolejnej, i tak powolutku kierował się w dół. W końcu udało się i poczuł, jak miękka trawka łaskoczę go w poduszeczki. Wzlatująca Uszatka dopiero zaczęła schodzić, a nie rozpoznał momentu, w którym znalazła się zaraz obok jego ucha. 
— Dobrze ci poszło — pochwaliła go. Było to... co najmniej dziwne uczucie. Terminator prychnął pod nosem. Kotka nie czekała na podziękowanie, na komentarz: — Chodźmy, złapiesz coś. 
No i poszli. Wrócili do koryta rzeki, gdzie często znaleźć można było przeróżne gryzonie lub ptaki. Ale znaleźli też coś innego, coś znajomego, ale niezdatnego do przyniesienia na stos zwierzyny. Szałwiowe Serce nadchodził z okolic Kolorowych Łąk w widocznie wyśmienitym humorze. Nie zauważyłby pewnie pary kotów, ale Wzlatująca Uszatka wyrwała go ze stanu błogiej radości.
— Dzień dobry Szałwiowe Serce, polowanie się nie udało? — zapytała, widząc pusty, a do tego krzywy pysk kocura. Futerko na karku księcia trochę się zjeżyło na ten niespodziewany dźwięk. Żmijowiec zobaczył w tym szansę dla samego siebie. Byli nad wodą, która nie była wcale wyjątkowo wzburzona, byli we trójkę, a więc nie musiał być skazany na łaskę swojej tchórzliwej nauczycielki, a co najważniejsze... Wstyd, takiemu wojownikowi jak Szałwiowe Serce, pokazać się po całym dniu na zewnątrz z pustymi łapami. To był ten czas, to był czas Żmijowcowej Łapy. 
— Szałwiowe Serce! Chodź! Złapiemy ryby. — Wskazał na rozlewisko, którego tafla delikatnie falowała — Wzlatująca Uszatka boi się, że ją porwie nurt, ale ty jesteś większy i silniejszy; chciałbym, żebyś mnie tego nauczył. Na pewno wspaniale to robisz — zawołał, kiedy point był jeszcze kilka kroków od nich. Uśmiechnął się sztucznie; miał nadzieje, że nie było to zbyt widoczne. Nie miał jakiś faktycznych planów dotyczących bratania się z kocurem, ale był członkiem rodziny królewskiej... Lepszy taki druh, niż wróg...

<Szałwik?>
[1046 słów + wspinaczka na drzewa]

[przyznano 21% + 5%]