"To nawet nie była przeciwna strona. Nie broniłem tego rudego, śmierdzącego zdradą szczura... Robiłem dokładnie to, o co mnie poprosiła, a dostałem za to nie podziękowanie, nie docenienie, a chlast w policzek i splunięcie prosto w pysk." — pomyślał, nie panując nad wyrazem całkowitego obrzydzenia, który wślizgnął się na jego mordkę, zdeformowanym dodatkowo przez obecność śliskiego cielska w jego zębach. Z zażenowaniem i wstydem schylił łeb i wgapił się w ziemie, jednocześnie kontynuując swoją mozolną wędrówkę przez obóz, aby zapełnić tą rosnącą, ciemną dziurę, która rosła mu w brzuchu. Ogon ryby sunął po ziemi, która powoli, coraz bardziej oblepiała go z każdej strony. W końcu rzucił zdobycz przed siebie, a sam chciał wziąć dla siebie coś znacznie mniejszego; nie było mowy, że zdołałby uporać się z takim kawałkiem mięsa, a Trzcinowy Szmer była dzisiaj na drugim patrolu. Nie miał pomysłu, z kim miałby podzielić się takim potworem... Przynajmniej nie do momentu, kiedy kątem oka dojrzał jasne futro tuż przy swoim policzku. Podniósł głowę nieco zbity z tropu. Wpatrywał się zadziwiony w zmarnowaną, kiedyś tak... majestatyczną sylwetkę Szałwiowego Serca. Przez chwile nie wiedział co zrobić. Oczywiście wiedział o rzekomej zdradzie i mezaliansie, którego miał dopuścić się niegdyś tak szanowany kocur, ba! Którego miał dopuścić się sam książę Klanu Nocy! Wiedział o nim i nawet poczuł napływający smak gorzkiej zazdrości, ale... musiał przyznać, że źródło jego negatywnych odczuć, które wynikły z tej sytuacji, było nieco inne niż te reszty Nocniaków. A przynajmniej tak mu się zdawało.
Żmijowcowa Wić nie widział nic krytycznie złego w zakochaniu się w kocie z innego klanu. Nie widział różnicy, szczerze... Ostatecznie i tak wszyscy żremy te same nornice, pijemy wodę z tych samych rzek, mokniemy przez ten sam deszcz. Jego podejście było podobne w tej kwestii do tego, jakie miał w sprawie koloru futra. Dlatego też nie mógł mówić o tym zbyt swawolnie, nie każdemu, nie w każdym momencie. Mógł o tym podyskutować na uboczu z Trzcinką, posyłając innym kotom oceniające spojrzenia, ale nigdy w życiu nie posunąłby się tak daleko, jak otwarty sprzeciw czy nawet rozmowa z Błękitną Laguną o faktycznej wadze tego, co zrobił Szałwiowe Serce.
"Kotka to kotka... Co za różnica czy zdąży jej się czasem zeżreć płoć, czy kraba" — myślał kocur.
W końcu niezręczna, zdecydowanie zbyt długa cisza została przerwana, i to przez tego z kocurów, który raczej nie zaczynał ich rozmów.
— Wi-witaj, Żmijowcowa Wici — bąknął książę, wyglądając na niesamowicie zmieszanego tą interakcją.
— Dzień dobry, Szałwiowe Serce, wyglądasz... niewylizanie... — powiedział z lekką nutką dystansu. Wojownik naprawdę nie wyglądał zbyt dobrze. Był widocznie szczuplejszy, a jego futro straciło ten piękny, księżycowy blask, na który młodszy tak lubił patrzeć. Najgorsze jednak były te oczy... takie smutne, pełne wstydu i tęsknoty. Sosnowa igiełka wbiła się w serce burego kota. Dodał: — Co prawda... I tak ci w nim do twarzy. — Nie chciał wyjść na niegrzecznego. Chociaż pokazanie tego zaraz pod kłodą na zwierzynę nie było mądrym posunięciem, tak chciał pokazać, że nie jest całkowicie przeciwko Szałwikowi. Nie miał powodu.
— N-no tak... Zapewne może tak być — mruknął cicho książę, nie patrząc młodszemu już dłużej w oczy. Zaczął się wycofywać, a co zaciekawiło i zaniepokoiło Żmijowca, z pustym pyskiem. Już miał się odwrócić i czmychnąć do miejsca, gdzie musiał się wiecznie skrywać, ale przeszkodził mu nagły głos.
— H-hej! Czekaj no! — zawołał zielonooki, a point stanął w miejscu. — Wyglądasz marnie niczym wodorost wyrzucony przez morze. To się nie godzi księciu, nawet takiemu, któremu życie chlusnęło błotem w twarz — zauważył kocur, wyciągając jeden pazur i wskazując nim na niebieskiego, który coraz bardziej musiał żałować, że wybrał akurat ten moment na zdobycie posiłku.
— Przestań, p-prosze. — Głos wojownika był tak nędzny, tak niepodobny do jego poprzedniego, mężnego tonu, że futerko aż samo nastroszyło się na grzbiecie drugiego. Żmijowcowa Wić okręcił się na tylnych łapach i złapał ogon ryby, którą sam przytargał do obozu. Zauważył, jak w turkusowych oczach zaświeciła się obawa.
— Nie, nie, przestań... — wydukał książę, próbując zmusić burego, aby puścił pokaźne truchło.
— Sam to złowiłem, więc sam zdecyduje, kto to będzie jadł. A zdecydowałem, że będziemy to my. Razem. Ta, pod tymi trawami, rzucającymi miły cień. — Wskazał znów pazurem, tym razem na nieco oddalone miejsce na skraju obozowiska, gdzie długie trzciny faktycznie tworzyły niewielki baldachim. — Słońce zgrzało mi grzbiet i nie chce, żeby skończyło się to na wizycie u Różanej Woni; przyznam, że nieco mnie ona przeraża, a ciebie? — zapytał, biorąc znów do pyska rybsko. Naparł kościstą łopatką na pierś Szałwiowego Serca, aby zmusić go do jakiegokolwiek ruchu w kierunku, który obrał. Ku jego zdziwieniu kocur faktycznie posłuchał i potulnie pomaszerował u jego boku, nie odpowiedział jednak na pytanie. Żmijowiec, kiedy już dotarli, rzucił mięsiwo na ziemie i usiadł, dając znać ogonem, że dawny mentor ma usiąść obok. Zrobił to powoli. Siedzieli w ciszy; żaden nie chciał brać pierwszego kęsa. W końcu zielonooki przerwał cisze i przeszedł do sedna. To była jedyna opcja, a nikogo nie było w pobliżu.
— Słuchaj... To strasznie niewygodna sytuacja, ta, w której się znalazłeś i nie mogę powiedzieć, że wiem, co teraz czujesz, bo ja sam raczej... nie mam potrzeby kokietowania kotek na granicach, ale... Chciałbym, żebyś wiedział, że nie widze w tobie żadnego zdrajcy — zaczął, próbując z całych sił zmusić księcia, aby odwzajemnił kontakt wzrokowy. — Mam gdzieś czy ktoś wchodzi w związek z kotem, z którym dzieli legowisko, czy którego widuje jedynie na zgromadzeniach; nie widze w tym najmniejszej różnicy. Uważam też, że to wszystko, co dzieje się wokół tej twojej... afery, jest tak napompowane, że aż boli mnie głowa, a tym bardziej nie wiem, co musi dziać się u ciebie. Nie wiem... Nie wiem, czy ci to jakoś pomoże, ale... Skoro ja nie mam z tym żadnego problemu i nie zgadzam się ze słowami Błękitnej Laguny, który okrzyknął się zdrajcą, to nie wierzę, że cała reszta klanu jest niczym bezmyślna ławica, która głupio wierzy we wszystkie jego słowa, a nawet jeśli wierzy, to, że ma co do tego taki ogromny problem. Na pewno nie jesteś pierwszym, któremu ładna panienka zza kamienia, który wskazuję na granicę, zawróciła w głowie — powiedział, starając się zabrzmieć jak najbardziej pocieszająco i wspierająco. W pewnym momencie nawet zaczął gładzić kocura delikatnie ogonem po grzbiecie; nie zauważył, kiedy dokładnie.
<Szałwiowe Serca?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz