Dawno temu
Wojowniczka nie spodziewała się takiego nagłego potoku słów z pyska Roztargnionego Koperku, ale z drugiej strony była przeszczęśliwa, że takie słowa dotarły do jej uszu. Przez moment milczała, spoglądając w oczy swojego rodzeństwa, po czym przysunęła się bliżej jeno i przez chwilę trzymała swój nos przy jeno pysku, jakby w geście przytulasa.
— Ja… tak naprawdę też nigdy nie chciałam się z tobą kłócić — przyznała, odsuwając się nieco od liliowego. Z początku może i Koper ją wkurzał, ale to było dawno temu, gdy jeszcze była tylko krnąbrnym dzieciakiem, który nie wiedział nic o życiu. Teraz zdążyła zauważyć, że o wiele łatwiej było wspierać kogoś, niż go nienawidzić. — Mamy taki szmat czasu do nadrobienia… Nie wierzę, że tak długo mogłam trzymać w sobie urazę. Nie powinnam była. Powinnam dużo wcześniej przejrzeć na oczy i zauważyć, że najpewniej zostaniemy sami, gdy nasi rodzice… — nie dokończyła, lecz z jej pyska wydobyło się ciężkie westchnienie.
Roztargniony Koperek spojrzał na własne łapy, milcząc razem z Brukselką.
— W każdym razie cieszę się, że ta rozmowa w końcu nadeszła. Co powiesz na spacer? Chętnie posłucham nieco więcej o twoich córkach i sama też opowiem o swoich przybranych dzieciach — uśmiechnęła się, a w jej oczach błysnął spokój.
* * *
Teraźniejszość
Dwa księżyce. Dokładnie tyle dali jej przodkowie, nim powinna wrócić pod tę wierzbę, by… tak właściwie, to co? Sama nie wiedziała, czego miała spodziewać się na miejscu. Przodkowie obiecali jej, że spełnią jej życzenie – Kwitnący Kalafior miała dostać drugą szansę, by przeżyć swoje życie. Czy Klan Gwiazdy zamierzał na nowo tchnąć życie w jej ciało? Może zamierzali “opętać” jakiegoś samotnika jej duszą? Tak, jak stało się to wtedy, gdy Brukselka i Kosaciec walczyli przeciwko Sosnowej Gwieździe i Jadowitej Żmii. Gdyby tak się wydarzyło, nawet nie byłaby zdziwiona, choć zastanawiała się, czy nie było to przypadkiem okrutne? W końcu tamten obcy kot chciałby żyć swoim życiem, a nie robić za azyl dla niespełnionego ducha. Czy to możliwe, że Przodkowie postanowili… zreinkarnować białofutrą kotkę? Zesłanie jej na ziemię, jako nowonarodzony kociak, wydawało się całkiem sensowne i przy okazji mniej krzywdzące. Ale czy w takim razie matka tego kocięcia będzie skłonna oddać swoje własne dziecko jakiejś obcej babie z dzikiego klanu? Brukselkowa Zadra sama jeszcze do niedawna opiekowała się trójką kociąt, które traktowała jak swoje, i nie wyobrażała sobie bez walki oddawać ich komukolwiek innemu. Wciąż tak bardzo godził ją fakt, że dała Zaćmionemu Horyzontowi i Mglistemu Snu odejść tak łatwo. Choć tak, jak w sprawie z rudą kotką nie miała, jak przewidzieć jej ucieczki, tak… swojego syna mogła uratować. Mogła go przekonać, by został z nią. Ale zamiast tego, pozwoliła mu uciec. Zniknąć gdzieś za granicami Klanu Wilka, by błąkał się po samotniczych terenach, w dodatku teraz będąc poszukiwanym przez wszystkie przynależności, które na zgromadzeniu nasłuchały się jakichś głupot z ust Nikłej Gwiazdy. Co gorsza – Brukselka nie wiedziała nawet, czy czarnofutry i jego zgraja wciąż żyją, czy już dawno gdzieś przepadli. Sami Przodkowie wyjaśnili jej, że nie mają kontroli nad tamtymi terenami. I oni, i ona, byli kompletnie bezsilni.
Była już noc. Wojowniczka spojrzała w niebo, na które powoli, leniwie wschodził już księżyc. Jeśli wyliczyła to poprawnie, za niedługo powinna opuścić obóz, by dotrzeć na ustalone miejsce. Martwiła się tylko o to, czy na straży nie stanie ktoś surowy. Ktoś, kto nie pozwoli jej opuścić azylu o tak późnej porze. Wszyscy wiedzieli, że takie wyprawy zazwyczaj nie kończyły się zbyt dobrze.
Postanowiła jednak spróbować. Wysunęła się z legowiska wojowników niczym cień, jednak wnet zatrzymał ją głos Zalotnej Gwiazdy.
— Brukselkowa Zadro — odezwała się szylkretka, podchodząc do liliowej. — Zaprowadzisz Noc do lasu. To czas na ich test — oznajmiła spokojnie, chłodno.
Żółtooka zamarła na moment, jedynie wpatrując się w poważny pysk liderki. Spieszyła się. Musiała już iść. Musiała dotrzeć do Świetlistej Wierzby na czas. Wiedziała jednak, że nie mogła odmówić przywódczyni. Inaczej ta mogłaby nabrać podejrzeń i tym bardziej nie pozwoliłaby Brukselce wyjść tej nocy z obozu.
— Z przyjemnością — odparła, wymuszając na sobie uśmiech.
Zalotna Gwiazda podniosła kąciki ust w politowaniu, po czym zgrabnie odwróciła się i odeszła od liliowej, która wreszcie mogła odetchnąć – choć tylko na chwilę. Zwróciła się w stronę żłobka, z którego właśnie wychodził jeden z wojowników, prowadząc przy łapie Grubego. Chudy wyszedł z obozu jako pierwszy, więc teraz nadeszła kolej Brukselki, by zgarnęła czarnofutrego kociaka.
Wślizgnęła się do kociarni, a jej wzrok szybko spoczął na Nocy. Młodziak wyglądał na zdezorientowanego; jego wyraz pyszczka ścisnął wojowniczkę za serce. “Jeśli uda mi się coś wskórać razem z Klanem Gwiazdy, pozbędę się tej tradycji” – myślała, podczas gdy sylwetka Brokuła migotała w jej wspomnieniach, jak cień, którego od wielu księżyców nie potrafiła od siebie odpędzić.
— Chodźmy — odezwała się łagodnie do kocurka, choć w środku czuła narastającą nienawiść wobec okrutnych Wilczaków, którzy niczym owce, ślepo podążali za rozkazami Zalotnej Gwiazdy i wszystkich poprzednich przywódców.
* * *
Idąc wokół pnia, rozglądała się na boki, próbując wśród ciemności dostrzec zarysy czegoś, co przykułoby jej uwagę. Cisza wokół niej wydawała się ciężka, niepokojąca. Gdy już skończyła, stanęła przodem do Świetlistej Wierzby i podniosła łapę, wpierw spokojnie opierając ją o drzewo. Następnie wysunęła pazury i przejechała nimi po jego korze dwukrotnie, zastanawiając się, z jakiego powodu miała zostawić na niej te ślady. Może tamten sen naprawdę był tylko jej halucynacją? Co, jeśli tylko się ośmieszała, wykonując jakiś dziwaczny rytuał w środku nocy, jednocześnie mając wrażenie, jakby obserwowało ją coś spomiędzy drzew?
Po drugiej stronie drzewa rozległ się cichy odgłos czegoś płaskiego, uderzającego o śnieg. Ciężko było określić cokolwiek poza tym, gdyż biały puch skutecznie ograniczał jakiekolwiek szmery.
Brukselkowa Zadra od razu zwróciła głowę w stronę, z której doszedł do niej dźwięk. Wyciągnęła ostrożnie szyję do przodu, mrużąc swoje żółte ślepia, które w ciemności błyszczały niczym dwa małe ogniki. Postąpiła krok do przodu, jednak wahając się. Czy powinna szukać źródła, czy zostać przy Świetlistej Wierzbie? Odwróciła się do drzewa, a wtedy jej futrem szarpnął mroźny wiatr. Czy był to znak od Klanu Gwiazdy, by się pospieszyła? A może już sobie coś dopowiadała? Zdecydowała się jednak pójść w miejsce, w którym usłyszała uderzenie, czując, jak po jej grzbiecie rozchodzi się dreszcz.
U stóp wierzby leżał oderwany, niezbyt gruby płat kory, na którym malowały się oszronione gwiazdki. W miejscu, z którego odpadł, teraz ziajała głęboka, ciemna dziupla, znajdująca się dość blisko podłoża.
Co mogło sprawić, że ni z gruchy, ni z pietruchy, nagle coś takiego przytrafiło się temu drzewu? Moc Klanu Gwiazdy musiała być tu bardzo silna – to musiała być ich sprawka. Jeśli nie, liliowa nie widziała żadnego sensownego wytłumaczenia na to, co właśnie się wydarzyło. Ostrożnie podeszła do dziupli w pniu wierzby, czując lekkie napięcie w mięśniach, i schylając nieco głowę, zajrzała do środka. W dziupli spoczywały dwa kwilące kocięta o bladych, różowych mordkach. Jedno z nich szczególnie wyróżniało się na tle ciemnych porostów, jakimi wypełniono dziurę – było białe, ozdobione srebrno-niebieskimi plamkami. Łudząco podobne do pewnej starszej kocicy, która od niedawna zasiadała na Srebrnej Skórze. A może znowu Brukselkową Zadrę ponosiła wyobraźnia? To, że ta młódka miała półdługie, jasne futerko, które kręciło się w niektórych miejscach, było przecież zwykłym przypadkiem… Tym bardziej po tym, jak poprosiła Przodków o danie Kalafior drugiej szansy, a także po wydedukowaniu, że reinkarnacja byłaby najmniej okrutną opcją dla kotów wokół…
Wojowniczka bez wahania, bardzo delikatnie, wyciągnęła dwójkę kociąt z nory. Na pewno były głodne i zmarznięte – musiała jak najszybciej zabrać je ze sobą do obozu, a także oddać pod opiekę medyków.
* * *
Korzystając z tego, że w lecznicy nie było teraz Cisowego Tchnienia, podeszła bliżej liliowego.
— Nie uważasz, że w Klanie Wilka… źle się ostatnio dzieje? — szepnęła do jeno, jednocześnie łypiąc podejrzliwie na wyjście z legowiska. Po chwili złapała się za głowę. — Tak bardzo chciałabym tu coś zmienić, ale… nawet nie wiem, od czego zacząć. Ja już nie wiem, komu powinnam ufać, a komu nie — kontynuowała ściszonym głosem, patrząc na brata ze smutkiem w oczach. Potem przeniosła wzrok na dwójkę kociąt. — Boję się, że te dzieci skończą tak samo, jak Zaćmiony Horyzont i Mglisty Sen i w ogóle to… nie wiem, czy jest jakiś sens kontynuować… — umilkła, po czym pokręciła głową. — Zresztą, nieważne.
Minęło kilka uderzeń serca, nim w progu lecznicy pojawiły się dwie sylwetki. Cisowe Tchnienie i Barczatkowy Świt weszły do środka, a starsza medyczka od razu skierowała się do składziku. Brukselka dostrzegła, że pomiędzy kosmykami futra szylkretowej wojowniczki znajdowała się rana, która wyglądała nieciekawie. Zapewne wdarła się do niej infekcja – ale na szczęście Cis wiedziała, czego powinna użyć w takim przypadku.
<Koprze?>
Wyleczeni: Barczatkowy Świt
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz