BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mirabelka x Piórolotkowy Trzepot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mirabelka x Piórolotkowy Trzepot. Pokaż wszystkie posty

30 kwietnia 2025

Od Mirabelki cd. Piórolotkowego Trzepotu

Z każdym jego słowem jej panika tylko rosła. Ta ryba podskakiwała mimo tego, że już dawno nie żyła? Piórlotek był świadkiem takich sytuacji także w przypadku innych zwierząt? Mówił o nich jakby u nich były czymś powszechnym i normalnym? Co do pioruna w takim razie odwalało się u Nocniaków?! Czyżby mieli na swoich terenach jakieś nawiedzone zwierzęta? Czy istniała możliwość, iż po śmierci występowały w nie błąkające się po ziemi dusze, w ten sposób próbując trafić do Wszechmatki?
Otrząsnęła się gwałtownie. Nie znała i chyba wolała nie poznać odpowiedzi na swoje pytania, lecz wiedziała jedno – od teraz będzie potrzebować naprawdę dramatycznej sytuacji, by dać się zmusić do postawienia łapy na terenach Klanu Nocy. I prawdopodobnie już nigdy nie spojrzy na tamtą okolicę tak samo.
— To ten... chcesz zjeść? — Głos pointa wyrwał ją ze spirali coraz bardziej ekstremalnych myśli. — Znaczy, wleczenie tego do obozu byłoby ciężkie, ale chyba dałabyś radę... a właśnie! Pytałaś swoją siostrę czy miałaby coś przeciwko spotkaniu?
Powrót do rzeczywistości zajął jej trochę czasu.
— Ach, nie, wybacz, wyleciało mi z głowy — po chwili milczenia odpowiedziała na ostatnie pytanie, mając głęboką nadzieję, że jej rozmówca nie powtórzy tego pierwszego.
— Och — wyrwało się z jasnego pyszczka. — To nic! To może następnym razem... Albo na jakimś zgromadzeniu, co myślisz?
Skinęła krótko głową, usilnie próbując wymazać obraz trzepoczącej ryby ze swojego umysłu.
— Zgromadzenie to najlepszy pomysł. Ma zresztą teraz ucznia, to większe szanse, że pójdzie. — Wzruszyła ramionami, mimo że temat wcale nie był jej obojętny.
Z jednej strony chciała, żeby kocur poznał Migotkę, a jednocześnie z drugiej ogarniały ją autentyczne obawy na to wyobrażenie. Spotkała go tylko kilka razy i, co znacznie gorsze, nie miała pojęcia czy… tak w ogóle należało robić? Czy powinno się przedstawiać członków swojej rodziny kotu z obcego klanu? Czy w ten sposób nie zdradzało się za wiele informacji o sobie? Czy to już nie było zbyt poważne?
Mimo pokusy miała wrażenie, że postępowanie w ten sposób zdecydowanie nie należało do rozsądnych decyzji.
— Ooo! Przekaż gratulacje. — Uśmiechnął się promiennie. — Mi już chyba nie będzie się chciało żadnego szkolić, ani w sumie też, żadnego raczej nie dostanę... A jak u ciebie? W sensie, miałaś kogoś do szkolenia?
Wspomnienie Mroza sprawiło, że natychmiast się rozpogodziła.
— Nawet teraz mam! — Wypięła się dumnie. — Ale to taki gagatek, że szkoda gadać. — Odwróciła wzrok, jednocześnie uśmiechając się pod nosem. Mimo wszelkich trudności z nim związanych, nie potrafiła ukryć sympatii, jaką darzyła ucznia. — Wydaje mu się, że jest w centrum świata i wszystko wie najlepiej. Mam wyzwanie naprowadzić go na bardziej cywilizowaną ścieżkę, aby przykładny obywatel z niego wyrósł — powiedziała lekko rozbawionym głosem. — Obstawiasz, że mi się uda?
— Hmm, jeśli coś po tobie będzie miał, to na pewno się uda — rzucił w odpowiedzi, zadowolony.
— Ha. Przekonamy się. — Uniosła podbródek. — A czemu ty nie chciałbyś kolejnego oraz raczej nie dostaniesz? Jakieś złe doświadczenia miałeś z poprzednim?
— Och, nie, nie! Karaś była najlepszym uczniem jakiego mogłem dostać! I jak szybko się wszystkiego nauczyła! Gdybyś widziała, jak promieniała czasami. — Pochwalił się radośnie, chociaż na moment można było dostrzec w jego oczach smutny błysk. Czyżby przytrafiło się jej coś złego? — No, a kolejnego... hm, po prostu lubię mieć swój czas wolny. Dopadło mnie lenistwo.
— Hm, to ciekawe — uznała, po wyrazie morskich ślepi stwierdzając, iż zapewne miał ku temu jeszcze jakiś głębszy powód. — Chociaż jak wy macie tam taką klasowość, to się w sumie nie dziwię brakowi chęci. A no właśnie, czy są u was jakieś oficjalne wytyczne co do mentorów księżniczek ze względu na ten podział?
Wojownik podrapał się po czole.
— Szczerze nie wiem, jak to działa — przyznał. — Jak na razie okupują dwa najważnie- a nie, trzy najważniejsze role w klanie, a jak się zastanowić, to razem z uczniem medyka, byłyby cztery role. No, tak czy inaczej, reszta ma się dobrze i szkoliła się raczej, hm, ech... z kim oni się szkolili? — zmarszczył nos, zamyślając się głęboko. — Chyba po prostu dostają tych, którym liderka ufa — ocenił w zamyśleniu po chwili.
— Mm, ma sens. — Pokiwała głową. — Ale czekaj, jak to trzy najważniejsze role w klanie? Myślałam, że wyłącznie liderzy są wybierani według „rodzinnych kryteriów”.
— Niby tak. Jednak patrząc na to, że okupują również stanowiska medyczne, to wiesz...
— No, no — parsknęła z niedorzeczności tej ich liderki. — Co jest tym trzecim stanowiskiem w takim razie? Zastępca?
— A no, skoro lider dla księżniczek, to i zastępca również dla nich. Łatwa droga w górę, zgaduję.
Zamilkła na chwilę, mierząc go przenikliwym spojrzeniem. Zadawanie tego pytania mogło być nieco ryzykowne, ale w końcu co miała do stracenia? To nie ona mieszkała w tym nawiedzonym klanie.
— Planujecie bunt?
Piórlotek przez moment patrzył na nią, jakby próbując przetworzyć informacje, aż w końcu prychnął, wydając się niezwykle rozbawiony.
— Większość kotów ma to gdzieś — wyznał z krzywym wyrazem pyska. — Pasuje im wizja złych czekoladowych kotów, wygodnie z tą władzą, nikt za bardzo nie protestuje. Nawet Nenu... — urwał, przyciskając wargi. — Karaś się to bardzo nie podoba. Ale ona i ja to za mało żeby cokolwiek zdziałać.
Zamrugała szybko, jakby nie mogła pojąć tego, co wychodziło z jego pyska.
— Niemożliwe — mruknęła, kręcąc głową. — Może po prostu nie wiesz, że jest więcej takich kotów? Takich poglądami nie dzieli się ot tak — podkreśliła. — Czekoladowe koty nie mają nic do rzeczy, każdy może nadal sobie je obrażać, jeśli chce. Ale z tego co rozumiem, to wasza liderka wprowadziła wcale nie tak dawno zasady, które jawnie wywyższają jej rodzinę oraz zabraniają każdemu spoza niej stać się kimś więcej niż zwykłym wojownikiem. To przywłaszczanie sobie władzy — mówiła ze zdecydowaniem, przekonana o swojej racji. — To po prostu nie mogło się dobrze przyjąć. Nie, kiedy zdecydowana kotów w klanie nie jest z nią spokrewniona. No chyba że o czymś nie wiem…
— Ale tych kotów właśnie przybywa z każdym kolejnym pokoleniem — rzucił, już lekko sfrustrowany. — Zdają się żyć z tym w zgodzie, bo tak im wygodnie. Alga jest przeciwko swojej rodzinie w tych rządach, ale zdaje się, że tylko ona. Po prostu nie mamy już prawie czekoladowych kotów w klanie, wszyscy wyglądają niemal jednakowo, nie jestem w stanie już rozróżnić kto jest kim czasami — powiedział na wpół poważnie. — Jest im zwyczajnie wygodnie, bo nie rozumieją. Nie są w stanie. Nie oni musieli patrzeć na poniżenie swojego przyjaciela, tylko ze względu na sierść.
Parsknęła z niedowierzaniem. Bo jaką inną reakcję można było mieć na to, co mówił? „Totalny absurd” – jedynie to wyrażenie wydawało się adekwatnie oddawać charakter tej sytuacji.
— W Owocowym Lesie nierzadko mówiono o was jako o zimnych kotach bez skrupułów. Takich, które w przeszłości wielokrotnie stosowały przemoc w stosunku do nas. Podawano konkretne przykłady, miałam nawet poświęconą temu lekcję na treningu teoretycznym — zaczęła, mając nadzieję, że jeśli przedstawi punkt widzenia, z jakiego wyszła, Piórlotkowi uda się bardziej ją zrozumieć. — Wybacz więc, że ciężko było mi uwierzyć w twoje słowa. Po prostu nie przypuszczałam, że to właśnie w tym niegdyś wielkim i siejącym postrach klanie, będą przeważać tchórze, nie potrafiący choćby postawić się własnej liderce — wypluła, nadal przyswajając to nowe, a może od zawsze niezmienne tylko sprytnie ukryte, oblicze tamtejszej społeczności. Bowiem mogła nie mieć dobrej opinii o Nocniakach, ale nigdy nie uważała ich za kretynów.
Powiedzieć, że się myliła, to jakby nie powiedzieć nic.
To poniekąd zabawne, że to właśnie klan nieustannie szczycący się swoją siłą, okazał się mieć w swoim składzie najwięcej służalczych trzęsidup. Przykre, jak bardzo można było się stoczyć.
— Skoro nie wierzysz w rewolucję to właściwie… co trzyma cię w tym miejscu? Nie myślałeś kiedyś o odejściu? — Czujnym spojrzeniem spróbowała przeniknąć morskie ślepia.
— Myślałem, oczywiście, że tak, tylko są tam jeszcze koty, na których mi zależy. No i też boję się odejścia, wiesz… albo nie chcę? Ignoruję problem? To trochę jak bierne czekanie, aż sprawa sama się rozwiąże wmawiając sobie, że nie jest tak źle… — Jego wzrok wylądował na rybie, na którą zaraz wskazał łapą, patrząc na Mirabelkę. — Będziesz to jeść?
— Mm, rozumiem. Ale jakbyś kiedyś zmienił zdanie, to mam nadzieję, że wiesz gdzie się udać. — Mrugnęła do niego zawadiacko. Jednak kiedy tylko przypomniał sobie o rybie, jej ciało ponownie się spięło. — Jeść? Ja mam jeść? — Zamrugała na niego rozszerzonymi oczami, podejmując ostatnią, desperacką próbę udawania głupiej.
— Oczywiście, do moich przyjaciół Wilczaków — odparł z uśmiechem i całkiem zdecydowanym tonem. Na pytanie Mirabelki pokiwał twierdząco łbem, patrząc nań niezrozumiale. Ups. — W końcu po to ją złapałem! Nie jecie chyba jagód, prawda? Czy jecie? Nie no, nie jecie... chyba. A ryby są zdrowe!
Zaśmiała się krótko na wspomnienie o niesławnym klanie, mimo wszystko nie do końca mając pewność, czy jego wypowiedź rzeczywiście była sarkazmem. Nocniaki miały w końcu sojusz z Klanem Wilka, więc z powodów politycznych młodsze pokolenia zapewne nigdy nie słyszały o mrocznej historii Wilczaków. Była zatem ciekawa jak ta społeczność wyglądała z ich perspektywy.
— Wiesz co mi czasem się zdarza — przyznała odnośnie jagód, chociaż nie bardzo potrafiła zrozumieć, co jedno miało wspólnego z drugim. — A ty próbowałeś kiedyś?
— Zdarzyło się — przytaknął, interesująco wyglądając na niezbyt dumnego z siebie. Co w tym takiego dziwnego? — Ale nie były zbyt smaczne. I zostawiają ślady. Sprawdzają się o wiele lepiej jako barwnik.
— To prawda — zgodziła się bez większego namysłu — Dębowa Ostoja jest nimi praktycznie zalana. Dodatkowo pięknie łączą się wizualnie z borówką brusznicą; aż szkoda, że nie zawsze występują razem.
— O rany, to jest jeszcze jakaś. Chyba jednak pozostanę przy normalnym posiłku, ewentualnie trawie. Tylko żab jakoś nie lubię, nie wiem, dziwne są, wolę je oglądać.
— Ża… och. — Ciężko było jej ukryć obrzydzenie na samą myśl o zjedzeniu tego obślizgłego, skaczącego potworka. Coś jej się obiło o uszy, że Nocniaki wcinają wszystko, co z wody wyciągną, ale że to faktycznie było uznawane za normę społeczną?! Ble! — Tak, to zdecydowanie nie brzmi najlepiej. Jeszcze te ich takie oczy wystające… — Mimo wszystko czuła ulgę na myśl, że przynajmniej Piórlotek nie miał takich gustów smakowych.
— Chociaż żaby jeszcze nic, ale taka ropucha? Przecież to jest ogromne, o takie! — Zrobił przerażająco spory kształt łapami. — I nie mówię, że są brzydkie, bardzo ładne, takie tłuste zielonkawe, ale zwyczajnie niezjadliwe.
— Och, um — wytrzeszczyła oczy na to wyobrażenie — tak, definitywnie… — Miała wrażenie, że zaczynało ją mdlić. Gigantyczna ropucha w szczęce kota, jej odnóża wystające spomiędzy kłów, przeżuwana rozmiękła żaba, na swoim śluzie zjeżdżająca w dół przełyku i- AA! Dłużej tak nie mogła. — Zmieńmy temat proszę! — wypaliła, zanim zdążyła się powstrzymać.
— O, dobra, nie lubisz żab? — zamyślił się, przekrzywiając głowę. — A na jaki?
— Nie, nie, ja nie mam nic personalnego do żab, naprawdę — zaśmiała się nerwowo, czując, jak zalewa ją zażenowanie. — Po prostu wizja jedzenia tego typu- — Wzdrygnęła się. — Temat? Hm… Czemu… czemu tak właściwie tutaj przychodzisz? — Zerknęła na niego niepewnie. — Znaczy, nie że to od razu źle, czy dobrze, tylko… no nie wiem. Nie obawiasz się, że ktoś z twojego klanu prędzej czy później cię nakryje?
Wojownik zdawał się dziwnie pozbawiony wyrazu.
— Znaczy, wiesz, to nie tak, że ich jakoś specjalnie obchodzę — stwierdził nieporuszony. — Zalety bycia tłem klanu, zgaduję. A nawet jeśli, to ma mnie kto kryć, no i jakoś o tym nie myślę. W sensie, co będzie to będzie, nie? — Wzruszył barkami. — A ty czemu nie wychodzisz?
Nie otrzymała odpowiedzi. Nie otrzymała odpowiedzi na pytanie, które najbardziej ją nurtowało od momentu zobaczenia kocura po drugiej stronie. Otworzyła pysk, aby zadać je ponownie, jednak… w ostatnim momencie się powstrzymała. Poczuła jak oblewa ją nagła fala niezręczności, uniemożliwiając drążenie tematu. To było dziwne.
Z lekka uniosła brwi na ostatnie zdanie, jakie wypowiedział. Czy wyjaśnienie nie było oczywiste?
— Bo jestem lojalną członkinią Owocowego Lasu. Wysoko cenię swoją społeczność i nie chciałabym sobie zepsuć z nią relacji.
Wojownik poniekąd wyglądał, jakby właśnie dostał jakiegoś objawienia.
— W sumie logiczne — uznał po chwili. — Toooo... — nieporadnie zaszurał łapą w trawie — Ten, pomóc ci?
— Pomóc? W czym? — zapytała, nie wiedząc do czego zmierza.
— W tym. — Znów wskazał na rybę, nie odrywając wzroku od swojej rozmówczyni.
Przełknęła ślinę.
— Eee… też masz ochotę zjeść? — Wyszczerzyła się głupio. W myślach wręcz błagała Wszechmatkę, aby oszczędziła jej tej „niezwykłej przyjemności” pałaszowania stworzenia, ze srebrnym naprzeciw obserwującym to wszystko. — Nie ma sprawy, nie jestem jakoś głodna, więc mogę ci nawet oddać większość!
— Nie, nie. Zanieść ją na granice, nie mogę ci zjeść prezentu — zaprzeczył pewnie.
UGH!
— Ach, na granicę? — ciągnęła, nie wiedząc już, jak z tego wybrnąć. Z dwojga złego przeniesienie się na swoje tereny i udawanie, że spożyła ją tam, była chyba lepsze, niż zostanie bezwzględnie zmuszonym do zjedzenia jej na oczach niebieskiego. — Dobrze, zróbmy tak — zdecydowała, starając się nie zdradzać, jak bardzo spięła się wewnętrznie.
— O! Może przy okazji się z kimś podzielisz? — poddał, na jej nieszczęście prawdopodobnie wyczuwając, że coś jest nie tak. — Na pewno nie jecie ryb na co dzień prawda? A po nich naprawdę ma się ładną sierść.
Miałaby się tym z kimś… podzielić? Oprócz potencjalnego wystraszenia drugiej osoby, jeszcze skazywać się na podejrzenia odnośnie zdrady klanu?! Piórlotkowi ewidentnie brakowało instynktu samozachowawczego.
— Może — odparła bez cienia przekonania. — Nie jemy w ogóle ryb, więc wiesz, to jest dla nas trochę takie egzotyczne. — Jej wzrok powędrował wprost na jego futro, kiedy tylko kocur o nim wspomniał. I nie mylił się, faktycznie wyglądało ono zjawiskowo! Tak gładko, mięciusio i puchato, że wręcz do głowy uderzyła jej myśl, żeby tylko nieco wyciągnąć łapę i- — Chociaż twoja sierść jest rzeczywiście imponująca…
— To nic, tym lepiej! Urozmaicicie sobie przy okazji swoją dietę — dorzucił optymistycznie, zaraz potem wzdychając pod nosem. — Wprawdzie akurat moje futro to chyba kwestia rodziców...
— Mówisz? — Jej spojrzenie powróciło do jego oczu. — Jak wyglądają twoi rodzice?
— Cóż, mają cztery łapy, ogon, pysk, futro... — wyliczał ze wzrokiem utkwionym w górze. — Przynajmniej tata. Ale mogę spytać jeszcze o mamę, jak mnie urodziła to nie chcieli jej przyjąć do klanu, może kiedyś uda mi się ją znaleźć — dorzucił z uśmiechem, podchodząc do rybiszcza, by zębami chwycić za łuskowaty ogon.
— Ojeju to… — przerwała, patrząc jak żelowate stworzenie unosi się ku górze — brzmi okrutnie.
Point zdziwił się, na moment marszcząc czoło i poluźniając uścisk na swoim podarunku.
— Że posiadanie łap?
— Nie, nie posiadanie łap — prychnęła, czując iskrę zirytowania. — To była akurat dosyć banalna odpowiedź. Mam na myśli twoją mamę.
— A tak, rzeczywiście, racja.
Nie odpowiedział jej. Zamiast tego wrócił do swojego zadania, wydając się celowo zignorować temat.
Mirabelka ze świstem wypuściła powietrze. Skoro nie chciał jej mówić, to nie. W milczeniu obserwowała jego dalsze poczynania z rybą. Zastanawiała się, czy powinna zaoferować mu pomoc, czy bardziej opłacało się siedzieć cicho, by nie musieć dotykać obślizgłej skóry stworzenia.
Po odpowiednim przeczekaniu, jej towarzysz przedostał się na drugą stronę drogi z rybą, rzucając ją na trawnik przy granicy z Owocowym Lasem. Mirabelka podążyła za nim, na wszelki wypadek jeszcze rozglądając się, czy nikt ich nie widzi.
— Dzięki. — Kiwnęła głową krótko. — To co, ja dalej zabiorę tą rybę, a my zbieramy się już? — Uśmiechnęła się niewinnie, w swoim umyśle już planując coś zupełnie odwrotnego.
— No, w sumie można, miło się rozmawiało. Tylko pamiętaj że nie można długo ryb tak zostawiać na powietrzu, mogą się zepsuć — mruknął, oblizując się z resztek.
— Dobrze, nie zapomnę — zapewniła, niedługo później machając mu na pożegnanie.
Uf.

***

Gdy tylko Piórlotek schował się za horyzontem, wzrok zwiadowczyni ponownie wbił się w obrzydlistwo naprzeciw.
Wzięła głęboki oddech, starając opanować się wir irracjonalnych lęków, krążących po jej umyśle.
Teraz albo nigdy.
Chwyciła ogon kreatury, rozpoczynając ciągnięcie jej w kierunku rzeki. Dla swojego spokoju, wszystko to robiła z zamkniętymi oczami, jedynie co jakiś czas otwierając jedno, aby przypadkiem nie zboczyć z drogi. Nie myślała za wiele, całkowicie dając ponieść się swoim emocjom.
Prędko dotarła do celu, uprzednio wkładając duży wysiłek fizyczny, aby jak najszybciej zakończyć tę sprawę. Puściła trzymaną między kłami skórę, z ulgą zaczerpując upragnionego powietrza. Dała radę. Teraz było już po wszystkim.
Schyliła szyję, żeby ostatecznie pozbyć się straszydła i… wtedy się zawahała. Co ona tak właściwie robiła? Piórlotek z trudem upolował oraz przytargał tę rybę specjalnie dla niej, a ona zamierzała teraz tak po prostu zrzucić ją w dół nurtu, bezwstydnie wzgardzając wykonaną przez niego pracą? I to wszystko wykonane tchórzliwie, kiedy akurat nie patrzył?
Poczuła, jak oblewa ją lodowata fala poczucia winy. Nie powinna w ten sposób marnować świeżego jedzenia, o którym niektórzy z ich gatunku mogli co najwyżej pomarzyć. Nie powinna wykorzystywać naiwności Piórlotka, żeby wymigać się od tego, co obiecała mu we własnej osobie. Nie powinna zamykać się na nowe doświadczenie, tylko dlatego, że się wystraszyła.
Przełknęła ślinę, podejmując trudną decyzję. Musiała się przełamać.
Powoli, z głośno bijącym sercem, zbliżyła pysk do okrytego łuskami ciała. Mocno zacisnęła powieki i wzięła pierwszy, ostrożny kęs. Z początku jej wyraz twarzy wyglądał, jakby właśnie była w trakcie przyjmowania śmiertelnej trucizny, jednak po chwili największej grozy… rozluźniła się niemal całkowicie. Co prawda w pysku szylkretki znajdował zbyt mały fragment, żeby mogła zdecydowanie określić, czy posiłek jej smakuje, lecz aktualnie miała przynajmniej pewność, że było to coś w miarę normalnego, nic w jej jamie ustnej się nie ruszało i tą obślizgła tekstura dotyczyła jedynie powłoki ryby, wyłączając wnętrze. Ośmielona odgryzła więc kolejny kawałek, nawet ciekawa gustów swojego języka. Ze skupieniem przeżuła pokarm, z rozszerzającymi się źrenicami w końcu stwierdzając, że… to nawet nieźle smakowało! Mięso było miękkie i delikatne, a jednocześnie niepozbawione przyjemnej soczystości. Jeśli miałaby kiedyś ochotę na coś lekkiego, za najbardziej trafny wybór uznałaby właśnie rybę.
Rozochocona oderwała kolejną porcję dla siebie i… wtedy właśnie poczuła jak coś ostrego wbija się w środek jej gardła. Zszokowana odruchowo podskoczyła w miejscu, w konsekwencji zaczynając się krztusić. Panika natychmiastowo wypełniła zielone oczy, uświadamiając cały organizm, w jak poważnej sytuacji się znaleźli. Futro się zjeżyło, a każdy mięsień napiął, automatycznie ustawiając ją w przykurczonej pozycji. Cel był tylko jeden – przeżyć.
Po kilku okropnie przedłużających się uderzeniach serca, cudem wypluła z przełyku przezroczystą chrząstkę, oddychając ciężko. I wtedy momentalnie wszystko do niej powróciło.
Spojrzała w naraz ożywione oczy ryby, które aktualnie perfidnie sobie z niej kpiły, swoim upiornym wyrazem ewidentnie pokazując, że z premedytacją przygotowały zamach na jej życie.
Z wrzaskiem odepchnęła od siebie stworzenie, roztrzęsiona po koniuszek ogona. Ryba z pluskiem trafiła do wody, jak na zawołanie powracając do swojej martwej ekspresji. Obserwowała, jak ten olbrzym spływa w dół potoku, powoli odzyskując swoje zmysły. Nie było to jednak przyjemne doświadczenie, gdyż coraz bardziej zdawała sobie, co takiego zrobiła i jak głupio musiało to wyglądać z zewnątrz. 
Podarunek, a raczej osobisty koszmar tortie niebawem zniknął z jej pola widzenia, miejmy nadzieję, że teraz wykorzystując nową szansę na większe przysłużenie się innym zwierzętom tej ziemi. 
Cóż.

<Piórolotku?>

20 października 2024

Od Piórolotkowego Trzepotu CD. Mirabelki

 Kocurek długo nie mógł utrzymać powagi oraz swojej napuszonej uroczyście sierści, chwilę później szczerząc się jak głupi, z iskierkami w oczach. 
- Ojej jak ślicznie! Pfffft, myślisz, że-o, nie, nie tak. Chwila, zaraz - tu znów się wyprostował po chwilowym zmieszaniu, by dumnie unieść głowę - Odpowiedzialnie i... zaszczytnie, będę nosił owe miano! - ogłosił dumnie, po czym zerknął nieśmiało w stronę Mirabelki - A to też brzmi bardzo poetycko...
- No nie wiem… - wymamrotała skromnie - ale dziękuję. Powinieneś poznać moją siostrę, ona to dopiero ma talent do takich rzeczy!
- O, chętnie - odpowiedział żywo - Jak się nazywa?
- Migotka! W wolnych chwilach lubi wymyślać krótkie wierszyki, a czasem nawet i przyśpiewki!
- Już ją lubię - stwierdził, całkiem zaintrygowany - Myślisz, że damy radę się spotkać na następnym zgromadzeniu? Tak w trójkę?
- Och wiesz co, musiałabym się jej zapytać czy by chciała - przyznała. - Jest dosyć nieśmiała w stosunku do nieznajomych, ale nie wykluczam szans!
- O, rozumiem. Nic nie szkodzi! - odpowiedział kręcąc zaraz głową - Nawet jak nie na następnym, są przecież jeszcze inne zgromadzenia, oraz, no, to miejsce. Jeśli się przekona, mogę przyjść praktycznie w każdym momencie! Nie chciałbym w końcu naciskać czy coś, ważne, żeby czuła się komfortowo... nawet trochę ją rozumiem.
Kotka zmrużyła oczy, sztywno zmieniając swoją pozycję.
- Tak, tak… - potwierdziła cicho. - No, w każdym razie. Co z tym moim tytułem?
Niemal się zapowietrzył. Jak mógł tak zapomnieć?
- O racja! Tak, jeju, przepraszam, rozgadałem się, całkowicie mi uciekło. Hmm - zamyślił się, a z każdą kolejną sekundą czuł stres z powodu lecącego czasu, zamiast rzeczywiście myśleć nad ksywką. Westchnął zrezygnowany. Chciał nadać coś fajnego, żeby nie było rozczarowania. Może dać kotce kilka do wyboru? Czy nie byłoby tak lepiej, żeby sobie mogła wybrać wśród propozycji jej danych? 
- Myślę nad Trelem, może Trajkotem, ale czy to nie będzie oczywiste? O, Trajkot ma w sobie ,,kot", hah... - znów umilkł, marszcząc brwi w wielkim skupieniu - Znawca Trajkotów brzmi jak ,,znający trajkoczące koty". Albo jakby był znawcą plotkar? - przystawił łapę do pyska, przekrzywiając w bok głowę, z dłuższym ,,Hmm". - Chcesz być Siewcą dla Liści? - spytał, przekrzywiając głowę w drugą stronę, wpatrując się w futro kotki - Wyglądasz trochę jak jesienne liście. - wyjaśnił.
- O, Znawca Trajkotów mi się podoba! - Pokiwała głową z apropatą. - Szczególnie, że to pozostawia mnie bez skazy, jednocześnie sugerując, że zamiast tego mam wartościwe znajomości… - stwierdziła z zadowoleniem. - Siewcą liści? Hm… - Spojrzała na swoją sierść, jakby zapomniała, że ona tam istniała w pierwszej kolejności. - No chyba rzeczywiście pasuje, muszę przyznać.
-A więc dobrze, od teraz będziesz mieć dwa tytuły. Posyłam ku tobie błogosławieństwo świetlików! Od dzisiaj, Mirabelko, pod dwoma pseudonimami życie prowadzić będziesz. Witaj Znawco Trajkotów, Siewco dla Liści! Niech świetliki zawsze oświetlają ci drogę~
Parsknęła cicho. 
- To dla mnie zaszczyt. - Ukłoniła się lekko na potwierdzenie swoich słów. - To powiedz mi teraz, w jakich okolicznościach mamy się posługiwać tymi imionami? Czy są przypisane temu jakieś reguły?
-W sumie, po co się ograniczać? Nie musi być okazji by użyć fajnych tajemniczych imion - rzekł z pewnością.
- Masz rację - przytaknęła, chwilę po tym nagle rozszerzając źrenice. - Och, właściwie to minęło już trochę czasu odkąd zaczęliśmy rozmawiać. A ja zapolować dla rodzeństwa miałam! - Złapała się za głowę. - Chcesz jeszcze coś dodać czy…?
- O, nie no, leć. Jeszcze będą im burczeć brzuchy i co wtedy?
- Haha, no właśnie, jeszcze się mną poczęstują! - zażartowała. - To cześć!
- Pa, miłego!

··▪⟣▫ᔓ·⭑⚜⭑·ᔕ▫⟢▪··

Minęło trochę od poprzedniego spotkania, a Lotek nie wiedząc za bardzo co ze sobą zrobić w obozie, czasem wychodził poza niego, by pooglądać nowe tereny. Było tyle ciekawych rzeczy i krajobrazów, które chłonął natychmiastowo, łapiąc każdy skrawek słońca, wybarwiającego otoczenie. Soczysta, jasna zieleń wręcz wylewała się z drzew i traw i aż ciężko było nie patrzeć na owe cuda, które wprawiały w melancholię. Spokojny szum liści, świergot ptaków, delikatne promienie słońca, szum rzeki, trzcin. Oraz powolny spacer poza tereny, w poszukiwaniu ciekawych piórek, może roślinek, owadów? Nucąc sobie pod nosem spokojnie jakąś lekką melodię, w oczy Lotka wpadło pewne stworzenie, nieruchomo płynące w miejscu przy brzegu. Takie śliczne miało łuski... Wtem, pomyślał jeszcze o jednej osobie, która przypominała mu dawno opadłe liście, brązowe, zamieniające się w ziemię, z tymi bardziej kolorowymi na wierzchu. Niestety, komplement ten chyba nie przypadłby jej do gustu. Ale może ryba już tak? W końcu te łuski... i jedzenie jednocześnie! A nie chciał się też jakoś narzucać. Stał tak przez moment, zastanawiając się w ciszy. 

··▪⟣▫ᔓ·⭑⚜⭑·ᔕ▫⟢▪··

- Pssst! Mirabelko? - dało się słyszeć po drugiej stronie drogi jakiś niepewny szept. Czyżby to szybko szmery wiatru? Kotka odwróciła głowę w jego stronę, zaraz unosząc brwi. 
- Piórlotek? Co ty tutaj robisz?
- Przyniosłem ci rybę! - odpowiedział z najszczęśliwszym uśmiechem na pysku, na jaki było go stać. Czyżby to tęczowe narwale z motylkowymi skrzydełkami latały dookoła niego? A może to tylko wyobraźnia, w końcu połączenie ryby z jednorożcem wydaje się być dość ciekawym zabiegiem... Nie można jednak było zaprzeczyć szczęściu i dumie Lotka, który mógłby teraz oślepiać swoją niewinną szczęśliwością. Kotka rozwarła pysk z lekkiego szoku, widocznie nie wiedząc, co powiedzieć. Wzrokiem próbowała znaleźć pewnie ów zdobycz, ale nigdzie nie mogła jej zlokalizować. Cóż, kocur się nie dziwił, w końcu nie zawlekł jej aż do drogi, prawda?
- Ha ha… - wydała z siebie tylko.
Ten jednak już się w połowie obrócił, wcześniej zerkając na jedną i drugą stronę drogi by upewnić się, że nic nie jedzie. 
- To idziesz? - spytał, zerkając na kotkę wyczekująco, która po oglądnięciu się za siebie, sztywnym krokiem przeszła na drugą stronę drogi. Tymczasem Lotek, gdy upewnił się, że kotka już przechodzi i jest bezpiecznie, podreptał zaraz do miejsca, gdzie zostawił swoją zdobycz. Chwilę coś szmerał i szperał, kątem oka rejestrując pojawienie się szylkretowej, by potem zaprzeć się łapami i.... wyciągnąć z trawska całkiem spore bydle, którego podnieść za bardzo się nie dało, więc zostało ciągnięte po trawie, by zostać położone na otwartej przestrzeni, ze zmachanym zdobywcą stojącym obok, z szerokim, dumnym uśmiechem. Niestety nie miał ochoty jej unosić. Może gdyby był większy, to z chęcią by zaprezentował stworzenie, jednak z racji swojej aparycji dość marnej, wolał sobie oszczędzić wysiłku. W końcu i tak teraz wygląda wystarczająco ładnie, prawda? Mirabelka rozszerzyła oczy na ten widok. Przetarła je dla pewności, że nie ma zwidów, prawdopodobnie, ale to w niczym nie  pomogło – wielgachne stworzenie nadal leżało centralnie przed nią.
- Nie wiedziałam, że ryby mogą być takie wielkie - zdołała z siebie wykrztusić, po dłuższej ciszy.
- No, prawie mnie utopiła! - podzielił się szczęśliwy swoją relacją - Ale ostatnio coś mówiłaś, że musisz iść zapolować dla rodzeństwa, więc kiedy mi tak przepłynęła, to pomyślałem sobie oho! I tak to wygląda, no, ale przynajmniej ciepło jest, to nie zmarzłem bardzo jakoś. - W tym momencie ryba podskoczyła gwałtownie, z powrotem lądując na ziemi i łomotając jeszcze przez chwilę ogonem w nierównych odstępach - Ma chyba jeszcze drgawki pośmiertne - zauważył, patrząc się nań bez grama myśli, po kilku uderzeniach serca, gdy drgnął lekko przestraszony nagłym ruchem. Zaraz się jednak uspokoił wygładzając sierść w miarę upływu czasu, który spędzał na analizowaniu, czy rybiszcze na pewno jest martwe. Dało się nawet słyszeć głębszy wydech. Z resztą, nie tylko ryba go wystraszyła. Mirabelka pisnęła, gdy ryba wyszybowała w górę, momentalnie jeżąc swoje futro.
- Ma… co?! - Cofnęła się o kilka kroków tył. - Jak niby się rusza, skoro nie żyje!
- Czasem tak mają, ale spokojnie, naprawdę nie żyje - wyjaśnił szybko, unosząc lekko łapy - Widzisz? - poklepał rybę po boku - Nie oddycha! - dodał szybko. 
Po jej twarzy przemknęło czyste przerażenie, połączone z jednoczesnym obrzydzeniem.
- Nie rozumiesz! - krzyknęła w głębokim zdenerwowaniu. - Jeśli tak, to jeszcze gorzej!
Na pyszczku kocura pojawił się zmartwiony wyraz. Lekko zdezorientowany i skołowany.
- Czyli nie chcesz...? - spytał zmieszany, może przestraszony, ustrajając pyszczek w niemrawy wyraz. 
- Em, ja, ten, no - chaotycznie gestykulując łapą, nieskutecznie próbowała wyrazić swoje emocje - po prostu nie mogę, kiedy to się rusza.
Przekrzywił głowę w stronę ryby, by na nią spojrzeć, przez kilka milczących uderzeń serca. 
- Już się nie rusza.
Nieco wygładziła futro na swoim grzbiecie, jednak nadal pozostawała w bezpiecznym dystansie od martwego stworzenia.
- I jesteś pewien, że tak już pozostanie…? - zapytała z wahaniem. - Da się to jakoś określić, tak w ogólnie?
- No, widać po oczach i czy oddycha - stwierdził, patrząc na rybę - Ryby nie umieją za bardzo oddychać poza wodą. Znaczy, niby oddychają, ale jednocześnie się trochę duszą? Koty mają gorzej, pod wodą w ogóle nie możemy oddychać. 
- No dobra… - zmarszyła brwi w zdziwieniu - Ale mówiłeś od początku, że ona jest martwa i nie oddycha, a mimo to się ruszała.
- Przecież taki bażant jak go złapiesz, też czasem się jeszcze porusza - zauważył, marszcząc brwi, próbując sobie coś przypomnieć. - Ale nie, akurat tu myślę, że ma dość!
Spojrzała się na niego z pogłębiającym się wyrazem horroru na pysku.
- Mhm, mhm - wymamrotała cienkim głosem. - Na pewno masz rację.
-To ten... chcesz zjeść? Znaczy, wleczenie tego do obozu byłoby ciężkie, ale chyba dałabyś radę... a właśnie! Pytałaś swoją siostrę czy miałaby coś przeciwko spotkaniu? - dopytał, siadając przy rybie i patrząc wyczekująco na odpowiedź ze strony Mirabelki, jednocześnie z jakimś niepokojem w sercu. Może trochę przesadził z tą rybą? Znaczy, w pierwszym odruchu chciał po prostu być miły. Zobaczył stwora i zechciał go złapać, zawsze jakieś nowe doświadczenie! A może jednak niepotrzebnie? Może za wielka? Może powinien dać jakąś mniejszą rybkę ,,od niechcenia"? Ale przecież nie była od niechcenia, po prostu chciał być miły! Chociaż kotka wyglądała na bardziej przestraszoną, niż zadowoloną... może potem przeprosi. 

<Mirabelka?>

07 października 2024

Od Mirabelki do Piórolotkowego Trzepotu

*Jakiś czas temu*

Była w wyjątkowo dobrym humorze. Wreszcie w jej rodzinie miało miejsce jakieś pozytywne wydarzenie! Malinka skakał wokół swoich znalezionych kociąt, jakby był miał się zaraz zamienić w kulkę całego szczęścia zebranego z tej ziemi. Nie dało się tego obserwować, nie zarażając się tym samym.
Wybrała się na mały spacer, przy okazji zamierzając coś upolować dla tego ujmującego pacana. Rozglądając się za ewentualnymi zagrożeniami w okolicy, zauważyła czyjąś sylwetkę po drugiej stronie drogi. Zmarszczyła brwi i podbiegła w tamtym kierunku. Była w pełni gotowa na potencjalne starcie. Jednak im bliżej się znajdowała, tym kot z naprzeciwka wydawał jej się coraz bardziej znajomy. Zaraz...
— Piórlotek? — zawołała ze zdziwieniem przez asfaltowe pasmo, kiedy nareszcie tam dotarła. Nie czekając na odpowiedź, rozejrzała się po jezdni potworów i po upewnieniu się, że żaden z nich nie nadchodzi, przekroczyła niebezpieczny odcinek. — Czemu tutaj tak sterczysz? — zapytała, ciekawsko przekrzywiając głowę. — Z drzewami się solidaryzujesz?
— C-co? Ach, nie... nie — odezwał się, po uprzednim machnięciu ogonem na powitanie. — Tak tylko, myślę — próbował jakoś wybrnąć. — I chyba przez to zawędrowałem dalej, niż chciałem — dodał już z większym uśmiechem na pysku.
Bacznie uniosła jedną brew, ale nie podważyła jego wersji wydarzeń. Trochę tylko szkoda, że nie zdecydował się na dalsze pociągnięcie jej żartu, mógłby przynajmniej się zaśmiać...
— To o czym tak myślisz?
— Lepsze by było pytanie, o czym nie myślę — mruknął. — Chociaż zapewniam, że o niczym przydatnym.
Strzepnęła uchem z lekkiego niezadowolenia. 
Jej ciekawość niestety nie została zaspokojona, ale skoro sam nie chciał niczego zdradzać, to nie zamierzała na niego naciskać.
— A jak z tymi kotkami z twojego klanu? — zapytała, przypominając sobie poprzednią konwersację. — Znalazły się?
Kocur uśmiechnął się krzywo. 
— Nie. — Cień smutku na moment przysnął mu oczy, które skierował gdzieś w bok. — W dodatku mam wrażenie, że znika więcej, niż się odnajduje.
Zwiadowczyni wyraźnie spochmurniała. 
— Przykro mi — powiedziała, jednocześnie zdając sobie sprawę, że w takiej sytuacji żadne słowa nie są w stanie pomóc. Miała już zresztą doświadczenie. — To, co mówisz, brzmi... co najmniej podejrzanie.
— Nie bardzo — odpowiedział ku jej zaskoczeniu, zerkając na nią już bez ciężkiej atmosfery. — Akurat przyczyna wydaje mi się nie być jakaś zagadkowa — tu przerwał, zaraz potem dodając: — Oczywiście, mogą być też inne, przecież jest wiele możliwości.
W jej oku pojawił się błysk zaintrygowania. Czyżby Klan Nocy borykał się z poważnymi wewnętrznymi problemami? 
— Czyli jaka?
— Przekonania liderki — rzucił krótko, lekko, jakby nie były jego jedynym zmartwieniem ostatnimi czasy.
Rozszerzyła źrenice.
— Aaa, no tak! Bo wy tam jakąś rodzinę królewską macie, obiło mi się o uszy? — W ciszy zmierzyła go od góry do dołu, jakby próbowała coś ocenić. — A ty to właśnie królewicz jesteś, czy razem z resztą taplasz się w błocie?
— Niestety, stoi przed tobą pospolity robotnik — mruknął, przekrzywiając opadającą głowę w bok i przymykając oczy teatralnie. — Ale są u nas „księżniczki”. Zresztą, nie tylko to. Mają jakiś problem do czekoladowych kotów, przez co jak jedna z wnuczek Sroczej Gwiazdy okazała się być czekoladowa, pozbawiono ją tego tytułu. Patrząc na to, nie dziwię się, że odeszła — wyjawił bez żadnych oporów.
Oho, teraz to dopiero zrobiło się interesująco! 
— Pf, jak w ogóle śmiesz ze mną rozmawiać w takim razie? — Przewróciła oczami, wzdychając dramatycznie. Nie udało się jednak jej wytrzymać zbyt długo i zaraz wybuchnęła krótkim, ale donośnym śmiechem. — No co ty, Srocza Gwiazda zgapiła rasizm od Klanu Burzy tak chamsko? Myślę, że Burzacy powinni być słusznie oburzeni i domagać się odszkodowań — zażartowała głupio, jednak gdy zobaczyła minę Piórolotka, od razu spoważniała. — Czekaj, mówisz na serio...? Czemu akurat czekoladowych?
— Skąd mam wiedzieć? Może ma jakieś uprzedzenia. Kiedy staraliśmy się z nią porozmawiać, dawała jakieś przykłady czekoladowych kotów. Nadal nie wiem co to miało do, chociażby, Kazarki, Cyranki czy w końcu jej wnuczki. I Topika — wyburczał. — Niemniej masz rację, Burzacy powinni być oburzeni. Ciekawe zderzenie światów.
— Dziwne rzeczywiście. To całe traktowanie kogoś gorzej przez jakąś cechę wyglądu przecież nie ma logicznie sensu, a mimo to aż tyle kotów jakoś wierzy w takie bzdury. No ale co zrobisz. — Wzruszyła ramionami. — Mogliby chociaż być w tym bardziej kreatywni w tym wszystkim, a nie cały czas mieć ból tyłka o to samo. Chociażby jakiś kolor oczu albo wysokość łap, rozmiar uszu czy długość sierści… Można by nawet to zmieniać co księżyc, jeśli byłby problem z wyborem — zaproponowała kpiąco. — Przynajmniej wtedy nikt nie czułby się pokrzywdzony, bo na dyskryminację każdego przyszłaby kolej — parsknęła z wyczuwalną nutą pogardy. — I może dzięki tej metodzie wreszcie zdaliby sobie sprawę, że nie należy wybierać Burzaków za swoich idoli…
— Rzeczywiście. — Uśmiechnął się blado. — Zawsze ja mógłbym powiedzieć, że to czarno-białe są złe i wymyślić do tego jakąś historię. Srocza Gwiazda tak zrobiła — zaciął się, a po chwili utkwił wzrok gdzieś obok w ziemi, mrużąc oczy w zamyśleniu. — Czarne to chyba z nieba nocnego pochodziły, białe z... gwiazd? Mlecznego języka czy coś? Liliowe są od kwiatków i coś tam jeszcze jakieś było. Czekoladowe natomiast są do błota. Takiego bagna zdradzieckiego, ale przecież to bez sensu, idąc za tym, bure też powinny być „te złe”, bo przypominają brąz w kolorze. Podobnie jak cynamonowe. A właśnie czarno-białe to jakaś harmonia, co jest jeszcze śmieszniejsze, bo Srocza Gwiazda jest czarno-biała. Czy to nie oznacza, że jej ego wystrzeliło w górę? Kompleks czy coś? — myślał na głos, wydając się stopniowo odczuwać coraz większą irytację. 
Zamrugała na niego zaskoczona.
— No co ty, macie nawet całą bajeczkę do szerzenia rasizmu? — parsknęła bez rzeczywistego rozbawienia. To było tak absurdalne! Dziwiła się, że ktokolwiek prócz rodziny Sroki dobrowolnie pozostawał w tym klanie. A może jednak są do tego zmuszani w jakiś sposób? Zastraszani na przykład? W przeciwnym razie ciężko byłoby jej sobie wyobrazić, jak ktokolwiek spoza rodzinnego kręgu mógł się godzić na coś takiego. No chyba, że już zaczęto planować przewrót… — To nieźle się bawicie. A nazywanie własnego koloru świętym to już rzeczywiście mocne odklejenie. Nie do pomyślenia, że liderka musi takie historyjki wymyślać, aby się dowartościować. Szczerze? To najbardziej żałosna rzecz, jaką ostatnio usłyszałam.
— W sumie można to tak nazwać — przyznał jej rację, kiwając głową odnośnie historii. Później natomiast na jego pysku widać było jedynie rodzaj niezdecydowania i zawahania, jakby chciał coś jeszcze dodać. — Chyba nie do końca o to chodzi — wymamrotał jedynie, niezbyt żywo, dodając do tego obojętnie dygnięcie ramionami. Mirabelkę to skonfundowało. Przecież on sam przed chwilą zasugerował takie coś odnośnie ich przywódczyni! — Ale nie wiem. Tak czy inaczej, kolorowo nie jest... jestem ciekaw, czy za jakiś czas cały Klan Nocy nie będzie czarno-biały. Będziemy nudni, jednakowi, jak klony.
Chore. Tyle tylko mogła o tym powiedzieć. To było chore.
— Straszne. — Aż się wzdrygnęła. Uważała ten temat za fascynujący i na pewno kiedyś chętnie dowie się więcej, jednak aktualnie zbyt nieprzyjemnie się poczuła. Postanowiła więc poruszyć inną kwestię, mając nadzieję trochę poprawić ogólny nastrój. — No cóż, my na szczęście nie mamy przed sobą tak ponurej wizji. Jedyne co czasem sprawia kłopot, to te plotkary stare. A raczej plotkary i plotkarze, co wszędzie swój nos wsadzają i wymyślają jakieś niestworzone historie. Ale po czasie zwyczajnie uczysz się, by puszczać to mimo uszu. — Machnęła łapą, nie zamierzając wspominać o niepokojącym zachowaniu Daglezjowej Igły po stracie… cóż. — Ostatnio zresztą ta największa odeszła, to się zrobiło trochę ciszej…
— Tak to jest z plotkarami — stwierdził jej rozmówca. — O! My teraz jesteśmy plotkary, jak się tak nad tym zastanowić! — Otworzył szerzej oczy z ekscytacją. — Musimy sobie nadać jakieś plotkarskie nazwy, żeby dopełnić rytuał.
W zielonych ślepiach błyskawicznie odbiły się emocje pointa. 
— Hej, wcale nie, ja nie jestem plotką! — Zaśmiała się głośno, nieco zaskakując tym samą siebie. — Bo po pierwsze: nie zdradzam ci prawie żadnych informacji, a po drugie plotkowanie na temat plotkar nie powinno się zaliczać do plotkowania… — Potrząsnęła głową z udawaną powagą, jakby to powinno dla niego być oczywiste. Zaraz jednak uśmiechnęła się chytrze. — Ale chętnie przyjmę taki tytuł, wiesz, tak na wszelki wypadek… Więc proponuję, że ty nadajesz mi mój pseudonim, a potem ja nadaję twój tobie. Będzie mniej przewidywalnie w ten sposób.
Wojownik kiwnął głową. 
— Brzmi fajnie — powiedział, już chwilę później się zamyślając. — Hmmm, co powiesz na Autorkę Pieśni? Jak już mamy iść jakoś poetycko, oczywiście, bo wiesz, och, no.... — próbował coś złożyć w zawstydzeniu. — Nikt się nie domyśli. Pieśń to niezbyt dobry synonim dla plotki, ale jeśli zetrzeć wszelkie negatywy...
— Och — wzdychnęła. Spodziewała się bardziej czegoś w głupim lub zabawnym stylu, bo sama myślała nad nadaniem mu takiego przezwiska. Teraz jednak nagle jakby straciła wątek. — To… hm, naprawdę ładnie brzmi. Ale kurcze, nie wiem, czy pasuje do końca? — zasugerowała, czując się zakłopotana. — Bo ma taki bardzo artystyczny wydźwięk, a ja chyba nie jestem aż tak uzdolniona w tym zakresie i… może przez to by się zorientowali właśnie? Że coś podejrzanego się tu wydarzyło? — wytłumaczyła nieporadnie. Miała nadzieję, że brzmiała chociaż odrobinę sensownie.
— Tak, masz rację, może jednak przesadziłem, tak... — poprawił się szybko, odwracając wzrok. — T-to weź może, weź nadaj mi coś i ja się spróbuję dopasować...
Jeju, czemu ona musiała to powiedzieć! Przez nią teraz tylko niezręcznie się zrobiło…
— Dobrze, spróbuję — odparła chwiejnym głosem. 
Musiała się zdecydować, do czego chce nawiązać tą nazwą. Jeśli do plotek to może coś w stylu… Lotne Ucho? Nie no, to przecież brzmiało okropnie!
Podrapała się po głowie z zastanowieniem.
Może do jakiegoś tematu, który poruszyli? Na przykład ee… oponent nepotyzmu? Królewski buntownik? Hejter monochromatyczności? Nie, to nadal po prostu nie było to. Głowiła się przez następne niekomfortowe uderzenia serca, dopóki nagle ją nie olśniło.
— Mam to! — wykrzyknęła triumfalnie.
— C-co? — Lotek wydawał się zdezorientowany, patrząc na Owocniaczkę jak na nieznane dziwo, które właśnie zrobiło fikołka w tył. 
— No jak to co, twój nowy pseudonim! — zdziwiła się z lekka. — Myślałeś o czymś innym w międzyczasie…?
— O. Nie... po prostu ty tak nagle, a ja nie, i po prostu... och. — Zawiesił się, mrugając ze zmieszaniem, chwilę później się rozpromieniając — To jak brzmi?
Wykrzywiła pysk w subtelnym uśmiechu. Miała nadzieję, że mu się spodoba. 
— Mówiłeś, że wszyscy z twojego klanu zaraz będą w tych samych barwach, więc… 
Odchrząknęła z powagą, jakby właśnie rozpoczynała oficjalną ceremonię.
— Nocny agencie, teraz oto nadaję ci twoje indywidualne miano — obwieściła uroczyście, wpatrując się mu prosto w oczy. — Od dzisiaj będziesz znany jako Honorowy Rzecznik Kolorów. Traktuj ten tytuł jako zaszczyt, ale i odpowiedzialność.

<Honorowy Rzeczniku Kolorów?>