Noc testu, Pora Opadających Liści
Księżyc wisiał wysoko na niebie, mrok spowijał wnętrze żłobka, a on wraz z Koszmarem i Zamroczką smacznie sobie spali. Ciszę oraz błogi sen przerwały im koty, które nagle weszły do środka. Leniwie otwierając oczy, spojrzał po pyskach, które tak dobrze znał. Byli to wojownicy.
— Hmm? Co się dzieje? — ziewnął szeroko. Jego pytanie poniosło się po żłobku, jednak nikt na nie nie odpowiedział. Czy czasem nie było za późno na odwiedziny? Znając Ognikową Słotę, za takie naruszenie ciszy nocnej, każdemu z tych kotów urwano by ogony lub nawet gorzej… Szukał wzrokiem szylkretowej sierści matki, jednak nigdzie nie mógł jej znaleźć.
— Czeka was test — mruknął cicho Piołunowy Dym, jednocześnie łapiąc go za kark.
Z wojowników już nikt się nie odezwał. Zabrano go i jego rodzeństwo prosto z obozu do lasu, gdzie mgła spowijała podszycie. W końcu wojownicy się rozdzielili. Liliowy wojownik szedł ścieżką krętą, schylał się pod paprociami i omijał najróżniejsze krzewy, aż las stał się rzadszy. — Zostań tutaj, Iglaku. Do jutra.
— Czekaj! Piołunowy Dymie! Jak to do jutra? — Pobiegł za kocurem, jednak starszy od razu go zatrzymał.
— Pokaż, że jesteś godny zostania uczniem. No, chyba że chcesz być kocięciem do końca życia i nosić karne imię — odpowiedział wojownik z opryskliwością.
Zdziwiony tonem wojownika, nastroszył się i zgromił go wzrokiem.
— Nie powinieneś się do mnie tak zwracać. Jestem wnukiem samej Zalotnej Gwiazdy! — syknął.
— To sobie nim bądź. Wątpię, by liderka chciała mieć wnuka, który jest tchórzem — rzucił za siebie Piołunowy Dym i nawet nie oglądając się za siebie, zostawił samego sobie Iglaka w lesie.
Kocurek z wściekłości i przerażenia zatrząsł się cały, a oczy szkliły się mu, przynajmniej jakby miał zacząć płakać. Złapał pierwszą leżącą przed nim szyszkę i rzucił nią w miejsce, w którym zniknął opryskliwy wojownik. Głupi sierściuch myślał, że mógł go tak obrażać?! Oczywiście, że da sobie radę, gdyż jest synem Ognikowej Słoty! Rzucając ostatnie spojrzenie na ścieżkę, która prowadziła prosto do obozu, obrócił się na pięcie i ruszył w nieznanym mu kierunku.
Drzewa były coraz rzadsze, a spomiędzy nich widział świecące nad nim gwiazdy, które oprócz cieni nocy dotrzymywały mu towarzystwa. W końcu dotarł na plaże? Nie. Mimo piaszczystego podłoża oraz rozciągającej się przed nim wody, nie było to bezkresne morze, o którym zdążył nie raz usłyszeć podczas opowieści o zgromadzeniach. Nadal niepewny, zmrużył oczy, widząc na horyzoncie wielką, jak dla niego wyspę. Wyspę, która przerażała go swoją tajemniczością. Ten mrok sprawiał, że na jego karku podnosiło się futerko bardziej niż zwykle.
Chyba nie nadaje się na ucznia… Wszystko tutaj jest takie straszne… — dumał, starając się wyodrębnić z ciemnych zarośli na wyspie, czegoś, co mogło go w każdej chwili zaatakować. Słyszał różne przerażające opowieści o tym miejscu, a teraz sam samiuśki musiał tutaj przetrwać noc. A jeśli te historyjki są prawdą? Co, jeśli gdzieś w tym mroku jest widmo kota, który porywa inne koty?
***
Czuł, że jedzenie, które zjadł przed spaniem, stanęło mu w gardle. Podkuliwszy ogon pod siebie, ruszył co sił w łapach do najbliższego schronienia. Oddech szybki. Poduszki łap zakopywały mu się w piasku. Gorąc, który rozlewał się w jego żyłach. Szum krwi w uszach i odgłos szybko bijącego serca. Schował się w zaroślach, starając się nie oddychać, by nie przyciągać do siebie innych nieproszonych zwierząt.
Jeleń jedynie odprowadził go wzrokiem i podszedł bliżej wody, by się napić. Iglak wcale go nie obchodził, na szczęście dymnego kocurka. Co mogłoby się z nim stać, jeśli to wielkie stworzenie chciałoby użyć na nim swojego wielkiego poroża? Mógł go stratować lub rozszarpać! Kiedy tylko jeleń sobie poszedł, ten mógł odetchnąć z ulgą.
Ależ jestem tchórzem… — pomyślał rozgoryczony, kiedy znów został sam. Jelenie nigdy nie były wrogami kotów, tylko wilków, które je zjadały przy odrobinie szczęścia… To nie był lis, kuna bądź sowa, które mogłyby z łatwością go pożreć jednym kłapnięciem! Co by pomyśleli inni z rodziny, gdyby teraz go zobaczyli? “Wątpię, by liderka chciała mieć wnuka, który jest tchórzem.” Te słowa liliowego wojownika odbijały się echem w jego głowie.
— Nie chcę być tchórzem… — wysyczał pod nosem rozgoryczony.
***
— Iglaku, gdzie jesteś? — zabrzmiał głos Cętkowanego Tęgosza, który przyszedł po młodego. Rudzielec z blizną na pysku rozglądał się, szukając go.
— Tutaj! — miauknął i wyszedł z cieni paproci.
Rudzielec zlustrował go przelotnie wzrokiem.
— Coś się stało? Był tu jakiś drapieżnik?
Iglak zastygł. Chyba widać było po nim, że jednak był przerażony. Starając się wygładzić swoje futro, przytaknął.
— Widziałem wilki, które rozszarpują jelenia! — Jego futro płonęło żywym ogniem, kiedy z jego pyska wypłynęło kłamstwo.
Kuzyn posłał mu pytające spojrzenie. Nie skomentował jego wytłumaczenia.
— Dobra, wracajmy. — Machnął ogonem, a Iglak w głębi ducha odetchnął. Może lepiej, że rudzielec to przemilczał. Może nie przepadał za nim, gdyż zbyt często wpadał jego zdaniem w odwiedziny do Ognikowej Słoty.
W końcu dotarli do obozu, a przed mównicą czekali na niego Zalotna Gwiazda, Koszmar, Zamroczka i reszta klanu. Babcia kiwnęła rudzielcowi głową i zaczęła ceremonię mianowania. Zamroczka stała się Zamroczną Łapą, a jej mentorem został Cętkowany Tęgosz, Koszmaru nowym imieniem było Koszmarna Łapa, trafił pod skrzydła ciotki, Nadciągającego Pomroku.
— Iglaku! — miauknęła głośno swoim władczym głosem Zalotna Gwiazda. W końcu była jego kolej! — Ukończyłeś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś został uczniem. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika będziesz się nazywać Iglasta Łapa. Twoim mentorem będzie Kocimiętkowy Wir. Mam nadzieję, że Kocimiętkowy Wir przekaże ci całą swoją wiedzę.
Spojrzał się na drugą swoją matkę, która wyszła z tłumu i dumnie zamerdała swoim króciutkim ogonkiem. Czyli jego gdybania nad dostaniem za mentora zastępcę klanu rozpłynęły się niczym śnieg w Porze Nowych Liści? No cóż… Nadal dostał kotkę, która była uznaną wojowniczką, a przede wszystkim była jego matką!
— Kocimiętkowy Wirze, jesteś gotowa do szkolenia własnego syna. Otrzymałaś od swojej mentorki, Lodowego Omenu doskonałe szkolenie i pokazałaś swoją siłę i cierpliwość. Będziesz mentorem Iglastej Łapy, mam nadzieję, że przekażesz mu całą swoją wiedzę — zakończyła Zalotna Gwiazda.
Zetknął się nosem z własną matką i usiedli dumnie, gdy cały klan skandował nowe imiona uczniów. Iglasta Łapa jednak tego nie słyszał, gdyż przed oczyma nadal miał wielką straszną sylwetkę jelenia, który przeszywał jego duszę na wylot. Strach, który czuł w przez noc, był teraz powodem do zażenowania, wstydu oraz złości, które w nim buzowały. Czy Kocimiętkowy Wir byłaby nadal z niego dumna, gdyby wiedziała, jak strasznie się on bał?
Po ukończonej ceremonii jego matka wzięła go poza obóz, by pokazać mu tereny Klanu Wilka. Kocica nie zamierzała marnować czasu na bezmyślne zabawy lub obchodzenie się z nim, jak z jajkiem, gdyż narzuciła szybkie tempo. Spędzili razem miło czas, a on zapomniał już o strachu, jaki przeżył tej nocy.
***
Kilkanaście dni później
Właśnie wrócił z patrolu łowieckiego wraz z jego matką, a z jego pyszczka zwisała mysz. Przeparadował się ze swoją zdobyczą przez obóz i dumnie pokazał ją starszym uczniom oraz swojemu rodzeństwu. Garbata Łapa raczej patrzył na niego z zazdrością i machał gniewnie ogonem, a Tęczowa Łapa gratulował mu dobrych łowów. Idąc do sterty zwierzyny odnieść piszczkę, przed nim wyrósł Cętkowany Tęgosz. Iglasta Łapa zdążył gwałtownie zahamować, poderwał wyżej głowę, by spojrzeć w mroczne zielone oczy krewnego.
— Hm? — zdołał jedynie wydusić z siebie, gdyż nadal trzymał zwierzątko w pyszczku.
[1409 słów]
< Kuzynie? >
🌲
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz