No dobra, dobra. Muszę zapolować.
Bardzo lubię polować. Mogę nawet nieskromnie dodać, że jestem w tym bardzo dobry. Faktem jest jednak, że… z reguły, to ja poluję na drzewach. Na wiewióry czy tam… ptaki. A nie na ziemi. Ostatnio też nieco wyszedłem z formy…
W końcu udało mi się wypatrzeć małą, białą myszkę, tuptającą nieświadomie w poprzek mojej trasy. Na szczęście złapałem ją relatywnie szybko złapać i skierowałem się w lewo, w celu dołączenia do Śnienia i Poinsecji.
Zrobiłem kilka kroków.
Po chwili jednak zatrzymałem się i zawróciłem w prawo.
Kolejne kilka kroków.
Zatrzymałem się.
Nie no. Moment. Skąd ja przyszedłem?
Zmarszczyłem brwi.
Nie do końca byłem w stanie to ocenić, z powodu takiego, że łapiąc myszkę, zaryłem nieco nosem w glebę i teraz oba nozdrza miałem zatkane. Do tego myszka w pysku skutecznie tłumiła wszystkie pozostałe zapachy.
Wyplułem na chwilę moją zdobycz i wysmarkałem dokładnie nos, pozbywając się, chociaż części ziemi.
No, od razu lepiej.
Momentalnie złapałem zapach Śnienia i Poinsecji. Zadowolony, ruszyłem w ich stronę.
***
Po chwili dołączyłem do dwóch pozostałych kotów.
– Hm. Witam. – przywitałem ich, kiwając głową.
Przeskanowałem dokładnie moim aparatem wzroku ich zdobycze. Myślę, że z ostrożnym optymizmem stwierdzić mogę, że najgorzej nie wypadłem…
– Hej, Borowiku! Gdzie się podziała twoja zwierzyna? – Śnienie przechylił głowę na bok.
Otworzyłem szerzej oczy.
Ale że co? Nie no. Jak. Przecież miałem ją…
W pysku ją miałem.
I…
…zostawiłem tam. Żeby…
Ugh.
No świetnie.
Zamrugałem. Podrapałem dwukrotnie ziemię pazurami.
– Udało mi się złapać mysz. Jednak… uch… jednak na którymś etapie mojej drogi powrotnej, mysz zmieniła swoje położenie, to jest z mojego pyska, znalazła się w… bliżej nieokreślonym, innym punkcie…
– Spokojnie, Borowiku. To nic złego, naprawdę. Nie każdy musi być dobry we wszystkim. My wiemy przecież, że na drzewach jesteś niezastąpiony. – odparł czarny kocur, wąsy zadrżały mu z rozbawienia.
Jeszcze szerzej otworzyłem oczy w konsternacji.
– Ale… uch… Nie, nie, serio, była tam i… i… – zacząłem.
– Dobrze, dobrze, tylko żartuję. Wierzę ci. – widząc moje przerażenie, kocur uspokoił mnie, po czym dodał. – Powinniśmy już wracać do obozu. Może po drodze znajdziemy twoją mysz? Albo uda ci się złapać coś innego. Nie przejmuj się. – zaproponował z lekkim uśmiechem.
Spojrzałem niepewnie w bok i pokiwałem entuzjastycznie głową.
– Uch… No… no, może… Tak, chyba… chyba po prostu coś innego złapię… – mruknąłem, podążając za nimi.
Teraźniejszość
W czterech dużych i dwóch mniejszych susach przemierzyłem obóz z jednego końca na drugi, gdzie dojrzałem brodatego kocura, jedzącego spokojnie śniadanie.
Wyhamowałem gwałtownie o dwie długości mysiego ogona od niego. Z szeroko otwartymi oczami rozejrzałem się dynamicznie na boki.
– Śnienie. Śnienie, potrzebuję twojej… uch… pomocy. A raczej… a raczej asysty. Bo… no bo słuchaj. Bo ja to mam ucznia teraz. Łysiczkę. Patrz. Stoi tam, o. – wskazałem ogonem na wyraźnie zdezorientowaną, niebieską koteczkę, patrzącą na mnie z zaniepokojeniem, po tym, jak chwilę temu uciekłem od niej w podskokach. – I ona… I dzisiaj znaczy… mamy mieć trening pierwszy. Ale ja nie wiem, jak zrobić jej trening. Znaczy, wiem, ale nie chcę iść sam. A wszyscy inni zniknęli i… i śpią wszyscy inni. Nie ważne, że ty zwiadowcą nie jesteś, będziemy ziemią chodzić, a nie… no… drzewem. Pójdź ze mną. Musisz jedynie udawać, że masz… no, jakikolwiek cel w… pójściu… z nami. Tak. Albo… powiedz mi. Co robić mam. Bo ty to mądry jesteś. – podskoczyłem, podkreślając tym samym wagę moich słów.
< Śnienie, ratunkuuu :0 >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz