BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 6 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Płomienna Łapa x Świergocząca Łapa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Płomienna Łapa x Świergocząca Łapa. Pokaż wszystkie posty

30 października 2025

Od Świergoczącej Łapy (Świergoczącego Potoku) CD. Płomiennej Łapy (Płomiennego Serca)

Czasy uczniowskie, przed zaginięciem Trójki

Całe podekscytowanie uszło z jego ciała, wyparte przez ogromną falę zmartwienia. Widział smutne oczy swojej siostrzyczki, oklapłe uszy oraz nerwowo drgający ogon i zaledwie sekundę później był już przy niej. Duszą, ciałem i umysłem. Mimo podobnego wzrostu Świergocząca Łapa z całych sił próbował się wokół niej owinąć, tuląc ją niczym matka własne kocię czy nawet bardziej, niczym ptak własne jajo. Mocno, zdecydowanie i bez jakichkolwiek zahamowań, nawet jeśli Płomykówka próbowała się od niego wykręcić.
— Świergotku, ja… — mruknęła, poruszając się delikatnie w jego uścisku.
— Nic nie słyszę — zawołał w futro siostry.
Kilka oddechów minęło, zanim ciało Płomykówki odpuściło. Niewidzialne nitki, trzymające dotychczas jej mięśnie, zaczęły powoli odpuszczać, ustępując zmęczeniu i uldze. Ogon przestał uderzać rytmicznie o podłoże, łapy wyłożyły się swobodnie, a zaledwie parę chwil później — Płomykówka odwzajemniła uścisk brata. Z początku delikatnie i niepewnie, ale nawet wtedy czuł jej wdzięczność. Jej ciche dziękuje, zawarte w czynach w odpowiedzi na jego ciche wyznanie miłości, braterskiej i szczerej.
— Już? — spytał po dłuższej chwili.
Kotka skinęła delikatnie głową, wciąż kryjąc pysk w jego futrze. Nawet gdy Świergocząca Łapa odwinął się z uścisku, szukając wzrokiem jej oczu, nigdy ich nie odnalazł. Wiedział jednak, że jego siostra potrzebuje czasu i zamiast tego skierował swoje spojrzenie ku wodospadowi, pozwalając jej pozostać kłębkiem futra. Schowanym pod niewidzialną skorupką niczym żółw.
— No tak, jestem wielki i silny. Potężny niczym niedźwiedź! — zaczął, przybierając żartobliwy ton. — Ale, o nie! Przecież Gąsienicowy Ogryzek jest ode mnie silniejszy. A jego ojciec jest pewnie silniejszy od niego! No to jednak nie jestem silny. — Na pysku kocura pojawiła się dramatyczna mina, ciało wyczekiwało w poszukiwaniu najdrobniejszych impulsów ze strony kotki.
Chciał jej pokazać, jak bardzo się myli. Może i byli teraz mali i drobni, może i marzyli o długich łapach, sprawnych krokach i równie wyczulonych zmysłach, co starsze koty, ale nie znaczyło to, że nigdy tego nie osiągną. Nawet jeśli byli jedynie Pieszczochami, rozpieszczonymi kociakami, porzuconymi na pastwę losu to wciąż byli sobą. Szczerze kochającym się rodzeństwem, które będzie się wspierać do samego końca. I które doskonale wie, do czego jest zdolne.
— Może i nie jesteś na tyle silna, ale jesteś moją siostrą i wiem, do czego jesteś zdolna. Widziałem, jak szybko byłaś w stanie nas ostrzec, gdy tylko rodzice mieli nas nakryć. — Kocur uśmiechnął się zdecydowanie. — I widziałem, ile razy nas broniłaś. Nawet wtedy, gdy ja się bałem! — W jego oczach lśniła duma. — W pewien sposób możesz być najodważniejsza z nas wszystkich.
Ruda kotka podniosła wyżej pysk zaskoczona, jej usta formowały kolejne słowo, ale w tym samym momencie Świergotek runął na wznak, głośno chrapiąc i tym samym, uważając dyskusję za zbędną. Płomykówka zaśmiała się lekko, a następnie wtuliła się w swojego brata.

Teraźniejszość

Wiatr podstępnie wdzierał się pod futro Świergoczącego Potoku, skutecznie pozbawiając go sił i energii na dalsze wyprawy. W takich momentach miał ochotę rzucić się na legowisko i spać niczym niedźwiedź zimą. Twardo, beztrosko. Wyczekując tych dni, kiedy słońce wita Cię z rana, oświetlając Twoje ścieżki i grzejąc Ci łapy. Nie wtedy, gdy zimno gryzie kończymy, a wojownicy ganią za lenistwo. W końcu nie jesteś starszyzną, żeby się tak ociągać!
— Co nie znaczy, że nie mogę marudzić — wymamrotał, niosąc w pysku mizerną mysz.
Wiedział jednak, że nadchodzą chude czasy i tym razem nie będzie beztroskim kociakiem z jedzeniem pod nosem. Tym razem to on będzie musiał zadbać o inne kociaki, nawet jeśli tak bardzo, bardzo mu się nie chciało. Naprawdę zaczynał żywić szczerą nienawiść do Pory Nagich Liści, niezwykłą dla jego osoby. Może jednak dobrze czasem na coś popsioczyć?
— Tu jesteś! — Z ponurego nastroju wybudził go znajomy głos, witający go niedługo po tym, jak odłożył zwierzynę na stos i ruszył w kierunku półek wojowników.
Zapewne zajmowałby jedną z wyższych półek, korzystając z dobrego punktu widokowego, sprawnych łap oraz wysokości, której obecność zawsze przyprawiała go o miłe mrowienie w brzuchu, ale dla swojej siostry zdecydował się ulokować niżej. Co było bardzo dobrą decyzją, pozwalającą im na regularne plotki, nawet jeśli przedłużający się trening Świergotka na chwilę ich rozdzielił.
— Znowu się spotykamy! — Uśmiechnął się rudzielec, przytulając się na moment do Płomykówki. — Często tu bywasz? — zażartował.
— Częściej od Ciebie. — Kotka wystawiła mu język, wprost nawiązując do jego niedawnego mianowania. Niemal się obraził! — Jak polowanie?
— Gdyby łapy mi nie odmarzały, to przyniósłbym więcej. — westchnął. — A jak Tobie poszło? Co dzisiaj robiłaś?

<Płomienne Serce?>

14 lipca 2025

Od Płomiennej Łapy CD. Świergoczącej Łapy

Świergocząca Łapa podekscytowany pytaniem, od razu zaczął opowiadać, co dziś robił.
— Byliśmy z Gąsienicowym Ogryzkiem w tunelach! Musimy tam kiedyś pójść, jak tylko się ich nauczę! Granie w chowanego będzie absolutnie kozackie — zapiszczał, a Płomykówka zaśmiała się na te słowa.
Pamiętała, jak u Dwunożnych często bawili się w chowanego. Tym bardziej, gdy zapowiedzieli przeprowadzkę do nowego domu. Było wtedy pełno pudeł i innych rzeczy, w których ciągle się chowali. Wtedy za to rodzice ich szukali… Płomykówka posmutniała na myśl o rodzicach, ale szybko wróciła do świata, słuchając opowieści brata. Jednak gdy usłyszała o prawie zgubieniu się Świergotka na treningu, spojrzała na niego zmartwiona. Wiedziała, że treningi są czasem bardzo trudne, ale miała nadzieję, że żadnemu z jej braci nie stanie się krzywda. Byli dla niej wszystkim…
— No i byliśmy też na samej plaży; piasek jest taki przyjemny. To tak, jakbyś była w wodzie, ale nie była w wodzie. Zupełnie nie jak ziemia — rozmarzył się, a kotka znów się uśmiechnęła.
Oczami wyobraźni widziała plaże, tarzanie się w piasku, zabawę w wodzie. Może namówi Zielone Wzgórze, aby tam poszli…
— Jak myślisz, pozwolą nam teraz samemu wyjść? Może będziesz mogła mi pokazać, jak się wspinać? Albo… — Zniżył głos do szeptu. — Ja pokażę Ci jak chodzić po tunelach!
Płomykówka zastanowiła się. Jak bardzo była przeciwna, aby rodzeństwo uczyło siebie nawzajem rzeczy, bez opieki jakiegoś starszego kota, tak wyjście na światło dzienne i zabawa w chowanego albo ganianego bez ograniczających ich twardych ścian było dobrym pomysłem.
— Może nam pozwolą. Mam nadzieję — przyznała z uśmiechem, rozmarzona nad zabawami. — Moglibyśmy wtedy wszystko zwiedzić! — zapiszczała zadowolona. — Ale myślę, że mnie nauczy chodzić po tunelach Zielone Wzgórze — powiedziała już rozważniej, wtulając się w futerko brata. — Nie chciałabym cię tam zgubić… — wyszeptała.
Nie chciała powtórki z tego, co było tuż przed ich znalezieniem się w klanie, ale już nie w mieszkaniu Dwunożnych. Nie pamiętała wiele; ciemność, pudełko, dziwne hałasy, a potem chłód i wzmocnione zapachy innych kotów. Pamiętała za to, jak wypadli z pudełka…
Trzask samochodu, chłód i ból. Kotka zapiszczała, gdy ciemne pudełko w którym byli odbiło się od czegoś twardego. A potem nagle była jasność i wilgoć. Jęknęła i wstała, otrzepując się. Nie wiedziała, gdzie jest. Otaczało ją wiele nowych zapachów, była przerażona. Rozejrzała się, ale nie widziała żadnego z braci, co zgubiło ją jeszcze bardziej.
— Strit?! Trójka?! Poker?! — zawołała piskliwie, ale odpowiedział jej jedynie szum wiatru.
Starała się rozpoznać ich zapachy, znaleźć ich po tym, jednak te wiecznie się gubiły, zamieniały w coś innego. Przez wiele minut kręciła się w kółko. Opadła z sił tuż przy pudełku, skuliła się i zapiszczała, błagając w myślach, żeby to wszystko okazało się jedynie złym snem.
Następne, co pamiętała, to zapach nieznajomego kota i ciepło, a potem, gdy otworzyła oczy, znów widziała swych braci. Wszyscy byli brudni, a miejsce w którym byli niczym nie przypominało domu, ale miała swoich najlepszych przyjaciół obok.
— Nigdy bym cię nie zgubił! — Te słowa postawiły Płomykówkę na ziemię. Spojrzała na brata, który dumnie wypinał pierś. — Nieważne co, zawsze cię odnajdę.
Słowa te zabrzmiały jak obietnica. Kotka zaśmiała się i pokiwała głową. Chociaż miała nadzieję, że już nigdy nie przytrafi im się rozdzielić na dłużej i że zawsze po treningach będzie mogła wrócić do braci, aby się w nich wtulić, tak ta mała obietnica uspokajała kotkę jeszcze bardziej. Byli rodzeństwem, na pewno będą potrafili się odnaleźć, nieważne co.
— Nadal sądzę, że to zły pomysł — dodała zaraz. — Ale możemy się zapytać jutro po treningach! Może jeszcze pokażą nam super miejsca i weźmiemy tam Trójkę i Drzemlika, i wszyscy będziemy się tam bawić! — Rozejrzała się. — W ogóle… Gdzie ta dwójka?
— Pewnie na treningach. — powiedział uspokajająco kocur i zaczepił ją ogonem. — Ale ty wydawałaś się niemrawa, przede wszystkim wczoraj. Wszystko dobrze?
Futro Płomiennej Łapy stanęło dęba na te słowa, a sama opuściła delikatnie uszy. Nie sądziła, że ktokolwiek to zauważy — nie chciała martwić braci. A jednak coś nie poszło po jej myśli. Starała się machnąć na to łapą, ale wbijający się w nią wzrok Świergoczącej Łapy przyparł ją do muru.
— Po prostu… Nie jestem pewna, zy sobie poradzę — przyznała szeptem i spojrzała na innych uczniów. — Wszyscy tu są więksi, silniejsi. Wy też! — Spojrzała na niego i westchnęła, kuląc się jeszcze bardziej. — Zawsze macie tyle siły na zabawę. I wyżej skaczecie, i jesteście silniejsi — burknęła. — I martwię się… Że co, jeśli sobie nie poradzę? Co, jeśli was zawiodę…?

<Świergocząca Łapo?>

[717 słów]

[przyznano 14%]

10 lipca 2025

Od Świergoczącej Łapy CD. Płomiennej Łapy

Podobnie jak u jego siostry, pierwszy trening Świergotka wyznaczony został na dzień po ceremonii mianowania. Chociaż Gąsienicowy Ogryzek powitał młodego ucznia otwarcie i radośnie, z uśmiechem czochrając puszyste futro na jego głowie, tak zaraz później uświadomił go o swoich obowiązkach. Z racji na niepokoje w klanie został on wyznaczony do następnego patrolu granicznego, z którego miał wrócić późno, w jego mniemaniu zbyt późno na jakikolwiek trening. Nijak nie przekonywały go zapewnienia, że rudzielec jest już dość duży, że mógłby pójść z nim na patrol czy nawet najbardziej zdesperowane prośby, pozbawione jakiejkolwiek argumentacji. Ogryzek jedynie kręcił głową, nie tracąc pogodnej miny. Nawet wtedy, gdy Świergotek stracił wiarę w szybsze opuszczenie obozu i zamiast tego postanowił wypytać kocura o sytuację w klanie.
— Oj, już Ty się tak nie zapędzaj. — Kocur pacnął go delikatnie w nos. — Chcesz zrazić inne koty, jak zraziłeś Postrzępiony Mróz?
— Co?! — Świergotek gwałtownie złapał powietrze, próbując się usprawiedliwić.
— No już, już, żartowałem — zaśmiał się. — Siorka mówiła o Tobie same dobre rzeczy, nie martw się. Teraz jednak naprawdę muszę już lecieć, ale obiecuję, że jutro się Tobą zajmę. Trzymaj się, młody. — Rzucił, zaraz wyłapując kogoś wzrokiem i udając się z nim na patrol.

* * *

Noc minęła szybko i chociaż Świergotek przez jakiś jeszcze czas kręcił się z boku na bok, nie mogąc znaleźć sobie miejsca, ani uspokoić swego serca, tak zasnął całkiem szybko. Jak to kociak. Wielkie emocje porwane zostały przez wielką senność, a ta zniknęła wraz z porannym gwarem w klanie. Tym razem nie budziły go już poranne promienie słońca, które były przywilejem mieszkańców żłobka, ale zmiana patrolu o świcie. Podobne zamieszanie niejednokrotnie wybudzało go już ze snu. W przeciwieństwie do ich oryginalnego domu klan miał ściśle określony plan dnia i kocur szybko się do niego dostosował.
Poranna zmiana patroli powiodła jego łapy do głównej sali, gdzie zaczął on poszukiwania niebieskiego kocura oraz obiecanego przez niego treningu. Zapach kotów wciąż mieszał mu się w nozdrzach, przez co kierowanie się wyłącznie nim było niewykonalne. Zamiast tego wodził wzrokiem po pomniejszych grupkach, aż nie dotarł do Gąsienicowego Ogryzka, rozmawiającego z kilkoma innymi kotami.
— Tak ostatnio myślałem… — odezwał się jeden z nieznanych Świergotkowi pysków. — Myślicie, że Przyczajona Kania powróci? Gdzie on mógł pójść? Przecież żaden inny klan go nie przyjmie.
— Klifiacy pewnie też go nie przyjmą — odparł ktoś inny. — A Ty co myślisz, Jerzykowa Werwo? Gdzie jest teraz Przyczajona Kania?
Jerzykowa Werwa odwrócił wzrok. Pytanie wydawało się dla niego kłopotliwe, idące w parze z pewnym uczuciem niezręczności i – ledwo wyczuwalnego – żalu.
— Pewnie już dawno umarł — westchnął. — Przyczajona Kania... wiedział, co robi. Możecie mówić, co chcecie, ale jeśli odszedł, miał powód. To najmądrzejszy kot, jakiego znam. Ktoś... ktoś odwiedził go w jego legowisku, w dniu, gdy Srokoszowa Gwiazda umarł. Nie wiem, o czym rozmawiali. Być może po prostu wymieniali się raportami. Wtedy nie myślałem o tym długo, nawet nie zwróciłem na to uwagi. Pewnie pomyślałem, że ktoś przyszedł złożyć mu kondolencje. Teraz zastanawiam się, czy tamto spotkanie nie było czymś więcej i czy to nie ono popchnęło Przyczajoną Kanię do ucie-odejścia z klanu. – Złość, być może na samego siebie, wystąpiła na pysku Jerzykowej Werwy. — Kto mógł przestra-przekonać Kanię do takiej decyzji? Przecież nie przestraszyłby się zwyczajnych gróźb.
Świergotek nie do końca rozumiał, o czym rozmawiają, stąd też jedynie nerwowo przebierał łapkami, oczekując na swoją kolej. Słowa przepływały koło niego, pełne obcych imion i zdarzeń, ale w nich wszystkich czuć było żal, smutek i irytację. Atmosfera gęstniała, koty zdawały się wyraźnie podirytowane, inne zaś niepewne, a wiele z nich zaczęło szukać pretekstu, aby odejść stąd jak najdalej.
— Świergocząca Łapo! — zawołał do niego Ogryzek, odnajdując swój pretekst i szybko oddalając się od całego zamieszania. — Czyżbyś na mnie czekał? — uśmiechnął się.
— Aha! — odparł dumnie kocur. — Obiecałeś mi dzisiaj trening!
— Psiakrew — wymsknęło się starszemu. — Przed chwilą wróciłem z patrolu, młody, daj się, chociaż chwilę zdrzemnąć. Dwie, trzy godzinki i jestem cały Twój, dobrze? Ty mógłbyś w międzyczasie zająć się czymś pożytecznym.

* * *
Jakiś czas później

— Gąsienicowy Ogryzku! — Świergotek miauczał donośnie do ucha swojego mentora, szturchając go po barku. — Uporządkowałem legowiska, pogadałam trochę ze Świstak i nawet wyciągnąłem parę kleszczy! Możemy już iść?
Niebieska kupa futra poruszyła się niemrawo, mrucząc coś pod nosem. Powieki uchyliły się ostrożnie, wypuszczając na światłe dzienne zielone ślepia, w których kryła się nuta zirytowania. Nawet jeśli Ogryzek darzył swojego ucznia sympatią, tak jeszcze większą sympatią darzył nieprzerwany sen i spokój po długim patrolu. Nawet teraz zastanawiał się on nad przegonieniem nadaktywnego kocura lub powierzeniem mu innych, najlepiej szczególnie długotrwałych zadań, ale zaciekawione i lekko rozbawione spojrzenia innych wojowników trzymały go w ryzach. Zamiast tego wstał, przeciągnął się i przywołał na swój pyszczek uśmiech.
— Nie pozbędę się Ciebie, prawda? — spytał, a co uważniejszy kot mógłby doszukać się w tym nuty złośliwości.
Świergotek nie był uważny.
— Przecież obiecałeś… — mruknął kociak, tracąc trochę swojego animuszu.
— Tak, tak, obiecałem — przerwał mu mentor. — I jak obiecałem, tak zrobimy. Wezmę tylko coś na ząb i widzimy się przed wejściem.

* * *

Oszałamiający zgiełk. Szum, silniejszy od dziesiątek rozmów i dziesiątek kotów. Nieustanny huk, niczym niekończący się warkot wielkiego zwierza. Chociaż Świergotek wielokrotnie marzył o tej chwili, ba, zdarzało mu się nawet podkradać pod wielkie wodne wrota, tak nigdy woda nie wydawała mu się taka głośna. Taka jasna. Wręcz oślepiająca. Wodospad zdawał się oddziaływać na każdy jego zmysł z osobna, budząc w nim coraz większy lęk. Zwodnicze myśli niczym węże, pełzały po jego umyśle. Może starsi mieli rację? Może jest jeszcze zbyt młody na wychodzenie na zewnątrz? Nie da sobie przecież rady…
Ogon niemal szurał po ziemi, jego łapy cofnęły się bez udziału jego woli, a on sam niemal podskoczył, gdy wpadł na swojego mentora. Zielone oczy spoglądały na niego uważnie, choć rudzielec miał wrażenie, że kryje się w nich ocena. Resztki krwi na nieskazitelnie białym pysku mentora sprawiały upiorne wrażenie. Wyglądał tak dorośle. Był taki wysoki. Co, jeśli tylko on stchórzył? Co, jeśli wszyscy z jego rodzeństwa przeszli przez nie bez wahania? Co, jeśli wszystkie kociaki przechodziły przez nie bez wahania?
— Trochę straszne, co nie? — spytał Ogryzek, oblizując dokładnie swój pysk. — Nie bój nic, nie gryzie — dodał, przeskakując z gracją na drugą stronę.
Zniknął. Młody czuł się, jakby został zupełnie sam. Wszystkie pozostałe koty wydawały się być tak daleko, zajęte swoimi sprawami, niewzruszone na jego trudności. Pozostał tylko on i obijające się o jego gardło serce. Płuca, w których nagle zabrakło powietrza. I ten waleczny duch, nawet jeśli na moment przygasł, tak wciąż był gotów podjąć się wyzwania. To właśnie on pokierował jego łapy, spiął mięśnie i przerzucił go na drugą stronę, ku światłości.
— Pierwsze koty za płoty, jak to mawiają. — Ogryzek stał i spoglądał ciekawie na ucznia, doskonale pamiętając swoją pierwszą przeprawę.
Dzień, w którym dane mu było zobaczyć świat po raz pierwszy. Ten żywy, głośny i niesamowicie kolory twór, pełen wszelakiego stworzenia. Pełen poruszających się na wietrze drzew, spadających pyłków, mknących chmur czy przelatujących ptaków. Z każdej strony docierały do Ciebie inne bodźce, dotychczas ograniczone przez półmrok jaskiń oraz ograniczoną ilość czworonożnych, która żyła swoim własnym, z góry ustalonym rytmem. Na zewnątrz nie istniał jednak rytm. Nie w takim sensie. Każde zwierzę żyło swoim własnym torem, ale w perspektywie absolutu - żaden dzień nigdy nie wyglądał tak samo.

* * *

— Wskakuj. — Łapa Ogryzka wskazywała na położony niedaleko tunel.
Piasek pod ich łapami lekko parzył, ale według Świergotka nie był to dostatecznie dobry argument, żeby wskakiwać w ciemny i zimny tunel. Zapachem przypominał on wilgotne tereny dookoła obozu, pełne przemoczonej ziemi.
— No już, hop, hop. Nie mamy całego dnia. — Mentor spojrzał na niego ponaglająco.
Świergotek przełknął narastającą w gardle gulę i gwałtownie pokręcił głową. Miał już dzisiaj chwilę słabości i nie zamierzał do niej wracać. Nie zamierzał wychodzić przez Gąsienicowym Ogryzkiem na tchórza, ani też nie zamierzał się takowym stawać. Jego ogon powędrował dumnie do góry, a on wszedł do środka, pozwalając, żeby ciemność go pochłonęła.
— Już się nie cykamy? Ja to się akurat cykałem, gdy pierwszy raz tędy szliśmy. — Głos mentora zdawał się go prowokować, ale ten dalej szedł przed siebie.
— W obozie też jest ciemno. A mi się udało nawet kiedyś wykraść do legowiska wojowników po zmroku! — Zarzucił dumnie Świergotek.
— Oho, z pewnością. Teraz się jednak zatrzymaj, jeśli nie chcesz wyrżnąć w ścianę. Ja nas poprowadzę.
Kociak stanął natychmiast, a łagodny śmiech mentora sprawił, że zrobiło mu się ciepło w środku. Chciał dobrze wypaść, a czuł, jakby znowu wyszedł na durnia, gdy poczuł futro Ogryzka, ocierające się o jego bok w miarę jak go mijał.
— No dobrze, czy możesz mi powiedzieć, po co tu jesteśmy?
— Mówiłeś, że tunele to bardzo dobry sposób ewakuacji, czyli ucieczki, z różnych miejsc. Można się też w nich ukryć albo spotkać z kimś. — Wyliczył dumnie Świergotek, starając się nie zgubić swojego przewodnika.
Głos w tunelu wydawał się przytłumiony, nie odbijał się tak dobrze, jak od ścian ich obozu. Dźwięki zanikały, głoski się gubiły, a młody kocur za żadne skarby nie chciał dołączyć do grona zaginionych, więc przebierał swoimi łapkami tak szybko jak mógł, chcąc dorównać tempa Gąsienicowego Ogryzkowi.
— Właśnie, żeby się spotkać — zaśmiał się — Wiesz, że niektóre koty wykorzystują je nawet do sekretnych spotkań z kotami z innych klanów?
— Ale po co… Nie mogliby się spotkać na granicy?
Odpowiedzią był jedynie radosny śmiech kocura, który nie chciał zagłębiać Świergotka w tajniki przyrody oraz sposobu przychodzenia na świat nowych istnień. Zamiast tego po kilku minutach, poświęconych na usilne nasłuchiwanie kroków mentora w tunelu, powrócił do poprzedniego tematu.
— No dobrze. Teraz połączymy trochę wiedzy praktycznej z teoretyczną — powiedział, stając przed kociakiem tak, że ten zaraz na niego wpadł. — Po pierwsze, w tunelach nigdy nie przestajesz nasłuchiwać. Póki nie nauczysz się rozkładu korytarzy, Twój przewodnik jest Twoim jedynym ratunkiem. Jeśli skręcisz w zły tunel, to uwierz mi, możesz się już nie odnaleźć.
Świergotek przełknął głośno ślinę. Zrozumiał też, dlaczego mentor od czasu do czasu zaczepiał go ogonem. Najprawdopodobniej chciał sprawdzić, czy wciąż tam jest.
— Po drugie, Ty sam chcesz pozostać niesłyszalny. Tunelami chodzi wiele różnych kotów i póki nie jesteś pewien ich pochodzenia, lepiej się nie wychylać. Jasne? — Rudzielec skinął krótko głową, ale po przedłużającej się ciszy, poprawił się.
— Jasne.
Mentor, widząc opadający entuzjazm swojego ucznia, obrócił się w jego kierunku.
— Ile mamy zmysłów, młody?
— Pięć? — odpowiedział niepewnie, spodziewając się podstępu.
— Pięć, jak pięć palców w przedniej łapie. A z ilu nie możemy korzystać w tunelu?
— Z jednego, ze wzroku.
— Zgadza się. Dlatego też powinniśmy polegać na wszystkich pozostałych — zawahał się. — No może poza smakiem. Słuch pomaga nam śledzić innych i znajdować innych. Dotyk pozwala zidentyfikować tunele. W niektórych z nich znajdują się znaki, wskazujące dalszą drogę, a w innych to wilgoć mówi Ci, jak daleko jesteś od wejścia. Co będziemy mogli wyczuć?
— Wilgoć?
— Albo… brak wilgoci. — Świergotek przechylił głowę w bok, nie rozumiejąc, do czego zmierza mentor. — Im bliżej wyjścia jesteśmy, tym więcej świeżego powietrza jesteś w stanie wyczuć. I tym właśnie powinieneś się kierować. To co, czas na praktykę?
Adrenalina znów uderzyła kociaka. Krew płynęła szybciej, mięśnie drżały, gotowe do działania. Tym razem jednak nie zamierzał się poddawać, zamierzał z nich skorzystać.
— Mów, co mam robić! — zawołał dziarsko, a w oczach widać było gotowość.
— Zadanie podzielimy na dwie części. Odliczysz do dziesięciu i zaczniesz iść za głosem moich kroków. Zastanów się jednak dobrze, bo z każdym złym zakrętem będzie mnie słychać coraz gorzej. No i żeby nie było, gdy teraz szliśmy, to ja starałem się iść głośno, naprawdę. Teraz nie będzie tak łatwo. — Świergotkowi wydawało się, że w ciemności widzi nikły blask jego wyszczerzonych kłów. — Gdy przestaniesz słyszeć kroki, zastanów się, czy nie powinieneś użyć swojego nosa. Ostatnie zakręty powinieneś pokonać sam, kierując się w stronę lekkiej morskiej bryzy, tak ładnie rzecz ujmując. — Uśmiechnął się lekko, a jego głos złagodniał. — Gotowy?
— Gotowy! — Świergotek poczuł, jak ogon mentora po raz ostatni smyra go po pysku, a potem został sam.
W głowie odliczał cicho. Dziesięć, dziewięć, osiem… Jaskinie wydały się nagle małe, klaustrofobiczne, przeraźliwie wręcz ciche. Chociaż wytężał uszy, to słyszał jedynie powolne kapanie odległej wody oraz bicie własne serca. Siedem, sześć, pięć… Jego ucho drgnęło lekko, ale kocur nie był nawet pewny, co takiego usłyszał. Cztery, trzy, dwa, jeden… Nadszedł czas.
Młody kocur otworzył oczy, które odruchowo zamknął na czas odliczania. Stanął pewnie na swoich czterech, wciąż niewyrośniętych łapach. Niczym słońce po burzy, ciemność wydawała się minimalnie przed nim rozjaśniać, nawet jeśli wciąż nie odkryła przed nim tajemnicy tuneli, ani ich układu.
Jego ucho drgnęło, skręcając lekko w prawo. Coś przed nim było, coś słyszał. Czy były to odgłosy łap? Musiał w to wierzyć. Jego łapy wykonały pierwszy krok, potem zaś kolejny i kolejny, z każdym z nich nabierając wiary we własne siły.
Znowu to usłyszał. Cichy szmer na granicy jego słuchu, jakby jakaś łapa zgarniała ziemię, może nawet ogon. Tym razem dużo pewniej podążył w stronę dźwięku, niemal nie wpadając na prawą stronę tunelu. W ostatniej chwili poczuł jednak coś w rodzaju ciepła, jakby wilgotne ściany odbijały ciepło jego własnego futra, dając mu tym samym znak o kończącej się zaraz ścieżce.
Młody szedł jednak żwawo i pewnie, polegając na słyszalnych od czasu do czasu hałasach. Raz było to szurnięcie łapy, innym razem coś, jakby ktoś ślizgał się po mokrej nawierzchni, a potem znów przypominało to niemal ciche nucenie. Sądząc po tym, jak rzadko było słychać te głosy - jego mentor doskonale znał technikę skradania i wszystkie sygnały robił specjalnie, właśnie dla niego.
Świergotek nie zamierzał więc opuścić żadnego sygnału, nie zamierzał zawieść Ogryzka. Przed każdym zakrętem zatrzymywał się, nasłuchując kolejnych dźwięków i szło mu to dobrze, póki się nie rozproszył. Jego łapa osunęła się w pomniejszą dziurę, sprawiając, że ten niemal wylądował na własnym pysku. Sygnał przepadł. Kocur patrzył bezmyślnie na czekający go wybór i nie wiedział, w którą stronę powinien się udać. W pewnym momencie starał się nawet wrócić wspomnieniami do swojej pierwszej wyprawy, ale bez skutku. Ogryzek był bystrym wojownikiem i dobrze wykonał swoją robotę. Ich rozmowa w tunelach nie służyła bowiem tylko do uspokojenia młodego kocura, ale miała również inne zadanie - dystrakcję.
W tym momencie nie było mowy o żadnej dystrakcji. Świergocząca Łapa stał samotnie w środku tuneli, słysząc jedynie własny oddech, który przyspieszył nieznacznie. Czuł krew płynącą mu w żyłach, tętniącą w jego własnej głowie. Wszystko wydawało się nagle przeraźliwie głośne, zagłuszające. Jego stojące na baczność uszy były gotowe się poddać. Czy dobrze mu się wydawało? Czy z lewej strony słyszał jakiś dźwięk?
Jego łapy poniosły go powoli, niepewnie, kierując się w stronę rzekomego szurnięcia. Miał tylko nadzieję, że był to dobry strzał i nie skończy tutaj sam, odcięty od świeżego powietrza…
Zaraz.
Rude ciało odprężyło się, uszy pochyliły się do tyłu, pozwalając sobie na odpoczynek. Zamiast tego w ruch poszły wąsy oraz wątły nos kocura, szukający tego jednego, wymarzonego powiewu morskiej toni. Delikatnego wiatru, łaskoczącego jego futro i obiecującego przyjemny odgłos fal. Świergotek zaciągnął się po raz kolejny i wtedy go wyczuł. Nie było go jednak w lewej odnodze, a w prawej, którą nieopatrznie ominął. Szybko porzucił on swoją poprzednią trasę, kierując się już tylko i wyłącznie zapachem, który z każdym krokiem stawał się coraz wyraźniejszy. Przed samym wyjściem wydawało mu się też, że wyczuł Ogryzka, stojącego dumnie na piachu.
— Czyli jednak nie mam Ciebie z głowy? — spytał, choć w jego głosie i oczach skrzyła się duma z nowego ucznia.

* * *

Nawet jeśli w głowie Świergotka minęły wieki, tak w rzeczywistości ich trening nie był wcale taki długi. Mentor pozwolił mu jeszcze chwilę pokorzystać z promieni słonecznych oraz przyjemnej pogody, a po krótkim zanurzeniu łap w rzece - zaciągnął go z powrotem do obozu, niemal natychmiast udając się na swoje posłanie.
— Widzimy się jutro, młody? — spytał na odchodne, ziewając i nawet nie wsłuchując się w radosne potakiwanie Świergotka, który wkrótce sam udał się do ich nowego legowiska.
Nawet jeśli wciąż rozpierała go energia oraz chęć rzucenia się przed siebie i biegania, aż nie padnie na pysk, tak emocje z całego dnia dawały o sobie znać, a powieki ciążyły mu coraz bardziej. Nigdzie nie widział rodzeństwa. Najwyraźniej oni też wybrali się na trening lub wykonywali nowe obowiązki. Może nawet mijał ich po drodze, ale z radości nawet nie zwrócił na nich uwagi? Z tą myślą powoli zwinął się w kłębek, zarzucając swój puszysty ogon niemal na pysk. Senny świat wzywał go do siebie, a on już miał dać porwać się w jego objęcia, gdy jego uszy drgnęły lekko, wyjątkowo wyczulone na dźwięki po dzisiejszej wyprawie.
— Świergotek! — Usłyszał głos swojej siostry, jeszcze zanim jego oczy w pełni przyzwyczaiły się do światła.
Jej obecność pozbyła się ostatnich resztek snu, jakie w nim pozostały, a on skoczył na cztery łapy, jakby coś się paliło. Szybkim wzrokiem omiótł drugiego rudzielca, niemal natychmiast dostrzegając na nim plamy kurzu, powstałe zapewne wskutek treningu.
— Jesteś brudna! — zawołał, rzucając się na ratunek.
Mimo protestów siostry zaczął on sukcesywnie wylizywać całe jej futro i badawczym wzrokiem upewniać się, że niczego sobie nie zrobiła. Wciąż pamiętał, jak bardzo przerażona była ona na ceremonii mianowania, co dopiero na treningu. Zbyt przejęty własnymi sprawami, nawet nie pomyślał o tym, żeby z nią porozmawiać. Stąd z radością w sercu słuchał, jak opowiadała mu o swoim dniu.
— A ty? Co dziś robiłeś? — Spytała, po podsumowaniu swojego dnia.
— Byliśmy z Gąsienicowym Ogryzkiem w tunelach! Musimy tam kiedyś pójść, jak tylko się ich nauczę! Granie w chowanego będzie absolutnie kozak. — Z pyszczka Świergotka wydobył się cichy pisk. — Wiesz, że Ogryzek zostawił mnie samego? Kazał mi liczyć do dziesięciu, a potem szukać wyjścia przez słuchanie jego kroków. Tylko że on potrafi chodzić cicho jak mysz! No i prawie się zgubiłem. — Rzucił, wypinając dumnie pierś, jakby było to jakieś osiągnięcie. — Ale się znalazłem!
Przez jego mały słowotok zapomniał o lizaniu siostry, więc teraz wytrwale powrócił do poprzedniego zajęcia. Oj, zdecydowanie była brudna.
— No i byliśmy też na samej plaży, piasek jest taki przyjemny. To jakbyś była w wodzie, ale nie była w wodzie. Zupełnie nie jak ziemia. — Rozmarzył się. — Jak myślisz, pozwolą nam teraz samym wyjść? Może będziesz mogła mi pokazać, jak się wspinać? Albo… — Zniżył głos do szeptu. — Ja pokażę Ci, jak chodzić po tunelach!

<Płomienna Łapo?>
[2953 słów + nawigacja w tunelach]

[przyznano 59% + 5%]

07 lipca 2025

Od Płomiennej Łapy Do Świergoczącej Łapy

Płomienna Łapa zaczynała treningi już dzień po ceremonii. Mentorka zapowiedziała to wieczorem, poprzedniego dnia, gdy wreszcie Płomykówka wyszła ze żłobka i weszła do tunelu prowadzącego do legowisk uczniów, gdzie wybrała swoje nowe miejsce snu. Chociaż nie umiała tam zasnąć i poszła wtulić się w Świergotka, który przy okazji uśpił ją również swoją gadaniną o tym, co miał zaplanowane.
Wraz ze świtem słońca, obudziło ją lekkie pacnięcie łapką w pyszczek. Gdy kotka otworzyła swoje oczęta, zauważyła swoją mentorkę, już gotową.
— Dzień dobry Płomienna Łapo — powitała uczennicę.
— Dobry. — Kotka ziewnęła, przeciągając się.
— Dziś zaczynamy trening.
Kotka zeskoczyła z posłania, a gdy Zielone Wzgórze polizało delikatnie jej sierść, aby obmyć z kurzu, oraz bardziej ułożyć, kotka czmychnęła trochę dalej, delikatnie się kuląc. Nie do końca ufała nowej mentorce, nawet jeśli ją kojarzyła, to gdy była jeszcze w żłobku, wojowniczka nie odwiedzała ich często. Mimo to, Zielone Wzgórze nie wydawało się zrażone reakcją Płomiennej Łapy i ruszyła do wyjścia.
— Chodź za mną! — rzuciła jeszcze do uczennicy.
Płomykówka od razu pobiegła za nią, aby ją dogonić. Nie odzywała się bardzo, ale gdy zbliżali się do wodospadu, za którym krył się świat, którego kotka jeszcze nie znała, nadstawiła uszy i się uśmiechnęła. Tyle dobrego z bycia uczennicą, wreszcie zdobędzie trochę światła i zobaczy, jak to jest. U Dwunożnych zewnętrzny świat widziała tylko przez okno, ale ona i Świergotek od zawsze byli ciekawscy i chcieli zwiedzać. Teraz klan dał jej na to szansę.
— Dziś nauczymy cię wspinania na drzewa — powiedziała Zielone Wzgórze. — A przynajmniej postaram ci się to wyjaśnić. Dopiero zaczynasz naukę, więc spokojnie.
Płomienna Łapa, chociaż troszkę zaskoczona taką nagłą zmianą, pokiwała głową i wraz ze swoją mentorką ruszyli pod drzewa. Zielone Wzgórze wskazało jedno z niskich drzew.
— Wspinaczka dla początkujących jest skomplikowana. Bo nie chodzi tylko o siłę, ale też równowagę. — Podniosła swoją łapę i wyciągnęła pazury. — Używaj ich, ale nie wbijaj zbyt głęboko. To nie jest twój wróg. Uważaj też na odpadającą korę. Cały czas będę cię obserwować. Śmiało, wskakuj.
— A jak potem zejść…? — zapytała na przyszłość, co wywołało śmiech mentorki.
— Tak jak weszłaś. A jak nie dasz rady, to cię ściągnę.
— Dobrze…
Płomienna Łapa była bardzo niepewna. Akurat musieli zacząć od czegoś, czego kompletnie nie potrafiła. Nie miała zbyt dużo siły w swoich małych łapach, no i nie potrafiła jeszcze dobrze korzystać z pazurów. Te wiecznie gdzieś się na czymś zawieszały i gdy była jeszcze w żłobku królowa często musiała pomagać jej wyciągać kulkę z mchu, która przyczepiona była do jej łapy. Nie miała jednak zbyt dużo do gadania, a poza tym życie wojownika zbyt bardzo ją ciekawiło, żeby się poddała.
Wbiła pazury w drzewo i zaczęła powoli się wspinać. Nie było to zbyt udane, często zsuwała się trochę za nisko, czy wbiła pazury za mocno. Zielone Wzgórze obserwowała uczennicę i dodawała czasem tylko jakieś uwagi. W pewnym momencie Płomienna Łapa źle wbiła pazur i spadła. Nie była wysoko, więc upadek tylko delikatnie zakuł, ale zapiszczała niezadowolona. Wstała, otrzepując się i spojrzała na mentorkę, obawiając się krytyki.
— Wszystko dobrze? — zapytała za to zmartwiona, a gdy uczennica pokiwała głową, Zielone Wzgórze uśmiechnęło się. — To super. Nie poddawaj się. Spróbuj jeszcze raz.
I tak minął im poranek. Kotka maltretowała pazurami korę drzewa, jakby był to najgorszy drapak, czy wróg. Wreszcie jednak udało jej się dojść do gałęzi, na której zmęczona usiadła.
— Super! Gratulacje! — zawołała mentorka, patrząc do góry. — A teraz zejdź i idź odpocząć. Wieczorem coś jeszcze zrobimy.
Płomykówka pokiwała główką i gdy odsapnęła, znów złapała się pazurami kory i zaczęła powoli schodzić. Nie szło jej źle, ale tuż przed końcem źle postawiła łapę i po raz kolejny tego dnia upadła, skomląc cicho. Zielone Wzgórze od razu do niej podeszła i podniosła zębami na nogi, patrząc zmartwiona.
— Wszystko dobrze. — zapewniła Płomykówka, otrzepując się z kurzu, jednak nie pozwoliła mentorce się umyć.
Razem, już w ciszy wrócili do obozu. Zielone wzgórze przypomniało, że przed zmrokiem odbędą jeszcze jeden trening, na co kotka pokiwała głową i wróciła do swojego legowiska. Zaraz doskoczył do niej Świergotek, który zauważył niezmyty brud, więc przytrzymał ją łapką i zaczął czyścić.
— Świergotek! — zachichotała uczennica.
— Jesteś brudna!
— Byłam na treningu.
— Wiem, widziałem. Co robiłaś?
— Zielone Wzgórze uczyła, jak wspinać się na drzewa. Na początku mi nie szło, ale potem mi się wreszcie udało — zrzuciła z siebie łapę brata i położyła się obok. — A ty? Co dziś robiłeś? — zapytała, układając się wygodnie. Była gotowa na długą opowieść o dniu brata, prawdopodobnie taką z najmniejszymi szczegółami. Nie przeszkadzało jej to, lubiła go słuchać. Miała tylko nadzieję, że nie zaśnie.

<Świergocząca Łapo?>
[744 słów + wspinanie na drzewa]

[przyznano 16% + 5%]