BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą owocowy las. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą owocowy las. Pokaż wszystkie posty

24 września 2026

Od Purpury

༺═──────────────═༻
Wrzosowiska, wieczór,
pora opadających liści
༺═──────────────═༻

Liliowy wojownik wraz z szylkretowym stróżem został wybrany przez samego lidera do towarzyszenia starszemu w trakcie ważnego spotkania na Wrzosowiskach wraz z Zawodzącą Gwiazdą. Pręgowany wolałby teraz przebywać u boku partnerki, doglądając ją w czasie snu, w końcu już niedługo miała wydać na świat jego potomków! Już nie mógł się doczekać momentu, kiedy to będzie zajmować się kociętami, pomagając je wychować, nim te będą na tyle duże, aby wybrać drogę szkolenia. Owocniak liczył, że chociaż jedna z pociech wybierze ścieżkę wojownika niczym on, lecz nawet jeśli coś takiego nie będzie mieć miejsca, to i tak będzie wsparciem dla nich.
Jego rozmyślania nad nowymi członkami rodziny zostały przerwane przez słowa Czereśnia na widok dymnego lidera Klanu Burzy, z którym mieli sojusz.
— Witaj Zawodząca Gwiazdo.
Żółte ślepia skupiły się na trzech sylwetkach przed nimi. Pośrodku stał sam wyżej wymieniony, a po jego bokach biały kocur oraz szylkretowa kotka.
Skinął starszemu kocurowi głową.
— Dobrze Cię widzieć, Czereśnio — miauknął.
— Skoro się tu zjawiłeś, to zapewne dotarła do ciebie wiadomość o chęci spotkania — odparł, spoglądając kątem oka na Purpurę oraz Poziomka, których osobiście wybrał na to spotkanie. — Ostatnie księżyce w Owocowym Lesie były pełne zmian i wydarzeń, które nie pozwalały mi na wcześniejsze przekazanie Ci wieści, co wolałem zrobić osobiście.
Uniesiona brew oraz lekkie poruszenie końcówką ucha przez dymnego zdradzało jego zainteresowanie tematem, którego podjął się czekoladowy.
— Klan Burzy również miał łapy pełne roboty... Jak już oczywiście wiecie. O co chodzi?
— Parę księżyców temu nasz patrol znalazł na naszych terenach białą kotkę, która okazała się waszą medyczką. Od uzdrowicieli i jednego z wojowników wiem, że nosi miano Wełnistej Mszycy. Nie rozmawiałem z nią jeszcze o sposobie znalezienia się poza klanem, chcąc poczekać, aż nabierze pełni sił.
— Tak. To nasza medyczka... Zaginęła podczas pożaru — wydusił z siebie po paru uderzeniach serca, po czym zamilkł na kilka kolejnych. — Została wygnana z naszych terenów przez koty, przed którymi was ostrzegaliśmy... Jeśli wierzyć im na słowo. Nasze poszukiwania okazały się bezowocne. — Jego wąsy zadrżały. — Wszystko z nią dobrze? Była ranna?
— Podobno ledwo była w stanie utrzymać się na łapach o własnych siłach. Nasi uzdrowiciele stawali na wąsach, by pomóc jej w powrocie do zdrowia. Z tego, co się dowiedziałem, że już niedługo będzie mogła opuścić lecznicę i wrócić do rodzimego klanu, o ile tego zechce.
— Niech Klan Gwiazdy ma ją w opiece... — wymamrotał z pochyloną głową. — Dziękujemy. Jestem Wam niezmiernie wdzięczny. Możecie jej przekazać, że zawsze znajdzie się dla niej miejsce w szeregach Klanu Burzy; nie będziemy jednak trzymać tego przeciwko niej, jeśli zdecyduje się nie wracać do domu.
Na podziękowania Czereśnia jedynie skinął głową.
— Kiedy tylko uzdrowiciele uznają, że jest gotowa, by opuścić lecznicę, porozmawiam z nią. Chyba że wolisz osobiście z nią pomówić o jej decyzji, nie będzie to żadnym problemem dla nas, w końcu jesteśmy sojusznikami.
— Pozostawię jej tę decyzję — miauknął w końcu. — Nie chcę, aby czuła dodatkowy stres czy presję. Klan Burzy poniekąd ją zawiódł; nawet jeżeli będziemy się kłócić, czy to na pewno nasza wina. Niech spokojnie wraca do zdrowia.
— W takim razie przekaże ci niedługo wieści, może uda się przed zgromadzeniem — odparł. — Mam nadzieję, że Burzacy radzą sobie po pożarze i żadna tragedii was w najbliższym czasie nie spotka.
Skinął głową i uśmiechnął się delikatnie do rozmówcy.
— Dziękuję jeszcze raz — miauknął. — Dla Owocowego Lasu również życzę pomyślności. Proszę, przekaż moje pozdrowienia moim dzieciom oraz Purchawce.
— Oczywiście. Jeśli każde z was będzie chciało, to dostaniecie możliwość spotkania się na zgromadzeniu, nie widzę żadnych przeciwwskazań, by nie zabrać na nie Psianki, Modrogończyka oraz Purchawki.
— To samo tyczy się Milknącego Zewu czy Łzawej Łapy — odparł Burzak. — Nie chciałbym odbierać im relacji z drugą stroną rodziny.
Spotkanie samo w sobie nie było bardzo długie, lecz Purpura w niektórych momentach był w stanie zauważyć, jak albinos u boku lidera reaguje znacznie bardziej od Burzaczki po drugiej stronie Zawodzącej Gwiazdy. Kocur był tak samo śnieżnobiały, jak kotka, która była tematem ich rozmowy — może byli rodzeństwem. Liliowy nie wiedział, kim dla siebie są, lecz był pewnym, że kimś ważnym.

༺═──────────────═༻
Następnego dnia,
wczesne popołudnie,
pora opadających liści
༺═──────────────═༻

Żółtooki po porannym patrolu z Hiacyntem oraz Świergotkiem, skierował się do stosu ze zwierzyną, chcąc dołożyć dwie świeże piszczki z trzech, które udało mu się upolować, oraz by wybrać coś dla siebie do wspólnego posiłku z Kasztanką.
Zupełnie przez przypadek dostrzegł, jak czekoladowy kocur znika w dziupli uzdrowicieli, a tuż za nim jego dawna zastępczyni, która po niedawnych zmianach w Owocowym Lesie została jedną z radnych. Wojownik mógł jedynie się domyślać, iż Czereśnia będzie przekazywać zdrowiejącej kotce wieści na temat rozmowy z jej dawny liderem. To jednak nie stanowiło aż takiego źródła zainteresowania, więc liliowy po chwili odszedł z parą piszczek w pysku, chcąc spędzić czas z partnerką.

Wyleczeni: Figa

23 września 2026

Od Wrotycz

Chmar opadłych liści zasiał każdy fragment wolnej przestrzeni. Las zdawał się nimi przepełniony. Zastanawiała się, w jaki sposób znikną do pory nowych liści. Śnieg je trawił? Otrzepała łebek. Musiała się skupić na polowaniu. Nie chciała, by Poinsecja znów była z jej powodu zła. I tak pewnie było jej ciężko z nią. Klanowe kocięta odnajdywały się doskonale w świecie, który dla Wrotycz był tak niezbadany.Ujrzała mysz. Jej brązowe futerko niemal zlewało się z otoczeniem. Energiczne ruchy gryzonia sprawiały, że rzucał się w oczy. Wrotycz starała się sobie przypomnieć wszystkie zasady polowania. Przybrała pozycję, którą pokazywała jej mentorka. Starając się nie nadepnąć na żadną gałązek, zaczęła się skradać. Była już tak blisko! Już prawie szykowała się do skoku...
Wrzask i trzepot skrzydeł.
Coś wystrzeliło z niedalekich krzewów. A wraz z tym bytem wystrzeliła Wrotycz. Totalnie spanikowana nieznanym zwierzęciem i jego obyciem. Nie wiedziała, czy stwór ten ruszył właśnie na nią. Wolała się nie upewniać. Przerażona ruszyła w kierunku mentorki.
Pokryta wszystkim, co stanęło na jej drodze, niemal wypadła z krzewów jeżyn. Ziemia przyjęła ją miękko. Niestety spojrzenie Poinsecji już takie nie było.
Zatrzęsła się mimowolnie, widząc chłód w jej ślepiach.
— Naprawdę, Wrotycz?
Opuściła łeb. Czuła, że znów zawiodła kotkę.
— Ptak? Zwykły, tłusty bażant, a ty uciekasz z wrzaskiem, jakby gonił cię borsuk? Gdyby ktokolwiek z patrolu to widział, spaliłabym się ze wstydu.
Słowa kotki sprawiły, że niemal łzy napłynęły jej do ślepi. Nie chciała przynosić jej wstydu. Ani robić problemu. Znów schrzaniła sprawę. Położyła po sobie uszy.
— Przepraszam, myślałam, że to... — głos jakby się łamał, więc przestała się tłumaczyć.
I tak nie miało to sensu. Uciekła w panice przed niegroźnym ptakiem. Kompletnie się ośmieszyła. Znów. Otrzepała z siebie liście, starając się zakopać w sobie te emocje. Emocje, które tak próbowały z niej wypłynąć. Nie mogła sobie na to pozwolić, to tylko pogorszyłoby sprawę.
— Spójrz na siebie. Cała się trzęsiesz.
Poczuła jak kotka coś z niej ściąga. Niepewnie zerknęła na mentorkę. Nie wiedziała, czy przygotować się na kolejne pouczenie. Owinęła się swoim ogonem, próbując się uspokoić.
— Jesteś taka... bezbronna. Inne kotki w twoim wieku polują już na bażanty, a ty? Masz w tym swoim łebku totalną pustkę. Nie odróżniasz zwierzyny od zagrożenia.
Wrotycz przełknęła ciężko ślinę, wpatrując się w ziemię. Poinsecja miała rację. Jej wiedza i umiejętności rażąco odstawały od rówieśników (jak i młodszych kotów) z Owocowego Lasu. Musiała sprawiać kotce taki ciężar... Wstyd całkowicie ogarnął jej drobne ciałko.
— Ja... Ja wcześniej n-nie widziałam takiego ptaka... — wydukała z siebie z trudem.
Ku swojemu zaskoczeniu poczuła ogon szylkretki na swoim grzbiecie. Był taki ciepły i... ciężki? Poczuła, jak coraz mocniej naciska na nią. Zdezorientowana spojrzała na kotkę.
— I właśnie to mnie przeraża. — widząc wzrok uczennicy, dodała. — Twój brak podstawowej wiedzy. Życie w lesie jest bezwzględne. Porą nagich drzew ciężko o pożywienie, liczy się każda mysz. Myślisz, że będą zadowoleni z kolejnego pyska do wykarmienia? Czereśnia jest miły, ale każdy ma jakieś granice. Gdyby dowiedzieli się, jak bardzo jesteś... bezużyteczna - nazwaliby cię ciężarem.
Ciężarem. To słowo zapadło głęboko w umyśle Wrotycz. Od zawsze nim była i nieważne, jakich akcji się podjęła, dalej nim pozostawała. Ciężarem dla swojego otoczenia. Teraz już naprawdę była na granicy łez.
— J-ja naprawdę się staram... — próbowała jakkolwiek się usprawiedliwić.
Nie chciała znów wracać tam. Do Nich. Do szopy. Do wiecznego cienia. Życie w Owocowym Lesie było dla niej pierwszą cząsteczką wolności. Pierwszą możliwością poznania świata. I innych kotów. Nie chciała tego tracić.
— Widzę to. Dlatego dalej tu jesteś. — Poinsecja odsunęła się od niej na parę kroków.
Wrzuciła jej nieodgadnione spojrzenie.
— Nie zawiedź mnie, Wrotycz. Jesteś moją uczennicą, twoje porażki wpływają także na mnie. A chyba nie chcesz sprawiać mi problemów?
Wrotycz energicznie pokręciła łebkiem. Zrobiła niepewny, malutki, krok w stronę mentorki. Kotki, która tak dużo dla niej poświęcała. Spędzała z nią każdego dnia tyle czasu. Uczennica uświadomiła sobie, jak bardzo jej życie jest przepełnione Poinsecją. Zdecydowanie była jej najbliższym kotem w tej społeczności.
— Nigdy. — miauknęła cichutko, ugniatając ziemię pod swoimi łapami.
— Prawidłowo. A teraz upoluj tę mysz. Nie możemy wrócić z pustymi pyskami do obozowiska.

[słów 668]

[13%]

20 września 2026

Od Wrotyczu do Gronostaja

Szum drzew brzmiał niemal niczym melodia. Gałęzie falowały rytmicznie, szargane przez podmuchy wiatru. Liście, zrywane przez żywioł, wirowały w powietrzu, sprawiając, że Wrotycz nie potrafiła oderwać od nich swego spojrzenia. Była całkowicie zauroczona tym zjawiskiem. Barwiące się na żółtawe i czerwień sprawiały wrażenie wielobarwnego deszczu.
— Wrotycz.
Słysząc głos mentorki, przypomniała sobie o zadaniu, które jej powierzono. Z podkulonym ogonem ruszyła mniej energicznym krokiem ku szylkretce. Już po samym jej spojrzeniu, które odczuwała nieustannie na sobie, czuła co zaraz usłyszy. Wędrowała wzrokiem po ziemi, próbując uniknąć ujrzenia rozczarowania malującego się zapewne na jej pysku.
Nie chciała jej denerwować.
— Nie zamierzasz, chociaż się wytłumaczyć?
— Przepraszam — wydukała cicho.
— Tym słowem nie wykarmisz nikogo. Zapamiętaj to.
Uczennica grzecznie pokiwała łbem, starając się pokazać po sobie całkowitą pokorę. Miała w sobie potrzebę ponownego przeproszenia, by mentorka wiedziała, że naprawdę nie chciała. Że to wszystko nie było celowe. Aczkolwiek dobrze przeczuwała, że ponowne wypowiedzenie tego słowa jedynie jeszcze bardziej zdenerwuje mentorkę.
Poinsecja rozejrzała się zagadkowo po lesie, po czym trzepnęła ogonem. Jej wzrok ponownie padł na uczennice. Westchnęła ledwo zauważalnie.
— Wracamy. Posprzątasz u starszych. Może to rozjaśni ci w głowie — padł prosty komunikat.
Wrotycz podążyła posłusznie za starszą. Innej opcji nie było za bardzo w jej łebku. Znała w tej ogromnej społeczności jedynie parę kotów, a mentorka spędzała z nią najwięcej czasu. Innych uczniów nieco się bała. Ciężko było jej odgadnąć, co siedziało im w głowach. Zdawali się zupełnie z innego świata. Ich zachowanie odbiegało od tego, co znała kotka.

***

Znalazła się w kolejnej specyficznej sytuacji, która powodowała u niej skurcz w brzuchu. Oprócz niej, u tak zwanych starszych był także inny uczeń. Młodszy od niej, czarny. Niezbyt zadowolony z obiegu sytuacji, w jakiej się znalazł i dzielący się tym z kotami znajdującymi się wokół nich. Wrotycz bardzo niepewnie przechodziła obok niego, starając się również nie podpaść już zdenerwowanemu osobnikowi. Nieustannie docierało do jej uszu imię Jaśminowiec, lecz nie miała pojęcia, kim był ten kot. Starała się wykonać zalecenia mentorki, nie chcąc znów jej zawieść. Aczkolwiek prawda była taka, że niezbyt wiele wiedziała o wykonywanych tutaj czynnościach. Instrukcje od Poinsecji jakby wyleciały z jej łba, pozostawiając nieustanne zmartwienie.
Schyliła się, by wziąć trochę mchu ze znajdującej się przed wejściem kupki. Nim udało się jej tego dokonać, głośny dźwięk przerwał spokój panujący wokół tego miejsca. Dopiero po paru uderzeniach zorientowała się, że był skierowany w jej stronę. Podobnie jak gromada ślepi. Zastygła zestresowana tą niezrozumiałą sytuacją.
— Przynieś sobie sama mech, a nie mi podkradasz — słowa zaczęły docierać do jej uszu.
Ów czarny uczeń właśnie przemawiał w jej stronę. Nie zdawał się zadowolony.
— Przepraszam — miauknęła szybko, wypuszczając obiekt sporu z pyska. — Ja... ja nie wiem skąd... — przyznała się ciszej.
Moment ciszy sprawiał, że miała ochotę zapaść się pod ziemię.
— Nie wiesz, skąd bierze się mech? — padło pytanie, ciężko było jej stwierdzić z którego pyska.
Kiwnęła jedynie łebkiem na potwierdzenie, otulając się ogonem.

<Gronostaju?>
[474 słowa]

[9%]

16 września 2026

Od Guziczka CD. Śnienia

Przeszłość

— Ja… — zaczął niepewnie. — Akurat mam chwilę wolną od obowiązków, chyba Kolendra się na mnie wściekł trochę… Dlatego tak chciałem się przespać — wyjaśnił kocur, na co Guziczek kiwnął głową. — Co do planów, to tak ruszyło coś, jednak nie wiele… Chciałem po prostu się przydać i zacząć polować w nocy, jednak jak wiesz, nie poszło to tak, jak ja chciałem… Na szczęście nikt nie został ranny, jednak to było kosztem zwierzyny, którą upolowałem.
Guziczek zaskoczył się trochę na słowa o tym, że Śnienie chciał polować w nocy. To było niebezpieczne, ale wcale… wcale nie głupie. Jeśliby wyszkolić odpowiednio koty, to mogliby mieć więcej zwierzyny, która chowała się, gdy nastawał świt… A w Owocowym Lesie kotów przybywało…
— O, i gratuluję ci oraz Kurce potomstwa. Nie wątpię, że będziecie dobrymi ojcami w przyszłości — rzucił po chwili ciszy, na co czarno-biały uśmiechnął się wdzięcznie, po czym skinął głową. — A teraz wybacz… Chciałbym uciąć sobie małą drzemkę, zanim Kolendra mnie wyznaczy znów do jakiegoś zadania.
Guziczek nie zatrzymywał Śnienia. Sam pamiętał, gdy Kurka chorował i Guziczek odsypiał to wraz z nim w ciągu dnia. Pożegnał się z nim i odszedł wykonywać swoje obowiązki.

Trochę później, przed narodzinami dzieciaków

Guziczek próbował pytać o plany nocnego polowania. Oczywiście był chętny się w tym wyszkolić, a potem szkolić w tym innych. Uważał, że miał wystarczające zaufanie, wiedzę i doświadczenie, aby to robić. Śnienie jednak chyba nie uważał tak samo… Olewał Guziczka, machał łapką i stwierdzał, że już nieważne. Kocur oczywiście najpierw się oburzył i próbował bardziej – gdy to nie zadziałało, odpuścił.

Mianowanie Śnienia

Zwiadowca dumnie patrzył na czarnego stojącego na mównicy. Śnienie oficjalnie został wojownikiem Owocowego Lasu. Guziczek na przestrzeni tych kilku księżyców przeprowadził na byłym więźniu wiele testów i ten miał teraz jego zaufanie. Ba! Miał coś ważniejszego – plan, którym Guziczek był zainteresowany. Sam nie był pewien, czy to właśnie dlatego teraz nie miał z kocurem problemów. Może po prostu tamten jednak z zachowania zbyt bardzo przypominał Czerwca… Ale zwiadowca był tak samo zadowolony z jego mianowania, jak wojownik, to wystarczało. Guziczek nie złożył mu jednak gratulacji, bo musiał wracać do dzieci.
Następnego dnia czarny podszedł do Guziczka, gdy ten siedział przy zwierzynie. Czarno-biały się tego nie spodziewał. Ich stosunki trochę się ochłodziły, nie były słabe, jak wcześniej, ale nie były też dobre, jakby Guziczek chciał. Były po prostu… neutralne.
— Dzień dobry, Guziczku, jak tam u ciebie oraz twoich dzieci? — zapytał.
— Witaj Śnienie. U nas wszystko dobrze. Dziękuję. — Kiwnął głową. — Gratuluję mianowania. Mam nadzieję, że będziesz chronił naszej społeczności. — Posłał mu uśmiech.

Po zostaniu zastępcą

Relacja Guziczka i Śnienia została znikoma. Rozmawiali od czasu do czasu, dzieląc się wieściami. Właściwie to ich rozmowy ograniczały się do minimum, co nie przeszkadzało żadnej ze stron. Śnienie skupił się na obowiązkach wojownika, a Guziczek na obowiązkach zwiadowcy i ojca. Wszystko zmieniło się, gdy został wybrany na zastępcę. Oczywiście rozpierała go duma, ale nie mógł ukryć zaskoczenia…
— Gratuluję, Guziczku — rzucił Śnienie, który akurat go mijał.
No właśnie. Guziczek rozmyślał trochę, od kiedy został zastępcą. Chciał dla kotów jak najlepiej. Odszedł od swojej pierwszej myśli zostania ich liderem – znaczy, nie odszedł, nadal chciał być na samej górze… Ale nie do końca po to, aby rządzić nimi, tylko żeby rządzić z nimi. Ktoś musiał po prostu ogarnąć wszystkie brudne sprawy. A on akurat nie miał z tym problemu. Śnienie dawniej miał swój pomysł, który wcale nie był zły, teraz jednak… Guziczek mógł go zrealizować!
— Dziękuję Śnienie. — Uśmiechnął się.
Po chwili niezręcznej ciszy zwiadowca wziął wojownika na bok, tak, aby jednak nikt ich przypadkiem nie usłyszał. Gdy było się zastępcą, zaskakująco dużo oczu było skierowanych w twoją stronę…
— Śnienie… Co z twoim planem polowania w nocy? Czy nadal jesteś chętny go wprowadzić? — zapytał, zerkając w oczy wojownika.

<Śnienie?>

Od Gronostaja CD. Bratek

Zerknąłem na siostrę i zachwiałem się lekko pod ciężarem mojej dużej główki, skupionym na krótkich łapkach.
– TAK! TAK! A żebyś wiedziała, że pójdziemy i zbadamy. – Tupnąłem łapką. – Może… MOŻE nawet na treningu pójdziemy tak razem? Jak już się od-obrażę na Jaśminowiec! Nie będzie to prędko, ale… ale już niedługo na pewno! TAK! TAK ZROBIMY!
Skoczyłem znienacka na Bratek, która nie spodziewała się tego w takim samym stopniu, co ja.
– EJ! Złaź ze mnie, Gronostajuuu! – krzyknęła, zdezorientowana nagłym atakiem.
Kotka, dzięki swoim dłuższym od moich łapkom, zrzuciła mnie z siebie dość prędko. Ja przeturlałem się trzykrotnie po ziemi, po czym popędziłem w stronę legowiska wojowników, by znaleźć moją mentorkę, nie odwracając się do Bratek.
Być może nadal byłem na nią śmiertelnie obrażony za te wszystkie poprzednie treningi, ale TO było chwilowo ważniejsze, niż moja urażona duma.

***

Następnego dnia, ja i Jaśminowiec wybraliśmy się na trening razem z Gondorem i Bratek. Szedłem sobie dumnie obok siostry, nasi mentorzy uzgadniali za nami szczegóły treningu, ja jednak nie słuchałem za bardzo. W mojej głowie wybrzmiewała jedna myśl - TRENING Z BRATEK, TAKKK.
– BRATEK, PATRZ! Chcesz zobaczyć fajną sztuczkę, której się nauczyłem? – Spojrzałem w kierunku siostry, gotowy zaprezentować jej w dokładnie tym momencie.
– Jasne, co to za sztuczka?!
– SZTUCZKA DO WALKI! Jaśminowiec nauczyła mnie, jak zrobić, żeby, jak już się ma przeciwnika pod sobą, to żeby mu tak wygiąć łapki, co by się NIE MÓGŁ RUSZYĆ JUŻ POTEM NIGDY! Chcesz spróbować?
Bratek spojrzała na mnie i jedynie lekko uniosła brwi.
– To brzmi… ciekawie, ale… może innym razem. Ja to jednak wolałabym jeszcze trochę się poruszać.
– WUSZ! W sumie racja… Nie pomyślałem o tym! Ale jak tam wolisz. Na pewno ktoś chętny na prezentację sztuczki się znajdzie! Może… O! JAŚMINOWIEC? – Odwróciłem się nagle do mentorki. – Czy byłabyś chętna na-…
– Dziś potrenujecie wspinaczkę na drzewa – powiedziała, nie dając mi dokończyć pytania.
Zatrzymałem się nagle, wpadając na nią.
Nie lubię, jak ktoś mi przerywa.
Spojrzałem na nią spod zmarszczonych brwi.
– EJ! ALE JA NIE CHCĘ! DRZEWA SĄ DLA… DLA DRZEWNYCH KOTÓW! – warknąłem z irytacją.
Kątem oka dojrzałem nagłe zaniepokojenie w oczach Bratek, spowodowane moim nagłym wybuchem.
Jaśminowiec jedynie nieco uniosła brwi.
– To my, Gronostaju. My jesteśmy teoretycznie… “drzewnymi kotami”. Dosłownie na jednym żyjesz.
– NO I CO… no i co z tego?! – dodałem już nieco ciszej. – Ja nie chcę! Nastawiłem się na… na inny trening!
– To znaczy jaki? – spytała moja mentorka.
– A bo ja wiem?! Ale na pewno nie taki! Prawda, Bratek? – Spojrzałem na siostrę.
– Ja to właściwie lubię wspinaczkę na drzewa.
Zatopiony.
Świetnie. No to już koniec. Już po mnie. Wspinaczka jest taka głupia! Moje krótkie łapki wcale w tym nie pomagają. Oczywiście, że siostra to lubi, jej łapki są w miarę proporcjonalne do reszty jej ciała, dzięki temu wspinaczka na drzewa staje się o wiele prostsza…
– Nie! Nieee! Jaaa tam nie wejdę! Nie-e! Nie umiem i nie chcę! Nie zmusisz mnie tym razem! – Głęboko wbiłem pazurki w ziemię, w razie, gdyby Jaśminowiec po raz kolejny postanowiła mnie gdzieś przenieść siłą.
Bratek spojrzała na mnie z lekko przechyloną głową.
Gondor i Jaśminowiec wymienili spojrzenia. Moja mentorka westchnęła.
– Gondorze, możecie zacząć. Ja pogadam z Gronostajem.
Spojrzałem na nią z jeszcze większą irytacją.
Ja nie potrzebuję żadnej rozmowy! Nie po to tu przyszedłem! Nie tak miało być!
– Gronostaju. – Jaśminowiec usiadła przede mną.
Oho. Kolejna pouczająca rozmowa. Za kogo ona się uważa?!
– Co? – burknąłem, patrząc jej z wyzwaniem w oczy.
– Pamiętasz, co ci mówiłam? – spytała spokojnie.
– A bo ja wiem, wiele rzeczy mówisz.
– Dobrze, to ja ci przypomnę. Mówiłam ci, że jako przyszły wojownik musisz nauczyć się wychodzić ze swojej strefy komfortu. Przyzwyczaić się do zmiennego środowiska i okoliczności. Do tego, że coś może pójść nie po twojej myśli. Ja nie proszę cię, żebyś czuł się z tym dobrze. Ja każę ci wleźć na to zapchlone drzewo i pokazać, jak uzdolnionym uczniem jesteś. Zrozumiano?
– No… – mruknąłem.
Nie cierpię, gdy Jaśminowiec ma rację. A ma ją… no, zawsze. Nie lubię kotów, które mają zawsze rację.
Kotka uśmiechnęła się lekko.
– No, to dawaj. Chodź. – powiedziała, wstając i kierując się w stronę Bratek i Gondora.
– Ale moje łapki są za krótkie. – dodałem nagle.
Mentorka odwróciła się do mnie.
– I co? Wiewiórki też mają krótkie łapki, a patrz, jak kicają po gałęziach! Bądź jak wiewiórka, Gronostaju.
Bądź jak wiewiórka? Co to ma w ogóle znaczyć? Nie mogę być jak wiewiórka, jestem przecież kotem. I nie jestem ani trochę rudy…
Ale może…?

***

Ja i Bratek staliśmy razem na gałęzi wysokiego drzewa o bliżej niesprecyzowanym gatunku (znaczy no, nie znam go). Jaśminowiec i Gondor wymyślili nam dość ciekawą zabawę - wyścig po gałęziach drzew…
– Które z was dotrze do Gondora i nie zginie na skutek upadku z drzewa, ten wygrywa. Pasuje? Pasuje. To… start!

[777 słów + wspinaczka na drzewa]
< Bratek, ścigaj się ze mną 0.0 >

[16% + 5%]

15 września 2026

Od Wróżki

Przeszłość

Dzięki opiece uzdrowicieli Owocowego Lasu Wróżce udało się w pełni dojść do siebie, a przynajmniej na tyle, że była w stanie podnieść się z posłania, nie chcąc spędzić na nim kolejnego całego dnia. Dlatego też, korzystając z faktu, że oprócz pacjentów i mieszkańców legowiska uzdrowicieli nie było nikogo innego w dziupli, za pozwoleniem Purchawki zdecydowała się przycupnąć na rampie prowadzącej do wnętrza lecznicy, która ku zadowoleniu pokiereszowanej albinoski, znajdowała się akurat w cieniu drzew.
Fioletowe oczy spoczęły na dwójce przekomarzających się uczniów, którzy właśnie wracali z treningu, a tuż za nimi powolnym krokiem zbliżali się do obozowiska ich mentorzy. Z kociarni dochodziło ciche popiskiwanie kociąt, a oprócz nich dało się usłyszeć brzmienie melodii kołysanki. Kilkoro stróży wiło z gałęzi nowe legowiska na środku obozu. Grupka starszych wylegiwała się tuż przed swoim legowiskiem, grzejąc się w promieniach słońca wpadających przez dziurę w koronie drzew, na której znajdowali się odpoczywający wojownicy i zwiadowcy. Gdy kotka przeniosła wzrok na jedną z gałęzi, spostrzegła na niej drzemiącego czarnego kocura, z którym spędziła całą wczorajszą i dzisiejszą noc na rozmowie.
Albinoska wciąż miała status gościa w Owocowym Lesie, czy też raczej więźnia. Mimo że urazy fizyczne zdążyły się zagoić, nadal pozostawała mieszkańcem legowiska medyków, który przypominał jej o prawdziwym domu. O swoich bliskich, zmarłych i żywych, tych, którzy byli na wyciągnięcie łapy i tych, którzy byli mieszkańcami Srebrzystej Skóry. Na dobrą sprawę nic jej nie powstrzymywało przed próbą kontaktu z braćmi, jednak nie chciała dodatkowo narażać się Czereśni, który przez te kilka księżyców pozwolił jej pomieszkiwać w Owocowym Lesie. Dlatego też posłusznie czekała na jego zgodę odnośnie do prośby, którą podczas ostatniej rozmowy z nim przedstawiła.
Im dłużej przyglądała się życiu członków Owocowego Lasu, jak i rozłożeniu obozu, tym bardziej pojmowała, dlaczego zamiast niepokoju odczuwała jedynie spokój, przebywając na tych terenach. W Klanie Burzy większość swojego życia spędziła na parterze Skruszonej Wieży, do której tak bardzo podobne było drzewo w społeczności wyznawców Wszechmatki. Podobnie, jak kamienna budowla, drzewo również było legowiskiem lidera oraz miejscem, z którego przemawiał. Sam układ obozu przypominał jej obóz Klanu Burzy, przynajmniej w czasach swojej świetności nim języki ognia na zawsze go pochłonęły. Bliska odległość lecznicy od kociarni i legowiska starszych, jak i pozostałych legowisk. W tym wypadku jedynym problemem dla Burzaczki był fakt, że zwiadowcy, wojownicy oraz uczniowie mieszkali wśród koron drzew, na które przez wzgląd na swoje pochodzenie niekoniecznie potrafiła się wspinać, przynajmniej z taką łatwością, jak chociażby Śnienie czy inni mieszkańcy Owocowego Lasu.
"Nic dziwnego, że Klan Burzy oraz Owocowy Las od zarania dziejów mają ze sobą sojusz, który z biegiem księżyców jedynie starają się jeszcze bardziej umacniać".
Dwoje z czwórki kociąt Zawodzącej Gwiazdy, które na stałe mieszkało w Owocowym Lesie, właśnie wróciło do obozu, trzymając w pyskach kępki ziół. Na sam ten widok w jej umyśle zaczęły pojawiać się wspomnienia, jak to ona sama, jako uczennica wraz z Lotosowym Pąkiem czy Białym Strumieniem, a nawet Skrzydlatą Płomykówką, gdy cała ich trójka nosiła człon "łapa" spędzała wspólnie czas podczas zbierania ziół. Jak witała się z rodzicem po powrocie ze szkolenia, w podobny sposób, jak to robił Modrogończyk czy Psianka.

~~~

Aktualnie

Była świadkiem wielu ważnych wydarzeń mających miejsce w Owocowym Lesie. Widziała, jak rudy kocur o imieniu Kolendra, który do tej pory pełnił funkcję zastępcy, ustąpił z pozycji młodszemu buremu kocurowi o imieniu Guziczek. Uczestniczyła również w ceremonii pogrzebowej Fruczaka, czując, że powinna pożegnać mieszkańca tutejszej społeczności, nawet jeśli nie zamieniła z nim innych słów, jak przywitanie się, gdy czarno-biały gościł w lecznicy. Również do jej uszu doszły słuchy na temat tego, że w Owocowym Lesie została utworzona rada. Miała cenne informacje na temat sojuszniczej społeczności i to w dodatku z pierwszej ręki, a właściwie łapy. Ba, nawet udało jej się zażartować podczas rozmowy ze Śnieniem, że przez to, że nie była na bieżąco z wydarzeniami, nie udało się jej zgłosić jego kandydatury na czas do rozpatrzenia przez pozostałych członków, którzy na pewno doceniliby jego zasługi względem ich społeczności.
– Klan Gwiazdy do mnie nie przemawiał od kilkudziesięciu księżyców, jak nie więcej, Śnienie – miauknęła podczas rozmowy z kocurem, gdy temat przeniósł się na ten odnośnie Srebrzystej Skóry i tego, czego od nich oczekiwano, jako medyczki, jak i członka Świetlików. Ostatni raz, kiedy słyszała głos przodków, miało to miejsce podczas jej ostatniego zgromadzenia medyków. – Jednak odnoszę wrażenie, że przodkowie maczali swoje palce odnośnie mojej tułaczki na terenach niczyich. Zamiast przyciągać mnie do klanu, wszystkie zdarzenia odciągały mnie od niego. Zupełnie tak, jakby przodkowie zgodnie przystali na to, że ja, medyczka klanu powinnam go opuścić i nie powinnam do niego wracać, pomimo paru prób... Pożar, potwór oraz lis uniemożliwili mi powrót do klanu. Zupełnie tak, jakby mieli mnie zaprowadzić do czegoś... a raczej kogoś... – Nie odrywała spojrzenia od złotych oczu Śnienia. – Zaczęłam się zastanawiać, czy Klan Gwiazdy nie chciał, abym was, Świetliki, w jakiś sposób wsparła, tym razem oficjalnie. Nawet pomimo tego, że aktualnie ty i pozostali jesteście członkami Owocowego Lasu... – Tylko w jaki sposób miała ich wesprzeć, grupę, która się rozpadła i tych, którzy ostali żyli na terenach Wszechmatki? Może chodziło o wyjawienie prawdy na temat sytuacji wygnańców z Klanu Wilka, jak i fakt, że na terenach Klanu Wilka dochodziło do kontaktów z Mroczną Puszczą, która była czczona przez kult, o którym istnieniu wiedziała od czarnego? – Słyszałam, jak Modrogończyk podczas rozmowy z Gołąbkiem mówił, że powinnam być martwa już dawno temu i zgadzam się z jego słowami. A jednak... wciąż tu jestem... Już sama nie wiem, co o tym wszystkim myśleć... – miauknęła zrezygnowana, żałując, że Klan Gwiazdy nie mógł po prostu jej powiedzieć wprost, czego od niej oczekiwał i dlaczego zaprowadził ją na tereny Owocowego Lasu. – Udało ci się spotkać i porozmawiać z Brukselkową Zadrą? – zagadnęła, spoglądając na kocura z nadzieją, jednak ten jedynie pokręcił przecząco głową.

🐑

Od Modrogończyka

Chłodny wiatr smagał futro na karku Modrogończyka. Kocur tuż po tym, jak sporządził zapas mieszanek ziół, udał się na samotną przechadzkę do Dębowej Ostoi, która o tej porze Pory Opadających Liści prezentowała się jeszcze piękniej niż dotychczas. Liście drzew mieniły się ciepłymi barwami w blasku popołudniowego słońca, a ptaki świergotały wśród koron drzew. Młody szaman, co jakiś czas przystawał na leśnej ścieżce, starając się nie tyle, co napawać otaczającym pięknem, ale również chciał odbierać w pełni wszystkimi zmysłami otaczającą go naturę.
Szum wiatru i jego chłód, gdy jego futro było przez niego muskane. Trzepot skrzydeł ptactwa i ich śpiew wśród koron drzew. Szelest gałęzi na wietrze. Zapach zbutwiałych kolorowych liści oraz ta charakterystyczna woń wilgotnej trawy, oraz ziemi. Promienie słońca oświetlające ścieżkę, którą kroczył młody szaman, opowiadały własną historię Dębowej Ostoi, której stał się częścią.
"Gdybym to ja, a nie Łza czy Zew, trafił do Klanu Burzy, to czy moje życie wyglądałoby podobnie? Czy obrałbym ścieżkę medyka? Czy przeżyłbym tam pierwsze przyjaźnie i pierwsze kłótnie? Pierwsze miłości? Czy gorliwie broniłbym swojej wiary, nie pozwalając nikomu jej obrażać? A co najważniejsze, czy byłbym tak zżyty z ojcem, jak z matką?"
Wciąż miał tyle pytań do Zawodzącej Gwiazdy. I nie tylko do niego. Do Skrzydlatej Płomykówki, jego ciotki, która była zastępczynią, jak i do dalszych krewnych. Również do swojego brata i siostry miał wiele pytań, których lista z każdym kolejnym księżycem się powiększała.
Słysząc szelest gałęzi tuż nad swoją głową, instynktownie spojrzał w górę, starając się dostrzec ptaka czy też wiewiórkę, która najprawdopodobniej przemykała wśród gałęzi. Jednak nie spodziewał się zobaczyć jasnobrązowego futra, które z każdym uderzeniem serca znajdowało się coraz bliżej niego, z każdą chwilą zwiększając przy tym swoją wielkość. Nie zdążył w porę zareagować - chcąc nie chcąc był zmuszony zamortyzować upadek samotnika, który dosłownie zwalił go z łap.

🍃🌱🌿

Od Modrogończyka CD. Mistral

Akcja ma miejsce po śmierci Fruczaka oraz po rozmowie z Wróżką i Śnieniem

Modrogończyk od dłuższego czasu chodził przygnębiony, poza terenem obozu, jak i w samej lecznicy. Głównym powodem jego stanu było wyjawienie mu przez szylkretową kocicę, co ta myślała o Wszechmatce i jej wyznawcach podczas ich ostatniej rozmowy, która miała jakiś czas temu miejsce. Od tego czasu nie zamienił z szylkretką ani słowa. Co prawda rozważał wyciągnięcie do niej łapy jako pierwszy, w dodatku zamierzał ją zaprosić na spotkanie wyznawców Wszechmatki, aby spróbowała poszerzyć swój punkt widzenia o wierze w Owocowym Lesie, jednak im dłużej się do tego zbierał, tym bardziej przekonywał się o tym, że to zły pomysł. Skoro ostatnim razem go wyśmiała, a na dodatek w jednym zdaniu zwyzywała połowę społeczności Owocowego Lasu, nawet nie chciał myśleć o tym, na jaki pomysł kocica by wpadła, gdyby faktycznie wzięła udział w spotkaniu. Wchodziłaby w słowo Purchawce, uniemożliwiając prowadzenie spotkania? A może wdrapałaby się na najwyższy punkt, z którego wyśmiewałaby zebranych? Chyba tylko sama Wszechmatka była świadoma tego, do czego szylkretka była zdolna. Modrogończyk powoli również zdawał sobie z tego sprawę.
Drugim powodem złego samopoczucia młodego szamana była śmierć Fruczaka. Wciąż pamiętał, jak rozmawiał ze stróżem na temat Wszechmatki, i jak rodzeństwo Kolendry wykazywało zainteresowanie wspomnianą wiarą. Nadal nie rozumiał, dlaczego czarny bronił się przed interakcją z pozostałymi wyznawcami, mimo że jego poglądy były wręcz identyczne wobec głoszonych nauk i nakazów. I sam kocur się z nimi zgadzał, nie raz powołując się na nie podczas rozmów. I, mimo że Fruczak ani razu nie zdecydował się wziąć udziału w spotkaniach, doceniał te ich rozmowy prowadzone w nienachalnym tonie.
Teraz niestety były jedynie wspomnieniem.
– Nie, Mistral – odparł krótko, wpatrując się w kocicę wzrokiem zbitego psa. Ostatnia rozmowa z kocicą niekoniecznie pomogła mu rozgryźć sytuację Fruczaka i jego sprzeczności. A nawet, gdyby udało mu się ponownie zasięgnąć porady starszej, nie mógł teraz zrobić już nic więcej, jak pomodlić się o starszego i mieć nadzieję, że po śmierci udało mu się zaznać spokoju. – Pod wieczór zajrzę do starszyzny. Ostatnio, gdy u nich byłem, skarżyli się na bóle stawów, więc zapasy aksamitki nam się trochę uszczuplą... przygotuje dla nich spory zapas maści... i popytam czy nic więcej im nie doskwiera.
Po tym, gdy poinformował zielarkę na temat tego, co zamierzał robić dzisiejszego dnia, zszedł jej z drogi, udając się do składziku. Jak na złość, aksamitki mieli o wiele mniej w zapasie, niż przypuszczał. Wzdychając, pochwycił w pysk część roślin, które zamierzał przerobić na papkę i sprezentować ją starszym. A gdy już upora się z przygotowaniem maści i zaniesie ją starszym, zamierzał udać się na samotną wyprawę medyczną, po aksamitkę, bądź inną roślinę, która również pomagała na bóle stawów u starszych kotów. Może mógłby udać się z wyprawą na tereny Klanu Burzy i przy okazji odwiedzić swoich bliskich? Połączyłby przyjemne z pożytecznym.

<Mistral?>
🍃🌱🌿

Od Gronostaja do Śnienia

Tego dnia, zostałem pozostawiony praktycznie sam sobie. Jaśminowiec mnie porzuciła. To znaczy… poszła na polowanie z dziećmi, bo miała mnie dość. Ja też jej mam dość. WIĘC DOBRZE! Przecież ona ze mną trenowała codziennie praktycznie od rana do wieczora, więc należała się komuś za to jakaś przerwa… SZKODA, ŻE NIE MI! USZ! MI KAZAŁA DALEJ TRENOWAĆ!
Dość szybko zrobiłem dokładny rachunek moich umiejętności i wyszło mi, że najniżej w rankingu plasowała się wspinaczka na drzewa. Posiadłem tę umiejętność na tyle, by umieć wleźć do mojego legowiska, ewentualnie zleźć. I tyle! Nie potrzebuję niczego więcej! Jak bym chciał latać po drzewach od świtu do zmierzchu, to bym został zwiadowcą albo wiewiórką!
Ale no nic, jak mi każą to, co zrobić?
Plus był taki, że nie zostanie przerwany mój grafik treningowy i to mnie niezmiernie cieszyło.
Westchnąłem ciężko i objąłem spojrzeniem cały obóz. Większość kotów była akurat na patrolach lub zajęta treningami… i wtedy mnie olśniło. Wpadłem na prze-genialny pomysł.
Nieopodal wyjścia z obozu dostrzegłem czarnego kocura z pokaźną brodą, zdawało się, że zbierał się do wyjścia ze swoją uczennicą, Serduszko. Otworzyłem szeroko oczęta, widząc w tym moją szansę. Przemierzyłem dzielącą nas długość w tempie ekspresowym.
– STÓJCIEEE! – krzyknąłem, hamując gwałtownie.
Choć właściwie nie musiałem, Śnienie siedział spokojnie na ziemi, chyba objaśniając coś uczennicy, nie ruszając jeszcze do wyjścia…
Usz!
Kocur uniósł lekko brwi.
– Gronostaju, co się stało? Pali się, czy co? – Przechylił nieco głowę na bok, wąsy zadrżały mu z rozbawienia.
Serduszko, siedząca przy nim, wydawała się równie zdezorientowana.
– Uh. No… NO NIE! – przyznałem niechętnie. – Nie, ale… ale ja sprawę mam! Tak! Śnienie? Bo ty to jesteś tym całym… no, zwiadowcą, co po drzewach łazi, co nie? I wy to teraz tak sobie na ten trening idziecie? I! I moje pytanie brzmi: czy mogę się podłączyć do was? Bo… bo wy teraz idziecie się uczyć po tych… drzewach… nie? I ja też chcę! WEŹCIE MNIEEE! Proszę! Proszę! – Podskoczyłem dwukrotnie, akcentując moją wypowiedź.
– A co się stało z twoją mentorką? To Jaśminowiec chyba powinna… – zaczął spokojnie kocur, rozglądając się dookoła, jakby licząc, że wypatrzy gdzieś srebrną kotkę.
– PORZUCIŁA MNIE! I… i kazała samemu ogarnąć… TO! No to ogarniam! Weź mnie! – Przypadłem do ziemi i skoczyłem znienacka na łapę Śnienia, chwytając ją w kleszczowym uścisku. – Tylko razzz! Przecież i tak na pewno lepszy jesteś w tym, bo ty zwiadowca, nie wojownik! To nawet lepiej! Ja nikomu nie powiem, że mnie wzięliście! A… a poza tym! Jak sam bym zaczął się wspinać, to ja bym przecież od razu zleciał na ziemię i się połamał i umarł! NIE DAJ MI UMRZEĆ, ŚNIENIE!

[427 słów]
< Śnienie, nie daj mu umrzeć :3 >

[9%]

13 września 2026

Od Puchacza CD. Psianki

Tuż po mianowaniu Psianki na uczennicę

– Trening idzie… w porządku – skłamał, uśmiechając się. – Trochę nudne… Ale może być.
Psianka odwzajemniła uśmiech i już otwierała pysk, żeby zadać jakieś następne pytania, kiedy usłyszał:
– Puchaczu, ile trzeba na ciebie czekać?! Mieliśmy iść na patrol!
Jego wzrok w błyskawicznym tempie powędrował w stronę matki. Położył po sobie uszy, a jego uśmiech zmienił się na nerwowy. Posłał drugiej uczennicy przepraszające spojrzenie i podreptał w kierunku wyjścia z obozu.

***

Teraźniejszość

Korzystał z ostatków przyjemnej pogody Pory Opadających Liści. Wszystko wskazywało na to, że niedługo słońce przestanie ogrzewać futra Owocniaków i zawisną nad nimi deszczowe chmury. Póki jednak tak się nie działo, zamierzał brać ciepło garściami. Tym razem postanowił trzymać się z dala od Dębowej Ostoi. Nie mógł przecież przesiadywać tam cały czas bez wzbudzania podejrzeń. Tym razem postanowił przespacerować się po drzewach Owocowego Lasku. W końcu kto wie, czy zaraz nie zerwą się mocniejsze porywy wiatru, przy których przebywanie w tamtej okolicy byłoby niebezpieczne. Szkoda by było, gdyby przegapił taką okazję. Owocowy lasek był naprawdę ładny, szczególnie o tej porze roku. To jest, o ile nie przesiadywały tam akurat koty, które miały kręćka na punkcie tej całej Wszechmatki. Tak sobie biegał po tych jabłoniach, śliwach i gruszach, kiedy nagle poczuł się, jakby był obserwowany. Zahamował i się rozejrzał. Wyżej od niego na innym drzewie zobaczył czarno-białe, łaciate futro. To musiała być Psianka. Kotka chyba już na niego nie patrzyła, więc wykorzystał tę okazję. Cichutko wspiął się po drzewach, aż nie znalazł się na tym samym poziomie co ona. Podszedł do niej od tyłu i się uśmiechnął.
– A królewna co tu robi tak sama? – zażartował. Żółtooka obróciła głowę w jego stronę, na co ten ukłonił się i poczekał na jej dalszą reakcję.

<Psianka?>

Od Gronostaja CD. Guziczka

Na słowa tatusia szeroko otworzyłem moje ogromne oczka, po czym znienacka skoczyłem na niego, łapiąc krótkimi łapkami końcówkę jego ogona.
– A bo ja wiem?! Ja nie wiem! Jak zostanę mianowany, to zostanę! – odparłem lekko drżącym z irytacji głosem, pacając trzykrotnie łapką ogon Guziczka.
Poczułem, że pytanie tatusia ukłuło mnie prosto w klatkę piersiową i docierało prosto do wnętrza mojego organizmu, licząc, że przez wytworzoną w ten sposób dziurę na światło dzienne wyjdzie konkretna odpowiedź… której jednak nie miałem.
Bo co ja niby miałem powiedzieć? Przecież ćwiczę! Ćwiczę codziennie, z reguły nawet mając dwa treningi zamiast jednego. Biegam, wspinam się, przepycham w błocie… I co mi to daje? Tyle że Jaśminowiec za każdym razem kiwa głową, mówi, że robię postępy, a zaraz potem, że muszę jeszcze dużo się nauczyć i że o mianowaniu mogę zapomnieć, dopóki nie nauczę się przynajmniej nieumierania od razu podczas walki. Też NIEZMIERNIE ciekawi mnie, KIEDY będę mógł zostać mianowany!
– Aaa wiesz co, tato? Wiesz, co robiłem dziś? Udało mi się upolować taaaką wiewiórkę, mówię ci! I! I DO TEGO pomogłem wymienić starszym legowiska! Co najmniej trzy wymieniłem! Sam jeden! I to nie dlatego, że ktoś mi kazał, nie, nie! Tylko dlatego, że akurat dziś jest dzień, w którym trzeba je wymieniać i ja to zrobiłem, MÓWIĘ CI!
Zamachałem energicznie ogonkiem, przypadając do ziemi.
Dziwnie mi tak jakoś…
– Cieszę się, Gronostaju, naprawdę, widzę, że robisz postępy, że jesteś pracowity i pomocny… – zaczął Guziczek. – Nie wspomniałem o mianowaniu, żebyś myślał, że cię poganiam, nie, zupełnie nie. Zrobisz to w swoim tempie, a ja zapytałem jedynie z ciekawości.
Zmarszczyłem brwi i przez chwilę nie odpowiadałem.
To… brzmi jak w miarę sensowne wyjaśnienie.
Nie, żebym się nie spodziewał czegoś w tym stylu. Tata mądry jest dość. W końcu teraz jest tym całym zastępcą. Pewnie chciałby, żeby dobrze mi szło… I BĘDZIE! TAK! NA PEWNO… KIEDYŚ, TAK!
– Usz! No… NO WIEM PRZECIEŻ! – Strzepnąłem uszkami na wskutek zbyt głośnego tony mojego głosu. – Ale… nie no, pewnie niedługo… być może… Nie wiem, czy Jaśminowiec mi pozwoli… – odburknąłem, po czym dodałem niepewnie. – Ona… ona mówi, że ja potrzebuję czasu więcej… Że jeszcze nie opanowałem wszystkiego i że muszę pracować w swoim tempie… czy coś…
Nie kryłem irytacji na myśl o mojej mentorce, której wydawało się, że wiedziała wszystko i była najmądrzejsza na świecie i że jej metody nauki były skuteczne! I miała rację, do stu szczupaków! Masakra!
– O, WIEM! – Podskoczyłem nagle. – A może! A może będziesz chciał… no, no wiesz! Zobaczyć mój trening któryś? Taki, co tam na przykład walkę ćwiczę! Możesz przyjść i… i pogapić się, jak zostaję wgnieciony w glebę LUB to ja jestem tym, który kogoś wgniata! Zależy od… od rodzaju przeciwnika, wiesz… To akurat dobrze wychodzi mi czasami!

<448 słów>
<Guziczku??>

[9%]

12 września 2026

Od Borowika CD. Śnienia

Przedzierałem się przez krzaki i wysoką trawę, próbując skupić się na zadaniu.
No dobra, dobra. Muszę zapolować.
Bardzo lubię polować. Mogę nawet nieskromnie dodać, że jestem w tym bardzo dobry. Faktem jest jednak, że… z reguły, to ja poluję na drzewach. Na wiewióry czy tam… ptaki. A nie na ziemi. Ostatnio też nieco wyszedłem z formy…
W końcu udało mi się wypatrzeć małą, białą myszkę, tuptającą nieświadomie w poprzek mojej trasy. Na szczęście złapałem ją relatywnie szybko złapać i skierowałem się w lewo, w celu dołączenia do Śnienia i Poinsecji.
Zrobiłem kilka kroków.
Po chwili jednak zatrzymałem się i zawróciłem w prawo.
Kolejne kilka kroków.
Zatrzymałem się.
Nie no. Moment. Skąd ja przyszedłem?
Zmarszczyłem brwi.
Nie do końca byłem w stanie to ocenić, z powodu takiego, że łapiąc myszkę, zaryłem nieco nosem w glebę i teraz oba nozdrza miałem zatkane. Do tego myszka w pysku skutecznie tłumiła wszystkie pozostałe zapachy.
Wyplułem na chwilę moją zdobycz i wysmarkałem dokładnie nos, pozbywając się, chociaż części ziemi.
No, od razu lepiej.
Momentalnie złapałem zapach Śnienia i Poinsecji. Zadowolony, ruszyłem w ich stronę.

***

Po chwili dołączyłem do dwóch pozostałych kotów.
– Hm. Witam. – przywitałem ich, kiwając głową.
Przeskanowałem dokładnie moim aparatem wzroku ich zdobycze. Myślę, że z ostrożnym optymizmem stwierdzić mogę, że najgorzej nie wypadłem…
– Hej, Borowiku! Gdzie się podziała twoja zwierzyna? – Śnienie przechylił głowę na bok.
Otworzyłem szerzej oczy.
Ale że co? Nie no. Jak. Przecież miałem ją…
W pysku ją miałem.
I…
…zostawiłem tam. Żeby…
Ugh.
No świetnie.

Zamrugałem. Podrapałem dwukrotnie ziemię pazurami.
– Udało mi się złapać mysz. Jednak… uch… jednak na którymś etapie mojej drogi powrotnej, mysz zmieniła swoje położenie, to jest z mojego pyska, znalazła się w… bliżej nieokreślonym, innym punkcie…
– Spokojnie, Borowiku. To nic złego, naprawdę. Nie każdy musi być dobry we wszystkim. My wiemy przecież, że na drzewach jesteś niezastąpiony. – odparł czarny kocur, wąsy zadrżały mu z rozbawienia.
Jeszcze szerzej otworzyłem oczy w konsternacji.
– Ale… uch… Nie, nie, serio, była tam i… i… – zacząłem.
– Dobrze, dobrze, tylko żartuję. Wierzę ci. – widząc moje przerażenie, kocur uspokoił mnie, po czym dodał. – Powinniśmy już wracać do obozu. Może po drodze znajdziemy twoją mysz? Albo uda ci się złapać coś innego. Nie przejmuj się. – zaproponował z lekkim uśmiechem.
Spojrzałem niepewnie w bok i pokiwałem entuzjastycznie głową.
– Uch… No… no, może… Tak, chyba… chyba po prostu coś innego złapię… – mruknąłem, podążając za nimi.

Teraźniejszość

W czterech dużych i dwóch mniejszych susach przemierzyłem obóz z jednego końca na drugi, gdzie dojrzałem brodatego kocura, jedzącego spokojnie śniadanie.
Wyhamowałem gwałtownie o dwie długości mysiego ogona od niego. Z szeroko otwartymi oczami rozejrzałem się dynamicznie na boki.
– Śnienie. Śnienie, potrzebuję twojej… uch… pomocy. A raczej… a raczej asysty. Bo… no bo słuchaj. Bo ja to mam ucznia teraz. Łysiczkę. Patrz. Stoi tam, o. – wskazałem ogonem na wyraźnie zdezorientowaną, niebieską koteczkę, patrzącą na mnie z zaniepokojeniem, po tym, jak chwilę temu uciekłem od niej w podskokach. – I ona… I dzisiaj znaczy… mamy mieć trening pierwszy. Ale ja nie wiem, jak zrobić jej trening. Znaczy, wiem, ale nie chcę iść sam. A wszyscy inni zniknęli i… i śpią wszyscy inni. Nie ważne, że ty zwiadowcą nie jesteś, będziemy ziemią chodzić, a nie… no… drzewem. Pójdź ze mną. Musisz jedynie udawać, że masz… no, jakikolwiek cel w… pójściu… z nami. Tak. Albo… powiedz mi. Co robić mam. Bo ty to mądry jesteś. – podskoczyłem, podkreślając tym samym wagę moich słów.

< Śnienie, ratunkuuu :0 >

Od Puchacza

Leżał rozleniwiony na gałęzi dębu niedaleko granicy z terenami niczyimi. Wydrapywał powoli linie na korze drzewa. Liście wokół niego przybrały już pożółkły lub nawet lekko pomarańczowy kolor i były praktycznie gotowe, by spaść na ziemię. Złote promienie słońca padały miejscami na jego futro, ogrzewając je. Przeciągnął się powoli i strzepnął ogonem z irytacją. Orłosęp zapowiedział mu swoją wizytę jeszcze zanim został mianowany, a po kilku księżycach nadal nie dawał mu znaku życia. Co mogło się stać? Zapomniał o nim? Tak po prostu? Nie… Nie mógł… Wtedy pomiędzy poszyciem zauważył ruch i ciemnorudy kształt. Przykucnął na gałęzi, wodząc wzrokiem za sylwetką. W końcu spomiędzy krzaków wysunął się muskularny samotnik z czarną ofutrzoną skórą jakiegoś zwierzęcia na jednym barku. Chwilę mu zajęło, zanim go zauważył.– Tam jesteś mały! Chodź tutaj!
Puchacz strzepnął uchem, lecz nie skomentował faktu, że został nazwany “małym”. Zwinnie zeskoczył po gałęziach i po chwili stał na ziemi przed drugim kocurem.
– Kto ci to zrobił? – zapytał od razu samotnik, wskazując na jego nacięte ucho.
– Nikt. Taka tradycja w Owocowym Lesie – wyjaśnił. Rudy zmarszczył brwi, ale po chwili jego pysk wrócił do normalnego wyrazu.
– To dobrze. Niestety ja nie mam dobrych wieści. Ostatnio grupa samotników zaczęła uprzykrzać życie mi i moim kumplom. Ciągle kradną nam zwierzynę. Płoszą ją z naszych terenów na swoje, a ostatnio nawet ukradli trochę z naszego obozowiska – zaczął poważnie. – Zaczynam się martwić, że jeżeli dalej tak pójdzie, możemy mieć trudności z przetrwaniem mroźnej pory. Potrzebuję twojej pomocy.
– Ale co ja mam zrobić? Nie pobiję się przecież chyba z bandą samotników!
– Nie martw się o to. Chcę, tylko żebyś przebiegł po drzewach do ich obozu i powiedział mi, z której strony mam się tam dostać tak, żeby nie mogli mnie zaatakować, zanim nie porozmawiam z ich przywódcą.
– W porządku, gdzie to jest?
– W tamtą stronę. – Orłosęp wskazał kierunek ogonem. Puchacz skinął głową, w kilku susach wspiął się wysoko nad ziemię i ruszył do celu.

***

W końcu dotarł na miejsce. Przycupnął na gałęzi i popatrzył w dół. Nie martwił się o to, że ktoś może go zobaczyć. Przysłaniały go liście, a większość jego futra zlewała się dość dobrze z korą drzewa. No i był dość wysoko. Przypatrzył się dokładnie obozowi. Była to dość mała polanka z wieloma wejściami do nor, które chyba robiły za legowiska. Jedna z nich była bardziej ozdobiona niż reszta, więc obstawił, że należała do ich przywódcy. Popatrzył też na koty. Według jego szacunków mogła tu mieszkać połowa Owocowego Lasu. Jego uwagę szczególnie przykuła bura szylkretka z futrem usianym kwiatami, niebieska kotka z pięknym futrem przywodzącym na myśl rzekę i smukły czarny kocur z długim ogonem i lśniącą sierścią. Aż trudno było uwierzyć, że te koty były tak okrutne. Nieważne i tak nie mógł im ufać. Zanotował jeszcze w głowie kilka kryjówek i strategicznych punktów, po czym zawrócił.

***

Odnalazł ponownie Orłosępa niedaleko granicy i zrelacjonował mu swoje obserwacje. Ten uśmiechnął się do niego i zmierzwił mu łapą futro na głowie.
– Dzięki Puchacz. Naprawdę bardzo mi dziś pomogłeś – rudy rzucił na pożegnanie i znikł.

11 września 2026

Od Guziczka CD. Gronostaja

Dawno temu

– USZ! Mafakwa, fafo! – odpowiedział kocurek, z pełnym pyszczkiem… – Nif tyfko… umf… mufe biefaf f bfofie i… umf…
Guziczek zaśmiał się cicho, patrząc na syna. Oh, jaki był szczęśliwy ze swoich pociech!
– Spokojnie, Gronostaju, powoli. Nie mów z pełnym pyskiem, bo się zadławisz. I i tak nic nie zrozumiałem.
– TATOOO! Muszę teraz powtarzać wszystkooo! WUSZ! – Gronostaj oburzył się, na co Guziczek posłał mu przepraszający uśmiech. – Mówię, że… że MASAKRA! Jaśminowiec każe mi walczyć w błocie bez przerwy. Atakuje mnie znienacka. I twierdzi, że jestem NIEZDYSCYPLINOWANY! Możesz w to uwierzyć? JA, niezdyscyplinowany! Przecież… przecież ja mam tutaj ze WSZYSTKICH kotów najbardziej poukładany tryb życia i… i ZAWSZE trzymam się swoich zasad! I mam najsilniejszy wewnętrzny kodeks! TAK! Dociera to do ciebie, tato? DO NIEJ NIE!
Guziczek skądś to znał… Sam był uważany raczej za rozrabiakę. Nie mógł się z tym nie zgodzić, oczywiście! Był raczej dość okropnym kociakiem. W pewien sposób cieszył się, że jego maluchy były dużo grzeczniejsze, niż on sam… Zerknął w stronę, gdzie chowano zmarłych. Ciekawe, jak poradziłaby sobie z Gronostajem Kajzerka? Zawsze była przy swoich dzieciach, nieważne jak ciężko jej nie było. To była świetna mama… Marzeniem zwiadowcy było być tak dobrym rodzicem, jak ona…
Pokręcił więc głową na słowa syna, wpatrując się w niego z ciepłym uśmiechem.
– To brzmi naprawdę okropnie, synu… – odparł rozbawiony. Chociaż naprawdę starał się być poważny! Po prostu wiedział, że jednak… Nie dało się takich rozrabiaków jak on, czy Gronostaj załatwić inaczej, niż ich własną bronią.
– MHM!
Guziczek zastanowił się przez moment. Nie sądził, żeby jego syn właściwie był rozrabiaką. Bardziej był uparty, co też oczywiście miał po swoim tatusiu. Był też raczej dość pesymistyczny… Dlatego kocur po chwili zapytał:
– A… działo się może ostatnio coś, co nie było masakrą…?
– Hm. Hm. Coś niemasakrycznego…? Ojjj, ciężko będzie, tatusiu. Ale… O! WIEM! Na przykład… wczoraj, na treningu, nauczyłem się rozpoznawać tropy lisa! – Machnął ogonem, wpatrując się w Guziczka. – Zaraz ci powiem jak!
Więc zwiadowca rozsiadł się wygodnie i słuchał, jak jego syn uczył się rozpoznawać ślady lisów. Sam próbował sobie przypomnieć, gdy to on to robił… Ale chyba nie przejmował się wtedy tym aż tak, aby to pamiętać.
– I co myślisz, tato? Co myślisz? Jestem PRZEGENIALNY, prawda? POWIEDZ, TATO! – Przyczołgał się bliżej. – Powiedz! Powiedz! Powiedz!
– Jesteś, jesteś. Mój geniusz. – Guziczek uśmiechnął się i polizał Gronostaja po główce.

Po zostaniu zastępcą

Guziczek… Wcale się tego nie spodziewał. Gdy tamtego dnia zostało ogłoszone zebranie, poszedł na nie wraz z rodziną, nie spodziewając się, że tuż po nim stanie na mównicy obok Czereśni jako zastępca. Został zastępcą! To jeszcze nie był lider wszystkich kotów, ale… Zawsze krok do przodu! Oczywiście, że był szczęśliwy, ale… Trochę się też zmieniło. Musiał bardziej zaangażować się w życie Owocniaków. Chciał być dobry. Chciał być kotem, o którego nikt nie będzie się zastanawiać, czy mógł zostać na pozycji, na jakiej był. Ba! Chciał być kotem, na którego inni mogli liczyć i którego wszyscy będą ciągle wybierać. Niestety zaczęło zjadać mu to bardzo dużo czasu… A jego dzieciaki przestały być już tak małe i ciągle go potrzebować. To było trochę smutne. Znalazł więc pewnego wieczoru wolną chwilę i podszedł do legowiska, w którym leżał Gronostaj.
– Cześć.
– Cześć, tato!
– Jak tam treningi? – zapytał.
Nie chciał wyjść na natarczywego! Chociaż trochę się niecierpliwił… Chciał, żeby jego dzieciaki szybko zostały tym, kim sobie wymarzyły. On przecież został mianowany w wieku dziesięciu księżyców! A nawet nie miał wtedy mentorki…
– Kiedy zostaniesz mianowany? – zapytał jeszcze.

<Gronostaju?>
[569 słów - trening Gronostaja]

[6%]

10 września 2026

Od Wrotyczu

— Jesteś gotowa — oznajmił jej głos.
Uniosła łeb, by zaprzeczyć, ale głos utknął jej w gardle. Sprzeciwianie się wyższym rangom zawsze kończyło się źle. Nawet gdy nie mieli racji, to i tak ją mieli.
Otuliła się ogonem dla otuchy.
— Co mnie czeka? — Starała się ukryć lęk, który drżał w jej głosie.
Starsza kotka uśmiechnęła się lekko, podchodząc do niej. Kątem ślepia ujrzała jej łapę nad sobą. Nieprzyjemne wspomnienia znów zatopiły w niej swe szpony. Skuliła się, kierując pysk ku ziemi. Kajała się pokornie - najlepiej jak potrafiła, oczekując w martwej ciszy bólu.
Czując łapę kotki na swoim łbie, lekko zaskoczona, uchyliła ślepia. Była przyjemnie ciepła. Delikatna. Lekki zapach leśnej ściółki i ziół mieszał się w powietrzu. Wrotycz wpatrywała się w nią nieco oszołomiona. Nic z tego nie rozumiała.
— Przed tobą niełatwa ścieżka, lecz nie obawiaj się. Ciepło Wszechmatki nie opuści cię, póki sama go nie odrzucisz. — Głos kotki brzmiał, jakby chciał ukoić jej zszarganą duszę.
Wrotycz zerknęła w okolice jej pyska. Na jedno z licznych piór zdobiące go. Fioletowe odblaski pojawiające się wraz ze światłem zdawały się wędrować po nim. Próbowała skupić na nich całą swoją uwagę. Nie wiedziała co dalej, co miała teraz zrobić.

***

Tłum kotów ją przerażał. Nigdy wcześniej nie widziała ich tylu na raz, jednocześnie. Przyłapała się na tym, że myśl o ucieczce krążyła w jej głowie. Nieustannie. Aczkolwiek w lesie czekała ją jedynie śmierć, a w Betonowym Świecie - Oni.
Wbijała pazury w drobną gałązkę, próbując wyładować na niej buzujące emocje. Słyszała, jak się zbierali. Jak szeptali - na pewno o niej. Nienawidzili jej. Chcieli wykorzystać. Spiskowali. Zerkała ukradkowo na obce jej koty, a to na swoje łapy, czując, jak niepokój powoli zabierał jej oddech.
Wkraczała w sam środek…
— Wrotycz. — Znajomy głos wyrwał ją z objęć własnych myśli.
Spojrzała na dobrze znaną jej już sylwetkę. Tak charakterystyczną w tłumie kocich pysków. Zdawała się mieć na sobie jeszcze więcej elementów krajobrazu leśnego. Szylkretka wpatrywała się w nią w osłupieniu, nie wiedząc czego oczekiwać po kotce.
— Mam coś dla ciebie.
Spojrzała na niewielki bukiecik kwiatów wrotyczu, który wylądował przed jej łapami. Nieco nieprzytomnie wpatrywała się w małe żółte kuleczki, których imię postanowiła przyjąć. Wyglądały tak słabo i żałośnie. Inne kwiaty miały imponujące, dostojne liście lub przybierały niezwykłe odcienie, chociażby biel porównywalną do chmur, które wędrowały po niebie.
A żółty? Żółty zdawał się tak żałosnym kolorem.
— Założyć je?
Kiwnęła łbem w odpowiedzi, nachylając się. Brzemię, które sama sobie nadała, teraz stało się wręcz namacalnym elementem jej osoby. Nie wiedziała nawet jak określić emocje, jakie wędrowały w jej umyśle.
— Idziemy? — zapytała, muskając ją lekko w grzbiet.
Rozbiegane ślepia Wrotycz skierowały się w stronę zgromadzonych kotów. Przełknęła ciężko ślinę, czując, jak trudne stało się oderwanie łap od podłoża, wykonanie pierwszego kroku.
— Jestem tu z tobą. Pójdziemy tam razem.
Kiwnęła łbem, dziękując jej w myślach. Głos znów jak na złość utknął jej w gardle. Nie wiedziała, do jakich namaszczeń zostanie zmuszona. Jakim nowym brzmieniem naznaczą jej los.
Wpatrywała się tępo w oblicze lidera. Jego czekoladowa sierść zlewała się z konarami drzew. Przez uderzenie serca poczuła się, jakby wyróżniała się za bardzo na tle leśnej ściółki. Lecz potem dostrzegła kątem oka białe sylwetki. Ich los musiał być gorszy.
— [...] Twoim mentorem będzie Poinsecja. Mam nadzieję, że Poinsecja przekaże ci całą swoją wiedzę.
Spojrzała na jasną kotkę zbliżającą się do niej. Miała dumną postawę. Musiała być wysoko w hierarchii tej społeczności. Wrotycz pokornie upuściła łeb, by następnie dokończyć ceremonialny rytuał.

***

Szła za kotką, ze spuszczonym łbem. Nie spodziewała się, że to tak się potoczy. Teraz niemal bała się oddychać - po wcześniejszej krytyce. Zapewne potrzebnej, lecz wciąż bolesnej.
Nie sądziła, że potwierdzenie poprawy stanu zdrowia skończy się wdrożeniem jej w szeregi ów organizacji w tak sprawnym tempie. Wszystko stało się zbyt szybko, a przynajmniej dla niej. Ze spokojnej kryjówki z dwiema kotkami została przeniesiona do wysokiego drzewa. Wpatrywała się bezradnie w konar, który stał się dla niej kolejnym testem. Zejście następnego ranka było jeszcze bardziej problematyczne. Łapa bolała ją dotąd. Nieprzyjemnie pulsowała, lecz bała się to zgłaszać. Nie chciała być problemem. Miała stać się "wojownikiem". Tak dumny tytuł. Nie czuła się jego godna. Na dodatek okazywała się dość beznadziejna w tym, czego od niej wymagano.
Zupełnie jak kocię, usłyszała;
— Purchawka wspominała coś o tym, że mało znasz "zewnętrzny świat".
Kiwnęła lekko łbem. Nie wiedziała, czy wydobędzie teraz z siebie jakiś dźwięk. Mógłby też okazać się zbyt żałosny.
— Rozejrzyj się. Każde z tych drzew, krzewów czy traw ma swoje własne imię. Określenie, którym jest nazywane. Prócz tego często mają właściwości - lecznicze lub trujące. Wiedza o tym jest podstawą w każdym uderzeniu serca tutaj.
Uczennica wykonała polecenie. Wpatrywała się falujące na wietrze gałęzie wysokich drzew. Ich szum niczym rytualna pieśń, zagłuszał nieprzyjemne myśli. W pewnym momencie coś z niego spadło. Wyrwało ją to z transu.
— Co to? — zapytała, zerkając na swą mentorkę.
— Szyszka olchy. Nasiono drzewa.
— Wyrośnie z niego kolejne drzewo? — przyglądała się uważnie niewielkiej rzeczy.
Z tak małego czegoś miało powstać tak potężne drzewo? Wcześniej nigdy nie zastanawiała się nad tym, skąd tak naprawdę brały się drzewa. Mawiano jej jedynie, że Blady Kot usiał świat schronem dla swego ludu.
— Inne drzewa też są z szyszek?
Kotka usiadła. Wrotycz niepewnie dosiadła się, zerkając na nią co uderzenie serca. Miała nadzieję, że nie była zła. Że nie zdenerwowała jej znowu. Ulegle położyła po sobie uszy.
— Nie do końca. Drzewa mają różne nasiona. Niektóre są ubrane w słodki miąższ, dzięki czemu zwierzęta przenoszą je dalej.
Próbowała przypomnieć sobie nazwę owocu, który kiedyś widziała. Czerwony.
— ...Jabłka? — wypaliła z siebie nagle.
— Nie tylko. Pora Zielonych Liści powoli dobiega końca, ale powinniśmy jeszcze zobaczyć niektóre z owoców.
Uczennica pokiwała energicznie łebkiem. Ciekawość zawitała w jej łebku na myśl o odkryciu nowego nieznanego jej fenomenu. Czy pozostałe owoce wyglądały tak samo, jak jabłka, a może różniły się barwami?
— Najpierw jednak powinniśmy określić poziom twojej wiedzy. Co to?
Spojrzała na wskazany krzew. Widziała go już, możliwe, że nie raz. Lecz nie potrafiła odnaleźć jego nazwy w głowie. Serce nieprzyjemnie przyspieszyło. Nie wiedziała.
— A to? — zapytała mentorka, jakby czytała jej w myślach.
Teraz wzrok szylkretki powędrował na wysokie drzewo o jasnym konarze z ciemniejszymi odbarwieniami. O nim słyszała.
— Brzoza? — miauknęła nieco pewniej.
— Nie, topola. Brzozy wyglądają inaczej. Kolory pni są podobne, ale spójrz na liście. Chociażby na kolor.
Wrotycz wpatrywała się posłusznie w liście, lekko zahipnotyzowana ich tańcem. Były takie śliczne. Ich jasno-zielony spokojny kolor sprawiał, że czuła się nieco lepiej na duchu.
Jej mentorka wstała, więc Wrotycz posłusznie także się podniosła.
— Chodź, przed nami jeszcze długa podróż.

[1069 słów]

[21%]

06 września 2026

Od Mistral CD. Modrogończyka

Niebieskie spojrzenie sunęło powoli po ziołach, które zielarka miała przed sobą porozrzucane po niemal całym składziku. Ciężko westchnęła, pozostawiając to wszystko w stanie, jak zastała — nie miała siły ani chęci na ogarnięcie tego, więc Gołąbek lub Modrogończyk mogli to za nią zrobić. Nawet jeśli to ona miała w jednym palcu łapy całą wiedzę na temat ziół i ogólnie leczniczych roślin. Po niedawnych wydarzeniach nie była zbytnio sobą, choć poza dziuplą skutecznie to ukrywała. Przecież była kotem, który dba o dobrostan psychiczny Owocowego Lasu, więc nie mogła sobie pozwolić, by inni dostrzegli pogorszenie jej samopoczucia. Najbardziej się obawiała jednak, że to wszystko może wpłynąć na jej pracę i może doprowadzić do podobnego przypadku, co Wiciokrzew, który musiał przejść na emeryturę.
Kiedy tylko miała chwilę dla siebie, spożywała niewielką ilość nasion maku z nadzieją, że na jakiś czas takie działanie będzie skuteczne i będzie mogła normalnie pracować. Na chwilę wkroczyła do składziku, gdzie był pewien nieporządek, chcąc znaleźć parę nasion, kiedy to do jej uszu dotarł dźwięk kroków Owocniaka, który zdecydował się odwiedzić uzdrowicieli. Purchawka z Modrogończykiem gdzieś wybyli, może na rodzinny spacer, a Gołąbek chyba poszedł do stosu. Dlatego też Mistral nie miała zbytnio wyboru i musiała sama przyjąć chorego.

❛ ━━━━━━・❪ 🎕 ❫ ・━━━━━━ ❜

W duchu kocica odetchnęła z ulgą, gdy okazało się, że liliowy zwiadowca nie był, jak niektóre koty i od razu, gdy pojawiły się pierwsze objawy choroby, to przyszedł. Gdyby tego nie zrobił, to z kolejnym sezonem mogłaby wzrosnąć liczba chorych, którzy by zostali zarażeni białym kaszel, który mógłby się rozwinąć w poważniejsze stadia.
Kiedy tylko Gołąbek powrócił do dziupli, przejął doglądanie chorego, dzięki czemu kotka mogła się oddalić gdzieś, gdzie nikt nie powinien jej niepokoić. Oczywiście jak na złość tuż przed nią pojawił się Modrogończyk, na co przewróciła oczami. W ostatnich dniach ten młodziak wyjątkowo działa jej na nerwy, szczególnie tym swoim przekonywaniem na siłę Owocniaków, którzy dotąd nie wykazywali chęci wiary we Wszechmatkę. Ironią było, że czekoladowy zgłosił się z radą w tej sprawie, chcąc przekonać zmarłego Fruczaka.
— Czegoś konkretnego potrzebujesz? — spytała, ukrywając irytację, która aż sama jej się cisnęła na język. Jednak nie mogła się wyżywać na młodszym, który jedynie nie pojmował jeszcze wielu rzeczy.

<Gońcu?>

Wyleczeni: Kurka

Od Mistral CD. Wiciokrzewu

Białofutra powoli zmniejszała swoją częstotliwość odwiedzin w legowisku starszych, które miały się wiązać z liliowym starszym. Może i kocur próbował zwieść zielarkę, lecz ta nie miała zamiaru dać się tak łatwo, dlatego też postanowiła na razie dać mu więcej przestrzeni, czasu. Momenty, które dawniej spędzała u jego boku, tak teraz ich część poświęcała innym kotom w Owocowym Lesie, będących w stanie, który wymagał jej ingerencji. Nie było może ich zbyt wiele, lecz ona wolałaby, aby nie było ani jednego takiego przypadku — nawet jeśli brzmiało to na dziecinne mrzonki, marzenia.
Jeden z przypadków, które wzięła, była Kasztanka, która zdawała się niemal marnieć w oczach przez swojego, pożal się Wszechmatko partnera, który zdecydowanie nie był najlepszą partią w całym Owocowym Lesie. Ba! Ten sam kocur niedawno próbował ją omamić swymi wdziękami w lecznicy, kiedy to przyszedł z bolącym zębem — na jego nieszczęście trafił na kotkę, która nie da się owinąć wokół palca pierwszemu kocurowi lub innej kotce. Niebieskooka najchętniej doradziłaby stróżce, aby dała sobie z nim spokój, lecz aż zbyt dobrze widziała, że mimo wszystko kocha tego srebrnego wojownika i chciałaby żyć u jego boku.
Młódka właśnie opuszczała legowisko stróżów, w którym jeszcze chwilę wcześniej rozmawiała z Kasztanką, kiedy to po lewej dostrzegła Miodunkę oddalającą się od krzewu kaliny, gdzie przebywali najstarsi członkowie Owocowego Lasu. Nieco zmrużyła oczy, mając wrażenie, że coś złego mogło się stać — i w sumie zbytnio się nie pomyliła. Ledwo wsunęła głowę do legowiska, a już dostrzegła nieobecność jednego z kotów i to oczywiście tego, na którym mocno jej zależało w ostatnich księżycach. Jak piorun dorwała czekoladowo srebrną kocicę, zaczynając od razu wypytywać o dawnego uzdrowiciela.
— Przed chwilą wyszedł z obozu.
— Sam?! — spytała, czując, że zaraz przestanie panować nad sobą.
— No… tak.
Zielarka nie wiedziała dokładnie, ile minęło od wyjścia liliowego z obozu, lecz musiała się spieszyć. Dopadła pierwszego lepszego Owocniaka, który się nawinął i kazała mu wytropić Wiciokrzewa — w końcu ona nie wiedziała, jak to się robi, miała za sobą szkolenie z chorób i ziół. Nim Purchawka urodziła i Modrogończyk zdecydował się być szamanem, to ona była przygotowywana w jakimś stopniu do tej roli, a to wszystko teraz do niczego się nie przyda.

❛ ━━━━━━・❪ 🎕 ❫ ・━━━━━━ ❜

Z każdym krokiem, który kierował ich w stronę Drogi Grzmotu, czuła jak jej serce coraz bardziej przyspiesza, a w głowie pojawiają się najgorsze scenariusze związane z tym miejscem oraz losem liliowego. Przez brak jakiegokolwiek wojowniczego szkolenia, kondycja białofutrej była mizerna, lecz teraz starała się to ignorować, próbując nadążyć za tymczasowym tropicielem.
Ledwo dotarła nad ciemną cuchnącą ścieżkę, gdy do jej uszu dotarł ryk zbliżającego się potwora, a idealnie na środku drogi siedział sam Wiciokrzew. Z głośnym wołaniem wręcz do zdarcia gardła, miała się zerwać do ratunku, gdy została uprzedzona i towarzyszący jej kot rzucił się w stronę Wiciokrzewa. Wszystko działo się tak szybko, że do niebieskookiej ledwo dochodziło, co się wydarzyło — jeszcze chwilę temu w stronę jej dawnego mentora pędził Potwór, a ona z Fruczakiem stała na skraju drogi. Teraz było inaczej. Z przerażeniem obserwowała ciało stróża, z którego powoli uchodziło życie, a dawny uzdrowiciel odepchnięty od zagrożenia leżał kawałek dalej, bezpieczny, a przynajmniej na tę chwilę.
Z każdym uderzeniem serca oddech zielarki zaczynał coraz bardziej drżeć, zwiastując uzewnętrznienie pewnych emocji. Jednak nie mogła sobie na to pozwolić, nie teraz, gdy pręgowany nadal znajdował się na śmiertelnej drodze. Szybko zerknęła w obie strony, upewniając się, że żaden Potwór się nie zbliża, by następnie ruszyć do Wiciokrzewa, chcąc go zabrać na bezpieczne ubocze. Dopiero kiedy była pewna, że nic mu już nie zagraża, wkroczyła ponownie na Drogę Grzmotu i złapała ciało Fruczaka za skórę na karku, starając się je zaciągnąć w to samo miejsce, gdzie chwilę wcześniej zostawiła liliowego.

❛ ━━━━━━・❪ 🎕 ❫ ・━━━━━━ ❜

Powrót do obozu był ciężki, długi i odbywał się w grobowej ciszy. Wspólnymi siłami udało im się przetransportować stróża, aby bliskie mu koty mogły się z nim pożegnać ten ostatni raz. Widok czyjejś śmierci był czymś, czego raczej Mistral nigdy nie chciała doświadczyć, jednak stało się. Teraz jednak musiała zająć się Wiciokrzewem i wyciągnąć z niego powód, który spowodował taki obrót spraw.
— A więc słucham Wiciokrzewie, dlaczego opuściłeś obóz i to sam, by dotrzeć do Drogi Grzmotu na jej sam środek, nie robiąc sobie nic ze zbliżającego się Potwora. — Była przygotowana na to, że przez najbliższe wschody słońca może nie otrzymać upragnionej odpowiedzi, lecz nie miała zamiaru tego odpuścić.

<Wiciokrzewie?>

Od Smoka CD. Śnienia

Zgromadzenie

Spodziewała się, że zostanie wybrana na zgromadzenie. Już idąc na wyspę, zastanawiała się nad tym, z kim tym razem porozmawia. Może uda jej się zagadać do jakiegoś kota, który opowiedziałby jej co nieco o Klanie Gwiazdy?
Gdy rozsiadła się na kamiennej posadzce, podeszła do niej kremowa kotka. Była młoda, choć może trochę młodsza od niej. Pachniała ziołami i chyba Klanem Klifu, jeśli szylkretka dobrze pamiętała. Ale chwila, skoro pachniała roślinami, to może była uczennicą medyka?
— Cześć! Jestem Ćmia Łapa, a ty? — odezwała się nieznajoma.
— Smok — przedstawiła się, po czym uniosła jedną brew do góry. — Jesteś uczennicą medyka, co nie? Dostałaś już jakiś sen od Klanu Gwiazdy? — zapytała wprost.
— Em... Jeszcze nie dostałam, ale kto wie... — odpowiedziała. — Ty jesteś z Owocowego Lasu, prawda? Co u was? Podobno wy nie macie medyków...
Szylkretka skinęła głową.
— Tak! Nie mamy medyków, ale mamy za to dwie inne funkcje, mające za zadanie wykonywać obowiązki medyków — odparła, owijając ogon wokół łap. Nie była zbyt zadowolona z tego, że w Owocowym Lesie istnieli zielarze i uzdrowiciele, bo różniło ich to od klanów, które przecież wierzyły w Gwiezdnych Przodków. — Mniejsza o to. Może opowiesz mi co nieco o Klanie Gwiazdy? W Owocowym Lesie cały czas gadają o jakiejś Wszechmatce i mam tego dosyć!
— To bardzo ciekawe. Chętnie ci o nim opowiem. Klan Gwiazdy to nasi zmarli przodkowie, którzy nad nami czuwają. Czasami mówią nam jakieś przepowiednie, gdy jesteśmy w niebezpieczeństwie, ale nie wiem, kiedy ostatnio to było. Raz na księżyc idziemy do miejsca zwanego Księżycową Sadzawką i wtedy rozmawiamy z przodkami.
Wojowniczce bardzo spodobał się opis Gwiezdnych Przodków. Już kolejny raz utwierdziła się w przekonaniu, że mieli oni więcej sensu niż wiara Owocowego Lasu.
— Księżycowa Sadzawka? Byłaś już tam kiedyś? — zaczęła dopytywać. — A do tej Księżycowej Sadzawki idą wszyscy, czy tylko wyznaczone koty? I czy mogłabyś mnie do niej… pzemycić?
— Do sadzawki idą tylko medycy oraz przywódcy, gdy odbierają dziewięć żywotów. Jeszcze nie miałam okazji tam być, ale nie mogę się już tego doczekać! Podobno jest tam magicznie, tak przynajmniej mówi moja mentorka. Niestety nie mogę cię przemycić, ale mogę cię nauczyć więcej o Klanie Gwiazdy.
Szylkretce nie spodobała się odmowa ze strony uczennicy. Jak śmiała nie zgodzić się na to, by przemycić ją do Księżycowej Sadzawki? Toż to skandal!
— No weź! Spotkamy się kiedyś gdzieś po dlodzę i mnie zaplowadzisz… Nikt się nie dowie — mruknęła, po czym puściła kotce oczko. — Ja stalam się tak baldzo, by Owocniaki zaczęły wiezyć w Klan Gwiazdy… Myślę, że Pzodkowie chcieliby mi za to poglatulować. Chcesz ich od tego powstzymać?
— Hmmm... Przepraszam, ale nie mogę tego zrobić. Cieszę się, że wierzysz w Klan Gwiazdy, na pewno to ich cieszy. Może nawet dostaniesz kiedyś od nich sen? Ale wiara w Klan Gwiazdy jest ściśle związana z Kodeksem Wojownika.
Smok nie dowierzała swoim własnym uszom.
— Co z tego, że jest związana z Kodeksem Wojownika? Ja jestem wojownikiem! — oburzyła się, uderzając końcówką ogona o kamienną posadzkę. — No ploszę… Nad telenami Owocowego Lasu Klan Gwiazdy na pewno nie ma żadnej kontloli, bo każdy wiezy we Wszechmatkę! Po co Gwiezdni Pzodkowie mieliby zaglądać do kotów, któle się ich wypalły? — kontynuowała, tym razem głosem pełnym żalu. — Czy naplawdę chcesz mnie tak odsunąć od Klanu Gwiazdy?
Uczennica jednak utrzymywała poważną minę.
— Nie chodzi mi o to, że jesteś niegodna tej wiary. Chętnie bym cię nauczyła go, na pewno byłabyś świetnym wyznawcą. Ale nie mogę cię zabrać do Księżycowej Sadzawki! To wbrew zasadom.
Szylkretka wciąż była nadąsana.
— Zasady są po to, by je łamać, czyż nie? — prychnęła. — Gdybym to ja nie postanowiła spzeciwić się większości, to nikt w Owocowym Lesie nawet by nie pisnął słówkiem o Klanie Gwiazdy! Należy mi się jakaś nagloda. Myślę, że Gwiezdni Pzodkowie będą w stanie nagiąć trochę ten swój szlachetny kodeks, jeśli dowiedzą się ode mnie o sytuacji w Owocowym Lesie. Poza tym nie musisz mnie zaplowadzać wplost pod Księżycową Sadzawkę. Możesz tylko wskazać mi dlogę, a za to nie spotka cię pzecież żadna kala, jeśli o to się boisz!
— Przykro mi, Smoku, ale co do Księżycowej Sadzawki nie zmienię zdania, ale może chcesz się o czymś innym dowiedzieć? — Klifiaczka próbowała załagodzić sytuację, jednak szylkretka tylko fuknęła pod nosem.
— Jesteś młodsza ode mnie, a zachowujesz się co najmniej tak, jak moja matka! — stwierdziła, patrząc kpiąco na kremową kotkę. — Gdzie się w tobie podziała ladość? Czy naplawdę nigdy nie poczułaś tej ekscytacji, gdy lobiłaś coś wblew zasadom? W takim lazie ci współczuję. Musieli cię baldzo kontlolować w tym Klanie Klifu, że wylosłaś na takiego nudziaza.
— Jako kociak rozrabiałam, fajnie było, ale wybrałam drogę medyka i mam na barkach wielką odpowiedzialność — mruknęła.
Wojowniczka przewróciła oczami.
— Klany powinny jednak co nieco nauczyć się od Owocowego Lasu. U nas nikt z funkcji podobnych do medyka nie lobi takiej wielkiej odpowiedzialności, przez co żadne nowo mianowane kocię nie musi od lazu lezygnować z wszelkich psot, by stać się nudną skolupą bez duszy. Tak jak ty… — westchnęła.

* * *

Odkąd tylko usłyszała o tej Księżycowej Sadzawce, nie mogła przestać o niej myśleć. Czy naprawdę, gdyby się kiedyś do niej dostała, udałoby jej się skontaktować z Klanem Gwiazdy? Wtedy miałaby niepodważalne dowody na to, że Gwiezdni Przodkowie faktycznie istnieją. Mogłaby im zadać tyle pytań, dzięki którym potem zaginałaby koty wierzące we Wszechmatkę… Może nawet udałoby jej się zdobyć od nich dziewięć żywotów? Nie była co prawda liderem, lecz według samej siebie była równie ważna! W końcu to ona stawała na rzęsach, by nawrócić tę dziurę zwaną Owocowym Lasem na właściwą wiarę, podczas gdy nikt inny się do tego nie kwapił. Nawet Śnienie! Ani ta białofutra kotka, która wyglądała, jakby sama spadła z nocnego nieba. Dali się uciszyć przez Owocniaków, którzy po prostu nie chcą przejrzeć na oczy.
Mimo wszystko może Śnienie lub Wróżka znali drogę do Księżycowej Sadzawki i byliby chętni zaprowadzić do niej szylkretkę? W końcu skoro żyli teraz w Owocowym Lesie, to nie obowiązywał ich żaden kodeks, o którym wspominała kremowa kotka na zgromadzeniu. Zawsze warto spróbować, choć Smok już teraz zakładała, że ta dwójka będzie równie sztywna co uczennica medyczki z Klanu Klifu. Wydawali się tacy poważni — na pewno nie będą gotowi, by zrozumieć wizję młodszej kotki, która tylko chciała dostać to, co jej się należy.
Choć nie miała zbyt wysokich oczekiwań, i tak postanowiła spróbować. Od razu skierowała się w stronę lecznicy, wiedząc dobrze, że najpewniej to właśnie tam przesiadywała dwójka kotów. Wróżka wciąż jeszcze nie doszła do siebie, a Śnienie nie odstępował jej na krok. Smok zastanawiała się, co ich łączyło. Czyżby byli w sobie zakochani? W końcu, dlaczego czarnofutry tak dużo czasu spędzał z nowo przybyłą? Gdyby byli zwykłymi znajomymi, czy nawet przyjaciółmi, Śnienie najpewniej bardziej skupiałby się na swoich obowiązkach niż na spotkaniach z Wróżką.
Pokręciła łbem, wchodząc do legowiska medyków. Zignorowała Modrogończyka, który stał nieopodal niej i przyglądał się jej w zdumieniu, i podeszła do Śnienia i Wróżki. Jej wzrok od razu spoczął na starszym kocurze, gdyż to z nim miała już okazję zamienić kilka słów i lepiej go znała.
— Hej, Śnienie! Słyszałam o czymś takim jak Księżycowa Sadzawka — zaczęła, uśmiechając się słodko i niewinnie. — Opowiesz mi o tym miejscu? A może nawet wiesz, gdzie ono leży i… mógłbyś mnie tam zaplowadzić? Albo może chociaż ona wie? — zapytała, podnosząc łapę i wskazując palcem na albinoskę.

<Śnienie?>

04 września 2026

Od Modrogończyka

Akcja ma miejsce jakiś czas po rozmowie ze Smok na temat istnienia Wszechmatki, teraźniejszość

Brązowy kocur z nadąsaną miną przyglądał się Wróżce, która była pogrążona w rozmowie ze Śnieniem na temat społeczności, w których dotychczas żyli, jak i zasad, które w nich funkcjonowały. Niby nic nie miał do Klanu Gwiazdy, w który biała kocica i czarny kocur wierzyli, jednak jakoś zabolało go, to gdy Smok podczas ich ostatniej rozmowy zwątpiła w istnienie Wszechmatki i obraziła na dobrą sprawę całą społeczność Owocowego Lasu, która oddawała cześć bezcielesnemu bytowi. Na samo wspomnienie, jak został wyśmiany przez kocicę, gdy wspominał o tym, że Wszechmatka do niego i jego matki przemawiała podczas snów, poczuł, jak pieką go policzki. Zawiódł się tak bardzo na Smok, że o mało co w przypływie złości nie powiedział jej dosadnie, gryząc się ostatecznie w język. Nie potrafił i nie chciał zniżać się do jej poziomu. Dlatego jedynie w myślach nazwał ją głupią kotką, jak i durnym kociakiem.
– Co jej nagadaliście... – burknął, podnosząc się z podłoża, zwracając uwagę pacjentki i wojownika. Po minach kotów zrozumiał, że nie mieli pojęcia, o czym mówił i kogo miał na myśli. – Smok. Chodzi mi o Smok. Ostatnio, jak z nią rozmawiałem, powiedziała... ekhm "tylko dulnie wierzą w jakąś Wszechsratkę" – mruknął przedrzeźniająco, starając się odegrać szylkretkę najlepiej, jak potrafił. – Musieliście jej coś nagadać. Ty albo ty... – Łypnął na wojownika, któremu co prawda zawdzięczał życie, za co był mu dozgonnie wdzięczny, ale nie mógł pozwolić na to, aby na terenach, nad którymi Wszechmatka sprawowała pieczę, obrażano ją czy jej umniejszano. – Ty. Może i jesteś żywym dowodem na istnienie Klanu Gwiazdy, ale pamiętaj, że jeśli ten Klan Gwiazdy wysłał cię na nasze tereny z misją, aby nas nawrócić oraz obrażać Wszechmatkę, to możesz już teraz zabrać garstkę ziół i jedną piszczkę na drogę powrotną do Klanu Burzy.
Słowa Modrogończyka spowodowały zmieszanie na pyskach kotów, w szczególności białej kocicy. Czarny kocur natomiast zmarszczył brwi, gotów zgasić młodego szamana, jednak jego towarzyszka, zdając sobie sprawę z gęstej atmosfery, zdecydowała się przejąć inicjatywę. Delikatnie położyła swoją łapę na czarnej łapie kocura, wpatrując się w niego łagodnie tymi swoimi dużymi fioletowymi oczami.
– Przykro mi, Modrogończyku, że twoja koleżanka, Smok, wyśmiała twoją wiarę – zwróciła się tym razem do młodego szamana. – Niestety nie miałam okazji z nią rozmawiać na temat Klanu Gwiazdy, jednak gdybym to zrobiła, zapewniam cię, że nie zachęciłabym jej do wyśmiewania waszych wierzeń. Mimo że sama zamierzam pozostać wierna swoim wierzeniom, z zainteresowaniem słuchałam od twojej matki czy Mistral informacji na temat Wszechmatki. I śmiem twierdzić, że jedynie co nas różni to nazwy bytów, które czcimy oraz kilka małych różnic ogólnie zasad, jak chociażby to, że u was uzdrowiciele mogą posiadać partnera oraz kocięta.
– No i ten wasz Klan Gwiazdy podobno liderom daje dziewięć żywotów, a Wszechmatka tego nie robi... i myślę, że jest pod tym względem lepsza, niż Klan Gwiazdy! No bo... czy chcielibyście umierać i odradzać się dziewięć razy? To jest durne! Jeśli ktoś ma coś zrobić, to zrobi to podczas swojego jedynego życia. Nie potrzebuję kolejnych i kolejnych szans, aby dokonać niestworzonych rzeczy! I Wszechmatka wcale nie jest gorsza, ona również przemawia do swoich wyznawców w snach czy poprzez znaki w przyrodzie. Tylko trzeba umieć słuchać i patrzeć... ale nie każdy to potrafi – mruknął pod nosem, tak jakby adresował tę wypowiedź do Smok, która najpewniej teraz była na patrolu.
Rozmowa, która wydawać by się mogło, miała eskalować w kłótnie, zamieniła się w bardzo interesująca rozmowę trójki kotów na temat odmiennych kultur, wierzeń i tym podobnych. W końcu nawet został poruszony temat Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd będącego przeciwieństwem Klanu Gwiazdy. Modrogończyk dowiedział się wielu ciekawych rzeczy i mimo nieprzychylnego odbierania Klanu Gwiazdy, potrafił na nich spojrzeć jeszcze bardziej przychylnie. Chociaż jego opinia dotycząca zasady uniemożliwiającej medykom posiadania czy to partnera, czy potomstwa była totalnie z czapy. I mimo tej przychylności na sojusznicze wierzenie, nie mógł pozwolić, aby ktoś, kto nie miłował Wszechmatki, obrażał ją.
– Wiesz co, Modrogończyku... może jeśli zaproponujesz swojej koleżance udanie się na te wasze spotkania, którymi przewodzi szamanka, sprawisz, że zmieni nastawienie względem Wszechmatki? I na pewno przeprosi za słowa, którymi cię zraniła...
– Przeprosi... już to widzę. Prędzej połknie swój własny ogon, niż przeprosi mnie za to, że mnie obraziła. Mnie, moją mamę, siostrę i pozostałych członków czczących Wszechmatkę. W sumie... spróbuję ją zaprosić na to spotkanie... to nie jest taki zły pomysł, a nuż się zgodzi i poszerzy się jej punkt widzenia!
Po skończonej rozmowie z kotami czczącymi Klan Gwiazdy Modrogończyk zajął się dwójką pacjentów – Rohan, matką Smok, która miała popękane poduszki oraz Łysiczką, która miała zraniony ogonek. Rohan nie towarzyszył żaden kot, (może to i lepiej, bo gdyby towarzyszyła jej Smok, na pewno Modrogończyk nadal miałby popsuty humor), natomiast u boku młodszej pacjentki znajdowała się Drobinka oraz Borowik. Podbiał pospolity skutecznie złagodził ból łap, jak i swędzenie ran, które zrobiły łapy zwiadowczyni, natomiast na ogon młodej terminatorki wystarczyło zrobienie okładu z nawłoci oraz liścia szczawiu, którym został ów ogon owinięty. Zarówno starsza kocica, jak i młodsza dostała reprymendę od uzdrowiciela i pomocnika szamana, aby uważały na siebie. Oprócz tego pochwalił je za szybką reakcję, przy czym dodatkowo pochwalił mamę Łysiczki oraz jej mentora, że byli czujni i nie zwlekali z udaniem się do lecznicy.
A po skończonej pracy, mimo wahania, kocur zdecydował się zaprosić Smok-ignorantkę na jedno ze spotkań, którymi przewodziła Purchawka.

Wyleczeni: Łysiczka - zranienie ogona 🐎, Rohan - popękane poduszki 🐎

🍃🌱🌿

02 września 2026

Od Wróżki CD. Śnienia

Zrobiło jej się cieplej na sercu, gdy kocur wyznał, że rozmawiał z liderem na temat jej sytuacji, gdy przebywała w lecznicy, jak i również przez fakt, że wspomniany Czereśnia był w stanie udzielić jej azylu. Jednak czy, aby na zasługiwała na niego i chciała pozostać w Owocowym Lesie? Na pewno chciała w jakiś sposób odwdzięczyć się kotom z Owocowego Lasu za opiekę, jak i spędzić jak najwięcej czasu ze Śnieniem przez opuszczeniem tutejszych terenów. Początkowo zamierzała udać się poprzez tereny niczyje, próbując dowiedzieć się od samotników, czy ktoś z nich słyszał o niewidomym niebieskim kocie, skoro Tańcujące Pierze zabronił jej powrotu do Klanu Burzy. Jednak skoro rebelie udało się zgasić w zalążku, czy to znaczyło, że mogła bezpiecznie wrócić do domu?
O dziwo ta myśl sprawiła, że zamiast radości z możliwego spotkania z bliskimi poczuła ukłucie w sercu. Obawiała się reakcji braci, a tym bardziej Zawodzącej Gwiazdy, którzy mogliby uznać jej odejście z klanu za zdradę. Obawiała się także konfrontacji z Wdzieczną Firletką, mimo że medyczka nie raz wykazała się zrozumieniem dla swojej uczennicy, jak i nie raz okazała jej wsparcie. Jednak składając przysięgę podczas ceremonii obiecała, że będzie bronić klanu, jak i dbać o zdrowie chorych czemu podczas pożaru nie podołała. Po raz kolejny złamała kodeks, mimo że pragnęła ochronić bliskich.
Zamyślona przyglądała się czarnemu kotu, zastanawiając się nad ubraniem swoich odczuć w słowa. To, że kocur był tutaj przy niej i rozmawiali, nie musząc się obawiać, że ktoś mógłby ich nakryć podczas nocnych spotkań było wręcz nierealne.
– Nie... właściwie, zamierzałam odejść całkowicie z tutejszych, gdy tylko poczuję się lepiej. Nie chciałam zasiać niezgody między Owocowym Lasem, a Klanem Burzy, gdyby wyszło na jaw, że przebywam na waszych terenach – miauknęła siląc się na łagodny ton, mimo, że z każdym kolejnym słowem jej ciało bardziej się napinało. – Nawet nie chce myśleć, co by się stało, gdyby Tańcujące Pierze dowiedział się, że żyje i znajduję się tak blisko klanu...
Opowiedziała wojownikowi wszystko, czego doświadczyła na własnej skórze i czego była świadkiem podczas pożaru. O tym, jak widziała śmierć własnego ojca, jak i o tym, że buntownicy pozbawili życia jej przyjaciela, Skrzypiący Skrzyp, grożąc, że jeśli powróci na tereny Klanu Burzy podzieli los poległych, których tamtego dnia krew została przelana. Wspomniała również o tym, jak Bąbelkowy Plusk wstawił się za nią oraz, jak Dziki Berberys odprowadził ją na granicę. To dzięki nim na dobrą sprawę była tu, gdzie teraz jest. Żywa.
Odejście, tym razem o wiele dalej, wydawało się najlepszym rozwiązaniem, nawet jeśli nie była stworzona do samotniczego życia.
– J-jeśli dobrze zrozumiałam, to co przekazali mi wasi medycy... uzdrowiciele – poprawiła się. – Na ten moment Klanem Burzy przewodzi Zawodząca Gwiazda, a na zastępczynię wybrał Skrzydlatą Płomykówkę. Oprócz tego dowiedziałam się, że obóz został całkowicie zniszczony, a schronienie znaleźli w podziemiach terenów... – mruknęła, nie wyjawiając Śnieniu nazwy Groty Pamięci. Bo to tam najprawdopodobniej schronili członkowie klanu, a przynajmniej tak to zrozumiała od Modrogończyka, który wspomniał o rozmowie ze swoim rodzeństwem, Łzawą Łapą i Milknącą Łapą o tym, że teraz obóz znajduję się w innym miejscu. Mimo, że ufała kocurowi widziała, że lokalizacja groty, jak i sieć tunelów nie powinna być znana żadnemu koty, który nie żył na otwartych terenach. – Wiem również, że na pewno jeden z moich braci żyje...
– Żyje i ma się dobrze. Przynajmniej fizycznie, nie zauważyłem, aby został zraniony przez cudze zęby czy języki płomieni. Ale twoje zniknięcie na pewno go zasmuciło...
– Rozmawiałeś z nim? Wie, że jestem pacjentem Owocowego Lasu?
– I tak, i nie. Czereśnia wysłał patrol na wasze tereny, w którym wziąłem udział, tuż po tym, gdy pożar został ugaszony przez deszcz. Purchawka i Modrogończyk chcieli się upewnić, czy ich bliscy są cali i zdrowi, jak i chcieli zaoferować pomoc sojusznikom. Na twojego brata wpadliśmy całkowicie przypadkowo, gdy wraz z innym wojownikiem wyszedł nam na przeciw, kiedy przeczesywaliśmy zgliszcza waszego starego obozu. To właśnie od niego dowiedziałem się, że zostałaś wygnana przez buntowników. – zamruczał. – Oprócz tego, wiem również, że rebeliantów spotkała zasłużona kara. Dwoje z nich zostało skazanych, a pozostali zostali więźniami. A Dziki Berberys, ten o którym wspomniałaś, został wygnany. – Śnienie mówił spokojnym tonem, dawkując informacje. Bardzo cenne informacje. – Być może ten, którego się tak obawiasz już ci nie zagraża. Jestem pewien, że jego dusza spoczęła w czeluściach miejsca, gdzie brak gwiazd. Zawodząca Gwiazda na pewno nie pozostawiłby kogoś takiego jak on przy życiu, kto w imię własnych idei morduje pobratymców.
Wróżka poruszyła uszami, powstrzymując łzy. Nie chciała, aby krew kolejnych kotów została przelewna na terenach Klanu Burzy, nawet mordeców. Starała się poznać odpowiedź na nurtujące ją od dnia pożaru pytanie. Czy Tańcujące Pierze od początku był zły? Czy jednak śmierć Aminkowej Łapy przeważyła szalę i doprowadziła jego brata na skraj szaleństwa. Żałowała, że nie była w stanie przywołać w myślach obrazu Pierza, gdy ten był kociakiem i młodym uczniem, który psocił z rodzeństwem. Gdy jego ciało nie pokrywała krew innych wojowników. Żałowała, że nie była w stanie im obojgu pomóc.
Wróżka przybliżyła swój pyszczek do boku kocura, by zaraz zatopić go w kruczoczarnej sierści Śnienia.
– Póki co i póki mogę, chce zostać w Owocowym Lesie. Z tobą. Jednak nie mogę wykluczyć ponownego powrotu do Klanu Burzy, o ile mnie w nim zechcą. – W końcu to nie Królicza Gwiazda, ani Zawodząca Gwiazda ogłosili jej wygnanie. I jakby nie patrzeć, wciąż przecież była medyczką, nie zrzekła się swojej funkcji, ani nikt jej nie zdegradował. Tańcujące Pierze jedynie kazał jej odejść i nigdy nie wracać. I nawet jeśli być może faktycznie jest tym, na kim przeprowadzono wyrok, i nie ma go wśród żywych, czy powinna narażać się duszy z Mrocznej Puszczy? – Kiedy będę gotowa, chcę się spotkać zarówno z liderem oraz zastępczynią Klanu Burzy, jak i moimi braćmi. Jestem im winna wyjaśnienia. A na razie, chce pozostać chociaż przez chwilę w miejscu, gdzie jestem bezpieczna. Gdzie nikt nie patrzy na mnie przez pryzmat koloru futra i oczu, jak i omenów, łagodnym spojrzeniem czy pogardliwym. Poproszę osobiście Czereśnie i obu zastępców o przyznanie mi azylu, gdy tylko Mistral i pozostali uzdrowiciele ogłoszą zakończenie mojej rekonwalescencji.

<Śnienie? pora nauczyć wróżkę nie tego jak latać, ale tego jak poruszać się wśród drzew >