BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 8 listopada, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Modrogończyk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Modrogończyk. Pokaż wszystkie posty

06 października 2026

Od Modrogończyka CD. Smoka

Modrogończyk wręcz z kocięcą łatwością poradził sobie z infekcją oka szylkretowej kocicy. W końcu wystarczyło nałożyć na nie okład z papki, dołożyć liść przytrzymujący ją, po czym na koniec użyć pajęczyny, aby uniemożliwić spłynięcie mazi na ziemię. I o ile Smok będzie stosowała się do zaleceń młodego szamana, raz-dwa i ponownie będzie spoglądać na świat parą pomarańczowych oczu.
– To już wszystko! – oznajmił.
– Mhm… – mruknęła żółtooka, jakby nad czymś myślała. – Wiesz, Gończyku… – dodała, przenosząc wzrok na białofutrą kocicę, która obecnie drzemała w lecznicy. – Tak sobie myślałam, czy ta kotka, aby nie jest żywym dowodem na istnienie Klanu Gwiazdy. Wygląda pzecież jak gwiazdka z nieba! No i w dodatku wiesz, że lidezy otzymują od Gwiezdnych Pzodków dziewięć żywotów – kontynuowała. – A ty niby co masz od Wszechmatki? No właśnie, nic! Jak ty możesz w nią w ogóle wiezyć, Gończyku? Czy pająki zasnuły ci mózg swoją pajęczyną? Nie ma żadnych dowodów na to, że ta wasza Wszechmatka istnieje. Lozmawiałeś kiedyś z jezykiem albo jaskółką i wiedziałeś, że to któlyś z twoich dawnych poblatymców? Dla mnie to zwykła bzdula! Tylko dulnie wieżą w jakąś Wszechsratkę! – zakpiła.
Gdy pierwsze zdanie opuściło pysk Smok, Modrogończyk miał ochotę jej zawtórować. Sam również był podobnego zdania odnośnie Wełnistej Mszycy, czy właściwie Wróżki, która od paru księżyców pomieszkiwała w lecznicy Owocowego Lasu. Co prawda wierzył we Wszechmatkę, lecz nigdy nie kwestionował wiary swego ojca. Ot to, istniała jeszcze jakaś inna wiara, do której miał po prostu szacunek i nikogo, kto wierzył w Klan Gwiazdy, nie zamierzał na siłę nawracać. Ba, nikogo nie zamierzał siłą nawracać z innej wiary na jedyną. Jego zdaniem i najprawdopodobniej innych wyznawców Wszechmatki, prawdziwą wiarę, gdzie każdy był równy, a nie równy i równiejszy. Dżdżownica, żuk, barwny motyl, trawa, kwiatki, drzewa, myszy, lisy, ptaki, jak i koty. Każdą cząstkę fauny i flory Wszechmatka ukochała. Nawet jeśli według wierzeń za równiejsze od innych stworzeń można było uznać jaskółki i jerzyki, w końcu te ptaki otaczało się specjalnym szacunkiem, w ponadto ich się nie spożywało. Modrogończyk był zdania, że w oczach Wszechmatki wszyscy byli równi. Jednak, gdy kocica zaczęła ciągnąć swój monolog, nie pozwalając dojść do słowa czekoladowemu, jego mina z każdym kolejnym uderzeniem serca coraz bardziej rzedła, a w jego wnętrzu się wręcz zagotowało z powodu arogancji i ignorancji Smok. Żeby tego było mało, nie ruszyło go zbytnio, gdy uznała, że pająki zasnuły mu mózg. Bardziej wstrząsnęło nim to, że kocica bez skrępowania porównywała dwie różne od siebie religię, uznając jedną za lepszą od drugiej, obrażając przy tym wyznawców Wszechmatki, jak i ją samą.
Grymas na pysku kocura stał się bardziej dostrzegalny, a ponadto kocur gryzł się w język, aby nie powiedzieć czegoś, czego później by żałował. Mimo że Smok była o parę dni starsza od niego i dzielili po tyle samo księżyców, odniósł wrażenie, że miał przed sobą małego rozwydrzonego kociaka, który lubił grać innym na nerwach. Właśnie, właśnie w taki sposób można było opisać Smok.
– Przecież Wszechmatka przemawia do mnie i do szamanki, mojej matki, podczas snów... a dziewięć żywotów otrzymanych od przodków uważam za głupotę. Nie wiem, jak ty, ale ja nie chciałbym umierać dziewięć razy... – zaczął, starając się na spokojny ton, jednak mocno go zabolało, że Smok zwyzywała jego bliskich i połowę, jak nie większość, Owocowego Lasu od durni, a dokładniej "dulni". Miał nadzieję, że uda się nieco zmienić ton rozmowy i onieśmielić szylkretkę wyznaniem dotyczących proroczych snów przepełnionych aluzjami i symbolami, jednak gdy kocica wybuchła głośnym śmiechem, o mało co nie zapadł się pod ziemię. – N-naprawdę, Smok? Czy czujesz satysfakcję, obrażając moją wiarę, moich bliskich i mnie, tuż po tym, jak ci chwilę temu opatrzyłem oko? Może byś powiedziała, chociaż "dziękuję"? – westchnął. – Miałem zamiar ci zawtórować na pierwsze zdanie, bo odnoszę podobne wrażenie odnośnie Wróżki. A ty najwidoczniej szukasz zaczepki... i guza. Ale ode mnie go nie otrzymasz. Jeśli chcesz dalej nabijać się ze mnie, z Wszechmatki i połowy Owocowego Lasu to rób to gdzieś indziej i w innym towarzystwie. Najlepiej innych kotów, które podobnie, jak ty darzą sympatią Klan Gwiazdy i lubią nabijać się z innych wiar. – Wymownie spojrzał w kierunku wyjścia z lecznicy, tym samym dając znać Smok, że już pora na nią.
"Jak chce, to potrafi powiedzieć "er"."

Początek Pory Nagich Drzew

Modrogończyk nie miał zielonego pojęcia, jakim cudem Lis odmroził sobie poduszki łap. W końcu rudy większość czasu spędzał w legowisku starszyzny. Zachodząc w głowie, w jaki sposób młody starszy dorobił się urazu, nakładał na jego opuszki papkę z podbiału. Po zakończeniu wizyty w legowisku starszych skierował się z powrotem w stronę lecznicy, aby odłożyć do składziku niewykorzystane zioła. Nim się spostrzegł, do lecznicy zaczęły wręcz falami napływać koty, które wymagały opieki medyków. Jednym z nich była rodzona siostra Modrogończyka, Psianka. Czarno-biała wybiła sobie bark podczas patrolu zwiadowców. Kulejąc na jedną łapę, przy pomocy swojej dawnej mentorki, udało jej się wgramolić po rampie do legowiska uzdrowicieli.
– Czy ty i Smok jesteście skłóceni? – zagadnęła cicho złotooka, po czym z jej pyska wydobył się donośny krzyk, gdy uzdrowiciel bez uprzedzenia nastawił bark łaciatej.
– Nie... Po prostu nie interesują mnie rozmowy z przerośniętymi kociętami, którym pająki zasnuły nie tyle, co mózgi, ale również zatkały pajęczynami oczy i uszy... – Wybrął, mając spojrzenie utkwione w boku siostry. Przez dłuższą chwilę zwiadowczyni nic nie powiedziała, dlatego ukradkiem zerknął na jej pysk. Psianka przez cały czas wymownie wpatrywała się w brata, który nerwowo uciekł spojrzeniem w bok, by po chwili ponownie na nią spojrzeć. – N-no co?
– "Dzień dobry, Smoku!" "Hej Smok" – zaczęła, naśladując radosny ton głosu brata, by chwilę później na jej pysku zagościł grymas – "Ugh. Głupia Smok." Jak długo zamierzasz to ciągnąć? Osobiście wolę, jak nie snujesz się po obozie jak smród ze spuszczonym ogonem i nie zerkasz ukradkiem w stronę pewnej wojowniczki, by chwilę później przeklinać pod nosem. Co między wami zaszło?
No tak. Modrogończyk nie wspomniał nikomu o tym, co ostatnim razem powiedziała mu wojowniczka. O tym, że nazwała Wszechmatke "Wszechsratką", tym samym po raz pierwszy najprawdopodobniej poprawnie wymawiając "r". Gdyby sytuacja była inna, kocur najpewniej świętowałby zdobycie umiejętności poprawnej wymowy przez szylkretową koleżankę.
Jako młody szaman powinien... no właśnie, co powinien zrobić z takim przypadkiem jak Smok? Przecież skoro nie chciała wierzyć w Wszechmatkę, wcale nie musiała, ale nie powinna pozwalać sobie na kąśliwe uwagi wobec jej wyznawców, jak i samej wiary. Tym bardziej nie wypadało, aby robiła to młoda wojowniczka ledwie co mianowana. Jednak Smok była wyjątkowym przypadkiem, który nie przejmował się tym, że jej słowa mogły zranić drugiego kota. Czy ona na dobrą sprawę myślała o tym, co mówi, czy mówiła wszystko, co jej ślina na język przyniosła?
– Jej słowa dość mocno mnie uraziły... Myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi, a ona... Ech. Nieważne. Nie chcę do tego wracać – westchnął. – Nie mam także ochoty tracić czasu na rozmowy o niej czy z nią. Póki mnie nie przeprosi, nie będę się do niej odzywać. A wiem, że tego nie zrobi... Jeśli będzie chora i o ile przyjdzie zająć mi się jej urazem bądź schorzeniem zrobię to, ale nic ponadto. Nie interesuje mnie, co robi.
– Naprawdę, Gończyku? Sam sobie właśnie przeczysz...
– W-wiem... to po prostu tak wygląda, ale chciałem doprecyzować, że nie zamierzam się na niej mścić za krzywdę. Po prostu jest mi przykro. Naprawdę uważałem ją za dobrą koleżankę... nieco irytującą, krnąbrną, ale jednak koleżankę...
Przynajmniej Psianka nie miała takich problemów, jak Modrogończyk. Przynajmniej miał taką nadzieję, gdyż łaciata nie skarżyła się, aby ktoś jej dokuczał, zwyzywał czy po prostu zranił. Kocica wydawać by się mogło, dogadywała się z każdym. I tak jak Modrogończyka często można było zobaczyć dotychczas w towarzystwie córki Rohan, gdy do niej się wręcz przyczepiał niczym rzep, próbując się dowiedzieć czy nic jej nie dolegało lub po prostu chcąc zapytać, jak minął jej dzień, tak jego siostra wydawać by się mogło, często trzymała się z Borowikiem lub Puchaczem, co nie było właściwie niczym dziwnym przez fakt, że cała trójka przecież była zwiadowcami i często wspólnie brali udział w patrolach zwiadowczych.
– Poróżniliśmy się trochę... mamy odmienne zdania i spojrzenie na niektóre sprawy... – ciągnął kocur, nie wdając się w szczegóły. – Jeszcze Porą Opadających Liści zamierzałem wyciągnąć do niej pierwszy łapę, jednak... zdałem sobie sprawę, że byłoby tylko gorzej... I próbuję po prostu odpuścić. Uwierz, staram się! – parsknął, szczerząc zęby, widząc, że siostra również tłumiła rozbawienie na swoim pyszczku.
"Och, ile bym dał, aby oprócz Psianki był tu teraz z nami Zew i Łza. Abyśmy w czwórkę mogli podyskutować o typowych rozterkach młodych kotów."
Właśnie, jego rodzeństwo w Klanie Burzy, jak i reszta kotów żyjących na otwartych terenach pewnie nadal ciężko pracowała, aby odbudować to, co stracili podczas pożaru. Czy mieli wystarczająco jedzenia? Nawet jeśli tak, nie zaszkodziłoby podzielić się z nimi zwierzyną i ziołami, na których zapasy Owocowy Las nie mógł narzekać.
– Dzięki za nastawienie barku... – miauknęła Psianka, tuż po tym, jak podniosła się z posłania. Modrogończyk uczulił siostrę, aby oszczędzała się i przez kilka dni odpuściła udział w patrolach zwiadowczych. Kocica przytaknęła, obiecując, że będzie przestrzegać zaleceń młodego szamana. Gdy już miała opuścić lecznice, zatrzymała się jeszcze i powiedziała: – Wiesz co, Modrogończyku... nie odpuszczaj.
Kocur uśmiechnął się słabo, po czym skinął głową siostrze na pożegnanie, gdy ta zeszła w dół po rampie. Przez dłuższą chwilę miał spojrzenie utkwione w wejściu do lecznicy, które pozostawało puste, przynajmniej do czasu, aż dobrze znajoma mu szylkretowa postać weszła pewnym siebie krokiem do jej wnętrza.

Wyleczeni: Psianka - wybicie barku, Lis - odmrożone poduszki łap

<Smok? Czyżby rodzinna plaga odmrożeń poduszek łap? A może Wicio się zapodział w składziku?>

15 września 2026

Od Modrogończyka

Chłodny wiatr smagał futro na karku Modrogończyka. Kocur tuż po tym, jak sporządził zapas mieszanek ziół, udał się na samotną przechadzkę do Dębowej Ostoi, która o tej porze Pory Opadających Liści prezentowała się jeszcze piękniej niż dotychczas. Liście drzew mieniły się ciepłymi barwami w blasku popołudniowego słońca, a ptaki świergotały wśród koron drzew. Młody szaman, co jakiś czas przystawał na leśnej ścieżce, starając się nie tyle, co napawać otaczającym pięknem, ale również chciał odbierać w pełni wszystkimi zmysłami otaczającą go naturę.
Szum wiatru i jego chłód, gdy jego futro było przez niego muskane. Trzepot skrzydeł ptactwa i ich śpiew wśród koron drzew. Szelest gałęzi na wietrze. Zapach zbutwiałych kolorowych liści oraz ta charakterystyczna woń wilgotnej trawy, oraz ziemi. Promienie słońca oświetlające ścieżkę, którą kroczył młody szaman, opowiadały własną historię Dębowej Ostoi, której stał się częścią.
"Gdybym to ja, a nie Łza czy Zew, trafił do Klanu Burzy, to czy moje życie wyglądałoby podobnie? Czy obrałbym ścieżkę medyka? Czy przeżyłbym tam pierwsze przyjaźnie i pierwsze kłótnie? Pierwsze miłości? Czy gorliwie broniłbym swojej wiary, nie pozwalając nikomu jej obrażać? A co najważniejsze, czy byłbym tak zżyty z ojcem, jak z matką?"
Wciąż miał tyle pytań do Zawodzącej Gwiazdy. I nie tylko do niego. Do Skrzydlatej Płomykówki, jego ciotki, która była zastępczynią, jak i do dalszych krewnych. Również do swojego brata i siostry miał wiele pytań, których lista z każdym kolejnym księżycem się powiększała.
Słysząc szelest gałęzi tuż nad swoją głową, instynktownie spojrzał w górę, starając się dostrzec ptaka czy też wiewiórkę, która najprawdopodobniej przemykała wśród gałęzi. Jednak nie spodziewał się zobaczyć jasnobrązowego futra, które z każdym uderzeniem serca znajdowało się coraz bliżej niego, z każdą chwilą zwiększając przy tym swoją wielkość. Nie zdążył w porę zareagować - chcąc nie chcąc był zmuszony zamortyzować upadek samotnika, który dosłownie zwalił go z łap.

🍃🌱🌿

Od Modrogończyka CD. Mistral

Akcja ma miejsce po śmierci Fruczaka oraz po rozmowie z Wróżką i Śnieniem

Modrogończyk od dłuższego czasu chodził przygnębiony, poza terenem obozu, jak i w samej lecznicy. Głównym powodem jego stanu było wyjawienie mu przez szylkretową kocicę, co ta myślała o Wszechmatce i jej wyznawcach podczas ich ostatniej rozmowy, która miała jakiś czas temu miejsce. Od tego czasu nie zamienił z szylkretką ani słowa. Co prawda rozważał wyciągnięcie do niej łapy jako pierwszy, w dodatku zamierzał ją zaprosić na spotkanie wyznawców Wszechmatki, aby spróbowała poszerzyć swój punkt widzenia o wierze w Owocowym Lesie, jednak im dłużej się do tego zbierał, tym bardziej przekonywał się o tym, że to zły pomysł. Skoro ostatnim razem go wyśmiała, a na dodatek w jednym zdaniu zwyzywała połowę społeczności Owocowego Lasu, nawet nie chciał myśleć o tym, na jaki pomysł kocica by wpadła, gdyby faktycznie wzięła udział w spotkaniu. Wchodziłaby w słowo Purchawce, uniemożliwiając prowadzenie spotkania? A może wdrapałaby się na najwyższy punkt, z którego wyśmiewałaby zebranych? Chyba tylko sama Wszechmatka była świadoma tego, do czego szylkretka była zdolna. Modrogończyk powoli również zdawał sobie z tego sprawę.
Drugim powodem złego samopoczucia młodego szamana była śmierć Fruczaka. Wciąż pamiętał, jak rozmawiał ze stróżem na temat Wszechmatki, i jak rodzeństwo Kolendry wykazywało zainteresowanie wspomnianą wiarą. Nadal nie rozumiał, dlaczego czarny bronił się przed interakcją z pozostałymi wyznawcami, mimo że jego poglądy były wręcz identyczne wobec głoszonych nauk i nakazów. I sam kocur się z nimi zgadzał, nie raz powołując się na nie podczas rozmów. I, mimo że Fruczak ani razu nie zdecydował się wziąć udziału w spotkaniach, doceniał te ich rozmowy prowadzone w nienachalnym tonie.
Teraz niestety były jedynie wspomnieniem.
– Nie, Mistral – odparł krótko, wpatrując się w kocicę wzrokiem zbitego psa. Ostatnia rozmowa z kocicą niekoniecznie pomogła mu rozgryźć sytuację Fruczaka i jego sprzeczności. A nawet, gdyby udało mu się ponownie zasięgnąć porady starszej, nie mógł teraz zrobić już nic więcej, jak pomodlić się o starszego i mieć nadzieję, że po śmierci udało mu się zaznać spokoju. – Pod wieczór zajrzę do starszyzny. Ostatnio, gdy u nich byłem, skarżyli się na bóle stawów, więc zapasy aksamitki nam się trochę uszczuplą... przygotuje dla nich spory zapas maści... i popytam czy nic więcej im nie doskwiera.
Po tym, gdy poinformował zielarkę na temat tego, co zamierzał robić dzisiejszego dnia, zszedł jej z drogi, udając się do składziku. Jak na złość, aksamitki mieli o wiele mniej w zapasie, niż przypuszczał. Wzdychając, pochwycił w pysk część roślin, które zamierzał przerobić na papkę i sprezentować ją starszym. A gdy już upora się z przygotowaniem maści i zaniesie ją starszym, zamierzał udać się na samotną wyprawę medyczną, po aksamitkę, bądź inną roślinę, która również pomagała na bóle stawów u starszych kotów. Może mógłby udać się z wyprawą na tereny Klanu Burzy i przy okazji odwiedzić swoich bliskich? Połączyłby przyjemne z pożytecznym.

<Mistral?>
🍃🌱🌿

04 września 2026

Od Modrogończyka

Akcja ma miejsce jakiś czas po rozmowie ze Smok na temat istnienia Wszechmatki, teraźniejszość

Brązowy kocur z nadąsaną miną przyglądał się Wróżce, która była pogrążona w rozmowie ze Śnieniem na temat społeczności, w których dotychczas żyli, jak i zasad, które w nich funkcjonowały. Niby nic nie miał do Klanu Gwiazdy, w który biała kocica i czarny kocur wierzyli, jednak jakoś zabolało go, to gdy Smok podczas ich ostatniej rozmowy zwątpiła w istnienie Wszechmatki i obraziła na dobrą sprawę całą społeczność Owocowego Lasu, która oddawała cześć bezcielesnemu bytowi. Na samo wspomnienie, jak został wyśmiany przez kocicę, gdy wspominał o tym, że Wszechmatka do niego i jego matki przemawiała podczas snów, poczuł, jak pieką go policzki. Zawiódł się tak bardzo na Smok, że o mało co w przypływie złości nie powiedział jej dosadnie, gryząc się ostatecznie w język. Nie potrafił i nie chciał zniżać się do jej poziomu. Dlatego jedynie w myślach nazwał ją głupią kotką, jak i durnym kociakiem.
– Co jej nagadaliście... – burknął, podnosząc się z podłoża, zwracając uwagę pacjentki i wojownika. Po minach kotów zrozumiał, że nie mieli pojęcia, o czym mówił i kogo miał na myśli. – Smok. Chodzi mi o Smok. Ostatnio, jak z nią rozmawiałem, powiedziała... ekhm "tylko dulnie wierzą w jakąś Wszechsratkę" – mruknął przedrzeźniająco, starając się odegrać szylkretkę najlepiej, jak potrafił. – Musieliście jej coś nagadać. Ty albo ty... – Łypnął na wojownika, któremu co prawda zawdzięczał życie, za co był mu dozgonnie wdzięczny, ale nie mógł pozwolić na to, aby na terenach, nad którymi Wszechmatka sprawowała pieczę, obrażano ją czy jej umniejszano. – Ty. Może i jesteś żywym dowodem na istnienie Klanu Gwiazdy, ale pamiętaj, że jeśli ten Klan Gwiazdy wysłał cię na nasze tereny z misją, aby nas nawrócić oraz obrażać Wszechmatkę, to możesz już teraz zabrać garstkę ziół i jedną piszczkę na drogę powrotną do Klanu Burzy.
Słowa Modrogończyka spowodowały zmieszanie na pyskach kotów, w szczególności białej kocicy. Czarny kocur natomiast zmarszczył brwi, gotów zgasić młodego szamana, jednak jego towarzyszka, zdając sobie sprawę z gęstej atmosfery, zdecydowała się przejąć inicjatywę. Delikatnie położyła swoją łapę na czarnej łapie kocura, wpatrując się w niego łagodnie tymi swoimi dużymi fioletowymi oczami.
– Przykro mi, Modrogończyku, że twoja koleżanka, Smok, wyśmiała twoją wiarę – zwróciła się tym razem do młodego szamana. – Niestety nie miałam okazji z nią rozmawiać na temat Klanu Gwiazdy, jednak gdybym to zrobiła, zapewniam cię, że nie zachęciłabym jej do wyśmiewania waszych wierzeń. Mimo że sama zamierzam pozostać wierna swoim wierzeniom, z zainteresowaniem słuchałam od twojej matki czy Mistral informacji na temat Wszechmatki. I śmiem twierdzić, że jedynie co nas różni to nazwy bytów, które czcimy oraz kilka małych różnic ogólnie zasad, jak chociażby to, że u was uzdrowiciele mogą posiadać partnera oraz kocięta.
– No i ten wasz Klan Gwiazdy podobno liderom daje dziewięć żywotów, a Wszechmatka tego nie robi... i myślę, że jest pod tym względem lepsza, niż Klan Gwiazdy! No bo... czy chcielibyście umierać i odradzać się dziewięć razy? To jest durne! Jeśli ktoś ma coś zrobić, to zrobi to podczas swojego jedynego życia. Nie potrzebuję kolejnych i kolejnych szans, aby dokonać niestworzonych rzeczy! I Wszechmatka wcale nie jest gorsza, ona również przemawia do swoich wyznawców w snach czy poprzez znaki w przyrodzie. Tylko trzeba umieć słuchać i patrzeć... ale nie każdy to potrafi – mruknął pod nosem, tak jakby adresował tę wypowiedź do Smok, która najpewniej teraz była na patrolu.
Rozmowa, która wydawać by się mogło, miała eskalować w kłótnie, zamieniła się w bardzo interesująca rozmowę trójki kotów na temat odmiennych kultur, wierzeń i tym podobnych. W końcu nawet został poruszony temat Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd będącego przeciwieństwem Klanu Gwiazdy. Modrogończyk dowiedział się wielu ciekawych rzeczy i mimo nieprzychylnego odbierania Klanu Gwiazdy, potrafił na nich spojrzeć jeszcze bardziej przychylnie. Chociaż jego opinia dotycząca zasady uniemożliwiającej medykom posiadania czy to partnera, czy potomstwa była totalnie z czapy. I mimo tej przychylności na sojusznicze wierzenie, nie mógł pozwolić, aby ktoś, kto nie miłował Wszechmatki, obrażał ją.
– Wiesz co, Modrogończyku... może jeśli zaproponujesz swojej koleżance udanie się na te wasze spotkania, którymi przewodzi szamanka, sprawisz, że zmieni nastawienie względem Wszechmatki? I na pewno przeprosi za słowa, którymi cię zraniła...
– Przeprosi... już to widzę. Prędzej połknie swój własny ogon, niż przeprosi mnie za to, że mnie obraziła. Mnie, moją mamę, siostrę i pozostałych członków czczących Wszechmatkę. W sumie... spróbuję ją zaprosić na to spotkanie... to nie jest taki zły pomysł, a nuż się zgodzi i poszerzy się jej punkt widzenia!
Po skończonej rozmowie z kotami czczącymi Klan Gwiazdy Modrogończyk zajął się dwójką pacjentów – Rohan, matką Smok, która miała popękane poduszki oraz Łysiczką, która miała zraniony ogonek. Rohan nie towarzyszył żaden kot, (może to i lepiej, bo gdyby towarzyszyła jej Smok, na pewno Modrogończyk nadal miałby popsuty humor), natomiast u boku młodszej pacjentki znajdowała się Drobinka oraz Borowik. Podbiał pospolity skutecznie złagodził ból łap, jak i swędzenie ran, które zrobiły łapy zwiadowczyni, natomiast na ogon młodej terminatorki wystarczyło zrobienie okładu z nawłoci oraz liścia szczawiu, którym został ów ogon owinięty. Zarówno starsza kocica, jak i młodsza dostała reprymendę od uzdrowiciela i pomocnika szamana, aby uważały na siebie. Oprócz tego pochwalił je za szybką reakcję, przy czym dodatkowo pochwalił mamę Łysiczki oraz jej mentora, że byli czujni i nie zwlekali z udaniem się do lecznicy.
A po skończonej pracy, mimo wahania, kocur zdecydował się zaprosić Smok-ignorantkę na jedno ze spotkań, którymi przewodziła Purchawka.

Wyleczeni: Łysiczka - zranienie ogona 🐎, Rohan - popękane poduszki 🐎

🍃🌱🌿

20 sierpnia 2026

Od Modrogończyka

Modrogończyk od dłuższego czasu przyglądał się śnieżnobiałej pacjentce oraz czwórce kotów, z którymi rozmawiała. Treść ich rozmowy docierała do jego uszu, mimo że nie zamierzał podsłuchiwać. Po prostu takie były uroki rozmów na małych przestrzeniach — chcąc nie chcąc, słyszało się rozmowy innych kotów, o ile te nie siliły się na szept. Tematem przewodnim rozmowy była przyszłość kocicy w Owocowym Lesie, jak i jej brak, gdyby zapadła decyzja o tym, że z chwilą pełnego wyzdrowienia zostanie odesłana do Klanu Burzy.
— Wiesz, co Gołąbku... — zwrócił się do uzdrowiciela, który nadstawił uszu na dźwięk swojego imienia. — Uważam, że Wróżka powinna zostać w Owocowym Lesie. Jej pojawienie się na naszych terenach nie mogło być zwykłym przypadkiem, a wręcz było jawną ingerencją Wszechmatki, a nawet samego Gwiezdnego Klanu... — szepnął, zatrzymując spojrzenie na Purchawce. Szamanka znała treść koszmaru, który pod koniec Pory Opadających Liści nawiedził brązowego kocura. — Jej tułaczka, jak i sam fakt, że żyje, wygląda, jakby dwa wszechpotężne byty dobiły targu... może tak jak między Owocowym Lasem a Klanem Burzy wywiązał się sojusz, tak doszło do zawiązania sojuszu lub jakiegoś paktu między Wszschmatką a Klanem Gwiazdy? — Potarł łapą brodę, oddając się zadumie. — No bo... ona na dobrą sprawę już dawno powinna być martwa... — Ostatnie słowa wymówił tak cicho, że Gołąbek musiał przybliżyć się na długość wąsów do ucznia Purchawki. — A jednak ktoś lub coś wciąż nad nią czuwa.
Czy to, co mówił, miało właściwie sens? Czy może doszukiwał się czegoś, czego na dobrą sprawę nie było?

~~~

Dzisiejszego dnia czekała go ceremonia na uzdrowiciela, o czym został poinformowany tuż po przebudzeniu przez matkę, gdy tylko pierwsze promienie słońca wpadły do wnętrza dziupli. Był gotów podejmować samodzielnie decyzję, zarówno jeśli chodziło o sprawy medyczne, jak i duchowe. Jednak brązowy kocur wątpił, aby jego podejście zasięgania rad innych kotów zmieniło się z chwilą zakończenia jego treningu. W końcu, póki Purchawka pełniła funkcję głównej szamanki w Owocowym Lesie, to ona będzie tą, która będzie wspierać lidera oraz zastępców. On mimo zakończenia treningu będzie ja nadal obserwować, aby w przyszłości godnie zająć jej miejsce, gdy będzie starszy i bardziej doświadczony niż teraz.
— Wszystko w porządku? Nie cieszysz się?
— Cieszę, po prostu... kiedy w przyszłości zostanę głównym szamanem, to będzie znaczyło, że nie jesteś w stanie pełnić dalej jego funkcji — Przełknął ślinę. To znaczyło, że jego matka, albo odejdzie na zasłużony odpoczynek do starszyzny lub pośmiertnie zostanie jerzykiem, bądź jaskółką, która otrzyma inne zadanie od Wszechmatki niż przewodzenie spotkaniom i głoszenie jej słów. I to na jego barki spadnie głoszenie nauk Wszechmatki. — Czy to samo uczucie towarzyszy kotom, które zostają wybrane przez nowego lidera na zastępcę? — Położył łapę na sercu, które wybijało przyspieszony rytm. — Czy tata też się tak czuł, gdy jego ojciec wybrał go na swojego następcę?
Wiedział, że matka nie była w stanie odpowiedzieć mu na to pytanie. Musiał osobiście porozmawiać z Zawodzącą Gwiazdą, aby dowiedzieć się, czy jego ojcem targały podobne rozterki, jak nim samym.

~~~

Czereśnia, pomimo swojego wieku, płynnym ruchem odbił się od ziemi i z gracją znalazł się na najniższej gałęzi topoli, zwołując członków społeczności. Modrogończyk zmrużył swoje oczy, przenosząc spojrzenie z Wysokiego Słońca na brązowofutrego lidera, jak i koty znajdujące się u podnóża pnia.
— Modrogończyku, wystąp.
Kocur posłusznie poczynił krok naprzód, występując z zebranych.
— Najwyższy czas, abyś stał się uzdrowicielem. Wykazałeś się ogromnym altruizmem, a ponadto zdobyta wiedza medyczna nie ma przed tobą sekretów. Czy przysięgasz pozostać lojalnym naszej społeczności i dbać o jej zdrowie?
— Przysięgam.
— A zatem witamy cię jako nowego uzdrowiciela Owocowego Lasu!
Zebrani zaczęli głośno skandować imię zebranego, jednak Modrogończyk, zamiast cieszyć się chwilą, przeniósł spojrzenie z lidera na matkę, która znalazła się tuż pod gałęzią, na której znajdował się brązowy kocur. Czereśnia po skończonej ceremonii zamierzał najprawdopodobniej oddać się innym obowiązkom, gdy w zaledwie chwilę po tym, gdy jego łapy dotknęły ziemi, ponownie znalazł się na gałęzi, dokładnie tuż po wysłuchaniu wypowiadanych szeptem słów przez szamankę.
— To nie koniec ogłoszeń! Zgodnie z wolą Wszechmatki, jak i naszej szamanki, Purchawki, Modrogończyk został wybrany na następnego szamana. Na razie będzie pełnił funkcję uzdrowiciela, pomagając Mistral oraz Gołąbkowi w opiece nad chorymi. Będzie także pełnił funkcję pomocnika szamana, do czasu, aż nie będzie gotów przejąć w pełni jego obowiązków wraz z przejściem na emeryturę Purchawki, gdy szamanka uzna to za stosowne.
Koty ponownie zaczęły skandować imię Modrogończyka, jednak wśród nich kocur wyłapał szepty, co poniektórych osobników.

~~~

O zmierzchu rozpoczął się rytuał Poznania Oblicza Swego Mienia przez świeżo mianowanego uzdrowiciela. Przy pomocy Purchawki Modrogończyk zrozumiał, że rzeczownik jego imienia duszy będzie brzmiał tak samo, jak jego imię nadane przez matkę. A jego pełne duchowe imię brzmieć będzie Modrogończyk Wędrujący Przez Sny.

[756 słów; koniec treningu]

[15%]

Od Modrogończyka do Mistral

Lubił obserwować, jak Mistral jest w swoim żywiole i zajmuje się tworzeniem mieszanek ziołowych mających przynieść chorym ulgę. Jednak z tego, co udało mu się zauważyć, biała kocica ostatnio nie była sobą. Poniekąd rozumiał, skąd mogła wynikać ta zmiana, która rozpoczęła się niedługo po sytuacji z jej mentorem. Podobno chodziło o coś jeszcze, jednak kocur nie był na tyle blisko, aby widzieć więcej. Nawet jeśli dzielili razem legowisko medyka.
Pamiętał, jak będąc ledwie co mianowanym uczniem, który dosłownie chwilę temu miał mleko pod nosem, obserwował, jak Mistral wraz z Gołąbkiem zajmują poważnymi urazami pacjentów. Do tej pory tylko pobieżnie wiedział, z czym wiążą się ich role. Towarzyszył mu strach oraz podziw względem dwójki kotów, a w szczególności Mistral, w których oczach w kolorze nieba tlił się zalążek burzy podczas walki o zdrowie, a może i nawet życie pacjenta.
— Hej, Mistral... masz chwilę...? — zagadnął, siadając blisko kocicy i owijając ogon wokół łap. Lekko się zgarbił, chcąc wydawać się mniejszy, niż w tym momencie był. Zielarka odsunęła ogonem korę, na której znajdowały się sproszkowane zioła i przeniosła spojrzenie na ucznia. — Jakiś czas temu rozmawiałem z Fruczakiem na temat Wszechmatki. Wydaję się być zainteresowany wiarą, a sama rozmowa na ten temat sprawia mu radość. Oprócz tego jego poglądy są zbliżone do poglądów wyznawców, jak i samych nauk głoszonych przez moją mamę. Jednak, jak na razie nie wykazał zainteresowania wzięcia udziału w spotkaniach... — Posmutniał. — Wygląda to jakby, celowo się izolował od wzięcia w nich udziału... Nie chcę na niego naciskać, ale myślę, że takie spędzenie czasu z innymi kotami dobrze by mu zrobiło... Martwię się o niego. Mimo że jest bratem Kolendry, są swoimi całkowitymi przeciwieństwami. Może spróbowałabyś z nim porozmawiać? Może przed tobą by się otworzył?

<Mistral?>

[283 słowa]

[6%]

Od Modrogończyka do Pierścienia

Modrogończyk po powrocie z treningu zdecydował się na ponowną rozmowę z Fruczakiem na temat Wszechmatki. O dziwo kocur wykazywał zainteresowanie tematem, jednak nie udało się młodemu szamanowi zachęcić czarnego kota do wzięcia udziału w spotkaniach prowadzonych przez Purchawkę. Mimo to udało im się wspólnie spędzić czas na rozmowie, a Modrogończyk czuł, że w krótkim czasie udało mu się mocniej zacisnąć więzy z wieloma kotami w ich społeczności, nawet tymi, z którymi nie dzieliła go krew.
Po opuszczeniu legowiska stróży, nim zdecydował się powrócić do legowiska medyka, zajrzał do kociarni, w której znajdowała się Drobinka wraz z trójką kociąt będących nowymi członami Owocowego Lasu. Łysiczka, Strusiek oraz Serduszko zostali znalezieni przez białą kocicę, Pieczarkę oraz Orchideę. Modrogończyk przywitał się z ich adopcyjną matką, po czym odłożył maleńką myszkę, którą udało mu się pochwycić ze stosu, nim zajrzał do żłobka. Upewniwszy się, że z kociętami jest wszystko w porządku i nie wymagają odwiedzin uzdrowiciela czy zielarza, a Drobinka nic więcej nie potrzebuje, zdecydował się im nie przeszkadzać, tym bardziej że dwójka z trójki kociąt zaczęła przygotowywać się do popołudniowej drzemki.
Przez swoją nieuwagę w wejściu do lecznicy zderzył się głową z kocurem o niebieskim futrze poprzecinanymi pręgami. Oto właśnie Pierścień we własnej osobie wpatrywał się z grymasem na pysku w Modrogończyka, który bez uprzedzenia zaczął badać czoło ucznia wojownika. I mimo że Modrogończyk najprawdopodobniej wyzbył się swojej fobii wobec kotów posiadających niebieskie oczy, chłód bijący z oczu Pierścienia zniechęcił go do kontynuowania badania.
— Ekhem, wybacz, Pierścieniu... — odkaszlnął, zabierając łapy z pyska brata Smoka. Nim jednak pozwolił sobie na danie przestrzeni kocurowi, zdecydował się jeszcze poprawić sterczący włos na czubku jego głowy. Machnięciem łapy dał znać, że Pierścień jest zdrów i nie wymaga powrotu do wnętrza legowiska. — Jak się miewają twoje poduszki? — zagadnął, nim srebrny zdołał umknąć Modrogończykowi. Pierścień z irytacją wymalowaną na pysku zatrzymał się w połowie rampy usypanej z ziemi. — No bo wiesz, ostatnio odmroziłeś je sobie Porą Nagich Drzew... Porą Nowych Liści, a tym bardziej Porą Zielonych Liści również powinieneś uważać, aby ich nie zranić. Na śmietnisku ostatnimi czasy jest bardzo dużo ostrych rzeczy, a oprócz tego jest tam dziwna, czarna i twarda trawa, która jak się na niej stanie jest za dnia bardzo gorąca... Uważaj na siebie, dobrze?

<Pierścień?>

[369 słów]

[7%]

Od Modrogończyka

Spotkania, którymi przewodziła Purchawka, zyskiwały na popularności. Początkowo jedynym kotem, którego udało się przekonać do wzięcia w nich udziału była Jaśminowiec, jednak w krótkim odstępie czasu również Len zaszczycił wyznawców Wszechmatki swoją obecnością na zgromadzeniu. Oba koty jak na razie nie zdecydowały się oficjalnie zmienić swoich wyznań, jak uczyniła to partnerka Kolendry, Szafran, jednak był to jakiś krok do tego, aby ich społeczność była jeszcze bardziej zjednoczona. Nie, żeby Modrogończyk miał coś przeciwko innym wiarom, jednak chyba było lepiej, gdy w społeczności żyły koty o podobnych wierzeniach czy poglądach. Dzięki temu nie dochodziło między nimi do niezgody oraz konfliktów.
Jednak czy to aby na pewno byłoby dobre rozwiązanie?
Różne wierzenia, różne poglądy, różne charaktery, jak i różne punkty widzenia sprawiały, że wspólnymi siłami można było znaleźć lepsze rozwiązanie sytuacji, niż do tej pory się wydawało. Modrogończyk przekrzywił głowę, oddając się zadumie, zastanawiając się, czy może powinien spróbować zintegrować się bardziej z kotami, które wierzyły w Klan Gwiazdy. Mógł porozmawiać ze Śnieniem, Koniczyną lub innym kotem, który wyznawał inną wiarę. Mógł również udać się z wizytą do Klanu Burzy, aby dowiedzieć się od swojego rodzeństwa czegoś na temat drugiej z wiar oraz spędzić z nimi więcej czasu.
Tak jak kochał swoją siostrę, Psiankę, całym sercem i cieszył się, że ma ją obok siebie w Owocowym Lesie, tak tęsknił za wspólnymi chwilami z Łzą i Zewem. Miał nadzieję, że ta dwójka również trzymała się w klanie razem, nawet pomimo tak odmiennych charakterów. W końcu byli rodziną, a rodzina powinna trzymać się razem.
— Mam nadzieję, że za bardzo nie dokuczasz Milknącej Łapie, Łzawa Łapo... — zamruczał, podnosząc spojrzenie na błękitne niebo i śnieżnobiałe chmury, które leniwie po nim sunęły.
Musiał odwiedzić ponownie rodzeństwo mieszkające w Klanie Burzy, jak i ojca. A tym bardziej spędzić z nim czas tylko we dwoje, gdzie mogliby wspólnie rozmawiać na temat swoich stanowisk czy różnic oraz podobieństw między Owocowym Lasem a Klanem Burzy. Chciał dowiedzieć się czegoś więcej również na temat swoich przodków, którzy podobno od zarania dziejów mieszkali w Klanie Burzy, przynajmniej ci od strony ojca, a być może nawet w pozostałych klanach.
Pomasował łapą mordkę, zastanawiając się, czy miał w rodzinie kota, który był założycielem któregoś z klanów. Istniała w końcu taka szansa, prawda? Również był ciekawy swych korzeni ze strony Purchawki, jednak matka niewiele była w stanie przekazać informacji synowi.

~~~

Pora Nowych Liści zmierzała ku końcowi, ustępując Porze Zielonych Liści. Modrogończyk udał się razem z matką i siostrą do Śliwowego Gaju. Ot co rodzinny wypad. Na ostatnim zgromadzeniu dowiedział się, że ich sojusznikom lepiej się wiodło, a wręcz Klan Burzy podnosił się po pożarze. Może właśnie była taka kolej rzeczy?
Modrogończyk leniwie przekręcił się na drugi bok, przyglądając się Purchawce oraz Psiance. Myślami przywołał obraz ojca, Łzawej Łapy oraz Milknącej Łapy. Cała czwórka była czarno-biała, a tylko on posiadał inny kolor futra. Brązowy, niepodobny do nikogo innego. Czasami ten brak podobieństwa do reszty rodziny psuł mu dobry nastrój, lecz tylko na chwilę. Innym razem czuł dumę, że jego sierść jest w odcieniu większości pni drzew lub gleby.
— Myślicie, że krótki ogon pasowałby mi? Nie? Hm, no trudno.

[512 słów]

[10%]

Od Modrogończyka

Przeszłość

Nastała Pora Nowych Liści. Modrogończyk obserwował wręcz z kocięcą fascynacją, jak roślinność wraca do życia po drzemce pod warstwą zimnego puchu. Dni były dłuższe, a oprócz tego atmosfera w obozie stała się weselsza. W końcu mało kto lubił wyścibiać nosa poza ciepłe schronie, gdy na zewnątrz panowała zawierucha lub, gdy trzeba było spędzić więcej czasu na polowaniu na małych rozmiarów piszczkę.
Młody szaman miał nadzieję, że Klanu Burzy udało się podnieść się z popiołów. Owocowy Las na tyle, na ile mógł, wspomógł sojuszników po pożarze, jak i przez Porę Nagich Drzew, jednak wszystko zależało przede wszystkim od samych Burzaków oraz morale, jakie panowały wśród członków ich społeczności.
Podczas ponownej rozmowy z Purchawką na temat swojego dziwnego snu, który miał miejsce przed pożarem na ojcowskich terenach, doszedł do wniosku, że było to ostrzeżenie, najprawdopodobniej od samej Wszechmatki. Informacja o tym, że dojdzie do tragedii, której nie będzie można zapobiec. Zwykły kot, nieważne czy żyjący w klanie, Owocowym Lesie, a nawet samotnik nie miał szans z żywiołem, jakim był ogień.
Przywołując w myślach ów rozmowę z matką, wdrapał się na wyższą gałąź dębu, z którego obserwował Drogę Grzmotu i rozpościerające się tuż za nią tereny. Dębowa Ostoja o tej porze dnia była idealnym miejscem do spędzenia czasu na rozmyślaniach. Gdzieś u podnóża pnia krzątała się Purchawka, raz za razem znikając i ponownie pojawiając się w zasięgu wzroku Modrogończyka.
— Mamo, może jednak mógłbym ci pomóc? — zapytał, czując się źle z tym, że Purchawka zbierała patyki, liście oraz korzenie, gdy jemu przypadło z pozoru lżejsze zadanie.
— Nie musisz, słoneczko. Po prostu wsłuchaj się w to, o czym szepczą dęby.

~~~

Psianka ukończyła swój trening i oficjalnie została zwiadowczynią. Modrogończyk pękał z dumy, ciesząc się ze szczęścia swojej siostry. Żałował, że Łzawa Łapa oraz Milknąca Łapa nie mogli uczestniczyć w ceremonii Psianki. Chociaż... może to i lepiej? Błękitnooka siostrzyczka mogłaby być w końcu zła, że to Psianka, a nie ona jako pierwsza z ich czwórki ukończyła swój trening.
Modrogończyk nie śpieszył się ze swoją ceremonią mianowania, mimo to przykładał się do swoich treningów. Rozwijaj się nie tyle, co duchowo, ale również poszerzał swoją wiedzę medyczną oraz zgłębiał tajniki wojowników. Wspinaczka na drzewa przestała stanowić dla niego problem, jednak w najmniejszym stopniu nie dorównywał w poruszaniu się wśród koron drzew Psiance. Łaciata kocica wręcz poruszała się między gałęziami niczym najprawdziwszy zwinny ptak lub mała ruda wiewiórka.
Zastanawiał się, czy gdyby przyszło mu obrać ścieżkę zwiadowcy, poruszałby się z taką gracją wśród drzew jak pozostali zwiadowcy, którzy właśnie przemknęli pomiędzy gałęziami drzew tuż nad jego głową. Pozdrowił patrol, wracając do swoich wcześniejszych obowiązków, jakimi było upolowanie świeżej zwierzyny dla starszych.

[433 słów - trening wojownika]

[9%]

11 sierpnia 2026

Od Modrogończyka CD. Psianki

Kontynuacja opowiadania, akcja dzieje się w przeszłości

Brązowy kocurek z uśmiechem na swojej mordce słuchał słów siostrzyczki. To z jaką pasją opowiadała o swoim treningu było niczym miód na serce Gończyka. Cieszył się, że treningi łaciatej przebiegają bezproblemowo, podobnie zresztą jak i jego, i że udało jej się znaleźć wspólny język z mentorką. Nie każdy miał to szczęście.
Czy Łza oraz Zew również otrzymają mentorów wspierających ich na ścieżce, którą zdecydowali się obrać? Miał nadzieję, że tak.
– Ale podobno miałeś dla mnie jakiś prezent? – przechyliła głowę z wyraźnym zaciekawieniem. – Jestem naprawdę ciekawa, co takiego udało ci się znaleźć.
Rozpromienił się bardziej, gdy tylko spostrzegł, że udało mu się zainteresować prezentem swoją siostrzyczkę. Miał nadzieję, że ten drobny upominek w postaci kwiatu, po którym Purchawka ją nazwała uszczęśliwi ją. Zastanawiał się czy siostra zdecyduje się zerwać kwiatek i wczepić w swoje futerko, czy jednak otoczy troską i pozwoli cieszyć oko, swoje i innych.
– To prawda. Mam dla ciebie prezent. – oznajmił. – Niestety nie mam go przy sobie. Znajduje się poza obozem, więc będziemy musieli kawałek przejść, aby do niego dotrzeć – Mówiąc to, spojrzał w stronę wyjścia z obozu. – To naprawdę niedaleko... – Nerwowo potarł łapą o podłoże, obawiając się, że Psianka mogłaby się zniechęcić, jednak ku uldze kocica zgodziła się na spacer.
Wspólnie opuścili obozowisko informując spotkanego po drodze Kolendrę o celu ich podróży. Rudy kocur słysząc odpowiedź Gończyka poczochrał go łapą po łebku, mierzwiąc jego futerko. Zwrócił się również do Psianka, wspominając, że taki brat, który myśli o swoim rodzeństwie to skarb. Gończyk lekko się speszył na słowa starszego. Więzy rodzinne wydawały mu się czymś normalnym, więc tym bardziej trzeba było o nie dbać. Nie potrafił zrozumieć kotów, które odwracały się od swoich bliskich czy celowo doprowadzały do kłótni między sobą.
– To my już pójdziemy – zamruczał, dając znać Psiance, że na nich pora. Kolendra wystarczająco długo ich zatrzymał, jednak nie miał mu tego za złe. No może odrobinę. Od rozmowy z zastępcą wolał na własne oczy zobaczyć reakcje siostry na widok kwiatu, po którym otrzymała imię.
Gdy dotarli do krzewów, za którymi kryło się kwiecie, Gończyk poprosił Pisankę o to, aby zamknęła oczy. Złote oczy siostry wpatrywały się w młodego szamana podejrzliwie, aż w końcu kocica wykonała jego prośbę. Pochwyciła ostrożnie końcówkę jego ogona pyskiem, po czym wspólnie zbliżyli się do kwiatu.
– Możesz już otworzyć oczy – ogłosił, stając po przeciwnej stronie rośliny. Przyglądał się z przejęciem Psiance. Musiał zapamiętać jaki wyraz pyska malował się na jej mordce. Radość czy jednak rozczarowanie? Nerwowo poruszył ogonem.
"Życie byłoby prostsze, gdybym nie był małym kłębkiem nerwów."

<Psianka?>

trening szamana – % do meda – ilość słów: 421 

[8%]

27 lipca 2026

Od Modrogończyka

Przeszłość

Pamiętał ten dreszczyk emocji, gdy jego łapa znalazła się na terenach Klanu Burzy, tuż po tym, jak o mało co, nie został zgnieciony na papkę przez ogromnego Potwora.
Leżał w rowie po drugiej stronie Drogi Grzmotu, otulony ze wszystkich stron przez pachnące wrzosy, a przy uchu bzyczała mu pszczoła. Mało brakowało, a pognałby na oślep poprzez zielone połacie Klanu Burzy, mając nadzieję, że uda mu się trafić na znajomy pysk Łzy lub Zewu, którzy teraz powinni mieć dodany do swoich imion człon Łapa. Nie mógł się doczekać, aż dopadnie do nich i wtuli się w ich czarną sierść. Chciał również poznać ojca, dziadka, babkę, ciotki, wujków i kuzynów, o ile takowych miał.
Jednak, gdy tylko podniósł się na równe łapy, gdzieś z tyłu głowy zapaliła mi się lampka. Może lepiej nie pojawiać się niezapowiedziane, nawet jeśli był kocięciem z sojuszniczego miotu? W końcu wojownicy z klanu ojca nie mieli zielonego pojęcia, jak on wygląda! Mogliby uznać, że jest samotnikiem, chociaż raczej jego wiedza na temat Owocowego Lasu i informacji dotyczących sojuszniczego miotu przeważałaby na jego korzyść, że jednak naprawdę jest jednym z tych kociąt, których rodzicami są zastępca Zawodzące Echo oraz szamanka Purchawka.
— Gończyku! Gończyku!
Modrogończyk powrócił na ziemię szybciej, niż tego pragnął za sprawą głosu matki, który dobiegał z terenów Owocowego Lasu. Nie powiedział jej o tym, że pragnie złożyć wizytę rodzeństwu, chcąc się upewnić czy, aby na pewno są dobrze taktowani w klanie.
Rezygnując z dalszego zapuszczenia się w nieznane tereny, kocurek grzecznie odczekał, jak po Drodze Grzmotu przetoczy się niewielki Potwór, po czym pośpiesznie przebiegł na drugą stronę, kierując się w stronę, z której dochodził głos matki.
— Tutaj jestem! — zawołał, wyskakując spomiędzy wysokiej trawy, trzymając w pysku bylicę.

~~~

Modrogończyk z przerażeniem wpatrywał się w dogasające ogniste języki, które próbowały jeszcze przedrzeć się przez Drogę Grzmotu, nim zostaną całkowicie zmyte przez deszcz. O mało co nie wypruł przed siebie, gotów wskoczyć pomiędzy spaloną ziemię po drugiej stronie. Śnienie w ostatniej chwili złapał kocurka za kark, przytrzymując go, gdy w tym samym czasie Kolendra zasugerował powrót do obozu, aby poinformować pozostałych, w szczególności lidera o tym, czego byli świadkami i ustalić kolejny plan działania wobec pomocy sojusznikom.
— P-puść mnie! — burknął Gończyk, niezadowolony z faktu, że Śnienie uratował mu życie przed spaleniem żywcem. — M-mamo! Zew i Łza mogą być w niebezpieczeństwie!

~~~

Czereśnia zwołał zebranie, na którym zadecydował o wysłaniu patrolu na tereny Klanu Burzy, w którego skład wchodziła jego matka oraz mentorka, Purchawka, jak i Hiacynt oraz Topola. Do tej pory Modrogończyk przylegał do boku siostry, zmartwiony o sytuację pozostałego rodzeństwa. Ich teren, że wszystkich stron otaczała, wysoka i sucha trawa. A z rozmów starszych wiedział, że taka trawa szybko stawała w ogniu, czego był sam świadkiem, stojąc przy Drodze Grzmotu.
— C-czy mogę iść z wami? — spytał, wysuwając się naprzód i wpatrując się w lidera swoimi dużymi oczami, w których dało się dostrzec łzy. — Proszę. Jeśli są jacyś ranni, pomogę mamie i medykom klanu w ich opatrywaniu... Muszę na własne oczy zobaczyć, czy Łza oraz Zew są bezpieczni... czy im nic nie jest.
Czereśnia wyraził zgodę na dołączenie ucznia w skład patrolu, przypominając dodatkowo, aby Owocniacy pamiętali o tym, żeby na pierwszym miejscu stawiać swoje zdrowie, jak i życie. Gończyk miał wrażenie, że słowa starszego były skierowane tylko do niego, być może przez fakt, że na oślep chciała się rzucić z pomocą sojusznikom, ignorując zagrożenie swojego zdrowia.
— Czy ja również mogę iść? — Wśród zebranych kotów rozeszły się szepty, gdy naprzód wysunął się czarny kocur, dokładnie ten sam, którego Gończyk był dłużnikiem w związku uratowaniem przez niego życia młodemu szamanowi. Kolendra skinął głową w kierunku swojego ucznia, pozwalając mu udać się z pozostałymi na zwiad.
Nim patrol składający się z Purchawki, Topoli, Hiacynta, Śnienia oraz Modrogończyka wyruszył w kierunku Drogi Grzmotu, brązowy kocurek ponownie zbliżył się do łaciatej kotki.
— Jak tylko wrócę, od razu przekaże ci wszystkie informacje na temat Łzy oraz Zewu — zamruczał cicho, wręcz uspokajająco. — Wszechmatka oraz Klan Gwiazdy ma ich w opiece, więc na pewno są cali i zdrowi... — Tym razem również siebie pragnął uspokoić, gdyż to, co widział na własne oczy, miało się nijak do opisu, którym podzielili się z pozostałymi.

~~~

Dotarcie do obozu Klanu Burzy zajęło im dłużej, niż Gończyk przypuszczał. Jednak ciężko było się poruszać poprzez zgliszcza, uważając przy tym, aby nie oparzyć sobie łap. Gdyby nie Skruszona Wieża, czy właściwie jej pozostałości oraz potwierdzenie Purchawki, że dotarli na miejsce, kocurek nigdy by nie zgadł, że znajdują się w obozie klanu, czy też w miejscu, które kiedyś nim było.
Brązowy kocurek wysunął się naprzód, ignorując nawoływanie matki, po czym zbliżył się do miejsca, które oprócz zapachu spalenizny miało w sobie charakterystyczną słabą woń. Żłobek. Ten spalony pień, jak i częściowo zasypana nora kiedyś była żłobkiem, w którym jego rodzeństwo zamieszkało, tuż po tym, jak zasili szeregi Klanu Burzy. Pozwolił sobie uronić parę łez, z trudem akceptując fakt, że dom jego ojca, jak i rodzeństwa przestał istnieć.
Przez chwilę przeszukiwali gruzy oraz przesuwali na boki spalone gałęzie, aby się upewnić czy pod nimi nie ostał się żaden kot, jednak na szczęście najprawdopodobniej klan został w porę opuszczony, na co wskazywał również świeże liczne ślady odcisków łap kotów w różnym wieku w wypalonej ziemi.
Gdy mieli ruszyć tropem mieszkańców tutejszych terenów, spostrzegli zbliżające się w ich kierunku dwie postacie, które z każdym uderzeniem serca stawały się większe.

~~~

Łza oraz Zew, czy właściwie Łzawa Łapa oraz Milknąca Łapa żyli i byli cali i zdrowi. Jeśli nie liczyć stresującej sytuacji, w której się znaleźli, mieli się dobrze. Modrogończyk poczuł ulgę, pozwalając sobie na łzy radości. Gdy Purchawka rozmawiała z Zawodzącym Echo, a właściwie już teraz Zawodzącą Gwiazdą oraz Wdzięczną Firletką, kocur zdecydował się na spędzenie czasu ze swoim rodzeństwem, z którym został rozdzielony, aby zacieśnić sojusz między dwoma tak różnymi, a jednak podobnymi społecznościami.
— Proszę. Zaradczo wzięliśmy kępkę ziół, które mogą się przydać rannym. Przybyliśmy jak najszybciej, gdy tylko ogniste języki zgasły. — Podsunął pęczek siostrze, która podobnie, jak i on teraz kroczyła ścieżka uzdrowiciel, chociaż właściwie ścieżka Gończyka była bardziej duchowa. Nieco zmarszczył nos, zostawiając się, czy Łza naprawdę wierzyła w Gwiazdy na niebie, jednak nie zdecydował się rzucić żadnej wrednej uwagi, odnośnie drugiej z wiar. — Jestem pewien, że Pan Czereśnia wyśle kolejny patrol, w którym przyniesiemy wam wszystko, czego potrzebujecie, a co zostało strawione przez ogień... — A jeśli nie, on sam miał zamiar złożyć kolejny raz rodzeństwu wizytę pod pretekstem przeniesienia im medykamentów, pożywienia czy innych materiałów. — Czyli co, gdzie teraz będziecie mieszkać? — zmienił nieco temat, spoglądając na zrujnowany obóz tuż za plecami. Już miał zaoferować rodzeństwu powrót do Owocowego Lasu na czas jego odbudowy, gdy siostra odpowiedziała na pytanie.
— Pod ziemią. Jestem pewna, że gdy tylko zadomowimy się na dobre, otrzymasz zaproszenie od naszego ojca. Ty, Psianka i mama — mruknęła Łza. — Na moim mianowaniu musicie być obecni, bo to ja pierwsza z nas wszystkich ukończę trening i będzie to uroczyste wydarzenie, nie tylko dla Klanu Burzy, ale również dla Owocowego Lasu — mówiąc to, przejechała językiem po swoim czarnym futrze.
— Mamy w podziemiach taką dużą przestrzeń, w której przeprowadzona jest Ceremonia Dorosłości. Wojownicy, medycy i inni wraz z ukończeniem treningu odciskają swój ślad na specjalnej ścianie — dodał spokojnym tonem Milknąca Łapa, precyzując tym samym, czym tak właściwie miało być to uroczyste wydarzenie, o którym wspomniała Łzawa Łapa, wątpiąc w to, aby było również uroczystym wydarzeniem dla kotów żyjących w Owocowym Lesie, który opuścili, mając cztery księżyce.
— A-ha. To chyba macie tam całkiem przytulnie. Dobrze, że mieliście dodatkowe schronienie pod ziemią, w którym możecie zacząć od nowa. Stary obóz, czy właściwe to, co z niego zostało, nie nadaje się do ponownego zamieszkania, nawet po odbudowie... Nawet nie wiecie, jak się cieszę, że wam nic nie jest – mówiąc to, wślizgnął się pomiędzy brata oraz siostrę, pozwalając sobie ich przytulić, chować pysk na zmianę w ich futrach. Ich zapach się nieco zmienił, ale to wciąż byli oni.
Wszechmatka, a być może nawet ten Klan Gwiazdy, w który Burzacy wierzyli, czuwał nad nimi. I szczęście w nieszczęściu, pomimo śmierci kilku wojowników, jak i dziadka, o czym dowiedział się w drodze powrotnej od Purchawki, zapewniono bezpieczeństwo jego rodzeństwu. Byli cali i zdrowi. Żyli. Ich serca głośno biły. To na ten moment liczyło się dla niego najbardziej jak żadna inna sprawa.
Kątem oka dostrzegł jak niebieski point oraz cały czarny kocur rozmawiają z jednym z niecodziennie wyglądającym kotów stojącym w okolicach wejścia do starego obozu. Biały kocur do złudzenia wyglądał jak postać królika z jego dziwnego snu. Jego futro było śnieżnobiałe, podobnie, jak to Mistral, jednak różnica była w kolorze oczu – w zachodzących promieniach słońca mieniły się czerwienią. Może później podejdzie do nieznajomego i zapyta się o jego imię? Czyżby był jakimś Królikiem albo Króliczym czymś? Słyszał, jak Hiacynt oferuję pomoc sojusznikowi, gdy w tym samym czasie Śnienie zacisnął pysk, przybierając nieodgadniony dla Modrogończyka wyraz twarzy.

[trening szamana – 1457 słów]

[29%]

🍃🌿🌱

22 lipca 2026

Od Modrogończyka CD. Smoka

Młoda szylkretowa kocica szkoląca się jednak na wojowniczkę, a nie na zwiadowczynię, jak początkowo Modrogończyk myślał, była istnym huraganem. Kapryśna, drwiąca, przechwalająca się, a na domiar tego wszystkiego mówiła w taki dziwny sposób, że ciężko było brać ją na poważnie. W szczególności, gdy te parę księżyców temu oznajmiła młodemu szamanowi, że zostanie najlepszym wojownikiem w Owocowym Lesie. Było to wspaniałe, acz nieco nierealne marzenie, które czas zweryfikuje. Nie, żeby Modrogończyk życzył jej źle, jednak wiedział, że samym gadaniem i przechwalaniem zbyt wiele się nie zadziała. Mógł tylko mieć nadzieję, że jego owocowa koleżanka z łatwością rozwinie skrzydła i zostanie najlepszą wersją siebie.
— Ja nic nie słyszałem... — Zmarszczył mordkę, po czym wziął głęboki wdech i rozluźnił pysk. — Raju, Smok! Ty masz naprawdę dobry słuch! — powiedział z entuzjazmem, przyglądając się kotce, a dokładniej jej wąsom, które wraz z jej charakterystycznym ubarwieniem sprawiały, że ciężko było obok niej przejść obojętnie bez zagadania do niej, chociażby o pogodę. Tak to chyba już jest, gdy jest się kotem o dziwnie brzmiącym imieniu oraz nietypowym wyglądzie. — Ty nie będziesz najlepszym wojownikiem w Owocowym Lesie. Ty będziesz najlepszym wojownikiem we wszystkich okolicznych społecznościach! — ogłosił.
Był świecie przekonany o tym, że miał dobry słuch oraz węch, co miało być według niego zadośćuczynieniem za nieco słabszym wzrok, który najprawdopodobniej odziedziczył po matce. Jednak Smok to była całkowicie inna liga. Czy gdyby nie szkolił się na szamana, a wojownika, jego umiejętność słuchu byłaby na tym samym poziomie co Smoka?
Spostrzegł ten charakterystyczny błysk w oczach kocicy, po czym jej pysk opuściło parsknięcie.
— No już, wystalczy, nie musisz się aż tak podlizywać... — Mówiła jedno, a jej wyraz mordki jasno mówił, że była łakoma pochlebstw. — Czy to jakaś psychologiczna szamańska zaglywka? — spytała, unosząc brew, tłumiąc parsknięcie.
Co było śmiesznego w tym, że chciał pochwalić rozwinięty zmysł słuchu kocicy? Czyżby wyglądał na zdesperowanego kocurka? Smok chichotała, a Gończyk westchnął, czując, że lada chwilę jego społeczna bateria się wyczerpie.
— Może... po prostu z twoim wrodzonym talentem, predyspozycjami, odpowiednią budową ciała, dobrze rozwiniętymi zmysłami i treningiem pod okiem Sajgona wiem, że zajdziesz daleko. Szamańska intuicja. — Mówiąc to, dotknął czoła łapą, dokładnie w miejscu, w którym posiadał białe znamię. Po chwili jednak nieco ją obniżył, starając się odwzorować gest, którego nauczyła go matka. Z jego pyszczka wydobył się nie do końca naturalny w kocim języku dźwięk. "Przyjaciel". Jedyne słowo, które Purchawka znała w lisiej mowie i którego nauczyła Modrogończyka. — Następnym razem, gdy spotkacie na treningu lisa, powiedz mu to, a istnieje cień szansy, że was nie zaatakuje. W końcu nie na darmo jedno z kocich wyzwisk nawiązuje do lisa... Udanego treningu, Smoku!
Pożegnał się z kocicą, decydując się podobnie jak i ona przyszykować do dzisiejszego treningu. Wchodząc do lecznicy, pozbył się cienkiej warstwy śniegu, który oprószył jego brązowe futerko. Purchawka krzątała się od samego rana pomiędzy składzikiem a chorymi przewlekle pacjentami. Gołąbek przeciągał się na swoim posłaniu, a Mistral z tego, co udało mu się wydedukować, najprawdopodobniej udała się z wizytą do legowiska starszych.
— Dzień dobry, Gołąbku — zwrócił się do młodego uzdrowiciela, gotów pomoc buremu w jego obowiązkach. — Widzę, że miałeś dobry sen. To dobrze. Koty powinny śnić same piękne, kolorowe sny.

~~~

Przed Modrogończykiem siedział bardzo dobrze mu znany z widzenia starszy o księżyc młody uczeń wojownika, z którym przez trzy księżyce mieszkał wspólnie w żłobku. Brązowy kocurek dziwił się, że nie udało mu się przez ten czas zbliżyć do brata Smoka, jednak Pierścień był jakby to powiedzieć, nieco specyficzny. Bardziej niż jego siostra. Zamiast na kociaka czy młodego ucznia wyglądał na małego staruszka. Może chodziło o sposób, w jaki siedział, a może wyraz na jego mordce? Albo o te wszystkie rzeczy, które razem sprawiały, że nie różnił się za wiele od starszej Orchidei czy Pieczarki.
Modrogończyk zachęcająco uśmiechnął się do niebieskiego, wskazując łapą na wolne legowisko, na którym miał spocząć pacjent, po czym przystąpił do oględzin łap starszego.
— Odmrożone poduszki... — zamruczał Modrogończyk, dodając w myślach "lepiej poduszki niż ogon lub zadek."
Swoim ogonem przyciągnął korę w kształcie podłużnej misy, w której znajdował się podbiał pospolity, a właściwe gotowa papka z niego. Pierścień nie był dzisiaj jedynym kotem z tą dolegliwością, dlatego szaman nie musiał specjalnie przeżuwać liści. Pełny skupienia zaczął nakładać papkę na poranione łapy kocura, gdy wtem do lecznicy zajrzał kolejny kot, najprawdopodobniej pacjent.
Smok nie przywitała się z ani ze swoim bratem, ani z Modrogończykiem. Stojąc niedaleko wejścia, rozglądała się po pomieszczeniu, najprawdopodobniej kogoś lub czegoś szukając. Minęło parę uderzeń serca, nim Modrogończyk zdał sobie sprawę z jej obecności, kątem oko spostrzegając ruch w tamtym miejscu.
— Dzień dobry, Smoku! — miauknął, tym samym sprawiając, że kocica spojrzała w jego stronę. Neutralny wyraz jej pyska zamienił się w nienaturalny grymas. Czyżby jej coś dolegało? Zatruła się? — Zaraz się tobą zajmę, tylko skończę nakładać papkę na poduszki Pierścienia.

<🐉?>

[trening szamana – 782 słowa]

[16%]

Wyleczeni: Pierścień

Od Modrogończyka

Dawno temu, niedługo po tym, jak Modrogończyk został mianowany na ucznia

Modrogończyk dzisiejszego słonecznego dnia miał uczestniczyć w treningu swojej siostry szkolącej się na zwiadowcę pod czujnym okiem Rohan. On oczywiście uczył się na szamana, jednak Purchawka poprosiła mentorkę swojej córki, aby i jego również podszkolić we wspinaczce na drzewa. W końcu większość życia w Owocowym Lesie rozgrywała się w koronach drzew. Być może matka sama by przekazała synowi tajniki poruszania wśród gałęzi, gdyby nie jej problem z błędnikiem oraz zez.
Brązowy kocurek kilkukrotnie miał okazję uczestniczyć podczas lekcji Psianki, wdrapując się na niższe gałęzie niż siostra. Tak, jak łaciata była odrobinę może przyciskana przez swoją mentorkę, tak Gończyk miał nieco więcej luzu. W końcu to nie od Rohan zależało czy Modrogończyk ukończy trening szamana. Ona po prostu miała mu przekazać przydatną wiedzę i zadbać o to, aby nie skręcił karku.

~~~

Po pierwszej rozmowie ze Smokiem, gdy omyłkowo Goniec uznał, że ta szkoli się na zwiadowcę
Razem z Purchawką przemierzał tereny Owocowego Lasu, w poszukiwaniu wszelakich ziół. Trzeba było uzupełnić zapas medykamentów przed nadejściem pory nagich drzew.
— Spójrz. Wiesz czyj to odcisk?
— Lisa? — Bardziej spytał, niż stwierdził, jednak założył, że większy ślad łapy w błocie będzie należeć do rudzielca, którego można było częściej spotkać przy granicy niż jakiegoś samotnika. — Miałem rację? Oh.
— Czyli nie byłeś pewny... Spójrz. Zwróć uwagę na rozstaw palców. Widzisz? Różni się od mojego śladu. — Purchawka odcisnęła swoją łapę w błocie tuż obok śladu lisa.
Łapa jak łapa. Trochę większa, mająca inny kształt. Pokiwał łebkiem na boki, dając znać, że widzi różnice.
— No i ten ich charakterystyczny zapach... — Matka skrzywiła pysk, przenosząc spojrzenie w stronę krzaka jagód niedaleko błotnej ścieżki. — Nie widzieć czemu lisy upodobały sobie sikanie na krzewy.
Gończyk zmarszczył pysk, gdy tylko wyczuł zapach, o którym mówiła matka.
— M-mamo? Ty znasz lisi język, prawda? — zapytał przez nos, przyciskając łapę do pyska.
— Znam tylko słowo "przyjaciel" — zamruczała, po czym najwidoczniej lekko zirytowana zmarszczyła brwi. — Co was nagle wszystkich wzięło na naukę lisiego języka? Koci już wam nie pasuje?
— Nie. A powiesz mi, jak jest po lisiemu "przyjaciel?"

~~~

Kocurek oprócz patrzenia na świat oczami szamana, podobnie, jak jego matka, starał się pomagać w obozowym życiu. Kilkukrotnie miał okazję udać się na polowanie z innymi uczniami. W dodatku z tymi, którzy należeli kiedyś do grupy zwanej Świetliki. Z zaciekawieniem obserwował czarnego oraz kocura. Śnienie i Koniczyna. Byli o niego starsi o dobre... dobre kilkanaście jak nie kilkadziesiąt księżyców. Czarnofutry kocur miał elegancką długą bródkę oraz zabawny krótki ogonek, natomiast jego towarzysz miał bardzo ciekawą budowę ciała. Wiedział, że wyznają inną wiarę niż tą, która praktykowano w Owocowym Lesie, a mimo to postanowił spróbować.
— Macie ochotę porozmawiać o Wszechmatce? — zagaił z błyskiem w oczach.

[446 słów — trening wojownika + wspinaczka na drzewa + rozpoznawanie tropów lisów]

[9% + 5% + 5%]

🍃🌿🌱

11 lipca 2026

Od Modrogończyka

Modrogończyk przeskakiwał z kwiatka na kwiatek, starając się dotrzeć, jak najszybciej do Płaczącej Wierzby. Z kocięcą radością poruszał swoimi motylymi skrzydłami wyrastającymi po bokach, a z jego pyska nie schodził uśmiech.
"Mama i Psianka mi nie uwierzą".
Kocur wiedział, że jeśli opowie kocicom o tym, jak fruwał nad kwiecistą polaną, te będą go w ciszy słuchać i rozmarzone kiwać głowami na boki, starając się zwizualizować to, co opowiadał im z przejęciem brązowy kocurek. Żałował, że nie może ich wciągnąć do swojego snu. A może mógłby? Może znalazłby sposób, aby wspólnie śnić sny i spędzać czas z bliskimi również w świecie fantazji?
Zatrzymał się gwałtownie, pojmując, że jego ścieżka z kwiatów się urwała. Niepewnie zerknął w dół, spoglądając na zdeptane kwiaty. Modrogończyk poczuł złość na coś lub właściwie na kogoś, kto nie miał szacunku do roślin. Nawet uzdrowiciele nie mogliby wykorzystać tych roślin! Po prostu zwiędną.
Zsunął się ostrożnie z płatka rumianka. Zataczając kręgi, rozsypywał wokół siebie kwiatowy pyłek, aż w końcu wylądował na ziemistym podłożu. Gdy tylko jego łapy dotknęły zbitej masy, a skrzydła przestały się poruszać, osiadający na ziemi pyłek ponownie wzbił się w powietrze na ułamek sekundy. Jego część wylądowała na pysku kocura, sprawiając, że ten kichnął.
Resztę drogi do Płaczącej Wierzby przeszedł pieszo. Szedł wzdłuż ścieżki stworzonej przez połamane dmuchawce. Ich nasiona wirowały na wietrze, kręcąc się to góra, to dół, to wokół własnej osi. W oddali gałęzie wierzby powiewały na wietrze, a korony drzew takich jak topole, dęby i kasztanowce, szumiąc, wygrywały cichą melodię.
– Wszechmatko. Pani Wszechmatko – miauknął, wpatrując się w dziuplę, w której powinien się znajdować wspomniany boski byt. Kocurek wiedział, że Wszechmatka była bezcielesną postacią, manifestującą się w naturze, jednak w snach czasami próbował sobie wyobrazić jej wygląd. A umysł często płatał mi figlę i sprawiał, że Wszechmatka pojawiała się przed nim raz pod postacią białego kwiatu, a innym razem pod postacią motyla monarchy. Wtedy wspólnie pod postacią motyli fruwali nad łąką i rozmawiali o życiu w Owocowym Lesie.
Odpowiedziała mu cisza. Minęło parę uderzeń serca, które Modrogończyk z trudem zniósł. Zamiast znajomego damskiego głosu, do uszu młodego szamana dotarł odgłos trzasku. Nie był to jednak trzask gałęzi. Był podobny, lecz się różnił. Zaniepokojony poruszył nosem i cofnął się o krok, obawiając się tego, co skrywa się w dziupli.
Czerwone ślepia wpatrywały się w Gońca, a sam kocurek nie był w stanie odwrócić spojrzenia od białego, puchatego króliczka. Małe stworzenie opierając się na swych przednich łapkach, wyślizgnęło się z dziupli i pędem przemknęło tuż obok Modrogończyka, o mało co, nie taranując go.
Kocurek, nie kryjąc zaskoczenia, przez dłuższą chwilę wpatrywał się w kierunku, w którym pognał królik. W końcu jednak przeniósł spojrzenie na Płaczącą Wierzbę, starając się zrozumieć to, co chciała mu przekazać Wszechmatka.
Królik. Co oznaczał królik? W jego śnie po raz pierwszy pojawiło się to stworzenie. W dodatku gnało gdzieś przed siebie, nie racząc obejrzeć się do tyłu, za siebie. Czyżby przed czymś uciekało? Czymś, co kryło się we wnętrzu Płaczącej Wierzby?
Z wnętrza drzewo ponownie rozległ się trzask. Tym razem zamiast kolejnego królika, w dziupli mignęło coś, co kształtem przypominało lisa, lecz nim nie było. Modrogończyk po raz pierwszy w trakcie snu się zląkł.
"Na Wszechmatkę, cóż to jest?!"
Poruszył nerwowo skrzydłami, wzbijając się w powietrze. Pragnął znaleźć się od Płaczącej Wierzby, jak najdalej, jednak coś, jakaś niewidzialna siła, kazała mu zostać i obserwować. Z trudem był w stanie odwrócić swój mały łebek, a tym bardziej spojrzenie, które stało się szkliste, powodując, że obraz tuż przed nim stał się rozmazany.
Brudna masa w kształcie lisa, zmieszana z gałęziami i liśćmi, poruszyła się niezgrabnie, węsząc w powietrzu. Coś mignęło w jej wnętrzu. Coś jakby oczy. Oczy, które spoglądały z wrogością na Modrogończyka.
I nim kocurek zdążył zareagować, masa zbliżyła się do niego na wystarczająco odległość, aby pochwycić go w całości swoją paszczą.

~ ~  ~

Obudził się, zlany potem, próbując unormować swój oddech. Miał nadzieję, że nie krzyknął przez sen i nie obudził pozostałych mieszkańców lecznicy. Niepewnie zerknął w kierunku Purchawki, powoli przenosząc spojrzenie na Mistral oraz Gołąbka. Na szczęście cała trójka spała i nie zarejestrowała wybudzenia się ze snu brązowego kocurka.
Modrogończyk po cichu podniósł się ze swojego posłania, po czym równie cicho pokonał dzielącą odległość legowiska Purchawki. Jak małe kocie, wślizgnął się na posłanie matki i wtulił się w jej krótką szorstką sierść.

~ ~ ~

Purchawka była zaskoczona, gdy po wybudzeniu zorientowała się, że ten domniemany kamyk uwierający ją w bok wcale nie był kamykiem, ale jej synem.
– Miałem zły sen… Koszmar – jęknął Gończyk, po czym zaczął streszczać matce sen, mając nadzieję, że z pomocą kocicy uda mu się go zinterpretować.
Czyżby Wszechmatka chciała mu coś przekazać? Czyżby chodziło o atak lisa w najbliższym czasie? Jednak nastała pora nagich drzew, a w Owocowym Lesie nie było przecież tylu królików, co na terenach należących do jego ojca, Zawodzącego Echo.
Czyżby ten sen dotyczył Klanu Burzy? Czyżby to właśnie tam miało dojść do tragedii, udziałem lisów, a Modrogończyk, jak przystało na spoiwo, miał szansę zapewnić bezpieczeństwo swoim bliskim w klanie?
– Mmmmm – zamruczała matka, zamyślając się, po czym przeniosła spojrzenie na wejście lecznicy, w którym dostrzegła Pszczółkę. Kotka poskarżyła się na ból głowy i uczucie słabości. – Chodź. Coś poradzimy.
Kotka poleciła kocurowi pozostać na miejscu, nie racząc skorzystać, jego pomocy przy leczeniu dolegliwości Pszczółki. Po chwili powróciła do niego i podała mu zioła, dzięki którym mógł zapomnieć o sennych marach. Ale czy powinien? Skinął matce w podzięce, po czym złapał zioło zębami i przeżuł je.
– Spróbuj na razie sam zinterpretować sen, a ja zaraz do ciebie wrócę.

[trening szamana – 909 słów]

[18%]


Wyleczeni: Pszczółka

03 lipca 2026

Od Modrogończyka

Modrogończyk obserwował, jak Jaśminowiec przeżuwa fragment ciemnoszarej kory. Na efekty ozdrowienia nie trzeba było zbyt długo czekać. Zmarszczony pysk wojowniczki nieco się rozluźnił z upływem czasu, który spędziła na przeżywaniu kory olchy czarnej. Brązowy kocurek z zaciekawieniem przyglądał się pacjentce, starając się zrozumieć, jakim cudem fragment drzewa był w stanie złagodzić ból zębów. Do tej pory sądził, że tylko zioła potrafią przynieść ulgę, łagodząc doskwieranie bóli.
– Weź jeszcze to – zamruczała Purchawka, podchodząc do wojowniczki z pękiem ziółek łagodzących ból. Delikatnie musnęła grzbiet pacjentki końcówką swego ogona. Zdając sobie sprawę, że Gończyk przyglądał się jej, i Jaśminowiec z szeroko otwartym pyskiem zwróciła się do syna: – Zamknij buzię, bo ci mucha wleci.
Modrogończyk posłusznie zamknął mordkę, w obawie, że jakaś przebrzydła mucha lub inne żyjątko naprawdę wleci mu do pyszczka.
– Co to za roślina? – spytał zaciekawiony, wskazując na pędy z miękkimi liśćmi o poszarpanych brzegach.
– Malina kamionka. Zjedzenie liści łagodzi bóle. Pomaga również zatrzymać krwawienia podczas porodu – mówiąc to, przeniosła spojrzenie na Jeżynę, która została przeprowadzona do lecznicy przez swojego Hiacynta. Partnerka Pana Czereśni nie wyglądała najlepiej. Wyglądała tak, jakby zaraz miała zwrócić śniadanie. Może już zwróciła i teraz miała zwrócić obiad. – Hm. Zatrucie pokarmowe… – zamruczał pod nosem Purchawka, po czym przeniosła spojrzenie na Modrogończyka. – Gończyku. Przynieś mi liście wierzby białej oraz krwawnika pospolitego. Wiesz, gdzie je znaleźć.
W oczach kocurka pojawiły się iskierki. Mama pozwoliła mu pomóc w leczeniu kota. Nie miał tylko obserwować, ale przynieść lekarstwo. W podskokach znalazł się przy składziku, z którego po dłuższej chwili zawahania wyciągnął gorzką w smaku roślinę o zielonych, pierzastych liściach i pikantnym zapachu oraz piłkowane liście wierzby. Rośliny zaniósł matce na liściach bluszczu, po czym usadowił się z boku i z uwagą przyglądał się temu, jak przebiega leczenie zatrucia pokarmowego.

[trening szamana 287 słów + wyleczenie postaci NPC]

[6% + 5%]

Wyleczeni: Jaśminowiec, Jeżyna

26 czerwca 2026

Od Modrogończyka Do Smoka

Brązowy kocurek pielęgnował swoje krótkie futerko, siedząc przed wyjściem z lecznicy. Matka pozwoliła mu nieco wcześniej zakończyć dzisiejszy trening pod warunkiem, że nie będzie plątać się pod jej łapami, tylko spędzi czas z innymi uczniami na zabawie. Tylko, że Modrogończyk niekoniecznie pragnął się bawić z Poziomką, Śnieniem, Koniczyną, Poinsencją czy Płatkiem, a z kimś kto był jego rówieśnikiem. Większość z wspominanych uczniów akurat znajdowała się w obozie, lecz Psianka, a nawet wszystkie kocięta Rohan, które nadawałyby się na kompanów do wspólnej zabawy, znajdowała się poza obozem. Gończyk westchnął niepocieszony, że nie mógł zagospodarować wolnego czasu zgodnie z tym, co pragnął.
Chyba, że… może mógłby udać się do Klanu Burzy, aby odwiedzić Łzę oraz Zew, a w dodatku poznać ojca, dziadka i pozostałych członków ich rodziny? W Owocowym Lesie oprócz Purchawki i ukochanej siostry nie miał nikogo więcej, a w Klanie Burzy może miał jeszcze jakieś ciocię lub wujków? Może miał również kuzynów w zbliżonym do siebie wieku? Jeśli tak było, pragnął ich poznać, pobawić się z nimi i dowiedzieć się jak najwięcej o kotach należących do rodziny od strony Zawodzącego Echo.
Gończyk rozejrzał się dookoła, skupiając spojrzenie na poszczególnych kotach. Kotka o zielonych oczach i śnieżnobiałym futrze udekorowanym kwieciem właśnie zniknęła w legowisku starszych. Kurka oraz Guziczek dzielili języki nieopodal wyjścia z obozu. Zastępczyni Figa rozmawiała ze swoim partnerem i burą zwiadowczynią, której jedno z oczu było zaszyte mgłą.
Mógł spróbować się wymknąć z obozu niemalże niezauważony, dzięki swojemu brązowemu futerku, które stanowiło idealny kamuflaż, i ruszyć na przygodę w kierunku Klanu Burzy. Jednak co jeśli zostałby zauważony przez parę kocurów dzielących języki? A tym bardziej srebrzystą zastępczynię?
Cóż, mógł postawić na szczerość i powiedzieć, że chce udać się z delegacją do Klanu Burzy, aby upewnić się, czy jego rodzeństwo jest dobrze traktowane w klanie ich ojca. Bo jeśli wierzyć plotkom, którymi podzieliła się z nim starsza Pieczarka, niektóre koty bywały uprzedzone do kociąt będących mieszanej krwi, nawet jeśli te miały przypieczętować sojusz między społecznościami. Gończyk miał nadzieję, że w Klanie Burzy nie ma takich okropnych kotów, które uznałyby, że Zew czy Łza są od nich gorsi, tylko dlatego, że nie posiadają obojga rodziców pochodzących z Klanu Burzy.
Mógł również powiedzieć, że idzie wyjść naprzeciw powracającym uczniom z ich treningów. Tylko wtedy na pewno jakiś starszy kot będący wojownikiem, zwiadowcą, a może nawet i stróżem towarzyszyłby mu w drodze poza obóz. A przecież nie potrzebował dodatkowego ogona, który uniemożliwiłby mu eksplorację na własną łapę.
Zaryzykował. Podniósł się z rampy, po czym z gracją wyminął zmierzającą do lecznicy Jaśminowiec wraz z Całunką, by następnie skryć się za wyrastającym z ziemi korzeniem. Mógł ominąć zarówno zastępczynię, jak i dwójkę zwiadowców. Wystarczyło położyć się płasko na ziemi wzdłuż korzenia i powoli, powolutku czołgać się naprzód do celu, będącego wyjściem z obozu. A później przejść przez Konający Buk, udać się w kierunku Śmietniska, pokonać Drogę Grzmotu i postawić łapę na tej części Wrzosowiska, która znajdowała się na terenach Klanu Burzy.
– A ty dokąd, Gończyku?
– S-sajgon! Smok! – zawołał, gdy czarny kocur wraz z niewiele starszą od niego samego szylkretową kotką nadeszli w jego kierunku od strony, z której nie trzeba było się wysilić, aby go dostrzec. – Donikąd!
– To dlaczego chowasz się za korzeniem i szorujesz brzuchem po ziemi?
– Nie chowam. – Poderwał się na równe łapy. Przeniósł spojrzenie na brzuch, na którym znajdowały się uczepione jego futra gródki ziemi. Otrzepał ich nadmiar. – Skończyłem wcześniej trening i po prostu się nudziłem, więc uznałem, że mogę poudawać dżdżownicę. Jako przyszły szaman muszę być w pełni zjednoczony z naturą… – Potarł łapą nosek. Przeniósł spojrzenie z mentora Smoka na nią samą, a dokładniej na jej fantastycznie wyglądające wąsy. Samo jej umaszczenie przykuwało spojrzenie, ale to jej wąsy w tym momencie przykuły uwagę Gońca. – Podobnie jak zresztą zwiadowcy. Jak minął wam dzisiejszy trening? – zagaił, będąc ciekaw, czego nauczyła się dzisiaj córka Rohan. – Potrafisz już rozpoznawać gatunki drzew i ich choroby?

<Smok?>

[trening szamana - 640]

[13%]

Od Modrogończyka

Modrogończyk skończył pięć księżyców. Gdyby urodził się w klanach, dopiero za niecały księżyc czekałaby go ceremonia mianowania na ucznia. Podobnie byłoby w przypadku, gdyby był tym kocięciem, które zamieszka w Klanie Burzy. Jednak dzięki temu, że narodził się i mógł pozostać w Owocowym Lesie, rozpoczął trening o wiele szybciej niż jego rówieśnicy.
Dzisiejszy trening na szamana spędził w lecznicy, skupiając się na zapamiętaniu wyglądu, zapachu i nazw kilku ziół, które położyła przed nim Purchawka. Czarna kocica obserwowała syna, który ostrożnie obwąchuje roślinę o fioletowych płatkach i słodkim zapachu. Nie widzieć czemu, Gończym miał ochotę cały wytarzać się w roślinie, jednak obawiał się czy matka pochwali takie zachowanie. Poza tym dziwnie by się czuł tarzając po podłodze lecznicy, gdy tuż obok znajdowali się Gołąbek, Mistral oraz pacjenci.
– To kocimiętka karłowata. Jest najlepszym lekarstwem na kaszel, a dokładniej wszystkie jego rodzaje. Oprócz tego również poprawia humor… – dodała, widząc, jak Gończym ociera się pyskiem o szaro-zielone liście i fioletowe kwiaty. – I łatwo się od niej uzależnić. – mówiąc to, odsunęła od kocurka roślinę.
Na pysku brązowego kocurka zagościły smutek i tęsknota za rośliną o pięknym zapachu. Nic dziwnego, że koty potrafiły się od niej uzależnić. Gdy zaciągał się jej zapachem, czuł się lekki jak piórko i widział świat w różowych okularach. Nie czuł żadnych zmartwień. Jedyne, co się liczyło, to fakt, że mógł się w niej tarzać.
Purchawka odchrząknęła, po czym wskazała łapą na pozostałe rośliny, dzięki którym można było wyleczyć kaszel.
– Spójrz na tę roślinę. To jastrzębiec leśny. Ma podobne działanie jak kocimiętka, lecz jest od niej słabszy. Łatwiej go pozyskać. A to gwiazdnica pospolita. – Matka wskazała na roślinę w kształcie migdałów i drobnych, białych kwiatach. – Leczy zielony i biały kaszel. Znajdziesz ją niemalże wszędzie. – Czarna łapa zawisła nad rośliną o żółtych kwiatach, wydzielających słodki zapach. – Niech cię nie zmyli kolor płatków. To podbiał pospolity. Jego kwiaty mogą być białe lub, jak w tym przypadku, żółte. Ułatwia oddychanie, a przede wszystkim podaje się go chorym na kocięcy kaszel.
Szamanka zamilkła, podnosząc spojrzenie na syna. Gończyk szybko zrozumiał, czego oczekiwała od niego matka.
– J-jastrzębiec – zamruczał, przenosząc spojrzenie na roślinę o małym pomarańczowym kwiecie i owalnych liściach. – Gwiazdnice zapamiętam, bo przypominają psiankę. A podbiał jest oszustem i wcale nie musi być pokryty bielą.
– Dobrze. – Mówiąc to, sięgnęła łapą po dwie różne rośliny, które zamiast ułożyć od siebie w odstępie, zdecydowała się położyć na sobie i przysunąć przed Modrogończyka. – To floks wiechowaty, a to lubczyk ogrodowy. Jeśli chcesz wyleczyć chorego z kaszlu, musisz pamiętać, aby je wymieszać. Jeśli podasz pacjentce sam lubczyk, możesz zwiększyć szansę na nieoczekiwane pojawienie się niespodzianki w jej brzuchu…
– Niespodzianki? Ch-chodzi o kocięta? – zapytał zawstydzony szeptem, kładąc po sobie uszy. Matka jak gdyby nic kontynuowała rozmowę, ignorując pytanie syna.
– Dlatego zamiast kotką, podawaj tę mieszkankę głównie kocurom, chyba że wcześniej skonsultujesz się z pacjentką i nie będzie miała nic przeciwko efektom ubocznym.
Dziwnie się czuł, gdy matka nazwała kocięta efektem ubocznym. Czyli wychodziło na to, że nie każda kotka pragnęła mieć kocięta? Nawet jeśli miała partnera? Musiał się jeszcze tyle nauczyć, aby móc lepiej zrozumieć swoich pacjentów i nieść im pomoc medyczną oraz duchową.

[trening szamana - 513]

[10%]

Od Modrogończyka

Niedługo po mianowaniu

Gończyk najprawdopodobniej szamanizm wyssał z mleka matki, ponieważ do codziennych treningów z Purchawką podchodził z uśmiechem na pysku, chłonąc każde słowo, które opuszczało pysk złotookiej. Z zainteresowaniem wsłuchiwał się w monologi na temat Wszechmatki, niecierpliwie czekając, aż nadejdzie pora zadawania pytań cisnących się na jego mordkę. Nie mógł się doczekać, aż matka pozwoli mu na wzięcie udziału w spotkaniu wiernych oddających cześć Wszechmatce, a tym bardziej nie mógł się doczekać dnia, w którym kotka umożliwi mu przeprowadzenie poszczególnych ceremonii. Nim jednak to nastąpi, musiał ukończyć trening.
Po teorii przyszedł czas na naukę praktyczną. Razem z Purchawką, Mistral oraz Gołąbkiem opuścił obóz w celu uzupełnienia zapasów ziół przed zbliżającą się porą nagich drzew. Jako najmłodszy i najmniej doświadczony w zakresie znajomości ziół, miał za zadanie jedynie pomagać w ich transporcie. Zadanie mogło się wydawać nudne dla młodego kociaka, jednak brązowy kocurek podszedł do niego z ogromnym entuzjazmem. Rozumiał, że nie mógł na własną łapę zrywać, co popadnie, bo gdyby tak uczynił, mógłby zerwać niepożądaną roślinę i przyczynić się do otrucia jakiegoś kota, a nawet siebie samego.
Ciałem Gończyka wstrząsnęły dreszcze, gdy przypomniał sobie o Smudze, który nie tak dawno temu stracił życie z powodu popełnienia błędu przez Wiciokrzewa. Ostrożnie przeniósł spojrzenie na zielarkę, która była córką byłego uzdrowiciela, a aktualnego straszego. Pech chciał, że ich spojrzenia się spotkały. Kotka trzymała w pysku jakąś roślinę, której kwiat był w kolorze fioletu. Gończyk speszony przeniósł spojrzenie na swoje łapki, czując dodatkowo swego rodzaju niepokój, gdy tak wpatrywał się w niebieskie oczy Mistral. Poza tym było to przecież niegrzeczne tak wpatrywać się w kogoś. Zdawał sobie z tego sprawę.
"Ona nie czyta w myślach, prawda?"
– Gończyku. Chodź tu do mnie.
Brązowy kocurek skierował się w stronę matki, ciesząc się w duchu, że został przez nią w tym momencie zawołany.
– Wiesz co to za roślina?
Kocurek pokręcił łebkiem. Na ten moment wiedział jedynie, że to długie zielone, co wyrasta z ziemi i łaskocze go po brzuchu i bokach, to trawa.
– Psianka.
– Psianka? – spytał, a na jego pyszczku zagościł uśmiech. Kwiat faktycznie przypominał mu w pewnym sensie siostrzyczkę. Rozumiał, dlaczego Purchawka zdecydowała się nazwać swoją córkę właśnie takim, a nie innym imieniem. Płatki były w kolorze jej futerka, a środek kwiatu w kolorze jej oczu. – Mogę ją zerwać? Dam ją Psiance! Będzie mogła ją nosić w futrze lub ozdobi swoje legowisko…
– Jak ją zerwiesz, uschnie. Nie będzie cieszyć oczu… Lepiej będzie, jeśli przyprowadzisz tutaj Pisankę, pokażesz jej kwiat, po którym dostała imię i opowiesz jej o tym, czego się dzisiaj nauczyłeś – zasugerowała kocica. – Niech sama zdecyduje o tym, czy będzie chciała ją zerwać, czy otoczy opieką.
Gończyk przekrzywił łebek, nie bardzo rozumiejąc, dlaczego mieliby otoczyć opieką kwiat, który tak czy siak lada moment zniknie pod warstwami śniegu podczas pory nagich liści. Lub warstw błota, jeśli temperatura nie będzie na minusie.
– M-masz rację, mamo!
Kocurek nie mógł się doczekać, aż powrócą do obozu i będzie mógł pokazać swojej siostrzycze przepiękny kwiat, po którym otrzymała imię. Na pewno się ucieszy na jej widok i wysłucha zdobytej wiedzy przez brata podczas dzisiejszego treningu.
W drodze powrotnej do obozu, myśli brązowego kocurka krążyły wobec decyzji, jaką mogła podjąć siostrzyczka. Zechce zerwać kwiat i użyć go jako dekoracji, a może wspólnie będą dbać o małą roślinkę, otaczając ją opieką i miłością, nim nadejdzie pora nagich drzew? W obozie skierował się szybko w stronę legowiska uczniów, starając się dostrzec biało-czarne futerko Psianki w koronach drzew.
– Psianka jeszcze nie wróciła z treningu! – Usłyszał głos jednego z zwiadowców, który spoglądał z góry na Gończyka ze swojego legowiska na gałęzi – Bo to jej szukasz, prawda?
– Mhm. A możesz jej przekazać, aby przyszła do lecznicy, jak wróci do obozu? Mam dla niej prezent!

[609  + zbieranie ziół w towarzystwie zielarza/szamana]

[12% + 5%]

21 czerwca 2026

Od Modrogończyka

Modrogończyk nie był jednym z tych kociąt, które miało po skończeniu czterech księżyców zamieszkać w Klanie Burzy. Psianka również nie była tym kociakiem. Byli tą dwójką, która miała pozostać w Owocowym Lesie, lada moment opuścić kociarnię i rozpocząć trening.
Gończyk wtulając mordkę w czarno-białe futro Psianki, zastanawiał się, dlaczego podjęto taką, a nie inną decyzję. Dlaczego on i Psianka zostali w Owocowym Lesie, a Łza i Zew byli zmuszeni zamieszkać w Klanie Burzy? Kto podjął tę decyzję? Mama czy któryś z wyżej postawionych w hierarchii kotów? Kocurek starał sobie przypomnieć słowa Przypływ, jednak nie przypominał sobie, aby starsza wspomniała coś o tym, co mogłoby wpłynąć na decyzję pozostawienia dwójki złotookich kociąt w Owocowym Lesie, a oddelegowaniu do sojuszniczej społeczności dwójki błękitnookich. Wątpił, aby rozchodziło się o kolor oczu, a tym bardziej o kolor sierści. Czyżby naprawdę wybór kociąt był zwykłym przypadkiem, a może kryło się za tym coś większego? A może przed zamieszkaniem w Klanie Burzy ochronił Gończyka tylko fakt, że w snach przemawia do niego Wszechmatka?
Brązowy kocurek oczekiwał powrotu matki, zastanawiając się, czy może kotka nie poprosi ich ojca i inne ważne koty, aby jednak nie rozdzielać rodzeństwa. Mogłaby powrócić z dwójką swych dzieci i ojcem kociąt do obozu Owocowego Lasu, gdzie tuż po poznaniu drogiego rodzica przez pozostałe kocięta, wspólnie poinformowali by swoje pociechy o tym, że sami mogą zdecydować o tym, do której społeczności chcą należeć w przyszłości? Ta wizja była piękna. Tyle, że przecież byli miotem sojuszniczym, więc czy tego chcieli, czy nie, należeli do dwóch społeczności. Nic nie stało na przeszkodzie, aby jednego dnia mogli uczyć się wspinaczki na drzewa, a innego polowania na króliki. Jednego dnia mogliby spać w norach, a drugiego w koronach drzew. Gdyby kocurek udał się wraz z delegacją do Klanu Burzy, na pewno zaproponowałby takie rozwiązanie, które jego zdaniem było najlepsze ze wszystkich możliwości. Aby nie trzeba było nikogo rozdzielać! W końcu mieli łączyć dwie społeczności, być spoiwami!
Zezowata kotka wyślizgnęła się do kociarni, tym samym utwierdzając w przekonaniu brązowego kocurka i czarno-białą koteczkę o tym, że ich rodzeństwo naprawdę opuściło Owocowy Las i zamieszkało w klanie, w którym żył ich ojciec, Zawodzący Echo. Dostrzegając markotny wyraz pyska syna, szamanka szturchnęła go lekko nosem.
Gończyk nie rozumiał Purchawki. Dlaczego na siłę próbowała sprawić, aby się uśmiechnął? W dodatku sama nie wyglądała na specjalnie smutną w związku z oddaniem pod opiekę dwójki swoich kociąt. Kocurek chciał się zapytać mamy, czy ona ich kocha, jednak milczał, pozwalając myślą kotłować się w jego umyśle.
Mimo, że niebieskie oczy brata oraz siostry nie raz sprawiły, że po plecach kocurka przebiegły dreszcze, szczerze tęsknił za ich widokiem. Pocieszał go fakt, że po skończeniu przez nich sześciu księżyców będą mogli się spotkać ponownie, najprawdopodobniej najwcześniej na zgromadzeniu. Chyba, że sam zdecydowałby się ich odwiedzić. Wystarczyło tylko pokonać Drogę Grzmotu i znalazłby się na bezdrzewnych terenach. Najpierw tylko musiał zostać zyskać mentora i rozpocząć swoją trening na...
No właśnie, na kogo?

~~~

Rozpoczął trening na szamana pod okiem swojej matki, a jego siostra została mianowana na uczennicę zwiadowcy szkolącą się pod czujnym okiem Rohan. Młody kocurek był ciekawy na kogo zostaliby mianowani Łza oraz Zew, gdyby nie zostali zmuszeni do zmiany miejsca zamieszkania. Zdaniem Gończyka błękitnooka siostrzyczka również nadawałaby się na uczennicę zwiadowcy, natomiast Zew... I tu się pojawiał problem. Na zwiadowcę mu nie pasował, ponieważ brat posiadał krótki ogonek, odziedziczony ponoć po ich ojcu. Na stróża również jakoś nie pasował. Może wojownik? Albo zielarz? Gdyby Zew został pomocnikiem przepięknej starszej kotki o białym futrze, mogliby spędzać ze sobą dużo czasu, nie tyle co wolnego. Mogli nawet wspólnie trenować!
Gończyk dziwnie się czuł z wiedzą, że jego rodzeństwo żyjące w Klanie Burzy dopiero za dwa księżyce zostanie mianowane na uczniów. Będą o całe dwa księżyce w plecy, gdy w Owocowym Lesie mogliby już teraz rozwijać się w wybranej dziedzinie. Chyba, że tata i dziadek zdecydowaliby się zrobić dla nich wyjątek?
– W moich snach nie jestem jaskółką czy jerzykiem, tylko modrogończykiem. Myślę, że wszechmatka po śmierci pozwoli mi pozostać mym imiennikiem – podzielił się z matką uwagą, gdy ta podczas pierwszej lekcji zdecydowała się od podstaw przeszkolić syna na temat Wszechmatki. Zezowata kotka przekazała synowi wiedzę zdobytą od swojej poprzedniczki, szanowanej zmarłej Świergot. – Będę dbał o kolorowe łąki znajdujące się na ojcowskich terenach, jak i będę doglądać matczynych sadów. Pozostanę spoiwem dwóch społeczności, nawet po śmierci.

[trening szamana - 719 słów 🍃🌱🌿]

[14%]

15 czerwca 2026

Od Modrogończyka

Nim kocięta skończyły 4 księżyce

Modrogończyk dowiedział się od Przypływ tego, kto jest ojcem czwórki najmłodszych mieszkańców kociarni. Podobno był nim czarno-biały kocur o niebieskich oczach. I to nie byle jaki kocur! Podobno był zastępcą klanu, z którym Owocowy Las miał sojusz. A Modrogończyk, Psianka, Łza oraz Zew narodzili się w ramach umowy między dwiema społecznościami, aby wzmocnić ich sojusz.
Brązowy kocurek był nieco zawiedziony tym, że jego rodzice nie byli parą kotów, których połączyła miłość, tylko umowa. Wolałby, aby ich tata mógł być tutaj z nimi, odwiedzać ich w żłobku, podobnie jak robił to Gondor. Kocur często wpadał w odwiedziny do starszych kociąt oraz swojej partnerki, której przynosił dorodne zdobycze.
— Gdy skończycie cztery księżyce, dwóje z was opuści Owocowy Las i dołączy do klanu waszego ojca — miauknęła starsza kocica, tłumacząc wszystko na spokojnie ciekawskiemu kociakowi.
Gończyk, mimo że wykazał zainteresowanie ojcem oraz obcą społecznością, nie chciał opuszczać mamy, a tym bardziej nie chciał być rozdzielany ze swoim rodzeństwem. Kto wpadł na taki głupi pomysł, aby rozdzielać członków rodziny?!
— Naprawdę dwoje z nas musi dołączyć do Klanu Burzy? — zapytał, na co starsza przytaknęła. — Nie lepiej oddać im Pierścienia i jedną z jego sióstr? — mruknął. W jego oczach zebrały się łzy, które próbował ukryć przed byłą liderką. Raz za razem pociągał noskiem. Nie potrafił sobie poradzić z tym, że on, Psianka, Łza lub Zew z drugim z ich czwórki rodzeństwem zamieszka w obcej społeczności. I to w takiej, w której nie wierzyło się we Wszechmatkę tylko jakiś Klan Gwiazdy! — Przypływ, zrób coś! — Uderzył swoją małą łapką w jej przednią łapkę. — Byłaś kiedyś liderką... nie pozwól, aby nas rozdzielono!
— Przykro mi, Gończyku... wiem, że to nic przyjemnego, gdy rozdziela się rodzinę. Na szczęście Klan Burzy leży blisko Owocowego Lasu, więc będziecie często się widywać. Myślę, że zarówno Czereśnia, Kolendra, Figa, wasz ojciec, jak i dziadek, nie będą mieli przeciwko temu, abyście przekraczali granicę i mogli się ze sobą spotykać, kiedy będziecie chcieli. — Uśmiechnęła się i delikatnie dotknęła noskiem policzka Gończyka. — Spójrz na to z innej strony, Gończyku. Jesteście wyjątkowymi kociętami, które są namacalnym dowodem sojuszu między dwiema kocimi społecznościami. Mimo że nikt was o to nie zapytał, zostaliście wybrani jako kocięta zastępcy i szamanki do bardzo ważnego zadania, dzięki któremu zadbacie o to, aby nasze społeczności jeszcze lepiej się poznały oraz bardziej sobie ufały. — Przyciągnęła do siebie kocurka, pozwalając jego głowie spocząć na jej kryzie. — Jeśli będziesz tym kocięciem, które zostanie w Owocowym Lesie, to będziesz miał dodatkowe ważne zadanie. Zostaniesz strażnikiem pamięci o waszej rodzinie tutaj, który musi ich wspierać z całych sił. Nie możesz pozwolić, aby smutek i żal sprawił, że odwrócisz się od nich i porzucisz.
— A jeśli to ja będę tym, który opuści Owocowy Las...
— Jeśli to ty będziesz jednym z tych kociąt, które opuści Owocowy Las, to wiem, że będzie to dla ciebie trudne. Będziesz tęsknił za mamą, pozostawionym rodzeństwem i za wszystkim, co znasz. Pamiętaj, że nie przestaniesz być częścią Owocowego Lasu, gdy przekroczysz granicę i będziesz zmuszony przystosować się do innych zasad. Dla mnie i dla wielu innych Owocniaków wciąż będziesz Owocniakiem. I to nie byle jakim, ale takim, któremu powierzyliśmy ważne zadanie. Będziesz spoiwem.
Gończyk nie chciał być spoiwem. Nie chciał być też strażnikiem. Nie chciał widywać dwójki swego rodzeństwa od czasu do czasu, tylko pragnął z nimi spać w legowisku, później chodzić na wspólne treningi, aż w końcu wspólnie przenieść się do starszyzny.
Zmrużył oczy. Od płaczu rozbolała go nieco głowa. Ułożył się wygodniej, tuląc się do futra starszej. Zasnął. A gdy ponownie się obudził, znajdował się w kociarni. Mama lub jakiś inny wojownik musiał go zabrać ze starzyzny i śpiącego przenieść do kociarni.
— Zew... Psianka... Łza... — zwrócił się do rodzeństwa, które wybudzało się ze swojego snu. — Musimy sobie obiecać, że nieważne co, nieważne jak daleko od siebie będziemy, będziemy zawsze rodzeństwem i nikt, ani nic tego nie zmieni.