— Borowiku! — zawołałam niewyraźnie, odkładając zdobycz na stertę zwierzyny. Nie odpowiedział, więc rozejrzałam się po obozie i szybko dostrzegłam burego kocura stojącego niedaleko.
— Borowiku! — zawołałam ponownie, po czym podbiegłam do niego i usiadłam obok, ledwo powstrzymując się od podskakiwania z podekscytowania. Miałam w głowie pewien pomysł już od jakiegoś czasu i w końcu znalazłam kogoś, kto mógł mi w nim towarzyszyć.
— Masz ochotę zrobić coś bardzo niekonwencjonalnego i szalonego? — Borowik spojrzał na mnie kątem oka, a jego ogon drgnął z ekscytacji.
— Coś… szalonego? — powtórzył, jakby sam próbował oswoić się z tym pomysłem. — No… ale… jak bardzo… szalonego…?
Uśmiechnęłam się jeszcze szerzej, bo jego reakcja tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że wybrałam odpowiedniego kompana. Nie chciałam jednak zdradzać wszystkiego na środku obozu, dlatego rozejrzałam się dookoła, upewniając się, że nikt nie zwracał na nas uwagi.
— A widziałeś kiedyś Dwunożnego na żywo? — spytałam, ściszając głos do konspiracyjnego szeptu. Borowik zmarszczył brwi i również zaczął nerwowo rozglądać się na boki.
— Uh… ano… widziałem. Znaczy… w mojej głowie — odpowiedział po chwili. — I wydawał się… całkiem żywy. Wyobrażam ich sobie czasem. Jako gigantyczne, łyse koty, co na dwóch łapach chodzą. Bo mówią…
Nachylił się bliżej i jeszcze bardziej ściszył głos.
— Mówią, że tak wyglądają — przez chwilę milczał, po czym pokręcił głową. — Ale no… nie, nie… Ja nigdy nie widziałem takiego… nie naprawdę. A bo co…?
Nie mogłam dłużej czekać.
— To chodź, nie możemy rozmawiać tutaj! — szepnęłam, po czym ruszyłam truchtem poza obóz, kierując się w stronę Szopy Strachu. Nikt zbyt często nie zapuszczał się w tamte okolice, więc byliśmy niemal pewni, że nikt nie będzie próbował podsłuchiwać naszej rozmowy. Borowik przez chwilę stał w miejscu, wyraźnie zdezorientowany, ale ostatecznie ruszył za mną.
— C… co…? Och, Wszechmatko… Ale… uh… — wymamrotał, próbując mnie dogonić. Po drodze omal się nie przewrócił, zahaczając łapą o kamień, przez co obejrzałam się na niego z lekkim rozbawieniem. Na szczęście szybko odzyskał równowagę i po chwili znalazł się obok mnie. Kiedy znaleźliśmy się przy Szopie Strachu, zatrzymałam się i usiadłam, owijając ogon wokół łap. Spojrzałam na Borowika poważnie, choć w środku nadal aż rozpierało mnie podekscytowanie.
— Mam pewien plan, ale najpierw musisz mi obiecać, że nikomu nic nie powiesz! — Borowik rozejrzał się po okolicy, po czym spojrzał na mnie z szeroko otwartymi oczami.
— Ja… ja nie powiem nic, nigdy, nie… Ale… nie chodzi o nic… uh… złego, prawda…? Bo ja to… złego nie chcę nic… — mruknął niepewnie. Pokręciłam głową i odpowiedziałam całkowicie poważnie:
— Nigdy bym cię nie poprosiła o nic złego, Borowiku.
Wzięłam głęboki oddech i wreszcie powiedziałam mu, co od dawna chodziło mi po głowie.
— Chciałabym wybrać się w okolice Siedliska Dwunożnych. Od zawsze byłam ciekawa ich wyglądu… a to jedyne miejsce, gdzie mogłabym ich zobaczyć! Tylko podróż do ich miejsca jest bardzo długa i ciągnie się przez tereny innych klanów. Ale z moich obliczeń wynika, że jeśli wyruszymy tuż przed świtem, a w samym Siedlisku nie spotkamy żadnych kłopotów i zostaniemy tam stosunkowo krótko… powinniśmy wrócić do Owocowego Lasu przed zmierzchem — przerwałam na moment, po czym dodałam nieco ostrożniej: — Oczywiście możesz się wycofać! Ale z moim gadulstwem sama długo nie wytrzymam i potrzebuję kompana do podróży…
Borowik podrapał łapą ziemię i pokręcił głową.
— Uh… To… to niedobry pomysł, nie, nie… — zaczął, a ja przez chwilę tylko na niego patrzyłam, czekając, aż skończy. — Jeśli na terenach innego klanu złapie nas patrol, to będzie po nas. Jeśli się tam zgubimy, to też po nas. Albo Dwunożni… uh… zrobią coś tak, że będzie po nas — zawahał się, po czym dodał z wyraźnym niepokojem: — A to jeszcze jest droga w dwie strony… um…
Przez chwilę milczał, wyraźnie rozważając wszystkie możliwe konsekwencje. Już miałam zacząć go przekonywać, kiedy jego mina nagle trochę się zmieniła.
— Ale no… w sumie… jak pójdziemy razem, to… to będziemy mieć dwie pary oczu i uszu i… i ogólnie wszystkiego, co przydatne, razy dwa, więc… — zawahał się jeszcze raz, po czym wzdrygnął się lekko. — Ugh… A co mi tam… Pójdę no… Hm. Przecież cię samej nie puszczę…
Przez moment po prostu na niego patrzyłam, a potem nie mogłam powstrzymać szerokiego uśmiechu.
— Wiedziałam, że się zgodzisz! — rzuciłam z entuzjazmem, a mój ogon niemal od razu uniósł się do góry. Mieliśmy plan. Następnego dnia, jeszcze przed świtem, mieliśmy opuścić Owocowy Las i ruszyć w stronę Siedliska Dwunożnych. Czekała nas długa droga, tereny innych klanów i mnóstwo rzeczy, których nie mogliśmy przewidzieć, ale właśnie ta niewiadoma podobała mi się najbardziej.
Nie wiedziałam, co zobaczymy, czy uda nam się bez problemu dotrzeć na miejsce ani jak właściwie będą wyglądać prawdziwi Dwunożni. Wiedziałam tylko, że nie zamierzałam już dłużej polegać na cudzych opowieściach. Chciałam zobaczyć ich na własne oczy, a Borowik – ku mojej ogromnej radości – miał mi w tym towarzyszyć.
<Borowiku?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz