Po dołączeniu Cętkowanego Tęgosza do kultu
Brązowooka kocica nie była zdziwiona tak dotkliwą zmianą temperatury. Mroźne pazury nielitościwej pory muskały ją po uszach, odbierając z nich czucie, podobnie zresztą z twardymi poduszkami łap, obecnie stykającymi się z pokrytym puchem gruntem. Niebo przestrzeliły gęste, gołębie chmury, a sam las wyglądał na jaśniejszy, niż powinien być, a to wszystko było zasługą śniegu. Podobną Porę Nagich Drzew przesiedziała w żłobku, doglądając innych kociąt i odbierając sobie tym samym możliwość rozprostowania łap, zawalczenia z samotnikiem, jak to miała w zwyczaju. Brakowało jej tego. Możliwości wyzwania kogoś na pojedynek i dania z siebie wszystko, ryzykując tym samym własne wszystko – życie. Teraz przyszedł czas na to, aby powróciła do swoich obowiązków i rozprostowała kończyny. Została z powrotem mistrzynią, oddając resztę wychowania kociąt ich matkom, chociaż zamierzała i tak do nich zaglądać od czasu do czasu. Jej kocięta, teraz już uczniowie w wieku jedynastu księżyców, mieli za sobą wiele treningów. Zastanawiała się, kiedy przyniosą dumę rodzinie i zrobią coś godnego chwalenia. Do tej pory ich kontakt uległ zmianie, odkąd zaczęła przesiadywać tak długo w żłobku, aczkolwiek nie uważała tego za coś szczególnie złego. Nigdy nie była wobec nich czuła i wychowywała je tak, jak była sama chowana przez Zalotną Gwiazdę, swoją kochaną mamę. Było to swego rodzaju zabezpieczeniem, w razie, gdyby którekolwiek z nich kiedykolwiek ją zawiodło i zmuszona byłaby wziąć sprawy we własne łapy. Do tej pory nie zrobili nic, za co mogłaby je tępić, ani nic, za co by je chwaliła. Ona w ich wieku była już wojowniczką.
Kalinowy Powiew zdążyła tak bardzo wyrosnąć. To samo zresztą Nocny Śpiewak. Jakiś czas temu do ich licznej grupy dołączył jej bratanek, Cętkowany Tęgosz, zabijając swojego pierwszego samotnika, a potem składając go w ofierze. Czekała na ten moment długo i mimo tego sukcesu, Ognikowa Słota odczuwała niezadowolenie z faktu, iż vanka nadal nie była członkinią kultu, tak jak jej rówieśnik, z którymi przecież swego czasu, tak wiele razy rozmawiała, spędzała czas. Pamiętała, jak wielkie nadzieje pokładała w córce Gąsiorkowego Trzepotu i robiła co w jej mocy, żeby wyrosła na porządną koteczkę. Już jako kocię wykazywała się dużą inteligencją i sprytem. Później, gdy otrzymała Krucze Pióro jako mentora, mogła wykazać się nawet bardziej, robiąc co w swojej mocy, żeby wyzbyć się wszystkich niedoskonałości, które mogły jej towarzyszyć gdzieś głęboko. Może Nadciągający Pomrok nie uznała jej za wystarczająco dobrą, żeby przynależeć do grupy najlepszych wojowników Klanu Wilka? A może była to kwestia czasu, aż również się przyłączy? W końcu wszystkie te dni spędzone na nauczaniu jej nie mogły pójść na marne. Była mądra i im więcej członków mieli, tym lepiej dla nich wszystkich. Szczególnie takich o dużym potencjale. Niestety nic nie mogło być wiecznie idealne. Niebieska spędzała dużo czasu z Chudym Grzbietem, a przynajmniej tak zaobserwowała szylkretka. Wiecznie się kłócili na środku obozu i marszczyli do siebie pyski. Jednak nie było to robione na tyle często i wyraźnie, żeby wprost przekazać mistrzyni, że nie tliło się między nimi absolutnie nic. Dokładnie tak samo zachowywał się Porywisty Dąb z jej siostrzyczką, a jednak Pomrok jeszcze jakiś czas po jego odejściu trzymała prezent od srebrnego. Poczuła nieprzyjemne ukłucie w sercu, które szybko zbyła. To była przeszłość, która nie miała już dla niej żadnej wartości. Już nawet nie trzymała tej jemioły od niego we własnym legowisku, chcąc o nim całkowicie zapomnieć. Od ich ostatniego spotkania minęło tak wiele księżyców, że pamięć o nim powoli jej się zacierała, chociaż nie całkowicie. Musiała skupić się na tym, co było teraz. Kocimiętkowy Wir od jakiegoś czasu zaczęła się od niej oddalać, a może to raczej… ona oddalała się od własnej partnerki? Ruda musiała to zrozumieć. W końcu kult musiał rosnąć w siłę, a bez Matki Kultu było to trudne. Musiała się poświęcić dla dobra większości, przyszłości całego Klanu Wilka. To od nowego pokolenia zależało to, czy kult przeżyje, gdy najstarsi odejdą, pozostawiając po sobie historie przekazywane z pokolenia na pokolenie. Ruchem ogona przywołała do siebie niebieską wojowniczkę, gdy ją dostrzegła w tłumie kotów.
— Kalinowy Powiewie, czy pamiętasz o tym, co opowiadałam ci w żłobku? — zagadnęła, spoglądając na nią bez większego wyrazu. Kocica pokiwała głową, nie zastanawiając się długo. Wyglądała na dużo bardziej zmęczoną i przybitą niż zawsze. Czy śmierć Trzcinniczkowej Dziupli tak bardzo się na niej odbiła? Był ślepy i mimo tytułu, faktem było, że Mroczna Puszcza już go wzywała. Im więcej starszych mieli, którzy już nie mogli chodzić o własnych łapach, tym więcej pysków do wykarmienia łaziło im po głowach przy tak niehojnych warunkach, jakie panowały obecnie. — Mam nadzieję, że stosujesz się do tych słów. To bardzo ważne, koty bez wiary radzą sobie dużo gorzej. Zawsze, gdy zwątpisz, pomyśl sobie, że nad tobą czuwają. Trzcinniczkowa Dziupla teraz jest szczęśliwy. Może i jego czas tutaj się skończył, ale w towarzystwie naszych przodków będzie tak długo, jak długo będą o nim pamiętać.
Żółtooka poruszyła nieznacznie ogonem i strzepnęła uchem, gdy płatki śniegu zaczęły prószyć z nieba.
— Nie powinnaś poświęcać własnego zdrowia i wszystkiego, na co sobie zapracowałaś z powodu czyjejś śmierci. Może być ci trudno to odzyskać, gdy z tego zrezygnujesz — ostrzegła ją, czując powoli narastającą wewnątrz irytację, że Kalinka zachowywała się w ten sposób. Powinna się pogodzić z tym, że takie właśnie było już życie. Jednego dnia ktoś był, drugiego go brakowało. Mogli mieć na to większy lub mniejszy wpływ, jednak kiedyś każdy odejdzie. Powinni podejmować decyzje takie, żeby czuć się spełnionymi pod koniec. Żeby przodkowie i członkowie kultu byli dumni, zapamiętali takiego kota jak najlepszego i pożegnali go należycie. — Możesz zrobić coś większego, co z pewnością na przestrzeni księżyców podniesie cię na duchu. Zapewnić nam nowe pokolenie. Jesteś młoda, ale nic nie zwróci ci księżyców. Wiele kotek znajduje pocieszenie w nawet samym widoku własnych kociąt.
***
Z nadejściem zmierzchu wyruszyła z obozu niepostrzeżona, ciesząc się chłodem pod poduszkami i wiatrem przemierzającym jej boki i napierającym na wibrysy przyjemnie. Mały dymek ulatniał się z jej pyska, gdy zapuszczała się coraz głębiej w las iglasty. Gęste gałęzie trwały nieruchomo, wytrzymując sporą masę śniegu, jaka została na nie zrzucona z niebios. Gwiazdy przysłonięte były przez gęste obłoki, mistrzyni słyszała jedynie swój cichy oddech i stawiane kroki. Ogon wywijał jej na boki z podekscytowania. Czuła się tak, jakby polowała po raz pierwszy. Tak dawno tego nie robiła. Przyszedł wreszcie czas. Tereny niczyje.
Do jej nosa dotarł charakterystyczny zapach samotnika, który posłał wzdłuż jej grzbietu przyjemny dreszcz. Zamierzała raz jeszcze się wykazać i kto wie, może dorwać również kota, który skrzywdził jej bratanka? Do tej pory trwał spokój taki, że wielu wprawiłby w niepokój. Ognikowa Słota jednak zaczęła z czasem czuć podmuchy wiatru pod łapami, które raz po raz przybierały na sile, przewracając zebranym masowo puchem na gruncie. Była to idealna okazja, która zakryje jej ślady, a ze względu na ziąb, jej zapach zostanie szybko rozwiany gdzieś daleko. Dbała o to, żeby iść pod wiatr. Otworzyła pysk, próbując wychwycić zapach, o który obiły się jej nozdrza parę uderzeń serca temu. Udało się. Przodkowie musieli nad nią czuwać, skoro poszło jej to tak łatwo. Łapy zatapiały jej się w śniegu z każdym kolejnym krokiem, muskając twardy, zmrożony grunt.
Między gęsto przykrytymi krzewami mignęło jej ciemne futro. Gdyby nie stąpał po śniegu, mogłaby je bardzo łatwo przeoczyć. Na niekorzyść nieznajomej jednak bardzo rzucała się tego wieczoru w oczy. Ognikowa Słota dostrzegła ją dość szybko. Jarzące się, intensywnie żółte ślepia spotkały się z tymi jej, ciemnymi. Samotniczka okryta była ciemną szatą, a pysk przecinała jej rozległa pręga koloru skóry.
— Co tu robisz, zapchleńcu?! — wysyczała do niej, machając ogonem na boki nerwowo. Wreszcie nim strzepnęła niczym puchatym biczem. Mistrzyni uśmiechnęła się, gdy spostrzegła pod jej łapami wychudzonego rudzika.
— Przyszłam ciebie odebrać. Chodź tu do mnie.
W oczach kotki, mimo wyzywającego tonu dało dostrzec się zmieszanie. W tych należących do Wilczaczki jednak, zniecierpliwienie oraz narastającą w zawrotnym tempie irytację. Ile można było czekać? Podniosła brodę wysoko, oblizując policzki. Źrenice zwężyły jej się do cieniutkich szparek, wielkością równych igłom, które pospadały z drzew otaczających je, pnących się wysoko ku ciemnemu niebu. Szylkretka rzuciła się przed siebie i znalazłszy się przed samotniczką, zamachnęła łapą. Trafiła w pysk nieznajomej, a w powietrze trysnęła krew. Żółtooka wrzasnęła, odruchowo odpychając Wilczaczkę; kotki szczepiły się i potoczyły po ziemi, machając kończynami oraz ogonami. Czuła nieporadne, płytkie nacięcia na skórze. Wreszcie, przerywając tę dziecinadę, brązowooka kopnęła ją mocno w brzuch, odrzucając tym samym od siebie. Oparła się o zmrożoną ziemię, stając szybko na łapy. W paru zwinnych susach dotarła do nieznajomej, która obecnie się skuliła. Słota podniosła łapę z wysuniętymi pazurami wysoko, przecinając jej bok sprawnie. Odór krwi unosił się w powietrzu, przynajmniej dopóki nie został rozwiany przez hulające podmuchy. Samotniczka zawyła z bólu, gdy szkarłatna posoka zanieczyściła schludnie wyłożony śnieg pod nią, a pieśń ta poniosła się echem po drzewach, który jak szybko się rozpoczął, nawet szybciej umilkł. Przycisnęła ją do ziemi łapą i popatrzyła prosto w oczy przegranej.
— Wy wszyscy jesteście tacy słabi, marni. Pójdziesz teraz ze mną. Wisisz mi przysługę, za taką walkę i marnowanie mojego cennego czasu — spojrzała na nią z pogardą, marszcząc nos. Chwyciła ją za barki, sprawnie stawiając na łapy. Kocica chwiała się, a wzrok miała jakby przyćmiony, gdy z futra skapywały jej krople krwi. Mistrzyni popchnęła ją, na co ta nieomal znowu nie upadła.
Wreszcie, po jakimś czasie znaleźli się w miejscu spotkania kultu. Przed oczami Słoty zaczęły majaczyć sylwetki dobrze znanych jej kotów. Przysiadła się do ciasnego kręgu pysków, gdy kruczoczarna stanęła na samym środku, robiąc wielkie oczy. Mistrzyni zerknęła na Zalotną Gwiazdę. Czy była z niej dumna? Poczuła falę ekscytacji.
— Ognikowa Słoto — zachęciła ją Nadciągający Pomrok. Brązowooka kiwnęła głową, wewnątrz ekscytując się niczym małe kocię. Zazwyczaj to Kapłan odbierał samotnikowi życie, a ich zadaniem było jedynie przyprowadzić go na miejsce spotkania, żeby później oddać cześć przodkom i pomodlić się. Wstała zatem ze swojego miejsca i podszedłszy do samotniczki, marzyła o tym, żeby poczuć, jak jej pazury rozrywają skórę. Stanęła z nią oko w oko. Oblana czernią kotka spojrzała jej wrogo w ślepia, zamierzając się na nią. Jej pazury przejechały tuż nad jej nadciętym uchem, niemal odrywając kolejny kawałek z niego. Szylkretka się zaśmiała, z pochyloną głową nurkując jej pod łapami i rozrywając sprawnie miękką skórę na brzuchu. Ziemia wokół niej zabarwiła się krwią, żółtooka zachłysnęła się z bólu, a łapy trzęsły jej się z wycieńczenia. Spojrzała tępo na wojowniczkę. Potem, wrzeszcząc wściekle, skoczyła na szylkretkę, cała zjeżona. Kocica uskoczyła na bok i zauważywszy, że jej nacięcie nie było wystarczające, chlasnęła przednimi szponami, odsłaniając zawartość.
Krew ściekała po jej wielokolorowym futrze, gdy posoka poleciała prosto na nią. Samotniczka wpatrywała się jeszcze przed siebie parę uderzeń serca, nabierając łapczywych oddechów, aż jej wzrok całkowicie się zamglił, gdy opadła z sił. Była zupełnie nieruchoma.
Fala dumy zakwitła w sercu rudaski, wymieszana ze swego rodzaju niesmakiem. Metaliczny posmak rozproszył się po jej podniebieniu, gdy oblizała pazury. Została wytypowana z tłumu, upolowała własnymi łapami samotnika, a jednak i tak – potrzeba wykazania się bardziej pchała jej umysł do wypatrywania kogoś jeszcze, może ktoś niefortunnie znalazł się blisko…
Ognikowa Słota zastrzygła wąsami, czekając na reakcję liderki, gdy powróciła do tłumu. Matka wyglądała na zamyśloną.
Nagle, w krzakach coś zaszeleściło. Kocica podniosła wzrok i z postawionymi uszami wstała na cztery łapy. Dostrzegła w nich nieznajomy pysk, z podobną blizną przebiegającą wzdłuż niego. Różnił się od tego, który leżał tuż przed nią białymi pasmami na policzkach oraz brodzie, a może i nawet całej piersi. Zapach jednak dzieliła z tą poległą. Nie był to członek żadnego z klanów.
— Sprawdzę to — powiedziawszy to, zielonooka otarła się o Ognikową Słotę, a kocica kiwnęła głową. Niech też się wykaże, w końcu dawno nie miały okazji uczestniczyć w zebraniu wszystkich kultystów, dlatego też, jeśli i ją wytypują do zabicia nieznajomego kota, może ich więź umocni się na nowo?
Kocimiętkowy Wir ruszyła we wskazanym kierunku, posyłając za sobą chmurkę śniegu. Zniknęła w gęstym, leśnym poszyciu, wyróżniając się na nim doskonale, ponieważ jej futro było jaskraworude. Ogon Matki Kultu wymachiwał na boki, nie mogła się doczekać, aż się pomodlą.
***
Wreszcie, po jakimś czasie zielonooka kotka wróciła. Futro miała zmierzwione, a sama sapała z powodu przemierzenia tak sporego odcinka, niestety po nic. Wróciła o pustych łapach. Ognikowa Słota strzepnęła z niezadowoleniem ogonem. Co ona zrobiła?
— Uciekła mi! — powiedziała, poruszając niespokojnie końcówką ogona. Pręgowana zmarszczyła brwi, patrząc na swoją partnerkę w niedowierzaniu. Co miały oznaczać te słowa? Jak mogła pozwolić, żeby jej uciekł świadek?
— W którą stronę odbiegła? — zapytała, czując, że powoli puszczają jej nerwy.
— Uciekła do Betonowego Świata…
Ogon brązowookiej poruszał się niespokojnie. Zalotna Gwiazda odchrząknęła.
— To samotniczka, nie może się nam równać. Nie zagraża nam.
Szylkretka patrzyła na liderkę jeszcze przez jakiś czas, aż odetchnęła. Skoro matka nie widziała w niej żadnego zagrożenia dla ich grupy, niech zatem tak będzie. Słota podeszła do Kocimiętki i otuliła ją swoim półdługowłosym ogonem. Jeszcze znajdą okazję do tego, żeby spędzić wspólnie czas. Powinna odbudować ich więź.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz