BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 8 listopada, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

29 października 2026

Od Psianki

Wszystko wydarzyło się zdecydowanie zbyt szybko. Jeszcze przed chwilą stałam na trawie, próbując przyjrzeć się dziwacznemu gniazdu Dwunożnych, a zaraz potem poczułam, jak coś ogromnego zaciska się wokół mojego ciała i unosi mnie nad ziemię. Szarpnęłam się, wydając z siebie przestraszony pisk, lecz uścisk nie zelżał. Próbowałam dosięgnąć napastnika pazurami, ale moje łapy trafiały jedynie w powietrze. Serce waliło mi tak mocno, że przez moment nie potrafiłam zebrać myśli. Przecież nie zrobiłam niczego złego! Chciałam tylko zobaczyć, jak żyją Dwunożni. Czy naprawdę aż tak bardzo nie lubili, kiedy ktoś zaglądał do ich gniazd?
— Proszę, puść mnie! — miauknęłam rozpaczliwie, próbując spojrzeć Dwunożnemu w twarz. — Nie chciałam niczego ukraść! Obiecuję, że już sobie pójdę!
Odpowiedział mi niezrozumiałymi dźwiękami, a następnie przeniósł mnie do dziwnego, plastikowego pudła. Kiedy tylko postawił mnie w środku, natychmiast zawróciłam w stronę otworu, ale drzwiczki zatrzasnęły się tuż przed moim nosem. Uderzyłam w nie łapami, a potem przycisnęłam pysk do kratek, próbując znaleźć choćby najmniejszą szczelinę. Wszystko na próżno. Transporter był ciasny, nieprzyjemnie pachniał obcymi zwierzętami, a jego ścianki nie dawały się ani przesunąć, ani podrapać na tyle, by zrobić w nich dziurę. Mimo strachu nie zamierzałam jednak przestać próbować.
— Borowik! — zawołałam, choć wiedziałam, że mój przyjaciel najpewniej nie mógł mnie usłyszeć. — Jeśli mnie słyszysz, nie podchodź do tych potworów! Uciekaj do lasu!
Na samą myśl o Borowiku ścisnęło mnie w gardle. Zostawiłam go samego, zapewniając, że zaraz wrócę. Co teraz sobie pomyśli? Czy odważy się mnie szukać? A może już ruszył w stronę Owocowego Lasu, przekonany, że postanowiłam wrócić inną drogą? Bardzo chciałam wierzyć, że nic mu się nie stało. Miałam nadzieję, że znajdzie bezpieczne schronienie i przekaże mamie oraz Gończykowi, że ich kocham, jeśli rzeczywiście nie uda mi się wrócić. Nie chciałam, żeby ktokolwiek przeze mnie cierpiał. Przecież ta wyprawa miała być przygodą, a nie powodem do zmartwień całego klanu.
Wkrótce transporter został uniesiony, a ja zachwiałam się na jego dnie. Usłyszałam otwierane drzwi, potem kilka kroków i nagle znalazłam się w brzuchu potwora. Tak przynajmniej wyglądało to z mojej perspektywy. Wokół mnie rozciągała się zamknięta przestrzeń o dziwnym zapachu, a przez okna przemykały obrazy, które zmieniały się tak szybko, że nie potrafiłam ich rozpoznać. Gdy potwór zaryczał, a całe jego ciało zadrżało, przywarłam do podłogi transportera i wbiłam pazury w plastik. Ruszyliśmy z miejsca, a ja poczułam, że żołądek podchodzi mi do gardła. Nigdy wcześniej nie podróżowałam w czymś podobnym. Nawet Grzmiąca Ścieżka nie wydawała mi się równie przerażająca, choć jej huk nieraz sprawiał, że kuliłam uszy.
Przez całą drogę próbowałam zachować spokój, powtarzając sobie, że każda sytuacja ma jakieś rozwiązanie. Może Dwunożni chcieli tylko mnie obejrzeć i wypuścić? Może uznali mnie za zagubionego kociaka i zamierzali pomóc mi znaleźć drogę do domu? Nie chciałam od razu zakładać najgorszego. W końcu nie znałam ich zwyczajów, a skoro sami potrafili budować tak ogromne gniazda, być może mieli również swoje powody, by postępować w niezrozumiały dla mnie sposób. Mimo to nie mogłam przestać myśleć o Borowiku i o tym, jak daleko oddalałam się od znajomych terenów.
Podróż zakończyła się przed dziwnym budynkiem, którego wnętrze przesiąknięte było zapachami, jakich nie spotkałam nawet na najbardziej odległych skrajach lasu. Dwunożny ponownie wyjął transporter i zaniósł mnie do środka. Wokół rozlegały się obce dźwięki, a gdzieś niedaleko odzywały się inne zwierzęta. Niektóre brzmiały na zdenerwowane, inne na przestraszone. Próbowałam wypatrzeć je przez kratki, ale zanim zdążyłam przyjrzeć się otoczeniu, ktoś postawił transporter na blacie i otworzył drzwiczki.
Wycofałam się natychmiast, gdy obca dłoń zbliżyła się do mnie. Nie chciałam nikogo drapać, jeśli nie musiałam, ale nie zamierzałam również pozwolić, by znów mnie pochwycono. Niestety, Dwunożny okazał się znacznie większy i silniejszy ode mnie. Wyciągnął mnie z transportera, a potem przytrzymał, kiedy próbowałam odsunąć się od jego rąk. Najpierw obejrzał moje oczy, uszy i pysk, później przesunął dłońmi po grzbiecie i bokach, jakby szukał czegoś ukrytego pod futrem. Przyłożył też do mojego ciała zimny przedmiot, przez co odruchowo napięłam mięśnie. Nie rozumiałam, co właściwie robi, ale starałam się nie wpadać w panikę. Może to tylko badanie? W klanie również sprawdzaliśmy, czy ranne koty nie potrzebują pomocy, choć nie przypominałam sobie, by ktokolwiek musiał w tym celu zamykać je w plastikowym pudle.
— Czy mógłbyś przynajmniej powiedzieć mi, co robisz? — zapytałam cicho, przyglądając mu się niepewnie. — Nie rozumiem cię, ale naprawdę chciałabym już wrócić do domu.
Oczywiście nie otrzymałam odpowiedzi, którą mogłabym zrozumieć. Zamiast tego Dwunożny przygotował niewielki przedmiot, a chwilę później poczułam ostre ukłucie. Poderwałam się gwałtownie i miauknęłam z zaskoczenia, próbując odwrócić głowę, lecz byłam zbyt mocno przytrzymywana. Zabolało tylko przez moment, ale sam fakt, że ktoś zrobił mi coś takiego bez ostrzeżenia, wzbudził we mnie ogromny sprzeciw. Kiedy w końcu mnie puszczono, natychmiast odsunęłam się na bezpieczną odległość i obejrzałam miejsce ukłucia, jakby miało się tam zaraz pojawić coś strasznego.
Na tym jednak się nie skończyło. Podano mi jeszcze coś do połknięcia, czego smak był tak okropny, że skrzywiłam pysk i próbowałam wypluć preparat. Dwunożny dopilnował jednak, żebym go przyjęła. Czułam się coraz bardziej zmęczona i zagubiona, a mimo to starałam się zapamiętać jak najwięcej szczegółów otoczenia. Jeśli miałam znaleźć drogę do domu, musiałam wiedzieć, dokąd mnie zabrano. Zapamiętałam zapachy, układ pomieszczenia i dźwięki dochodzące zza drzwi. Nie wiedziałam jeszcze, do czego przydadzą mi się te informacje, ale jako zwiadowczyni powinnam umieć wykorzystać nawet najmniejszą wskazówkę.
Wreszcie ponownie umieszczono mnie w transporterze. Tym razem nie rzucałam się już na drzwiczki, choć nadal miałam ochotę wydostać się z tej pułapki. Byłam zmęczona, a moje łapy drżały po wszystkich nieprzyjemnych przeżyciach. Ułożyłam się w kącie i oparłam pysk na przednich łapach. Przez chwilę pozwoliłam sobie na smutek. Tęskniłam za zapachem mchu, za szelestem liści i za ciepłem znajomego legowiska. Przede wszystkim jednak tęskniłam za mamą i Gończykiem. Zastanawiałam się, czy martwią się już moim zniknięciem, i obiecałam sobie, że gdy tylko wrócę, będę im opowiadać o tej wyprawie tak długo, aż sami poproszą mnie o ciszę. O ile, oczywiście, w ogóle uda mi się wrócić.
Po kolejnej podróży brzuch potwora zatrzymał się, a Dwunożny zabrał transporter do miejsca, które pachniało inaczej niż poprzednie. Kiedy otworzył drzwiczki, ostrożnie wysunęłam głowę. Nie widziałam już obcych zwierząt ani dziwnych przedmiotów, które służyły do badania. Znajdowałam się w przestronnym pomieszczeniu, gdzie stały wysokie przedmioty, a podłoga była twarda i gładka. Wokół unosił się zapach jedzenia, materiałów i czegoś, co przypominało czyste legowisko. Nie był to las, ale przynajmniej nie słyszałam już przerażających odgłosów z poprzedniego miejsca.
Wysunęłam się z transportera powoli, stawiając łapę za łapą. Dwunożny odszedł, zostawiając mnie samą, a ja natychmiast zaczęłam rozglądać się po pomieszczeniu. Nie zamierzałam od razu uznawać, że jestem tu bezpieczna, ale nie chciałam też bezmyślnie rzucać się na każdą napotkaną rzecz. Najpierw należało znaleźć wyjście. Obwąchałam krawędzie mebli, zajrzałam za zasłonę i spróbowałam dosięgnąć łapą szczeliny pod drzwiami. Niestety, żadna z tych prób nie przyniosła oczekiwanego rezultatu. Okna znajdowały się wysoko, a droga do nich prowadziła przez przedmioty, których stabilności nie byłam pewna.
— No dobrze, Psianko, spokojnie — mruknęłam sama do siebie, próbując dodać sobie otuchy. — To tylko legowisko. Legowisko z bardzo dziwnymi zwyczajami i okropnymi Dwunożnymi, ale nadal legowisko. Musi być jakieś wyjście.
Nie chciałam pozwolić, żeby strach przejął nade mną kontrolę. Zawsze uważałam, że ciekawość jest jedną z najważniejszych cech zwiadowcy, a teraz miałam okazję wykorzystać ją w praktyce. Zaczęłam więc badać kolejne kąty, uważając, by nie przewrócić niczego, co mogłoby zwrócić uwagę Dwunożnych. W pewnej chwili dotarłam do pomieszczenia, w którym stał duży mebel przypominający skalną półkę, a nad nim wznosiła się konstrukcja z kamienia. Zanim zdążyłam dokładniej jej się przyjrzeć, poczułam zapach innego kota.
Zatrzymałam się gwałtownie. Moje uszy obróciły się w stronę dochodzącego szelestu, a serce ponownie przyspieszyło. Nie wiedziałam, czy spotkam tu sprzymierzeńca, czy kolejnego wroga, ale samotność i strach sprawiły, że odruchowo przyjęłam obronną postawę. Zza mebla wyłonił się wysoki, smukły kocur o półdługim futrze w czekoladowych i przydymionych odcieniach. Jego szyję otaczała puszysta kryza, a zielone oczy spoglądały na mnie z zaciekawieniem. Na szyi miał obrożę, do której przyczepiono niewielką zawieszkę w kształcie korony.
To właśnie ona sprawiła, że przestałam myśleć rozsądnie. Uznałam, że musi być związany z Dwunożnymi, może nawet pomaga im pilnować schwytanych zwierząt. Nie miałam żadnego dowodu na to, że rzeczywiście jest moim wrogiem, lecz w tamtej chwili strach i gniew okazały się silniejsze od ostrożności. Zanim kocur zdążył się odezwać, nastroszyłam futro, położyłam uszy i rzuciłam się w jego stronę.
— Co ty tutaj robisz?! — syknęłam, próbując powalić go na podłogę. — Gdzie jest wyjście? I dlaczego pozwalasz Dwunożnym więzić koty w ich własnym domu?!
Walka była krótka, ale gwałtowna. Nie chciałam go skrzywdzić bardziej, niż uważałam za konieczne, jednak próbowałam zmusić go, by przestał się opierać. Kocur nie zamierzał jednak bezczynnie znosić mojego ataku. W pewnym momencie poczułam ostre muśnięcie pazurów pod okiem. Syknęłam z bólu i odskoczyłam, a po policzku spłynęła cienka strużka krwi. Zabolało, lecz dopiero po chwili dotarło do mnie, że ten ślad może pozostać ze mną na długo. Mimo to udało mi się ponownie rzucić na przeciwnika i przycisnąć go do podłogi.
Przez moment patrzyliśmy na siebie w napięciu. Dopiero wtedy zauważyłam, że kocur wcale nie wyglądał na kogoś, kto pragnie mnie skrzywdzić. W jego oczach dostrzegłam przede wszystkim zaskoczenie i strach. Nie wiedziałam, co o tym myśleć. Byłam pewna, że postąpiłam słusznie, a jednak coś w jego zachowaniu sprawiło, że poczułam nieprzyjemne ukłucie w sercu. Nie chciałam być kotem, który atakuje innych bez powodu. Zawsze wolałam rozmawiać, szukać wyjaśnień i unikać walki, jeśli tylko istniała inna możliwość. Tyle że w obcym domu trudno było mi odróżnić zagrożenie od zwykłego nieporozumienia.
Nie zdążyłam jednak powiedzieć ani słowa, ponieważ kocur wyrwał się spod moich łap i błyskawicznie wskoczył na kominek. Znalazł się wysoko nade mną, poza moim zasięgiem, a ja odruchowo cofnęłam się o krok. Sama myśl o wspinaniu się na tę dziwną konstrukcję sprawiła, że ścisnęło mnie w żołądku. Nie ufałam jej występom, a gładkie powierzchnie nie przypominały kory drzew, po których zwykle poruszałam się bez większych problemów. Spojrzałam na kocura, potem na kominek, i uznałam, że nie zamierzam ryzykować upadku tylko po to, by kontynuować kłótnię.
— Nie uciekaj! — zawołałam, choć sama nie byłam pewna, czy bardziej chciałam go zatrzymać, czy po prostu uzyskać odpowiedzi. — Nie zamierzam cię znowu atakować, dopóki nie spróbujesz mnie skrzywdzić!
Przez dłuższą chwilę mierzyłam kocura wzrokiem, niepewna, czy powinnam ponownie się odezwać. Siedział na kominku, poza zasięgiem moich łap, i z tej perspektywy wyglądał zdecydowanie pewniej niż przed momentem, kiedy powaliłam go na podłogę. Jego puszysta kryza była nieco potargana po naszej szarpaninie, a ja dopiero teraz dostrzegłam, że pod okiem zaczyna piec mnie miejsce, w którym dosięgnęły mnie jego pazury. Skrzywiłam się lekko, lecz zaraz potem odwróciłam wzrok. Nie chciałam, żeby pomyślał, że zamierzam wykorzystać ranę przeciwko niemu. W końcu sama sprowokowałam całe zajście.
— Posłuchaj… przepraszam — odezwałam się w końcu ciszej, spoglądając na niego z dołu. — Nie powinnam była rzucać się na ciebie bez pytania. Jestem przestraszona i nie wiem, gdzie mnie przywieźli ani co zamierzają ze mną zrobić. Myślałam, że skoro nosisz obrożę, to jesteś po ich stronie. To nie było sprawiedliwe z mojej strony.
Amant przez moment milczał, przyglądając mi się uważnie. Przesunął ogonem po kamiennej powierzchni, po czym odetchnął i nieco rozluźnił napięte wcześniej barki.
— Cóż, Monsieur Amant przyznaje, że nie spodziewał się takiego powitania — odpowiedział z wyraźną nutą zakłopotania, choć w jego głosie nie było złości. — Zazwyczaj moi goście nie próbują mnie powalić, zanim zdążę się przedstawić. Niemniej doceniam przeprosiny, mademoiselle. I, jeśli mogę coś zasugerować, następnym razem warto najpierw zapytać o imię, a dopiero potem wymierzać sprawiedliwość.
Jego słowa sprawiły, że moje uszy nieco opadły. Nie chciałam przyznać tego na głos, ale miał rację. Zachowałam się pochopnie i nie miałam żadnego dobrego usprawiedliwienia poza strachem. Przesunęłam ciężar ciała z jednej łapy na drugą, po czym spróbowałam uśmiechnąć się przepraszająco, choć ból pod okiem skutecznie utrudniał mi zachowanie swobodnej miny.
— Jestem Psianka. Pochodzę z Owocowego Lasu, gdzie mieszkam razem z rodziną i całym klanem. Dzisiaj wyruszyłam z przyjacielem, Borowikiem, żeby zobaczyć siedlisko Dwunożnych. Nie chciałam nikomu przeszkadzać, naprawdę! Po prostu byłam ciekawa, jak wygląda wasz świat. A potem jeden z nich mnie złapał, zamknął w transporterze i zabrał do tego dziwnego miejsca, gdzie mnie badali. Nawet nie wiem, po co zrobili mi to okropne ukłucie.
Amant przechylił głowę, a jego zielone oczy rozszerzyły się z zainteresowania. Przez moment wyglądał, jakby chciał zadać kilka pytań naraz, jednak ostatecznie wybrał jedno.
— Psianka… jakie urocze imię! — miauknął uprzejmie. — A to ukłucie? Przypuszczam, że byłaś u weterynarza. Dwunożni zabierają tam koty na badania i szczepienia, a czasem podają im również środki przeciwko pasożytom. To nie musi oznaczać, że chcieli zrobić ci krzywdę, chociaż rozumiem, że z twojej perspektywy musiało to być okropne przeżycie. — Zawahał się na chwilę. — Ale chwileczkę… powiedziałaś, że przybyłaś tutaj z przyjacielem. Gdzie on teraz jest?
Na wspomnienie Borowika mój entuzjazm przygasł. Spojrzałam w stronę okna, za którym rozciągał się zupełnie obcy mi świat. Nie miałam pojęcia, czy mój towarzysz zdążył już wrócić do lasu, czy nadal czekał na mnie w pobliżu siedliska. Sama myśl, że mógł zostać na zewnątrz zupełnie sam, wywołała we mnie nieprzyjemny ucisk w piersi.
— Nie wiem — przyznałam cicho. — Zostawiłam go na zewnątrz, zanim weszłam tutaj. Miał poczekać na drzewie, a jeśli coś by mi się stało, powiedzieć mojej mamie i Gończykowi, że ich kocham. Nie sądziłam, że naprawdę będę potrzebowała, żeby to zrobił…
Opuściłam wzrok. Nie chciałam się rozpłakać, zwłaszcza przy kocurze, którego jeszcze przed chwilą uważałam za wroga, ale tęsknota za domem nagle stała się znacznie dotkliwsza. W Owocowym Lesie wiedziałam, gdzie mogę się schronić, komu zaufać i dokąd pójść, kiedy coś mnie niepokoiło. Tutaj wszystko było obce, a ja nie potrafiłam nawet znaleźć wyjścia. Amant musiał zauważyć zmianę mojego nastroju, bo jego spojrzenie złagodniało.
— Przykro mi, że spotkało cię coś takiego — powiedział spokojniej. — Nie potrafię obiecać, że będę w stanie ci pomóc wrócić do lasu, ale mogę przynajmniej wyjaśnić ci kilka rzeczy dotyczących tego domu. I zapewnić, że nie mam zamiaru cię tutaj pilnować. Nie jestem strażnikiem Dwunożnych, zapewniam cię.
Uniósł jedną z przednich łap, jakby chciał podkreślić swoją niewinność, a potem usiadł wygodniej na kominku. Jego zachowanie sprawiło, że poczułam się odrobinę pewniej. Nadal nie wiedziałam, czy mogę mu w pełni zaufać, ale przynajmniej nie wyglądał na kogoś, kto zamierza wykorzystać moje zagubienie. W końcu to ja zaatakowałam pierwsza, a mimo to nie próbował się na mnie mścić.
— Dziękuję — mruknęłam, po czym podniosłam na niego wzrok. — Tylko… właściwie dlaczego mieszkasz z Dwunożnymi? Nie przeszkadza ci, że nie możesz chodzić, gdzie chcesz?
Pytanie wyrwało mi się, zanim zdążyłam zastanowić się, czy nie jest zbyt osobiste. Od razu poczułam lekkie zakłopotanie, lecz Amant nie wyglądał na urażonego. Przeciwnie, jego pysk przybrał wyraz kogoś, kto otrzymał interesujące pytanie.
— Ach, życie pod dachem ma swoje zalety, droga Psianko. Mam wygodne posłanie, regularne posiłki i Dwunożnego, który bardzo o mnie dba. Jestem do tego przyzwyczajony, a mój opiekun jest dla mnie kimś naprawdę ważnym — wyjaśnił, poprawiając zawieszkę przy obroży. — Nie oznacza to jednak, że nigdy nie zastanawiałem się nad tym, co znajduje się poza ogrodem. Świat jest przecież ogromny, a ja znam zaledwie jego niewielki fragment. Wolę jednak poznawać go ostrożnie, zamiast rzucać się w nieznane bez przygotowania.
Zamyśliłam się nad jego słowami. Nie potrafiłam wyobrazić sobie, bym mogła dobrowolnie zamienić wolność lasu na wygodne posłanie i pełną miskę, ale nie chciałam oceniać go wyłącznie przez pryzmat własnych przyzwyczajeń. Każdy kot miał przecież inną historię, a ja nie znałam jego. Być może dla niego dom Dwunożnych był prawdziwym domem, podczas gdy dla mnie stał się więzieniem. Ta myśl pomogła mi nieco lepiej zrozumieć, dlaczego tak trudno było nam spojrzeć na siebie bez uprzedzeń.
— W Owocowym Lesie każdy ma swoje miejsce — zaczęłam, a mój głos stopniowo nabierał pewności. — Są wojownicy, którzy chronią klan, zwiadowcy tacy jak ja, którzy poznają teren i sprawdzają, co dzieje się poza naszymi granicami, oraz medycy pomagający rannym i chorym. Mamy własne legowiska, polujemy na pożywienie i uczymy młodszych, jak przetrwać. Nie potrzebujemy Dwunożnych, żeby sobie radzić.
Amant wyprostował się na kominku, a jego ogon uniósł się z wyraźnego zaciekawienia.
— Zaraz, zaraz! — przerwał mi z przejęciem. — Powiedziałaś „zwiadowcy”? Czyli ty jesteś jednym z nich? Co dokładnie robicie? Wyruszacie daleko od domu? A te wasze klany… to coś w rodzaju rodzin, czy raczej całych społeczności? Przepraszam, mam mnóstwo pytań, ale nigdy nie słyszałem o czymś takim!
Zamrugałam zaskoczona jego nagłym ożywieniem, po czym nie potrafiłam powstrzymać rozbawionego uśmiechu. Jeszcze przed chwilą siedziałam na podłodze, przerażona i zagubiona, a teraz miałam przed sobą kocura, który wyglądał, jakby właśnie odkrył najciekawszą opowieść swojego życia. Poczułam znajomą radość, tę samą, która zawsze towarzyszyła mi, kiedy mogłam opowiadać komuś o lesie.
— Tak, jestem zwiadowczynią! — odpowiedziałam z dumą. — Poznajemy okolice, obserwujemy granice i zwracamy uwagę na wszystko, co może być ważne dla klanu. Czasem trzeba wyruszyć naprawdę daleko, a czasem wystarczy zapamiętać jakiś nowy zapach albo zauważyć ślady obcego kota. Dzięki temu możemy ostrzec innych przed niebezpieczeństwem. A klan to coś więcej niż rodzina. Oczywiście mamy rodziców i rodzeństwo, ale żyjemy razem z wieloma innymi kotami, pomagamy sobie i wspólnie dbamy o nasze terytorium.
— Niezwykłe! — westchnął Amant, a w jego głosie zabrzmiał szczery podziw. — Czyli każdy ma określone zadanie? A co z kotami, które nie potrafią polować albo nie nadają się do walki? Czy również mogą znaleźć dla siebie miejsce? I jak właściwie zdobywacie pożywienie, kiedy pogoda jest wyjątkowo niesprzyjająca?
Zasypał mnie kolejnymi pytaniami, a ja odpowiadałam na nie najlepiej, jak potrafiłam. Opowiadałam o polowaniach, o nauce młodych kotów, o wspólnych obowiązkach i o tym, że nie każdy musi być silnym wojownikiem, by okazać się przydatnym. Wspomniałam o rzece, polanach, gęstych zaroślach i drzewach, na które można wspinać się godzinami. Mówiłam o zmieniających się porach roku, zapachach wilgotnej ziemi po deszczu i o tym, jak wiele można odkryć podczas zwykłej wyprawy przez las. Im dłużej opowiadałam, tym mniej myślałam o własnym strachu. Na chwilę znów poczułam się tak, jakbym siedziała we własnym legowisku i dzieliła się przygodami z kimś, kto naprawdę chciał mnie słuchać.
— A czy wszystkie koty w waszym klanie urodziły się w lesie? — zapytał Amant, gdy zrobiłam krótką przerwę. — Czy zdarzają się przybysze z zewnątrz? Tacy, którzy wcześniej mieszkali gdzie indziej, ale postanowili zmienić swoje życie?
Przekrzywiłam głowę, zastanawiając się nad odpowiedzią. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że dla niego nasz świat naprawdę jest czymś niezwykłym. Nigdy nie patrzyłam na Owocowy Las z perspektywy kogoś, kto zna wyłącznie dom Dwunożnych. Nagle nawet zwyczajne rzeczy, takie jak spanie pod gałęziami czy wspólne wyprawy na polowanie, nabrały w moich oczach szczególnego znaczenia.
— Nie wszystkie koty muszą urodzić się w klanie, żeby stać się jego częścią — wyjaśniłam. — Najważniejsze jest to, czy chcą z nami żyć i przestrzegać naszych zasad. Oczywiście nie ja podejmuję takie decyzje, więc nie mogę obiecać, że każdy zostałby przyjęty. To zależy od naszego przywódcy i od tego, czy uzna, że dany kot będzie pasował do klanu.
Amant zamilkł, a jego wcześniejszy entuzjazm ustąpił miejsca zamyśleniu. Spojrzał na swoje przednie łapy, potem na obrożę, której zawieszka połyskiwała delikatnie w świetle wpadającym przez okno. Przez chwilę wyglądał, jakby ważył w myślach coś bardzo ważnego.
— A gdyby kot, który nie urodził się w klanie, chciał do niego dołączyć, przyjęlibyście go? — zapytał w końcu, tym razem znacznie ciszej.
Zamilkłam, przyglądając mu się uważniej. W jego głosie usłyszałam coś więcej niż zwykłą ciekawość. Nie chciałam jednak wyciągać pochopnych wniosków, zwłaszcza po tym, jak sama przed chwilą popełniłam taki błąd. Nie mogłam obiecać mu czegoś, o czym nie decydowałam. Przyjęcie nowego kota zależało od wielu rzeczy, a przede wszystkim od woli przywódcy i tego, czy przybysz rzeczywiście chciałby żyć według naszych zasad.
— Myślę, że to możliwe, ale nie mogę ci tego obiecać. Musiałbyś porozmawiać z naszym przywódcą i pokazać, że naprawdę chcesz być częścią klanu. Nie każdy musi urodzić się w lesie, żeby nauczyć się w nim żyć — odpowiedziałam łagodnie, po czym uśmiechnęłam się do niego nieśmiało. — A dlaczego pytasz, Amancie? Chciałbyś kiedyś zobaczyć Owocowy Las?
Amant spojrzał na mnie z taką intensywnością, że przez moment zapomniałam o piekącej ranie pod okiem. Jego uszy drgnęły, a ogon powoli przesunął się po kamieniu.
— Nie wiem, czy odważyłbym się od razu porzucić wszystko, co znam — przyznał szczerze. — Mój opiekun jest dla mnie bardzo ważny, a ja nigdy nie musiałem sam zdobywać pożywienia ani szukać schronienia przed deszczem. Nie chciałbym udawać, że potrafię coś, czego jeszcze się nie nauczyłem. Ale… chciałbym zobaczyć ten las. Chciałbym zrozumieć, jak to jest żyć w miejscu, w którym każdy dzień przynosi coś nowego. I zastanawiam się, czy kot taki jak ja w ogóle miałby szansę się tam odnaleźć.
W jego słowach nie usłyszałam kaprysu ani nagłego zachwytu, który zniknąłby po chwili. Brzmiał, jakby naprawdę próbował wyobrazić sobie życie zupełnie inne od tego, które znał. Nie potrafiłam powiedzieć, czy byłby gotów na taką zmianę, ale podobało mi się, że nie udawał odważniejszego, niż był w rzeczywistości. Sama przecież również nie wiedziałam wszystkiego o świecie poza granicami klanu, choć zwykle nie pozwalałam, by powstrzymywało mnie to przed zadawaniem pytań.
— Nie musisz od razu podejmować żadnych wielkich decyzji — zapewniłam go. — Najpierw mógłbyś po prostu zobaczyć las. A jeśli kiedyś naprawdę chciałbyś do nas dołączyć, wtedy zastanowilibyśmy się, co dalej. Nie każdy musi umieć wszystko od pierwszego dnia. Ja też nie urodziłam się zwiadowczynią, musiałam się uczyć.
Dopiero po wypowiedzeniu tych słów uświadomiłam sobie, jak dziwna była nasza sytuacja. Jeszcze kilka chwil wcześniej uważałam go za wroga i próbowałam powalić na ziemię, a teraz rozmawialiśmy o moim domu, jakbyśmy znali się od dawna. Nie wiedziałam, co przyniosą kolejne dni ani czy uda mi się odzyskać wolność, ale po raz pierwszy od chwili porwania poczułam, że może nie jestem w tym obcym miejscu zupełnie sama. Nadal tęskniłam za rodziną i pragnęłam wrócić do lasu, jednak zaczynałam rozumieć, że nawet w tak nieprzyjemnych okolicznościach można spotkać kogoś, kto nie zamierza być twoim wrogiem.
— A teraz, jeśli Monsieur Amant pozwoli sobie na jeszcze jedno pytanie… — odezwał się kocur, a w jego głosie ponownie pojawiła się łagodna nuta rozbawienia. — Czy mogłabyś opowiedzieć mi więcej o swoim klanie? Chciałbym wiedzieć, jak wygląda wasz zwyczajny dzień. Od samego rana aż do chwili, kiedy kładziecie się spać.
Zaśmiałam się cicho, pierwszy raz od dłuższego czasu czując, że napięcie powoli opuszcza moje ciało.
— Oczywiście! Tylko ostrzegam, Amancie, że mogę opowiadać naprawdę długo — uprzedziłam go z szerokim uśmiechem. — Ale pod jednym warunkiem: ty też opowiesz mi o swoim życiu. Chcę wiedzieć, jak wygląda dzień kota, który ma własne posłanie, miskę i koronę na szyi.
Zerknęłam na jego zawieszkę, tym razem bez podejrzliwości, a potem znów spojrzałam mu w oczy. Nie zapomniałam o Borowiku ani o rodzinie, do której musiałam wrócić, ale postanowiłam wykorzystać ten moment, by dowiedzieć się czegoś o nowym miejscu. Być może właśnie od tej rozmowy miała rozpocząć się znajomość, której żadne z nas nie przewidziało.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz