Z drzemki Mariposę wybudzić mogło pacnięcie w ucho, po czym usłyszała cichy szept.
— Psst! Mama, śpisz? — czarny dymny niemal wetknął swoją łapę w oko szylkretki.
— Halo? — kocica uchyliła najpierw jedno oko, a dopiero potem drugie.
— Karliku, kochanie jest noc, czemu nie śpisz? — wymamrotała, ziewając. Odsunął się od matki, do której pyska przed chwilą był zdecydowanie zbyt blisko.
— Migot leży na mojej zabawce — odparł smutno.
— A do tego stamtąd — wskazał na okno.
— Słychać jakieś ćwierkanie czegoś. — mówił o cykających świerszczach. Patrzył się na mamę maślanymi oczami i z przykrym grymasem, jakby nocny koncert owadów mu wielce przeszkadzał. Podniosła się ospale do pozycji siedzącej. Nie spodziewała się, że będzie musiała rozwiązywać sprawy dzieci nocą, chociaż to było do przewidzenia. Tak czy inaczej, skoro już się obudziła, to wypadałoby pomóc synowi.
— Chodź, uratujemy twoją zabawkę, ale postarajmy się nie obudzić Migota — zaczęła i się przeciągnęła. Po czym ruszyła w stronę drugiego syna. Pochyliła się i delikatnie zaczęła wyciągać zabawkę. Kiedy czekoladowy się poruszył, zatrzymała się na moment.
— Cii Migotku, śpij skarbie... — wymruczała bardzo cicho, liżąc ostrożnie syna po łebku. W Klanie Nocy nie miałby życia, ale tu przynajmniej nie musiał czuć się gorszy, bo wcale nie był. Żaden czekoladowy kot nie był potworem. Żaden. Odetchnęła cicho z ulgą, kiedy Migot się nie obudził, a jej udało się wyciągnąć zabawkę. Podsunęła ją delikatnie Karlikowi.
— Proszę płomyczku — miauknęła, liżąc go między uszami, a następnie polizała również Sadzawkę i Milo, chociaż ten zawsze będzie dla niej Kasztankiem. Gdy wełniana myszka Karlika wróciła w jego łapy, utulił ją i uradowany podziękował mamie.
— Chodźmy nieco dalej, by ich nie obudzić — zasugerowała. Złapała ostrożnie syna za kark i wskoczyła z nim na parapet. Usadziła go obok siebie i owinęła ogonem.
— Pytałeś o hałasy, to są takie robaczki, które żyją głównie w nocy. Często je słyszeliśmy w dawnym domu, albo raczej miejscu, który powinien nim być, ale nie był — miauknęła z lekkim smutkiem.
— A dlaczego nie był domem? — zapytał, zaintrygowany.
— Oprócz tego, że jest tam pewnie bardzo zimno, wieje a do tego trzeba jeść obrzydlistwa! Fujka — zmarszczył nos. Mariposa się zaśmiała i otuliła go jeszcze bardziej ogonem. Nadal miała wplecione szafirki w sierść. Dwunożni dbali, by zawsze je miała. Raz je zgubiła, to zrobiła taką awanturę, że teraz bardzo tego pilnują.
— Jedzenie nie było najgorsze, chociaż nigdy bym już do tego nie wróciła. Tu jest mi dobrze i Kasztankowi chyba też. Chodzimy najedzeni, wygrzani i otoczeni opieką, a do tego mamy teraz trzy takie małe bezcenne skarby — wymruczała. Spojrzała na rozgwieżdżone niebo.
— Twój brat nie miałby życia tam, gdzie mieszkaliśmy. Nie dlatego, że jest zły, ale dlatego, że ma czekoladową sierść. Tam dyskryminowali takie koty. Nigdy się z tym nie zgadzałam, więc poniekąd byłam na celowniku tamtych kotów. Szczególnie tych z egiem większym od twojej zabawki — zaczęła.
— Cooo? Jak to? Dlaczego mieliby nie lubić Migota? Przez futerko? Bez sensu — prychnął, spoglądając w dal za okno.
— Migot jest super, nawet jeśli czasem śpi na mojej zabawce — dodał ze smutkiem w głosie.
— A co ze mną? Albo Sadzawką? Dla nas byliby źli też? — miauknął. To pytanie uderzyło w Szafirkę mocniej, niż chciałaby przyznać. Położyła uszy po sobie i milczała przez chwilę.
— Sadzawka…ona również, by nie miała szczęścia w Klanie Nocy. Ma czekoladowe futro tak, jak Migot… — zaczęła z bolesnym ukłuciem w sercu. Mocniej zacisnęła ogon wokół Karlika, ale uważała, by go nie zranić.
— Tylko ty byś miał szansę na lepsze życie, ponieważ twoje futerko jest czarne… — dodała, jeszcze bardziej się garbiąc. Świadomość, że gdyby tylko zostali z Milo z Nocniakami, ich dzieci w większości nie mieliby życia, było strasznie bolesne. Byliby nazwani odrzutkami albo jeszcze gorzej. Po policzkach spłynęły jej łzy.
— Wiesz…mój…ojciec też nie lubi czekoladowych kotów. Tak został nauczony przez innych i teraz sam szerzy tę krzywdzącą propagandę… — miauknęła cicho, a przez jej ciało przeszedł dreszcz. Karlik patrzył się mamie prosto w oczy. Widać w nich było smutek. Maluch przytulił się do niej, obejmując ją łapkami.
— Nie chciałem, byś płakała — mruknął smutno. Szylkretka musiała się uspokoić, wiedziała to doskonale. Nie chciała, by jej synek musiał się temu przyglądać. Miała być oparciem dla kociąt, ale nie mogła nic poradzić na to, że sama myśl o tym, co mogło ich spotkać w tym przebrzydłym klanie była bolesna i raniąca. Kochała swoje dzieci najbardziej na świecie. Tak samo Kasztanka. Czując, jak Karlik przytula się do jej boku, a jego oddech był kojący. Pochyliła się i wtuliła pysk w jego łebek.
— Dziękuję Karliku... — wyszeptała. Chwilę później podniosła łebek. Jej niebieskie oczy wpatrzyły się w dymnego.
— Zrobię im tak — udawał, że jego zabawka to inny kot. Obgryzał, pacał i na końcu ją podrzucił, po czym niechcący spadła na podłogę. Widząc, jak ten walczył z zabawką, zaśmiała się cicho. Widok Karlika tak małego, a walczącego z taką mocą, jakiej mogliby się powstydzić nawet najbardziej zaprawieni w bojach wojownicy, był wspaniały.
— Widzisz! Tak będą wyglądać te głuptasy co myślą, że są lepsze! Obronię cię. — twierdził z przekonaniem.
— Mój mały wojownik... — wymruczała ciepło. Uspokajała się coraz bardziej.
— Co ja bym bez ciebie zrobiła, co serduszko? — spytała, liżąc synka w czoło. Zamruczał szczęśliwie.
— Beze mnie? Pewnie dużo, ale wiem, że ze mną jest wesoło! I z Migotem! Z Sadzawką też! — zachichotał.
— A dlaczego tato tak mniej z nami rozmawia niż ty? Nieśmiały jest? — zapytał, spoglądając na śpiącego dymnego, którego bok powoli i spokojnie na przemian się podnosił i opadał. Mariposa uśmiechnęła się czule, gdy przeniosła wzrok na męża.
— Tak, Kasztanek jest mniej śmiały ode mnie, ale tak jak ja kocha was całym sercem. Właściwie to głównie dzięki niemu podjęliśmy decyzję o ucieczce. Planowaliśmy to od jakiegoś czasu, ale w tamtej chwili usłyszał coś, co tylko przyspieszyło ten proces. Szczerze mówiąc, to była najlepsza decyzja w życiu. Nie licząc oczywiście ślubu i was serduszka — miauknęła z uśmiechem.
— Ale to temat na kiedy indziej. Pora się położyć — wymruczała, szturchając lekko syna w bok. Postawił uszka i słuchał, cały czas patrząc na tatę. Gdy kotka go szturchnęła, spojrzał się na nią.
— No dobrze — wymruczał cicho, wtulając głowę w pierś mamy. Szafirek kiwnęła łebkiem. Ostrożnie chwyciła syna za kark i powróciła do reszty rodziny. Położyła kocurka między sobą a Milo. Ułożyła pysk na legowisku blisko pyszczka syna i przymknęła oczy.
— Dobranocka — ziewnął, po czym zamknął oczy.
— Dobranoc promyczku — wymruczała, zasypiając.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz