Przez ostatnie księżyce zdążyłem przyzwyczaić się do tego, że moje dni wypełniały treningi, obowiązki i ciągłe próby udowodnienia sobie, że potrafię więcej, niż początkowo mi się wydawało. Nie zawsze wszystko szło po mojej myśli, ale nie zamierzałem się poddawać. W końcu nie po to zostałem uczniem, żeby stać w miejscu! Chciałem być silny, sprawny i godny miana wojownika Klanu Wilka. A przede wszystkim chciałem, żeby tata był ze mnie dumny.
Tamtego poranka obudziłem się jeszcze przed tym, jak ktokolwiek zdążył mnie zawołać. Przez szczelinę w wejściu do legowiska wpadało blade światło, które oświetlało skrawek ziemi przed moim nosem. Przeciągnąłem się, wyciągając przed siebie łapy, po czym ziewnąłem szeroko, ukazując drobne kiełki. Futro na grzbiecie sterczało mi na wszystkie strony, a ja przez chwilę próbowałem ułożyć je językiem, nim uznałem, że szkoda na to czasu. Sowi Zmierzch pewnie i tak znalazłby coś, do czego mógłby się przyczepić podczas treningu.
Wyszedłem na zewnątrz, gdzie przywitał mnie chłód poranka. Powietrze pachniało wilgotną ziemią, mchem i liśćmi, na których wciąż osiadała rosa. Obóz powoli budził się do życia. Gdzieś niedaleko ktoś rozmawiał przy stosie zwierzyny, a od strony legowiska wojowników dobiegł mnie przeciągły ziew. Przez chwilę rozejrzałem się po znajomym otoczeniu, odruchowo szukając wzrokiem czarnej sylwetki taty. Nie dostrzegłem go, ale ruszyłem przed siebie, postanawiając, że opowiem mu o treningu później. W końcu miałem przecież ważniejsze sprawy na głowie!
Na przykład naukę pojedynków. Nie byłem pewien, czy powinienem się z tego cieszyć, czy raczej martwić. Lubiłem ćwiczyć, szczególnie kiedy udawało mi się opanować nową umiejętność, ale walka z innym uczniem była zupełnie czymś innym niż ćwiczenie ruchów na pustym kawałku ziemi. Przeciwnik nie zamierzał przecież czekać, aż łaskawie wymyślę, co zrobić z jego następnym atakiem. Musiałem być szybszy, uważniejszy i przede wszystkim przestać myśleć o wszystkim dookoła.
Co, szczerze mówiąc, nie zawsze mi wychodziło.
Gdy dotarłem w okolice wyjścia z obozu, zauważyłem znajomego kocura, któremu towarzyszył Rozbity Księżyc. Przez chwilę próbowałem przypomnieć sobie jego imię. Kojarzyłem go z kociarni, z czasów, kiedy jeszcze sam nie miałem obowiązków ucznia, a najważniejszym problemem mojego dnia było to, czy uda mi się wygrać kolejną zabawę z Bryzką. Kawcza Łapa. Tak, właśnie tak się nazywał.
Uśmiechnąłem się na jego widok i skinąłem mu łbem. Nie mieliśmy zbyt wielu okazji do rozmowy od tamtego czasu, dlatego jego obecność trochę mnie zaskoczyła. Nie miałem jednak zamiaru narzekać. Nowy towarzysz treningu oznaczał możliwość sprawdzenia własnych umiejętności, a przy okazji może nawet poznania go nieco lepiej.
Ruszyłem za nimi w stronę starego obozowiska. Droga prowadziła między drzewami, których korony szumiały cicho nad naszymi głowami. Ziemia była miękka po nocnej wilgoci, a pojedyncze promienie słońca przedzierały się przez liście, tworząc na ścieżce jasne plamy. Co jakiś czas słyszałem szelest w zaroślach, ale nie zatrzymywałem się, żeby sprawdzić, co go spowodowało. Miałem się przecież skupić na treningu. Przynajmniej tak sobie powtarzałem.
Wkrótce dotarliśmy na miejsce. Stare obozowisko nie przypominało już tego, czym musiało być kiedyś. W kilku miejscach ziemię rozgrzebywały korzenie drzew, a między nimi wyrastały młode rośliny. Niektóre krzewy zdążyły się rozrosnąć na tyle, że zasłaniały fragmenty dawnego przejścia. Mimo to przestrzeń wciąż nadawała się do ćwiczeń. Było tu wystarczająco dużo miejsca, by swobodnie się poruszać, a drzewa mogły posłużyć za osłonę podczas treningu. Zatrzymałem się na skraju polany i właśnie wtedy Kawcza Łapa zwrócił się do mnie z pytaniem.
— Całkiem dobrze! — odpowiedziałem z entuzjazmem, odwracając się w jego stronę. — Znaczy, chyba. Sowi Zmierzch mówi, że muszę jeszcze popracować nad tym, żeby nie odsłaniać boku podczas ataku, ale ostatnio udało mi się go zaskoczyć podczas ćwiczeń. Tylko raz, ale to się liczy, prawda?
Uśmiechnąłem się szeroko, a końcówka mojego ogona drgnęła z zadowolenia. Nie mogłem przecież przemilczeć takiego osiągnięcia. Nawet jeśli nie było szczególnie imponujące, dla mnie stanowiło dowód na to, że robię postępy. Poza tym, gdybym miał wybierać, wolałbym pochwalić się czymś, co mi wyszło, niż opowiadać o wszystkich momentach, w których lądowałem pyskiem w ziemi.
Przez chwilę przyglądałem się czarnemu kocurowi, próbując ocenić, jak bardzo zmienił się od naszego ostatniego spotkania. Wtedy wydawał mi się znacznie bardziej przygaszony, a jego odpowiedzi były krótkie i niechętne. Pamiętałem też, jak opowiadał o swojej siostrze. Nie wiedziałem, czy nadal chciał o niej rozmawiać, więc nie zamierzałem poruszać tego tematu bez potrzeby. Niektóre rzeczy należało zostawić w spokoju, nawet jeśli ciekawość podpowiadała coś innego.
— A tobie jak idzie? — zapytałem, przechylając lekko głowę. — Rozbity Księżyc mówił, że macie dziś ćwiczyć pojedynki. My też będziemy, więc może będziemy mogli sprawdzić, czego się nauczyliśmy!
Na samą myśl aż przestąpiłem z łapy na łapę. Pojedynek z innym uczniem brzmiał znacznie ciekawiej niż kolejne powtarzanie tych samych ruchów. Oczywiście nie zamierzałem lekceważyć Kawczej Łapy, ale nie potrafiłem ukryć ekscytacji. Chciałem zobaczyć, jak sobie poradzi, a przy okazji przekonać się, czy moje treningi rzeczywiście przynosiły efekty.
Zerknąłem w stronę Sowiego Zmierzchu, zastanawiając się, czy mój mentor pozwoli nam zmierzyć się ze sobą. Nie chciałem zaczynać niczego bez jego zgody. Wiedziałem, że choć czasami miałem ochotę po prostu rzucić się do przodu i zobaczyć, co się stanie, nie wszystko można było załatwić entuzjazmem. Tata często powtarzał mi, że obowiązki należy wykonywać najlepiej, jak potrafię. Starałem się o tym pamiętać, nawet jeśli czasami bardziej niż o samym zadaniu myślałem o tym, jak bardzo chciałbym już umieć wszystko.
— Tylko uprzedzam, że nie zamierzam się poddać bez walki! — dodałem, ponownie zwracając się do Kawczej Łapy. — Ale spokojnie, nie będę cię gryzł w uszy. Chyba że sam zaczniesz!
Parsknąłem cichym śmiechem, rozbawiony własnym żartem. Następnie usiadłem na ziemi i owinąłem łapy ogonem, choć trudno było mi usiedzieć w miejscu. Spojrzałem jeszcze raz na polanę, wybierając wzrokiem fragment równego podłoża, na którym można było bezpiecznie ćwiczyć. W głowie już układałem sobie możliwe ruchy, przypominając sobie wskazówki mentora.
Przede wszystkim nie odsłaniać boku. Utrzymać równowagę. Obserwować przeciwnika, zamiast skupiać się wyłącznie na własnych łapach.
Powtórzyłem te zasady w myślach kilka razy, a potem uniosłem głowę.
— Wiesz, kiedy byłem mały, myślałem, że wystarczy być silnym, żeby wygrać każdą walkę — odezwałem się nagle, spoglądając na Kawczą Łapę. — Tata jest silny, więc wydawało mi się, że to najważniejsze, ale Sowi Zmierzch mówi, że trzeba też umieć myśleć. I chyba ma rację, bo jak próbuję kogoś przewrócić samą siłą, to zwykle kończę na ziemi razem z nim.
Zaśmiałem się pod nosem, tym razem trochę bardziej zakłopotany. Nie przeszkadzało mi jednak przyznawanie się do własnych błędów. W końcu dopiero się uczyłem. Nie mogłem oczekiwać, że od razu będę najlepszy.
Po chwili wstałem i otrzepałem łapy z drobinek ziemi. Spojrzałem na mentora, gotów rozpocząć ćwiczenia, a następnie znów na swojego rówieśnika.
— No dobra, Kawcza Łapo. Zobaczymy, czego nas nauczyli! Jestem gotowy.
Przynajmniej tak mi się wydawało. A jeśli miałem się czegoś nauczyć, to równie dobrze mogłem zacząć właśnie teraz.
<Kawcza Łapo?>
[1107 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz