Zaraz po mianowaniu na wojownika…
Niebo było dalej szare, gdy poranny patrol wyłonił się z obozu, zwalniając tym samym Zwisającą Perłówkę z czuwania. Kotka wstała z miejsca, gdzie siedziała całą noc i otrzepała śnieg z futra. Nogi miała sztywne od zimna i bezruchu, ale zignorowała to uczucie i ruszyła prosto do tunelu prowadzącego do legowiska więźniów.
Miała dużo czasu na przemyślenia. O tym, o co się spyta, jakie odpowiedzi może usłyszeć. Przygotowywała się mentalnie na możliwe scenariusze, a jednak z każdym kolejnym krokiem głębiej w podziemny obóz czuła, jak spokój nocy od niej odpływa, kroki stają się trochę mniej regularne, a napuszone futro, zamiast powoli opadać przez cieplejsze otoczenie, zaczyna wyglądać na zjeżone.
Zatrzymała się przed wejściem i wzięła głęboki wdech. Posłała spojrzenie w stronę Rudej Lisówki, na którego przypadła ostatnia warta pilnowania więźniów. Moment, który wybrała na odwiedziny, nakładał się na czas zmienienia strażnika, więc dostała w odpowiedzi tylko znużone kiwnięcie głową.
Ostrożnie zajrzała do środka. Jej brat leżał na swoim nowym posłaniu. Kiedy weszła, stukanie jego pazurów ustało, a kocur podniósł łeb, napotykając jej spojrzenie.
— Dlaczego… — Skrzywiła się na dźwięk własnego drżącego głosu. Potrząsnęła głową. — Połyskliwy Kogucie! Co się tam wydarzyło?!
Połyskliwy Kogut westchnął ciężko, unikając jej wzroku.
— Ona cierpiała — zaczął powoli, a jego głos brzmiał tak spokojnie, że aż nie pasował do okoliczności — Czarny kaszel musiał trawić jej płuca od wielu wschodów słońca, ale ukrywała to przed Wdzięczną Firletką. Kiedy wszedłem do jej legowiska… Wyglądała jak cień samej siebie. Ciężko było na to patrzeć…
— Dlaczego nic nie powiedziałeś od razu? — warknęła, choć poczuła, że pod powiekami znów zbierają jej się palące łzy. — M-może, gdyby wiedziała, wtedy…
— Perłówkowa Łapo…
— Zwisająca Perłówko — poprawiła go, choć słowa prawie utknęły jej w gardle. — Mogłeś nie słyszeć o wczorajszej ceremonii. — mruknęła pod nosem.
Kocur zniżył lekko uszy, a w jego spojrzeniu zagościło pełne melancholii uznanie.
— Gratuluję ci, Zwisająca Perłówko. Zasłużyłaś na to imię. Żałuję tylko, że spadło to na ciebie w takim momencie. Nasza matka… Ona już od jakiegoś czasu nie spała, nie jadła prawie nic. Gasła w oczach, podczas gdy reszta klanu się nią nie przejmowała.
— Nie chodzi tylko o to! — fuknęła, podchodząc krok bliżej, a jej gęste futro zjeżyło się tak samo, jak podczas sądu w Grocie Pamięci. — Martwię się też o ciebie! Co, gdyby ciebie też zabili?! Słyszałeś, co Skrzydlata Płomykówka mówiła… Nie wierzę, że ktoś mógłby to zasugerować, a co dopiero własna ciotka. Jakbyśmy wystarczająco nie stracili! Nawet jeśli Rudzik musiała już niedługo odejść, jeśli twoje pochopne działanie sprawiłoby, że ty też…
— Błagała mnie o to.
Zwisająca Perłówka zamarła, wpatrując się w brata. Kocur przymknął lekko ślepia, jakby w pamięci odtwarzał tamtą chwilę.
— O czym ty mówisz? — wykrztusiła.
— Nie od razu, ale… Sama przyznała, że już nie może. — Połyskliwy Kogut nie drgnął. — Wiesz, jaka wylewna była. Miała dość i nie wiedziała co zrobić, chciała, żebym pomógł jej skrócić tę udrękę, a ja… Po prostu nie mogłem odwrócić oczu od jej katorgi. Chciałem, tylko żeby przestała się męczyć… Dałem jej spokój, by mogła bez bólu odejść do gwiezdnych przodków.
— Nie myśl, że zapomniałam, co mówiłeś o niej wcześniej — mruknęła, cofając się o krok, jakby próbując uciec przed jego spojrzeniem. — Wtedy, w starym żłobku… Nie kryłeś, jak bardzo masz jej za złe to wszystko. Syczałeś na sam dźwięk jej imienia.
Na pysk Połyskliwego Koguta wstąpił tak nagły, głęboki żal, że Perłówka poczuła ukłucie w piersi.
— Byłem wtedy wściekły… Na nią, na wszystko, co się wydarzyło — jego głos załamał się z idealnym wyczuciem czasu. — Poniosło mnie… Ale nigdy nie życzyłem jej powolnego konania w męczarniach! Zwisająca Perłówko, to była przecież nasza matka… Czy naprawdę wierzysz, że zrobiłem to z okrucieństwa?
— Nie… Nie, masz rację. Ja po prostu… Musiałam to usłyszeć bezpośrednio od ciebie. — Otarła łapą policzek. — Nie miałam pojęcia, że jej stan był aż tak tragiczny… Nikt nie wiedział. Gdyby wiedzieli, nie byłoby tej całej sytuacji, może nawet jej choroba potoczyłaby się inaczej.
Usiadła ciężko na podłodze wykopanej nory, owijając ogon wokół łap.
— Powinnam była przy niej być — powiedziała trochę niewyraźnie, wpatrując się w ziemię. — Odkąd stała się więźniem, nie zajrzałam do niej ani razu. Gdybym nie odwracała wzroku, gdybym przyszła trochę wcześniej… Może skończyłoby się to inaczej. Może nie musiałbyś nieść tego potwornego brzemienia.
Pokręciła gwałtownie łbem, próbując odegnać wizje, jakie to miejsce uporczywie próbowało wywołać. Wspomnienie żywego, ciepłego futra matki zderzało się z obrazem zmarniałego, nieruchomego ciała z pogrzebu. Perłówka do pewnego stopnia miała nadzieję, że mama jakoś sobie radziła jako więzień. Jak potworne katusze musiała rzeczywiście przeżywać, żeby być tak zdesperowana, by prosić własne dziecko o śmierć? Jak musi czuć się Połyskliwy Kogut, śpiąc w tym samym miejscu, gdzie widział, jak odchodzi Rudzikowe Skrzydełko?
— Nie. Wiem, że nie ma sensu nad tym teraz gdybać. Nie mam pojęcia, co sama bym zrobiła, gdybym to ja stała wtedy nad nią zamiast ciebie.
Spojrzała w stronę Łzawej Łapy, śpiącej nieruchomo w kącie legowiska. Zastanawiała się, jak wycieńczona musi być, żeby nie obudzić się przez jej podniesiony głos, choć nie mogła być tego pewna. Połyskliwy Kogut podążył głową za jej wzrokiem.
— Nie miej jej tego za złe… — rzekł cicho, z drżącym głosem. — To moja wina, że tutaj teraz jest. Nie powinienem był jej w to wciągać.
Poczucie winy z powodu porzucenia matki nie odeszło, ale w jednym momencie, pod wpływem słów brata, przekształciło się też pewnego rodzaju zrozumienie. Wybaczyła mu. Słysząc o katuszach matki, po prostu nie potrafiła go potępić.
A jednak gdzieś pod twardą skorupą jej nowego, wojowniczego imienia, odezwał się jednocześnie głos rozsądku. Kochała brata i współczuła Łzawej Łapie, ale nie zamierzała od razu całkowicie ignorować wszystkich reguł. Połyskliwy Kogut nie miał prawa sam decydować o życiu i śmierci współklanowicza. Samowolne odebranie życia, nawet zdrajcy, było niebezpiecznym precedensem. Dlatego w głębi duszy przyznawała Zawodzącej Gwieździe trochę racji – jakaś kara musiała ich spotkać. Izolacja w tej norze i odebranie obowiązków były bolesne, ale przynajmniej nie aż tak permanentne. Nie było to wygnanie ani krwawa egzekucja. Ale czy to naprawdę taka sprawiedliwa kara, jeśli Rudzik, którą to spotkało najpewniej głównie przez własną naiwność, skończyła w tak tragiczny sposób? Jeśli ona jest w stanie zobaczyć, że ich czyny wyszły z dobrego miejsca, to reszta klanu również powinna to w końcu ujrzeć, prawda? To była jej rozszarpana wyrzutami sumienia rodzina. I to właśnie jej wybaczenie, jako rodzonej córki i jednej z najbardziej dotkniętych tą tragedią istot, miało teraz jedną z prawdziwych, najwyższych wag. Jeśli ona, najbliższa krew Rudzikowego Skrzydełka, rozgrzeszyła brata w tej norze, to nikt inny nie miał już prawa nazywać go potworem.
— Wiecznie was tu nie będą trzymać — westchnęła, podnosząc się powoli w stronę wyjścia. — Lepiej nie wyjdź do reszty z wprawy do tego czasu. Wpadnę znowu niedługo.
Mimo spędzenia całej nocy na mrozie, po wyjściu z wizyty czuła się tak rozgrzana, że od razu zawróciła z powrotem na zewnątrz. Łapy poprowadziły ją tam, gdzie zwykle. Stary żłobek nie miał okazji zmienić się od poprzednich wizyt. Spalone ściany, śnieg, który wcisnął się przez szczeliny i nie roztopił, słaby zapach popiołu pod zimnym powietrzem.
Przy tylnej ścianie, wepchnięte głęboko pod korzenie, znalazła posłanie. Prawie nienaruszone. Mech i sucha trawa zbite razem, ze śladami czyjejś łapy, która je kiedyś formowała. Zwisająca Perłówka patrzyła na nie chwilę w milczeniu z zaskoczoną miną, że też udało mu się przetrwać tu tyle czasu w tak dobrym stanie, nie będąc ani razu zauważonym przez nikogo, kto próbował szczęścia. Sama przecież przetrzepywała to miejsce tyle razy w przeciągu ostatnich księżyców, że przestała liczyć. Ostrożnie uniosła posłanie i zauważyła, że zaplątane w nie są trochę poszarpane pióra. Pamiętała, jak mama przyniosła je kiedyś do żłobka, jakby były to co najmniej kawałki Srebrnej Skóry, a nie parę piór, które znalazła przy obozie. Kurczątko chodził z nimi wszędzie przez jakiś, choć raczej krótki czas, a ona udawała, że jej nie zależy i bawiła się nimi potajemnie.
Pomyślała chwilę o fakcie, że każdy z jej bliższej rodziny ma, lub miał, w imionach jakiś motyw ptaków, jakby była to jakaś nitka, która ich łączy poza więzami krwi. Każdy oprócz niej. Zauważyła to, gdy była jeszcze mała, ale nie przywiązywała do tego faktu szczególnej uwagi. Myślała, że może pojawi się to w jej wojowniczym imieniu, ale teraz nie wiedziała, czy przerwanie tej krótkiej rodzinnej tradycji byłoby smutniejsze, czy nie, z nowymi skojarzeniami.
Gdyby nie miała właśnie zajętych zębów, to może by westchnęła, ale jedyne co zostało jej zrobić to podnieść łeb. Ruszyła z nowymi znaleziskami do obozu i nie zatrzymywała się po drodze.
Miała dużo czasu na przemyślenia. O tym, o co się spyta, jakie odpowiedzi może usłyszeć. Przygotowywała się mentalnie na możliwe scenariusze, a jednak z każdym kolejnym krokiem głębiej w podziemny obóz czuła, jak spokój nocy od niej odpływa, kroki stają się trochę mniej regularne, a napuszone futro, zamiast powoli opadać przez cieplejsze otoczenie, zaczyna wyglądać na zjeżone.
Zatrzymała się przed wejściem i wzięła głęboki wdech. Posłała spojrzenie w stronę Rudej Lisówki, na którego przypadła ostatnia warta pilnowania więźniów. Moment, który wybrała na odwiedziny, nakładał się na czas zmienienia strażnika, więc dostała w odpowiedzi tylko znużone kiwnięcie głową.
Ostrożnie zajrzała do środka. Jej brat leżał na swoim nowym posłaniu. Kiedy weszła, stukanie jego pazurów ustało, a kocur podniósł łeb, napotykając jej spojrzenie.
— Dlaczego… — Skrzywiła się na dźwięk własnego drżącego głosu. Potrząsnęła głową. — Połyskliwy Kogucie! Co się tam wydarzyło?!
Połyskliwy Kogut westchnął ciężko, unikając jej wzroku.
— Ona cierpiała — zaczął powoli, a jego głos brzmiał tak spokojnie, że aż nie pasował do okoliczności — Czarny kaszel musiał trawić jej płuca od wielu wschodów słońca, ale ukrywała to przed Wdzięczną Firletką. Kiedy wszedłem do jej legowiska… Wyglądała jak cień samej siebie. Ciężko było na to patrzeć…
— Dlaczego nic nie powiedziałeś od razu? — warknęła, choć poczuła, że pod powiekami znów zbierają jej się palące łzy. — M-może, gdyby wiedziała, wtedy…
— Perłówkowa Łapo…
— Zwisająca Perłówko — poprawiła go, choć słowa prawie utknęły jej w gardle. — Mogłeś nie słyszeć o wczorajszej ceremonii. — mruknęła pod nosem.
Kocur zniżył lekko uszy, a w jego spojrzeniu zagościło pełne melancholii uznanie.
— Gratuluję ci, Zwisająca Perłówko. Zasłużyłaś na to imię. Żałuję tylko, że spadło to na ciebie w takim momencie. Nasza matka… Ona już od jakiegoś czasu nie spała, nie jadła prawie nic. Gasła w oczach, podczas gdy reszta klanu się nią nie przejmowała.
— Nie chodzi tylko o to! — fuknęła, podchodząc krok bliżej, a jej gęste futro zjeżyło się tak samo, jak podczas sądu w Grocie Pamięci. — Martwię się też o ciebie! Co, gdyby ciebie też zabili?! Słyszałeś, co Skrzydlata Płomykówka mówiła… Nie wierzę, że ktoś mógłby to zasugerować, a co dopiero własna ciotka. Jakbyśmy wystarczająco nie stracili! Nawet jeśli Rudzik musiała już niedługo odejść, jeśli twoje pochopne działanie sprawiłoby, że ty też…
— Błagała mnie o to.
Zwisająca Perłówka zamarła, wpatrując się w brata. Kocur przymknął lekko ślepia, jakby w pamięci odtwarzał tamtą chwilę.
— O czym ty mówisz? — wykrztusiła.
— Nie od razu, ale… Sama przyznała, że już nie może. — Połyskliwy Kogut nie drgnął. — Wiesz, jaka wylewna była. Miała dość i nie wiedziała co zrobić, chciała, żebym pomógł jej skrócić tę udrękę, a ja… Po prostu nie mogłem odwrócić oczu od jej katorgi. Chciałem, tylko żeby przestała się męczyć… Dałem jej spokój, by mogła bez bólu odejść do gwiezdnych przodków.
— Nie myśl, że zapomniałam, co mówiłeś o niej wcześniej — mruknęła, cofając się o krok, jakby próbując uciec przed jego spojrzeniem. — Wtedy, w starym żłobku… Nie kryłeś, jak bardzo masz jej za złe to wszystko. Syczałeś na sam dźwięk jej imienia.
Na pysk Połyskliwego Koguta wstąpił tak nagły, głęboki żal, że Perłówka poczuła ukłucie w piersi.
— Byłem wtedy wściekły… Na nią, na wszystko, co się wydarzyło — jego głos załamał się z idealnym wyczuciem czasu. — Poniosło mnie… Ale nigdy nie życzyłem jej powolnego konania w męczarniach! Zwisająca Perłówko, to była przecież nasza matka… Czy naprawdę wierzysz, że zrobiłem to z okrucieństwa?
— Nie… Nie, masz rację. Ja po prostu… Musiałam to usłyszeć bezpośrednio od ciebie. — Otarła łapą policzek. — Nie miałam pojęcia, że jej stan był aż tak tragiczny… Nikt nie wiedział. Gdyby wiedzieli, nie byłoby tej całej sytuacji, może nawet jej choroba potoczyłaby się inaczej.
Usiadła ciężko na podłodze wykopanej nory, owijając ogon wokół łap.
— Powinnam była przy niej być — powiedziała trochę niewyraźnie, wpatrując się w ziemię. — Odkąd stała się więźniem, nie zajrzałam do niej ani razu. Gdybym nie odwracała wzroku, gdybym przyszła trochę wcześniej… Może skończyłoby się to inaczej. Może nie musiałbyś nieść tego potwornego brzemienia.
Pokręciła gwałtownie łbem, próbując odegnać wizje, jakie to miejsce uporczywie próbowało wywołać. Wspomnienie żywego, ciepłego futra matki zderzało się z obrazem zmarniałego, nieruchomego ciała z pogrzebu. Perłówka do pewnego stopnia miała nadzieję, że mama jakoś sobie radziła jako więzień. Jak potworne katusze musiała rzeczywiście przeżywać, żeby być tak zdesperowana, by prosić własne dziecko o śmierć? Jak musi czuć się Połyskliwy Kogut, śpiąc w tym samym miejscu, gdzie widział, jak odchodzi Rudzikowe Skrzydełko?
— Nie. Wiem, że nie ma sensu nad tym teraz gdybać. Nie mam pojęcia, co sama bym zrobiła, gdybym to ja stała wtedy nad nią zamiast ciebie.
Spojrzała w stronę Łzawej Łapy, śpiącej nieruchomo w kącie legowiska. Zastanawiała się, jak wycieńczona musi być, żeby nie obudzić się przez jej podniesiony głos, choć nie mogła być tego pewna. Połyskliwy Kogut podążył głową za jej wzrokiem.
— Nie miej jej tego za złe… — rzekł cicho, z drżącym głosem. — To moja wina, że tutaj teraz jest. Nie powinienem był jej w to wciągać.
Poczucie winy z powodu porzucenia matki nie odeszło, ale w jednym momencie, pod wpływem słów brata, przekształciło się też pewnego rodzaju zrozumienie. Wybaczyła mu. Słysząc o katuszach matki, po prostu nie potrafiła go potępić.
A jednak gdzieś pod twardą skorupą jej nowego, wojowniczego imienia, odezwał się jednocześnie głos rozsądku. Kochała brata i współczuła Łzawej Łapie, ale nie zamierzała od razu całkowicie ignorować wszystkich reguł. Połyskliwy Kogut nie miał prawa sam decydować o życiu i śmierci współklanowicza. Samowolne odebranie życia, nawet zdrajcy, było niebezpiecznym precedensem. Dlatego w głębi duszy przyznawała Zawodzącej Gwieździe trochę racji – jakaś kara musiała ich spotkać. Izolacja w tej norze i odebranie obowiązków były bolesne, ale przynajmniej nie aż tak permanentne. Nie było to wygnanie ani krwawa egzekucja. Ale czy to naprawdę taka sprawiedliwa kara, jeśli Rudzik, którą to spotkało najpewniej głównie przez własną naiwność, skończyła w tak tragiczny sposób? Jeśli ona jest w stanie zobaczyć, że ich czyny wyszły z dobrego miejsca, to reszta klanu również powinna to w końcu ujrzeć, prawda? To była jej rozszarpana wyrzutami sumienia rodzina. I to właśnie jej wybaczenie, jako rodzonej córki i jednej z najbardziej dotkniętych tą tragedią istot, miało teraz jedną z prawdziwych, najwyższych wag. Jeśli ona, najbliższa krew Rudzikowego Skrzydełka, rozgrzeszyła brata w tej norze, to nikt inny nie miał już prawa nazywać go potworem.
— Wiecznie was tu nie będą trzymać — westchnęła, podnosząc się powoli w stronę wyjścia. — Lepiej nie wyjdź do reszty z wprawy do tego czasu. Wpadnę znowu niedługo.
***
Przy tylnej ścianie, wepchnięte głęboko pod korzenie, znalazła posłanie. Prawie nienaruszone. Mech i sucha trawa zbite razem, ze śladami czyjejś łapy, która je kiedyś formowała. Zwisająca Perłówka patrzyła na nie chwilę w milczeniu z zaskoczoną miną, że też udało mu się przetrwać tu tyle czasu w tak dobrym stanie, nie będąc ani razu zauważonym przez nikogo, kto próbował szczęścia. Sama przecież przetrzepywała to miejsce tyle razy w przeciągu ostatnich księżyców, że przestała liczyć. Ostrożnie uniosła posłanie i zauważyła, że zaplątane w nie są trochę poszarpane pióra. Pamiętała, jak mama przyniosła je kiedyś do żłobka, jakby były to co najmniej kawałki Srebrnej Skóry, a nie parę piór, które znalazła przy obozie. Kurczątko chodził z nimi wszędzie przez jakiś, choć raczej krótki czas, a ona udawała, że jej nie zależy i bawiła się nimi potajemnie.
Pomyślała chwilę o fakcie, że każdy z jej bliższej rodziny ma, lub miał, w imionach jakiś motyw ptaków, jakby była to jakaś nitka, która ich łączy poza więzami krwi. Każdy oprócz niej. Zauważyła to, gdy była jeszcze mała, ale nie przywiązywała do tego faktu szczególnej uwagi. Myślała, że może pojawi się to w jej wojowniczym imieniu, ale teraz nie wiedziała, czy przerwanie tej krótkiej rodzinnej tradycji byłoby smutniejsze, czy nie, z nowymi skojarzeniami.
Gdyby nie miała właśnie zajętych zębów, to może by westchnęła, ale jedyne co zostało jej zrobić to podnieść łeb. Ruszyła z nowymi znaleziskami do obozu i nie zatrzymywała się po drodze.
[Event Klanu Burzy: przeszukiwanie starego obozu]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz