Pora Opadających Liści
Jesień powoli ustępowała miejsca nadchodzącym chłodom, a ja miałem wrażenie, że wraz z nią znikały ostatnie odrobiny kolorów z naszego lasu. Większość drzew zdążyła już zrzucić liście, a te, które wciąż trzymały się gałęzi, wyglądały na zmęczone i gotowe do poddania się pierwszemu mocniejszemu podmuchowi wiatru. Ziemia była nimi usłana, gdzieniegdzie wilgotna od porannej rosy, a powietrze miało w sobie coś, co przypominało mi, że niedługo nadejdzie pora nagich liści. Nie przeszkadzało mi to jednak w wychodzeniu z obozu. Wręcz przeciwnie — każda wyprawa poza jego granice była doskonałą okazją do odkrywania czegoś nowego.
Tego dnia miałem udać się na polowanie. Przynajmniej taki był pierwotny plan, kiedy wyruszyłem przed siebie, starając się zachowywać powagę godną przyszłego wojownika. Sowi Zmierzch wielokrotnie powtarzał mi, że podczas polowania powinienem skupiać się na otoczeniu, a nie na wszystkim, co akurat przyciągnie mój wzrok. Naprawdę próbowałem brać sobie jego rady do serca. Szedłem cicho, ostrożnie stawiając łapy, co jakiś czas unosząc pysk, żeby sprawdzić, czy wiatr nie przynosi zapachu potencjalnej zwierzyny. Przez pierwsze kilka chwil szło mi całkiem nieźle. A potem zobaczyłem kwiaty.
Zatrzymałem się tak gwałtownie, że niemal sam zaplątałem się we własne łapy. Pomiędzy kępą traw i stertą opadłych liści rosły drobne, delikatne kwiaty. Ich płatki miały niezwykłe kolory, które wydawały się jeszcze bardziej wyraziste na tle szarzejącego lasu. Nie było ich wiele. Właściwie wyglądały jak ostatnie niedobitki całego jesiennego kwitnienia, jakby natura zostawiła je specjalnie po to, żeby przypominały, że nawet kiedy wszystko wokół powoli zamiera, wciąż można znaleźć coś pięknego.
Podszedłem bliżej, ostrożnie obchodząc rośliny, by przypadkiem nie podeptać ich łapami. Przez dłuższą chwilę po prostu na nie patrzyłem. Nie znałem ich nazwy, ale wcale nie musiałem jej znać, żeby uznać je za wyjątkowe. Przysunąłem nos do jednego z kwiatów i delikatnie wciągnąłem powietrze. Pachniał subtelnie, niemal niewyczuwalnie, ale to tylko sprawiło, że bardziej chciałem zapamiętać ten moment.
— No proszę. A myślałem, że jesień nie ma już niczego ciekawego do zaoferowania! — mruknąłem do siebie z zadowoleniem.
Oczywiście, mogłem po prostu zapamiętać miejsce, w którym rosły, i wrócić do polowania. Mogłem też pójść dalej, tak jak zrobiłby to rozsądny uczeń, który chciał udowodnić swojemu mentorowi, że potrafi wykonywać polecenia bez rozpraszania się co kilka kroków. Tylko że ja nie byłem pewien, czy ktokolwiek zdołałby przejść obok takich okazów i nawet nie pomyśleć o zabraniu ze sobą choćby jednego. Nie chciałem zrywać wszystkich. To byłoby zwyczajnie nie w porządku wobec lasu. Wybrałem więc jeden z kwiatów, który wyglądał na najmocniejszy, i ostrożnie go zerwałem, uważając, by nie uszkodzić pozostałych.
Dopiero wtedy zauważyłem leżące niedaleko liście. Jeden z nich był rdzawoczerwony, drugi miał odcień przygaszonego złota, a trzeci przypominał mi kolor futra niektórych wojowników, kiedy promienie słońca padały na nie pod odpowiednim kątem. Zacząłem je przeglądać, wybierając te, które nie były zbyt kruche ani nadmiernie wilgotne. Nie miałem jeszcze konkretnego pomysłu na to, co z nimi zrobię, ale byłem pewien, że coś wymyślę.
Wtedy natknąłem się również na pióra. Nie były duże ani szczególnie efektowne, ale jedno z nich od razu przykuło moją uwagę. Było lekkie, miało delikatnie brązowawe i jasne znaczenia, a jego kształt przypominał mi pióra skowronków, które czasem znajdowałem podczas spacerów. Podniosłem je ostrożnie i obróciłem między łapami. Właściwie nie musiałem długo się zastanawiać, zanim zdecydowałem, że zabiorę je ze sobą.
Skowronki od zawsze kojarzyły mi się z czymś wyjątkowym. Może dlatego, że moje imię przypominało mi o ich śpiewie, a może dlatego, że od małego chciałem być taki jak mój tata, Nocny Śpiewak. On potrafił sprawić, że nawet zwyczajna chwila stawała się czymś wartym zapamiętania. Miał swoje upodobania, swoje drobne przyzwyczajenia i nie bał się pokazywać innym, co sprawia mu radość. Chciałem mieć w sobie podobną odwagę. Chciałem być kimś, kogo inni zapamiętają, kimś, kto ma własny styl, a jednocześnie nie musi nikomu udowadniać, że zasługuje na uwagę.
Właśnie dlatego nie zamierzałem poprzestać na zwyczajnym schowaniu znalezisk wśród mchu. Skoro już znalazłem takie skarby, powinienem zrobić z nich coś, co będzie mi towarzyszyło przez resztę jesieni. Zacząłem więc nucić jakąś radosną melodię, zanim zabrałem się do pracy.
Zabrałem ze sobą kwiat, kilka liści i pióra, po czym ruszyłem w stronę miejsca, w którym wcześniej widziałem zaschniętą żywicę na pniu drzewa. Zbierałem ją już wcześniej, głównie z ciekawości, i pamiętałem, że potrafiła być lepka, kiedy nie zdążyła całkiem stwardnieć. Potrzebowałem jeszcze czegoś, co pomogłoby mi przytwierdzić ozdoby do futra, nie sprawiając przy tym, że całość odpadnie przy pierwszym ruchu.
Przypomniałem sobie o mleczach. Ich biały sok wydawał mi się całkiem użyteczny, chociaż nie miałem pewności, czy rzeczywiście zadziała tak, jak sobie wyobrażałem. W końcu jednak uznałem, że najlepiej będzie po prostu spróbować. Znalazłem kilka roślin, ostrożnie naruszyłem ich łodygi i zebrałem odrobinę mlecznego płynu, starając się nie pobrudzić sobie całego pyska.
Przygotowania zajęły mi zdecydowanie więcej czasu, niż początkowo zakładałem. Najpierw próbowałem umieścić pióro przy karku, ale po kilku ruchach głową zsunęło się i wylądowało na ziemi. Za drugim razem przykleiłem je pod złym kątem, przez co sterczało w zupełnie inną stronę, niż chciałem. Trzecia próba zakończyła się tym, że część żywicy przykleiła mi się do futra, a ja przez chwilę zastanawiałem się, czy nie powinienem poprosić kogoś o pomoc. Nie. Musiałem sobie poradzić sam.
Przecież tata nie poddawałby się z powodu kilku niesfornych piór. A przynajmniej tak sobie wyobrażałem. Wytrwale poprawiałem więc swoje dzieło, używając niewielkiej ilości żywicy i mlecznego płynu, aż w końcu udało mi się przymocować pierwsze ozdoby. Pióra znalazły swoje miejsce przy karku, gdzie układały się wzdłuż futra, a kilka mniejszych umieściłem bliżej nasady ogona. Pomiędzy nimi dodałem liście, układając je tak, by ich kolory ze sobą współgrały. Na koniec wkomponowałem kwiat, najstaranniej, jak tylko potrafiłem, żeby nie zgnieść jego delikatnych płatków.
Odsunąłem się odrobinę i spróbowałem obejrzeć własne dzieło, obracając głowę to w jedną, to w drugą stronę. Nie miałem do dyspozycji żadnego lustra, ale mogłem przynajmniej sprawdzić, czy ozdoby nie odstają zbyt mocno. Przesunąłem łapą po karku, potem zerknąłem na ogon. Wszystko trzymało się na swoim miejscu.
— Ha! Wiedziałem, że mi się uda! — oznajmiłem z dumą, jak gdybym właśnie dokonał czegoś godnego opowiedzenia na najbliższym zgromadzeniu. Dopiero po chwili przypomniałem sobie o polowaniu.
Spojrzałem w stronę lasu, z którego przyszedłem. Zwierzyna nie zamierzała przecież czekać, aż skończę swoje artystyczne eksperymenty. Jeśli Sowi Zmierzch zapytałby mnie później, dlaczego wróciłem bez zdobyczy, miałem nadzieję, że uda mi się wymyślić coś lepszego niż przyznanie, że po drodze urządziłem sobie mały warsztat ozdób. Z drugiej strony, może udałoby mi się jeszcze coś upolować. Nie wszystko było stracone!
Ruszyłem dalej, tym razem rzeczywiście starając się skupić na zadaniu. Co jakiś czas zerkałem jednak na własny ogon, upewniając się, że liście i pióra nadal są na miejscu. Nie mogłem nic na to poradzić. Byłem zwyczajnie zachwycony tym, co udało mi się stworzyć. Znalazłem coś, czego nie miał nikt inny, a przynajmniej tak mi się wydawało. Coś, co przypominało mi o ostatnich barwach jesieni i o tym, że nawet kiedy świat wokół robi się coraz bardziej szary, zawsze można znaleźć sposób, by dodać mu trochę koloru.
Nie wiedziałem jeszcze, że te drobne ozdoby zostaną ze mną na dłużej, niż początkowo planowałem.
Pora Nagich Liści
Zima nie była tak piękna, jak jesień. Przynajmniej nie w taki sposób, do jakiego zdążyłem się przyzwyczaić. Zamiast kolorowych liści miałem pod łapami twardą ziemię, miejscami przykrytą cienką warstwą śniegu, a zamiast ostatnich kwiatów — nagie gałęzie i zeschnięte łodygi roślin. Las sprawiał wrażenie cichszego, jakby wszystkie jego sekrety pochowały się głęboko pod ziemią i zamierzały przeczekać chłody aż do nadejścia nowej pory młodych liści.
Nie oznaczało to jednak, że zamierzałem siedzieć w obozie i narzekać na pogodę. Wręcz przeciwnie. Ostatnio coraz częściej myślałem o tym, jak wiele rzeczy potrafił robić mój tata. Nocny Śpiewak zawsze wydawał mi się kimś, kto doskonale wie, co robi, nawet jeśli w rzeczywistości nie wszystko szło po jego myśli. Podziwiałem jego pewność siebie, siłę i to, że nie bał się podejmować inicjatywy. Chciałem być taki sam. Chciałem, żeby kiedyś ktoś spojrzał na mnie i pomyślał, że jestem równie godny zaufania, równie odważny i równie zdolny. Ostatnio szczególnie mocno zaprzątała mi głowę jedna myśl: samodzielny patrol.
Wiedziałem, że nie powinienem wybierać się na niego bez zgody starszych, a granice klanu nie były miejscem do beztroskich spacerów. Mimo to trudno mi było przestać wyobrażać sobie, jak tata wyrusza na patrol, uważnie obserwuje teren i upewnia się, że wszystko jest w porządku. Chciałem sprawdzić, czy ja też potrafię zachować się w taki sposób. Czy potrafię samodzielnie ocenić sytuację, zauważyć coś podejrzanego i zachować się jak przyszły wojownik, a nie rozkojarzony uczeń, który potrafi zatrzymać się na środku polowania tylko dlatego, że znalazł ładny kwiatek?
Nie zamierzałem nikomu robić krzywdy ani prowokować konfliktu. Chciałem jedynie przejść się wzdłuż granicy z Klanem Klifu i przyjrzeć się oznaczeniom. Przecież znałem już podstawy. Wiedziałem, jak rozpoznawać zapachy, na co zwracać uwagę i jak zachowywać się na terytorium należącym do mojego klanu. Przynajmniej tak mi się wydawało.
Wyszedłem z obozu, starając się nie zwracać niczyjej uwagi. Z każdym kolejnym krokiem rosło we mnie poczucie, że robię coś ważnego. Może trochę nierozważnego, ale przecież nie zamierzałem oddalać się zbyt daleko. Poza tym, jeśli nic się nie wydarzy, wrócę, zanim ktokolwiek zdąży zauważyć moją nieobecność. A jeśli wszystko pójdzie dobrze, będę miał przynajmniej jeden powód więcej, by uznać, że naprawdę zaczynam przypominać tatę.
Śnieg skrzypiał pod moimi łapami, zdradzając każdy krok. Nie podobało mi się to ani trochę. Próbowałem stawiać łapy ostrożniej, wybierając miejsca, w których warstwa śniegu była cieńsza, ale trudno było poruszać się całkowicie bezgłośnie. Mimo to szedłem dalej, z uniesionym ogonem i uszami skierowanymi do przodu. Na karku nadal miałem swoje ozdoby. Pióra i zasuszone liście nie wyglądały już tak świeżo, jak w dniu, kiedy je znalazłem, ale wciąż trzymały się futra. Kwiat nieco się skurczył, a jego płatki straciły część koloru, jednak nie miałem zamiaru go usuwać. Był pamiątką po ostatnich dniach jesieni, a poza tym wciąż uważałem, że wyglądał świetnie.
Co jakiś czas poprawiałem ozdoby, upewniając się, że żywica nadal trzyma. Nie chciałem, żeby któreś z piór odpadło, zwłaszcza że byłem z nich naprawdę dumny. Przypominały mi o tym, że nie trzeba mieć do dyspozycji wielkich rzeczy, by wyróżniać się z tłumu. Czasem wystarczy odrobina pomysłowości.
Kiedy dotarłem w pobliże granicy z Klanem Klifu, zatrzymałem się i uniosłem pysk. Zapach obcego klanu był wyraźniejszy niż gdziekolwiek indziej, nawet mimo zimnego powietrza. Przez chwilę przyglądałem się okolicy, próbując wypatrzyć coś, co mogłoby świadczyć o niedawnym przejściu patrolu. Znalazłem kilka śladów w śniegu, ale nie potrafiłem z całą pewnością stwierdzić, jak dawno zostały pozostawione. Zamiast udawać, że znam odpowiedź, zapamiętałem ich położenie i ruszyłem wzdłuż granicy. Wtedy dostrzegłem kotkę.
Była po drugiej stronie granicy, na terenie Klanu Klifu. Jej niebieskie futro, pokryte ciemniejszymi pręgami, wyróżniało się na tle jasnego śniegu. Miała cztery białe skarpetki, delikatną sylwetkę i charakterystyczną jasną plamkę na pysku, która ciągnęła się aż do czoła. Kiedy przyjrzałem się jej uważniej, zauważyłem również pędzelki na uszach oraz błękitne oczy. Nie wyglądała na wojowniczkę, więc założyłem, że podobnie jak ja była uczennicą.
Zatrzymałem się, zachowując odległość od granicy. Nie zamierzałem przekraczać jej bez powodu. Mimo to nie potrafiłem po prostu przejść dalej. Byłem ciekaw, kim była i co robiła w tej okolicy. Może również odbywała patrol? A może po prostu wybrała się na spacer?
Dopiero po chwili dotarło do mnie, że jej futro zdobiły kwiaty i pióra. Nie były identyczne z moimi, ale sam pomysł wydał mi się na tyle interesujący, że niemal natychmiast zapomniałem o tym, iż powinienem zachowywać się jak poważny patrolujący kot.
— Hej! — zawołałem, unosząc łapę w przyjaznym geście. — Jestem Skowronkowa Łapa, z Klanu Wilka!
Przez chwilę zastanawiałem się, czy powinienem od razu wspomnieć, że znalazłem się tutaj w ramach samodzielnego patrolu. Ostatecznie uznałem, że nie ma potrzeby opowiadać obcej kotce o wszystkim, co robię. Zwłaszcza że nie byłem do końca pewien, czy ktokolwiek uznałby mój pomysł za rozsądny.
Zamiast tego zerknąłem na jej ozdoby, a następnie na własny kark. Poczułem nagły przypływ ekscytacji. Rzadko zdarzało się, żeby ktoś nosił w futrze podobne rzeczy, a jeszcze rzadziej, żeby natknął się na mnie ktoś, kto mógłby docenić moje starania.
— Ty też masz pióra! — zauważyłem, nie kryjąc zadowolenia. — I kwiaty! Są naprawdę ładne. Sama je znalazłaś?
Nie czekając zbyt długo, przekręciłem się nieco bokiem, żeby mogła lepiej zobaczyć ozdoby przy moim karku. Potem uniosłem ogon i poruszyłem nim lekko, prezentując liście oraz pióra umocowane przy jego nasadzie. Byłem niemal pewien, że wyglądałem przy tym niezwykle dostojnie. Przynajmniej w mojej własnej ocenie.
— Patrz, ja też mam swoje! — pochwaliłem się z dumą. — Znalazłem je jeszcze pod koniec jesieni. Były wtedy ostatnie kwiaty, jakie widziałem w lesie, więc musiałem coś z nimi zrobić. Nie chciałem ich wszystkich zrywać, bo to byłoby trochę bez sensu, ale jeden zabrałem. A potem znalazłem liście i pióra skowronka!
Na samo wspomnienie tamtego dnia poczułem się jeszcze bardziej zadowolony z siebie. Oczywiście, nie wspomniałem o tym, ile razy próbowałem przytwierdzić pióra, zanim wreszcie przestały odpadać. Niektóre szczegóły nie były przecież potrzebne, kiedy opowiadało się o swoim wielkim dziele.
— Przyczepiłem je do futra za pomocą żywicy i płynu z mlecza. Trochę się namęczyłem, ale się udało! — dodałem, obracając się jeszcze odrobinę, żeby pokazać jej ozdoby z drugiej strony. — Te przy karku trzymają się najlepiej. Przy ogonie też, chociaż czasami muszę je poprawiać.
Zerknąłem na nią z szerokim uśmiechem, ciekaw, co o tym wszystkim pomyśli. Może również zbierała pióra i kwiaty, a może miała zupełnie inny sposób na ozdabianie futra. Chciałem się dowiedzieć. W końcu skoro los postawił na mojej drodze kogoś, kto podzielał moje zainteresowanie takimi drobiazgami, szkoda byłoby zmarnować okazję do rozmowy.
— A ty jak masz na imię? — zapytałem, przekrzywiając lekko głowę. — Jesteś uczennicą, prawda? Wyglądasz na mniej więcej w moim wieku.
Na moment przeniosłem wzrok na ślady w śniegu, które wcześniej zauważyłem, i przypomniałem sobie, po co właściwie tutaj przyszedłem. Granica nadal była przede mną, a ja wciąż miałem do sprawdzenia spory kawałek terenu. Nie chciałem jednak odchodzić od razu. Spotkanie z niebieską kotką było znacznie ciekawsze, niż się spodziewałem, a moje ozdoby wreszcie miały szansę zostać docenione przez kogoś, kto również lubił takie rzeczy.
Poza tym tata zawsze wydawał mi się kotem, który potrafi rozmawiać z innymi bez względu na okoliczności. Może właśnie od tego powinienem zacząć, jeśli naprawdę chciałem być do niego podobny.
— Właściwie jestem tutaj na patrolu — oznajmiłem po chwili, starając się nadać głosowi nieco poważniejszy ton. — Samodzielnym. Chciałem sprawdzić granicę i zobaczyć, czy wszystko jest w porządku. Wiem, że powinienem uważać, ale przecież kiedyś będę wojownikiem, więc muszę się uczyć!
Nie dodałem, że nikt nie wysłał mnie tutaj z takim zadaniem. W mojej głowie brzmiało to znacznie lepiej, kiedy nazywałem swoją wyprawę patrolowaniem granicy, a nie zwykłym wypadem z obozu. W końcu zamierzałem zachowywać się odpowiedzialnie. Miałem zamiar.
Znów spojrzałem na jej ozdoby, tym razem z nieco większą ciekawością. Byłem gotowy opowiedzieć jej jeszcze więcej o swoich znaleziskach, a jeśli chciałaby, mógłbym nawet pokazać jej, gdzie znalazłem pióra. Oczywiście nie zamierzałem przekraczać granicy, ale może kiedyś, podczas kolejnego spaceru, udałoby się znaleźć coś równie pięknego.
— W każdym razie, jeśli lubisz takie rzeczy, to chyba mamy coś wspólnego — stwierdziłem wesoło. — Ja zamierzam zbierać kolejne pióra, kiedy tylko trafię na jakieś ładne. A jak znowu znajdę kwiaty, to też je zabiorę. Może następnym razem uda mi się zrobić jeszcze lepsze ozdoby!
Unosząc dumnie głowę, poruszyłem ogonem, a liście przy jego nasadzie zadrżały delikatnie na zimowym wietrze. Czułem się niemal tak, jakbym właśnie udowodnił sobie, że potrafię być kimś więcej niż tylko uczniem, który dopiero uczy się polowania i walki. Byłem Skowronkową Łapą, synem Nocnego Śpiewaka, i miałem własne pomysły, własne cele oraz własny sposób na to, by pozostawić po sobie coś wyjątkowego.
Teraz pozostawało mi tylko dowiedzieć się, czy Dymówkowa Łapa — bo tak przedstawiła się po chwili, jeśli dobrze usłyszałem — również uzna moje ozdoby za coś wartego uwagi. A jeśli tak, być może właśnie zaczynała się znajomość, która sprawi, że następna pora nagich liści nie będzie aż tak szara i nudna, jak początkowo mi się wydawało.
Tego dnia miałem udać się na polowanie. Przynajmniej taki był pierwotny plan, kiedy wyruszyłem przed siebie, starając się zachowywać powagę godną przyszłego wojownika. Sowi Zmierzch wielokrotnie powtarzał mi, że podczas polowania powinienem skupiać się na otoczeniu, a nie na wszystkim, co akurat przyciągnie mój wzrok. Naprawdę próbowałem brać sobie jego rady do serca. Szedłem cicho, ostrożnie stawiając łapy, co jakiś czas unosząc pysk, żeby sprawdzić, czy wiatr nie przynosi zapachu potencjalnej zwierzyny. Przez pierwsze kilka chwil szło mi całkiem nieźle. A potem zobaczyłem kwiaty.
Zatrzymałem się tak gwałtownie, że niemal sam zaplątałem się we własne łapy. Pomiędzy kępą traw i stertą opadłych liści rosły drobne, delikatne kwiaty. Ich płatki miały niezwykłe kolory, które wydawały się jeszcze bardziej wyraziste na tle szarzejącego lasu. Nie było ich wiele. Właściwie wyglądały jak ostatnie niedobitki całego jesiennego kwitnienia, jakby natura zostawiła je specjalnie po to, żeby przypominały, że nawet kiedy wszystko wokół powoli zamiera, wciąż można znaleźć coś pięknego.
Podszedłem bliżej, ostrożnie obchodząc rośliny, by przypadkiem nie podeptać ich łapami. Przez dłuższą chwilę po prostu na nie patrzyłem. Nie znałem ich nazwy, ale wcale nie musiałem jej znać, żeby uznać je za wyjątkowe. Przysunąłem nos do jednego z kwiatów i delikatnie wciągnąłem powietrze. Pachniał subtelnie, niemal niewyczuwalnie, ale to tylko sprawiło, że bardziej chciałem zapamiętać ten moment.
— No proszę. A myślałem, że jesień nie ma już niczego ciekawego do zaoferowania! — mruknąłem do siebie z zadowoleniem.
Oczywiście, mogłem po prostu zapamiętać miejsce, w którym rosły, i wrócić do polowania. Mogłem też pójść dalej, tak jak zrobiłby to rozsądny uczeń, który chciał udowodnić swojemu mentorowi, że potrafi wykonywać polecenia bez rozpraszania się co kilka kroków. Tylko że ja nie byłem pewien, czy ktokolwiek zdołałby przejść obok takich okazów i nawet nie pomyśleć o zabraniu ze sobą choćby jednego. Nie chciałem zrywać wszystkich. To byłoby zwyczajnie nie w porządku wobec lasu. Wybrałem więc jeden z kwiatów, który wyglądał na najmocniejszy, i ostrożnie go zerwałem, uważając, by nie uszkodzić pozostałych.
Dopiero wtedy zauważyłem leżące niedaleko liście. Jeden z nich był rdzawoczerwony, drugi miał odcień przygaszonego złota, a trzeci przypominał mi kolor futra niektórych wojowników, kiedy promienie słońca padały na nie pod odpowiednim kątem. Zacząłem je przeglądać, wybierając te, które nie były zbyt kruche ani nadmiernie wilgotne. Nie miałem jeszcze konkretnego pomysłu na to, co z nimi zrobię, ale byłem pewien, że coś wymyślę.
Wtedy natknąłem się również na pióra. Nie były duże ani szczególnie efektowne, ale jedno z nich od razu przykuło moją uwagę. Było lekkie, miało delikatnie brązowawe i jasne znaczenia, a jego kształt przypominał mi pióra skowronków, które czasem znajdowałem podczas spacerów. Podniosłem je ostrożnie i obróciłem między łapami. Właściwie nie musiałem długo się zastanawiać, zanim zdecydowałem, że zabiorę je ze sobą.
Skowronki od zawsze kojarzyły mi się z czymś wyjątkowym. Może dlatego, że moje imię przypominało mi o ich śpiewie, a może dlatego, że od małego chciałem być taki jak mój tata, Nocny Śpiewak. On potrafił sprawić, że nawet zwyczajna chwila stawała się czymś wartym zapamiętania. Miał swoje upodobania, swoje drobne przyzwyczajenia i nie bał się pokazywać innym, co sprawia mu radość. Chciałem mieć w sobie podobną odwagę. Chciałem być kimś, kogo inni zapamiętają, kimś, kto ma własny styl, a jednocześnie nie musi nikomu udowadniać, że zasługuje na uwagę.
Właśnie dlatego nie zamierzałem poprzestać na zwyczajnym schowaniu znalezisk wśród mchu. Skoro już znalazłem takie skarby, powinienem zrobić z nich coś, co będzie mi towarzyszyło przez resztę jesieni. Zacząłem więc nucić jakąś radosną melodię, zanim zabrałem się do pracy.
Zabrałem ze sobą kwiat, kilka liści i pióra, po czym ruszyłem w stronę miejsca, w którym wcześniej widziałem zaschniętą żywicę na pniu drzewa. Zbierałem ją już wcześniej, głównie z ciekawości, i pamiętałem, że potrafiła być lepka, kiedy nie zdążyła całkiem stwardnieć. Potrzebowałem jeszcze czegoś, co pomogłoby mi przytwierdzić ozdoby do futra, nie sprawiając przy tym, że całość odpadnie przy pierwszym ruchu.
Przypomniałem sobie o mleczach. Ich biały sok wydawał mi się całkiem użyteczny, chociaż nie miałem pewności, czy rzeczywiście zadziała tak, jak sobie wyobrażałem. W końcu jednak uznałem, że najlepiej będzie po prostu spróbować. Znalazłem kilka roślin, ostrożnie naruszyłem ich łodygi i zebrałem odrobinę mlecznego płynu, starając się nie pobrudzić sobie całego pyska.
Przygotowania zajęły mi zdecydowanie więcej czasu, niż początkowo zakładałem. Najpierw próbowałem umieścić pióro przy karku, ale po kilku ruchach głową zsunęło się i wylądowało na ziemi. Za drugim razem przykleiłem je pod złym kątem, przez co sterczało w zupełnie inną stronę, niż chciałem. Trzecia próba zakończyła się tym, że część żywicy przykleiła mi się do futra, a ja przez chwilę zastanawiałem się, czy nie powinienem poprosić kogoś o pomoc. Nie. Musiałem sobie poradzić sam.
Przecież tata nie poddawałby się z powodu kilku niesfornych piór. A przynajmniej tak sobie wyobrażałem. Wytrwale poprawiałem więc swoje dzieło, używając niewielkiej ilości żywicy i mlecznego płynu, aż w końcu udało mi się przymocować pierwsze ozdoby. Pióra znalazły swoje miejsce przy karku, gdzie układały się wzdłuż futra, a kilka mniejszych umieściłem bliżej nasady ogona. Pomiędzy nimi dodałem liście, układając je tak, by ich kolory ze sobą współgrały. Na koniec wkomponowałem kwiat, najstaranniej, jak tylko potrafiłem, żeby nie zgnieść jego delikatnych płatków.
Odsunąłem się odrobinę i spróbowałem obejrzeć własne dzieło, obracając głowę to w jedną, to w drugą stronę. Nie miałem do dyspozycji żadnego lustra, ale mogłem przynajmniej sprawdzić, czy ozdoby nie odstają zbyt mocno. Przesunąłem łapą po karku, potem zerknąłem na ogon. Wszystko trzymało się na swoim miejscu.
— Ha! Wiedziałem, że mi się uda! — oznajmiłem z dumą, jak gdybym właśnie dokonał czegoś godnego opowiedzenia na najbliższym zgromadzeniu. Dopiero po chwili przypomniałem sobie o polowaniu.
Spojrzałem w stronę lasu, z którego przyszedłem. Zwierzyna nie zamierzała przecież czekać, aż skończę swoje artystyczne eksperymenty. Jeśli Sowi Zmierzch zapytałby mnie później, dlaczego wróciłem bez zdobyczy, miałem nadzieję, że uda mi się wymyślić coś lepszego niż przyznanie, że po drodze urządziłem sobie mały warsztat ozdób. Z drugiej strony, może udałoby mi się jeszcze coś upolować. Nie wszystko było stracone!
Ruszyłem dalej, tym razem rzeczywiście starając się skupić na zadaniu. Co jakiś czas zerkałem jednak na własny ogon, upewniając się, że liście i pióra nadal są na miejscu. Nie mogłem nic na to poradzić. Byłem zwyczajnie zachwycony tym, co udało mi się stworzyć. Znalazłem coś, czego nie miał nikt inny, a przynajmniej tak mi się wydawało. Coś, co przypominało mi o ostatnich barwach jesieni i o tym, że nawet kiedy świat wokół robi się coraz bardziej szary, zawsze można znaleźć sposób, by dodać mu trochę koloru.
Nie wiedziałem jeszcze, że te drobne ozdoby zostaną ze mną na dłużej, niż początkowo planowałem.
Pora Nagich Liści
Zima nie była tak piękna, jak jesień. Przynajmniej nie w taki sposób, do jakiego zdążyłem się przyzwyczaić. Zamiast kolorowych liści miałem pod łapami twardą ziemię, miejscami przykrytą cienką warstwą śniegu, a zamiast ostatnich kwiatów — nagie gałęzie i zeschnięte łodygi roślin. Las sprawiał wrażenie cichszego, jakby wszystkie jego sekrety pochowały się głęboko pod ziemią i zamierzały przeczekać chłody aż do nadejścia nowej pory młodych liści.
Nie oznaczało to jednak, że zamierzałem siedzieć w obozie i narzekać na pogodę. Wręcz przeciwnie. Ostatnio coraz częściej myślałem o tym, jak wiele rzeczy potrafił robić mój tata. Nocny Śpiewak zawsze wydawał mi się kimś, kto doskonale wie, co robi, nawet jeśli w rzeczywistości nie wszystko szło po jego myśli. Podziwiałem jego pewność siebie, siłę i to, że nie bał się podejmować inicjatywy. Chciałem być taki sam. Chciałem, żeby kiedyś ktoś spojrzał na mnie i pomyślał, że jestem równie godny zaufania, równie odważny i równie zdolny. Ostatnio szczególnie mocno zaprzątała mi głowę jedna myśl: samodzielny patrol.
Wiedziałem, że nie powinienem wybierać się na niego bez zgody starszych, a granice klanu nie były miejscem do beztroskich spacerów. Mimo to trudno mi było przestać wyobrażać sobie, jak tata wyrusza na patrol, uważnie obserwuje teren i upewnia się, że wszystko jest w porządku. Chciałem sprawdzić, czy ja też potrafię zachować się w taki sposób. Czy potrafię samodzielnie ocenić sytuację, zauważyć coś podejrzanego i zachować się jak przyszły wojownik, a nie rozkojarzony uczeń, który potrafi zatrzymać się na środku polowania tylko dlatego, że znalazł ładny kwiatek?
Nie zamierzałem nikomu robić krzywdy ani prowokować konfliktu. Chciałem jedynie przejść się wzdłuż granicy z Klanem Klifu i przyjrzeć się oznaczeniom. Przecież znałem już podstawy. Wiedziałem, jak rozpoznawać zapachy, na co zwracać uwagę i jak zachowywać się na terytorium należącym do mojego klanu. Przynajmniej tak mi się wydawało.
Wyszedłem z obozu, starając się nie zwracać niczyjej uwagi. Z każdym kolejnym krokiem rosło we mnie poczucie, że robię coś ważnego. Może trochę nierozważnego, ale przecież nie zamierzałem oddalać się zbyt daleko. Poza tym, jeśli nic się nie wydarzy, wrócę, zanim ktokolwiek zdąży zauważyć moją nieobecność. A jeśli wszystko pójdzie dobrze, będę miał przynajmniej jeden powód więcej, by uznać, że naprawdę zaczynam przypominać tatę.
Śnieg skrzypiał pod moimi łapami, zdradzając każdy krok. Nie podobało mi się to ani trochę. Próbowałem stawiać łapy ostrożniej, wybierając miejsca, w których warstwa śniegu była cieńsza, ale trudno było poruszać się całkowicie bezgłośnie. Mimo to szedłem dalej, z uniesionym ogonem i uszami skierowanymi do przodu. Na karku nadal miałem swoje ozdoby. Pióra i zasuszone liście nie wyglądały już tak świeżo, jak w dniu, kiedy je znalazłem, ale wciąż trzymały się futra. Kwiat nieco się skurczył, a jego płatki straciły część koloru, jednak nie miałem zamiaru go usuwać. Był pamiątką po ostatnich dniach jesieni, a poza tym wciąż uważałem, że wyglądał świetnie.
Co jakiś czas poprawiałem ozdoby, upewniając się, że żywica nadal trzyma. Nie chciałem, żeby któreś z piór odpadło, zwłaszcza że byłem z nich naprawdę dumny. Przypominały mi o tym, że nie trzeba mieć do dyspozycji wielkich rzeczy, by wyróżniać się z tłumu. Czasem wystarczy odrobina pomysłowości.
Kiedy dotarłem w pobliże granicy z Klanem Klifu, zatrzymałem się i uniosłem pysk. Zapach obcego klanu był wyraźniejszy niż gdziekolwiek indziej, nawet mimo zimnego powietrza. Przez chwilę przyglądałem się okolicy, próbując wypatrzyć coś, co mogłoby świadczyć o niedawnym przejściu patrolu. Znalazłem kilka śladów w śniegu, ale nie potrafiłem z całą pewnością stwierdzić, jak dawno zostały pozostawione. Zamiast udawać, że znam odpowiedź, zapamiętałem ich położenie i ruszyłem wzdłuż granicy. Wtedy dostrzegłem kotkę.
Była po drugiej stronie granicy, na terenie Klanu Klifu. Jej niebieskie futro, pokryte ciemniejszymi pręgami, wyróżniało się na tle jasnego śniegu. Miała cztery białe skarpetki, delikatną sylwetkę i charakterystyczną jasną plamkę na pysku, która ciągnęła się aż do czoła. Kiedy przyjrzałem się jej uważniej, zauważyłem również pędzelki na uszach oraz błękitne oczy. Nie wyglądała na wojowniczkę, więc założyłem, że podobnie jak ja była uczennicą.
Zatrzymałem się, zachowując odległość od granicy. Nie zamierzałem przekraczać jej bez powodu. Mimo to nie potrafiłem po prostu przejść dalej. Byłem ciekaw, kim była i co robiła w tej okolicy. Może również odbywała patrol? A może po prostu wybrała się na spacer?
Dopiero po chwili dotarło do mnie, że jej futro zdobiły kwiaty i pióra. Nie były identyczne z moimi, ale sam pomysł wydał mi się na tyle interesujący, że niemal natychmiast zapomniałem o tym, iż powinienem zachowywać się jak poważny patrolujący kot.
— Hej! — zawołałem, unosząc łapę w przyjaznym geście. — Jestem Skowronkowa Łapa, z Klanu Wilka!
Przez chwilę zastanawiałem się, czy powinienem od razu wspomnieć, że znalazłem się tutaj w ramach samodzielnego patrolu. Ostatecznie uznałem, że nie ma potrzeby opowiadać obcej kotce o wszystkim, co robię. Zwłaszcza że nie byłem do końca pewien, czy ktokolwiek uznałby mój pomysł za rozsądny.
Zamiast tego zerknąłem na jej ozdoby, a następnie na własny kark. Poczułem nagły przypływ ekscytacji. Rzadko zdarzało się, żeby ktoś nosił w futrze podobne rzeczy, a jeszcze rzadziej, żeby natknął się na mnie ktoś, kto mógłby docenić moje starania.
— Ty też masz pióra! — zauważyłem, nie kryjąc zadowolenia. — I kwiaty! Są naprawdę ładne. Sama je znalazłaś?
Nie czekając zbyt długo, przekręciłem się nieco bokiem, żeby mogła lepiej zobaczyć ozdoby przy moim karku. Potem uniosłem ogon i poruszyłem nim lekko, prezentując liście oraz pióra umocowane przy jego nasadzie. Byłem niemal pewien, że wyglądałem przy tym niezwykle dostojnie. Przynajmniej w mojej własnej ocenie.
— Patrz, ja też mam swoje! — pochwaliłem się z dumą. — Znalazłem je jeszcze pod koniec jesieni. Były wtedy ostatnie kwiaty, jakie widziałem w lesie, więc musiałem coś z nimi zrobić. Nie chciałem ich wszystkich zrywać, bo to byłoby trochę bez sensu, ale jeden zabrałem. A potem znalazłem liście i pióra skowronka!
Na samo wspomnienie tamtego dnia poczułem się jeszcze bardziej zadowolony z siebie. Oczywiście, nie wspomniałem o tym, ile razy próbowałem przytwierdzić pióra, zanim wreszcie przestały odpadać. Niektóre szczegóły nie były przecież potrzebne, kiedy opowiadało się o swoim wielkim dziele.
— Przyczepiłem je do futra za pomocą żywicy i płynu z mlecza. Trochę się namęczyłem, ale się udało! — dodałem, obracając się jeszcze odrobinę, żeby pokazać jej ozdoby z drugiej strony. — Te przy karku trzymają się najlepiej. Przy ogonie też, chociaż czasami muszę je poprawiać.
Zerknąłem na nią z szerokim uśmiechem, ciekaw, co o tym wszystkim pomyśli. Może również zbierała pióra i kwiaty, a może miała zupełnie inny sposób na ozdabianie futra. Chciałem się dowiedzieć. W końcu skoro los postawił na mojej drodze kogoś, kto podzielał moje zainteresowanie takimi drobiazgami, szkoda byłoby zmarnować okazję do rozmowy.
— A ty jak masz na imię? — zapytałem, przekrzywiając lekko głowę. — Jesteś uczennicą, prawda? Wyglądasz na mniej więcej w moim wieku.
Na moment przeniosłem wzrok na ślady w śniegu, które wcześniej zauważyłem, i przypomniałem sobie, po co właściwie tutaj przyszedłem. Granica nadal była przede mną, a ja wciąż miałem do sprawdzenia spory kawałek terenu. Nie chciałem jednak odchodzić od razu. Spotkanie z niebieską kotką było znacznie ciekawsze, niż się spodziewałem, a moje ozdoby wreszcie miały szansę zostać docenione przez kogoś, kto również lubił takie rzeczy.
Poza tym tata zawsze wydawał mi się kotem, który potrafi rozmawiać z innymi bez względu na okoliczności. Może właśnie od tego powinienem zacząć, jeśli naprawdę chciałem być do niego podobny.
— Właściwie jestem tutaj na patrolu — oznajmiłem po chwili, starając się nadać głosowi nieco poważniejszy ton. — Samodzielnym. Chciałem sprawdzić granicę i zobaczyć, czy wszystko jest w porządku. Wiem, że powinienem uważać, ale przecież kiedyś będę wojownikiem, więc muszę się uczyć!
Nie dodałem, że nikt nie wysłał mnie tutaj z takim zadaniem. W mojej głowie brzmiało to znacznie lepiej, kiedy nazywałem swoją wyprawę patrolowaniem granicy, a nie zwykłym wypadem z obozu. W końcu zamierzałem zachowywać się odpowiedzialnie. Miałem zamiar.
Znów spojrzałem na jej ozdoby, tym razem z nieco większą ciekawością. Byłem gotowy opowiedzieć jej jeszcze więcej o swoich znaleziskach, a jeśli chciałaby, mógłbym nawet pokazać jej, gdzie znalazłem pióra. Oczywiście nie zamierzałem przekraczać granicy, ale może kiedyś, podczas kolejnego spaceru, udałoby się znaleźć coś równie pięknego.
— W każdym razie, jeśli lubisz takie rzeczy, to chyba mamy coś wspólnego — stwierdziłem wesoło. — Ja zamierzam zbierać kolejne pióra, kiedy tylko trafię na jakieś ładne. A jak znowu znajdę kwiaty, to też je zabiorę. Może następnym razem uda mi się zrobić jeszcze lepsze ozdoby!
Unosząc dumnie głowę, poruszyłem ogonem, a liście przy jego nasadzie zadrżały delikatnie na zimowym wietrze. Czułem się niemal tak, jakbym właśnie udowodnił sobie, że potrafię być kimś więcej niż tylko uczniem, który dopiero uczy się polowania i walki. Byłem Skowronkową Łapą, synem Nocnego Śpiewaka, i miałem własne pomysły, własne cele oraz własny sposób na to, by pozostawić po sobie coś wyjątkowego.
Teraz pozostawało mi tylko dowiedzieć się, czy Dymówkowa Łapa — bo tak przedstawiła się po chwili, jeśli dobrze usłyszałem — również uzna moje ozdoby za coś wartego uwagi. A jeśli tak, być może właśnie zaczynała się znajomość, która sprawi, że następna pora nagich liści nie będzie aż tak szara i nudna, jak początkowo mi się wydawało.
<Dymówkowa Łapo?>
[2635 słów]
[53%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz