Przeszłość
Pora Opadających Liści dopisywała na tyle, żeby nie doskwierać Rogatemu Flamingowi. Książę miał bujną, gęstą okrywę, dlatego też załamania pogodowe nie dotykały go aż tak szczególnie. Dzięki swojej rybnej diecie zresztą powszechnej wśród kotów zamieszkujących i urodzonych w Klanie Nocy, jego futro było śliskie i lśniące, dobrze radziło sobie z pojedynczymi kroplami wody, jednocześnie wyglądając onieśmielająco. Woda była chłodna, dlatego też nie najmądrzejszym było przebywanie w niej dłużej niż jedynie po to, żeby przepłynąć z wysepki na wysepkę. Wysoko pnące się drzewa różnego rodzaju zabarwione były przez wielokolorowe, jaskrawe liście, które jeszcze nie tak dawno temu były pokryte samą zielenią z ewentualnymi ubytkami, gdy słońce przyprażyło konkretniej. Dzisiaj zapowiadało się naprawdę owocnie – nie chmurzyło się, niebo było tak czyste, jak kłosy księcia, chociaż oczywiście nie mogło się mu równać. On był ponadto i przykładał dużo więcej czasu pielęgnacji nad sobą, niżeli nieboskłon nad zbieraniem obłoków.
Dzień ten jednak nie mógł być idealnym wiecznie. Patrzył chłodno na samotnika stojącego przed nim, ciemna końcówka przyozdobiona ogórecznikiem wywijała lekko na boki, gdy sprawdzał, czy Węgorz zamierzał cokolwiek mu zrobić. Byłoby to niezwykle głupie z jego strony, w końcu Flaming nie był byle kim. Zauważywszy jednak, iż zwęglony opuścił łeb pokornie, a postawę ciała miał rozluźnioną, point spojrzał na niego wyniośle. Musiał zaznaczyć, że był u siebie. Spokojny ton głosu u zielonookiego był na plus, jednak mógł również powodować takie zachowanie u łaciatego. Na co dzień traktował niektóre koty w ten sposób, owszem, ale głównie czekoladowe i głównie Fląderkę. Ona zawsze chyliła głowy tak, jakby czekała aż ktoś na nią napluje z tym swoim wzrokiem zbitego psa. Był niezwykle łaskawy, pozwalając jej usługiwać sobie. Kto wie, może gdyby musiała komuś innemu, to mogliby ją traktować dużo gorzej?
— Przychodzisz tutaj i nie wiesz, czym są klany? — zapytał, kręcąc łbem ze zrezygnowaniem. Węgorz nadal trwał w swojej pozycji, a Flaming nie przyglądał mu się szczególnie. Wszystko było jednak grą, która miała na celu pokazać mu, że to on był najlepszy i najsilniejszy. Żeby mu przez myśl nie przeszedł atak ani nic innego, co by mogło zaszkodzić pointowi.
Szata nieznajomego przypominała tą należącą do Świteziankowego Jeziora, z którą nigdy nie zamienił, chociażby słowa, jednak nie była nielubiana wśród rodu, dlatego też nie robiło mu to najmniejszej różnicy. Westchnął teatralnie, słysząc kojący szum tafli rzeki, obijających się o grunt, na którym stali.
— Może was nie uczą. Klany to wielkie społeczności kotów, w których jest hierarchia. Koty podporządkowują się najwyżej postawionemu, czyli przywódcy. Później drugim najważniejszym jest jego prawa łapa, a zaraz pod nim medyk, czyli kot, który zajmuje się rannymi. Obowiązkiem wojowników jest chronić i bronić granic, a także przynosić każdego dnia zwierzynę na stos, żeby nie głodowano — zaczął wyjaśniać coś, co dla niego było oczywistym, w końcu tutaj przyszedł na świat i wszystkie te zasady nie były mu obce. Położył łapę na klacie. — Jestem kotem szanowanym i ambitnym, niezwykle utalentowanym, ale nie jestem przywódcą. Jeśli przyszedłeś tutaj polować na naszą zwierzynę, zrób parę kroków w tył i idź, dopóki jestem łaskawy.
Powinien się cieszyć, że Rogaty Flaming poświęcał mu tak wiele czasu. Każdego innego by zbył, oprócz rodziny i może Ulewnego Szkwału. Węgorz spojrzał na niego.
— Uczą... ale innych rzeczy — wydobyło się miauknięcie zwęglonego, nie był to jednak koniec wypowiedzi. — Nie mam zamiaru kraść wam zwierzyny, o to akurat nie musisz się martwić, poza waszymi granicami jest tego wystarczająco dużo.
Jego lekkie poirytowanie zdradziło jedynie lekkie drgnięcie końcówki ogona.
— Czy w takim klanie są jedynie koty, które się tam urodziły?
Rogaty Flaming pokręcił głową. Miał ochotę parsknąć. Czego mogli się uczyć? Pewnie nic, co by było warte jego uwagi.
— Nie. Ale większa część z nich to koty czystej krwi. Obcych traktujemy różnie, chyba że się wykażą i okażą całkowitą lojalność i szlachetność. Nie potrzebujemy kotów, które tylko by pasożytowały, bo już mamy takich od wyjadania. — Poruszył nieznacznie uchem. Miał na myśli oczywiście więźniów i koty maści czekoladowej, a także tych, co mu podpadli w ten lub tamten sposób. Dla niego jedni zasługiwali na pożywienie bardziej, drudzy mniej, a inni wcale. — Dopytujesz tak z czystej ciekawości czy może zostałeś wysłany jako szpieg? — Uniósł ciemną brew. Do tej pory zachowanie nieznajomego, może poza takim wypytywaniem nie wydało się jakieś szczególnie negatywne. Książę jednak musiał zachować niezwykłą ostrożność, skoro z nim rozmawiał, a przecież się nawet nie znali.
— Nie jestem szpiegiem. Nie pochodzę z żadnego z klanów. — Przedmiot Dwunożnych zwęglonego zafalował aksamitnie na chłodnym wietrze.
Książę pozwolił sobie na zrobienie chwilę przerwy i obejrzał go teraz dokładniej. W oczy rzuciło mu się nadszarpnięte ucho, smukła sylwetka oraz oczywiście ten przedmiot Dwunożnych. Urodą stał gdzieś pomiędzy kotką a kocurem. Przez chwilę Flaming nawet zaczął się zastanawiać jakiej płci był rozmówca.
— Jeśli to wszystko, to odprowadzę cię poza naszą granicę — powiedział do niego jeszcze, trochę zirytowany faktem, iż jego samotny spacer został przerwany w ten sposób, jednocześnie również ciekawy nieznajomego, mimo że przecież sam w tym momencie kończył ich jakże krótką interakcję. Nawet jeśli rozmówca nie wyglądał najgorzej, to nadal nie zadziało się nic szczególnego, co by mu zapadło w pamięci, oczywiście poza jego unikalną szatą, intensywnie zielonymi ślepiami i dopytywaniem o jego klan, albo przynajmniej tak sobie próbował wmówić, gdy spoglądał na niego trochę częściej, niż potrzebował.
***
Teraźniejszość
Przyszedł na ich miejsce spotkań, rozglądając się za znajomym, ciemnym futrem kocura. Był ciekawy, czego mógł się od niego dowiedzieć dzisiaj. Śnieg akurat przestał sypać z nieba całkowicie pokrytego gęstymi, gołębimi chmurami. Pogoda była nieco cieplejsza, niżeli jakby miało świecić na niego słońce, a nieboskłon przestrzelony miałby być wieloma jasnymi obłokami, rozłożonymi nierównomiernie. Im dłużej musiał czekać na zwęglonego, tym bardziej się niecierpliwił.
<Węgorzu, moja cierpliwość jest na wagę złota>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz