BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Źródlany Dzwonek x Gawroni Obłęd. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Źródlany Dzwonek x Gawroni Obłęd. Pokaż wszystkie posty

14 lipca 2023

Od Gawroniego Obłędu CD. Źródlanego Dzwonka

Jego wzrok wodził za dwójką kolorowych futer. Błądził po uśmiechniętych pyskach. Zmrużonych ślepiach. Nic z tego nie rozumiał. Dzwonek znów była szczęśliwa. Czuł to. W jej woni, w jej chodzie. W jej osobie. Widział to w brązowych ślepiach. Lecz nie on był powodem tego szczęścia. Tylko ona. Nieznana mu kotka. Tonąca. Zjawiła się znikąd. Była nikim. Nic nie znaczyła. Więc dlaczego tak szybko mu ją odebrała? Dlaczego Dzwonek zatraciła się tak w niej? W czym była lepsza od niego? Co takiego miała czego on nie miał. Wiedział, że był wybrakowany. Że nie był normalny. Lecz starał się. Z całych sił próbował zrozumieć to wszystko. "Ugryźć sprawę" z odpowiedniej strony. Rozmawiał z innymi. Wysłuchiwał rad. Obserwował innych. A mimo to wciąż wolała ją.
Doza irytacji i pretensji rosła w kocurze z każdym wschodem słońca. Zrobił dla niej wszystko. Był wstanie poświęcić dla niej wszystko co posiadał. Nawet siebie.
Tylko ona się liczyła.
— Co powiesz na… polowanie?
Jego wzrok utknął w kotce. W jej liliowym matowym futrze, rozwiewanym przez łagodny podmuch. W jej niepewnie chuderlawej sylwetce. W jej słabym spojrzeniu. Nie odnalazł tam tego czego pragnął. Jedynie wątłe zmartwienie. Nie tego się doszukiwał.

* * *

Ich łapy kroczyły wzdłuż brzegu. Mokry piasek przyklejał się do poduszek łap. Słońce powoli skradało się ku zachodowi, zalewając niebo purpurową domieszką. Zupełnie jak tamtego dnia.
Gdy pierwszy raz go uratowała.
— Czemu ona? — wręcz samo wypadło z jego pyska, gdy znaleźli się sami.
Brązowe ślepia spoglądamy na niego z niezrozumieniem. Liliowa sylwetka zdawała się skurczyć.
— Czemu! — pytanie zamieniło się w żądanie.
Czuł, jak w nim buzowało. Emocje rozpierały go od środka. Nie umiał ich w sobie przetrzymać. Z całych sił wylewały się z niego każdym możliwym ujściem. Ogon nerwowo uderzał o ziemię, a łapy agresywnie stawiały kolejne kroki nieprowadzące do nikąd. Zacisnął ślepia, czując wypływające łzy.
— J-jesteś ma... — jego głos drżał, ginąc gdzieś w tle szumy rzeki.
Kątem oka dostrzegł, że także płakała. Przypływ irytacji uderzył w niego. Czemu nie odpowiadała? Dlatego go ignorowała? Byli przecież partnerami. Nic z tego nie rozumiał. Coraz bardziej się w tym gubił.
Brązowe ślepia kotki zapłakane błądziły po ziemi. Nie ośmieliła się nawet na niego spojrzeć. Kiedy on poświęcił wszystko, by znów ją zobaczyć. Z oburzeniem uderzył łapami w miękką ziemię. Dzwonek skuliła się. Jej drobne ciało drżało niczym z zimna. Spuścił czarny łeb. Teraz już na pewno go nienawidziła. A wszystkiemu winna była Tonąca. Kotka, która przyszła i zniszczyła wszystko co stworzył przez te księżyce. Cały jego trud poszedł na marne.
Nieprzyjemna emocja ściskała jego brzuch. Dzwonek płakała. Była taka smutna. Pogrążona w chaosie własnych uczuć. Czarny nie chciał by była dłużej taka. Chciał, żeby znów była jak kiedyś. Nie umiał w jej płaczliwą wersję. Nie wiedział wiecznie co robił źle. W czym jej zawinił, że tak go znienawidziła.
Słowa Nastroszonego odbijały się echem w jego łbie. Wszystkie prawdy o życiu jakie mu przekazał wypełniały jego umysł.
Miał powinność wobec Dzwonek. Pragnął jej szczęścia. Niczego tak bardzo jak powrotu jego dawnej mentorki. Kocięta uszczęśliwiały kotki. Sprawiały, że znajdowały sens w życiu. Może tego potrzebowała Dzwonek. Nie zamierzał dłużej nad tym rozmyślać.
Przytulił kotkę, owijając ją swoim czarnym ciałem szczelnie. Ukrywając ją przed całym złem zewnętrznego świata.

11 lipca 2023

Od Źródlanego Dzwonka CD. Gawroniego Obłędu

 Wbijane w nią spojrzenie sprawiało dyskomfort i ciągle poczucie bycia obserwowaną. Musiała sobie przypominać, że to Kurka, jej uczeń, nie żaden Wilczak. Uśmiechnęła się więc lekko do niego, kładąc głowę na łapach i przymykając oczy.
Właściwie to było miłe z jego strony, że chciał spędzać czas ze starą mentorką i okazywał w jakiś swój sposób przywiązanie. Nie było to coś, czego się spodziewała, patrząc na ich start i jego poziom empatii. Po powrocie było ciężko jej się zaaklimatyzować, zapamiętać nowe pyski, szczególnie gdy Echo ją odrzucała i coś znajomego, niepatrzącego na nią krzywo było ulgą. 
Nie słyszała też żadnych uwag na temat tego, co było, kiedy jej nie było. Rozmawiała troszkę z Przyczajonym Drozdoniem, podziękowała za opiekę nad nim, ale nie słyszała żadnych historii. Ale już był wojownikiem, od dawna, mimo że zapominała o tym, gdy tak się przylepiał, jak kocię, i miała żal do siebie, że nie była na jego mianowaniu i porzuciła go tak i nie była w tak ważnym momencie. Ale wybaczył jej to. 
***
Pojawienie się Pasikonik było jedną z lepszych rzeczy tej nowej rzeczywistości, w której się znalazła. Mogła rozpieścić swoją rutynę polowań i patroli o miłe spotkania z kimś, kogo lubiła od dawna. I najwyraźniej ten ktoś lubił ją, co było jeszcze bardziej… wspaniałe i stresujące jednocześnie. 
Ale czasami miała wrażenie, że Kurka obserwował je z niezadowoleniem lub pojawiał się w dziwnych momentach. Nie lubiła tego. Obstawiała, że był zazdrosny. Gdy myślała o tym, mogła to zrozumieć. Czuła się jak jego matka i jakby tak pomyśleć, gdy była mała i wciąż z Bylicą, gdyby znalazła ona partnera, któremu poświęcałaby czasu więcej niż im, też byłaby zazdrosna. Szczególnie gdyby nie miała innego towarzystwa. Może czułaby się porzucana. Nie o to jej przecież chodziło; nie chciała nikogo porzucać, gdy zmarnowała już szansę odebrania Wilczakom swojego syna. Chciała móc być, przyjaźnić się i z Pasikonik, i z Gawronem. Nie, żeby któreś czuło się izolowane i odrzucane.
Dlatego postanowiła porozmawiać z Kurką. Może uda jej się trochę złagodzić jego nastawienie, uspokoić obawy. 
Spojrzeniem poszukała go w obozie i szybko znalazła, patrzącego na nią. Najwyraźniej przywołała go myślami. Tak czasami bywało. Podszedł, gdy tylko spotkał jej oczy.
— Co powiesz na… polowanie? — zagadnęła, szukając wymówki, by nie musieć rozmawiać o tym w obozie, gdzie pewnie byłoby ciężko o spokojną rozmowę.

<Kurko?>

24 czerwca 2023

Od Gawroniego Obłędu CD. Źródlany Dzwonek

Dzwonek zgodziła się na spacer. Czuł, jak łapy mu drżą z każdym krokiem. Jakby ociężałe odmawiały mu posłuszeństwa. Starał się ukryć zirytowanie tym faktem. Zupełnie jakby jego ciało zmówiło się przeciwko niemu. A to miał być wyjątkowy wieczór. Od tego zależało tak wiele. Musiało być dobrze. Dzwonek musiała znowu stać się starą Dzwonek. Znów jego Dzwonek. 
— Idziemy na plaże...? — głos kotki słaby, zagubiony... kuł go w uszy. 
Kiwnął łbem, stawiając pewniej łapy. Morze niedługo miało zacząć pochłaniać słońce. Dwójka kotów samotnie spacerowała wśród piaszczystego pustkowia. Nagrzany piach kuł lekko w poduszki łap, lecz uwaga Kurki poświęcona Dzwonkowi. Jej zbłąkanemu wzrokowi wśród drobnych ziarenek. Wodzącymi po nieznanym brązowym ślepiom. Futrze muskanym przez morską bryzę. Lekkiej woni mięty roznoszącej się wokół. Zbliżył się powoli do niej. Czujne spojrzenie spoczęło na nim. Lecz nic nie mówiła. Czyli działało. 
— Tam. — wskazał łapą krąg niewielkich kamieni. 
Bratkowe Futro powiedziała mu, że energia z natury jest ważnym elementem takich spotkań. Czarny nic z tego rozumiał, lecz jeśli kotka uważała, że dzięki jasnym, gładkim kamieniom ma większe szanse nie zamierzał się kłócić. Liliowa drgnęła na ten widok. Nic nie powiedziała. Milczała. 
Kurka niezbyt wiedział, jak to odbierać. Wszedł w krąg i usiadł na jeszcze ciepłym piasku. Trzepnął resztką ogona obok siebie, wskazując Dzwonek jej miejsce. Dawna mentorka niepewnie podeszła. Usiadła dalej niż chciał. Dlatego też zbliżył się sam, przykrywając liliową sierść swoją czernią. Kotka ze wzrokiem pogrążonym we własnych łapach nie skupiała się na zachodzie słońca. A właśnie to miało zagwarantować im relację. Nie mogli pominąć tego kroku. Był ważny. 
— Słońce. — wskazał pazurem na zanikającą kulę. 
Brązowe ślepia powędrowały do góry. Wraz z ujrzeniem topiącego się słońca nabrały lekkiego blasku. Kurka uniósł ogon zadowolony. Zadziałało. Udało się. Nie wiedział za bardzo co robią partnerzy i na czym polegają, ale zamierzał odkryć. Wszystko było przed nim. 


* * *

Zauważył, że bliskie sobie koty posiadały obok siebie legowiska. Dlatego też wziął swoje i położył obok łoża spoglądającej na niego pytająco Dzwonka. Położył się i wbił pomarańczowe ślepia w kotkę. Nie wiedział co dalej. 


<Dzwonek?>

11 czerwca 2023

Od Źródlanego Dzwonka CD. Gawronego Obłędu

 Prześledziła spojrzeniem kocura, powoli przesuwając oczy na maki. Ładne. Nie spodziewała się, że cokolwiek dostanie. Jej kamień od niego przepadł pod jej nieobecność i zdążyła go już przepłakać.
— Dziękuję. — mruknęła cicho, nie patrząc na niego.
***
Ledwo obudziła się, po drugim śnie wołanym ziarnami maku, by od razu spotkać nad sobą ciemną postać. W jej głowie odezwał się alarm, sprawiając, że się spięła. Pod światło wydawało jej się, że widziała Szczurzego Cienia. Dopiero po chwili zamrożonego wpatrywania się, doszło do niej, gdzie jest i że to tylko Kurka. Jej były uczeń. Nie żaden kultysta. Patrzył na nią z jakimś zranieniem, które bolało ją w serce. Kiwnęła mu głową na powitanie. 
Nie tak wyobrażała sobie powrót. Gdy siedziała w niewoli, sądziła, że jej siły wrócą, nie będzie czuła tych barier, znowu będzie przydatna, pogratuluje uczniowi mianowania. A okazało się, że była za słabym pasożytem.
— Spacer?
Zerknęła na pogodę poza gałęziami legowiska. Było ciepło jak na wieczór. Nie powinna tu siedzieć, chociaż nie bardzo miała siłę ruszać łapami, nawet po przespaniu większości dnia i wcześniej nocy. Przymknęła oczy i znowu mu kiwnęła, powoli wstając, jakby połamana. Ciało ją bolało, nieważne, czy odpoczywała, czy się ruszała. 
Tęskniła za tym, jak mogła szybko chodzić i miała na to siłę i wciąż wyrzucała sobie, że wtedy nie mogła powstrzymać swoich reakcji, zachowała się jak bachor, uciekając z klanu.
Przepłynęli rzekę z wyspy na główny teren. Spodziewała się, że zejdą do lasu, ale ruszyli piaszczystym brzegiem, a niebo nad nimi zaczynało się różowić.

<Kurko?>

09 czerwca 2023

Od Gawroniego Obłędu CD. Źródlanego Dzwonka

Powolnym krokiem snuł się w jej stronę. Była dziwna. Inna. Przesiąknięta wonią bezkresnego zrezygnowania. Nic nie było takie jej wcześniej. Nie wybierali się znów co wschód słońca na patrole. Liliowa głównie błądziła nieobecnym spojrzeniem po obozowisku. Nie zaczepiała go do rozmowy. Nie chwaliła. Nie spoglądała na niego. Żal i rozczarowanie zagościło w umyślę Kurki, który nie był przygotowany na taką ewentualność. Nie rozumiał zachowania kotki. Nie potrafił pojąć, czemu nie cieszyła się na jego widok. 
Nie lubiła go już? 
Ta myśl kuła go za każdym razem, gdy spoglądał na liliowe futro. Wzrok wciąż miała utkwiony w Klan Burzy. Poznała tam kogoś? Może tęskniła za Klanem Wilka? Zdobyła tam nowych przyjaciół... ucznia. Te wszystkie myśli zabierały mu oddech. Sama sprawa ciążyła mu od powrotu kotki. Nie tak miało to wyglądać. Nie tak miało to się potoczyć. Miało być jak dawniej. Wszystko miało wrócić do dawnego porządku. Lecz ona była inna. Nie była jego Dzwonek. Była obcym mu kotem. Zbyt załamanym by spojrzeć mu w ślepia. Nie lubiła go już. Nie chciała. Wbił pazury w mokrą glebę, próbując zrobić kolejny krok do przodu. Nie chciał z niej rezygnować. Nie chciał jej tracić. Była wszystkim co miał. Nie liczyło się to, że była uszkodzona. Zniszczona. Wierzył, że ją naprawi. Musiał. Inaczej jego cały wysiłek był nic nie wart. 
– Dzwonek...? – wydał z siebie cichy dźwięk, podchodząc do kotki. 
Nie pozwalała się zbliżać innym. Nie chciała go do siebie dopuścić. Wrócić do tego co było. Nie reagowała. Nie słyszała go. Albo nie chciała słyszeć. Zwiesił ogon i odszedł zostawiając ją samą. 
Czar goryczy, jednak splamił jego serce. 

* * *

Nie była chora mimo to widywał ją częściej u medyków. Nie rozumiał co się działo z liliową. Nie pachniała chorobą, a mimo to była taka nieobecna i słaba. Zupełnie, jakby Klan Wilka skradł jej kawałek duszy. Krążył niespokojnie przed legowiskiem wojowników, mając obawy przed kolejnym odrzuceniem ze strony kotki. Nie chciał znów czuć tego paskudnego uczucia. Nie mógł też znieść rozłąki. Dystansu, który pojawił się pomiędzy nimi i którego tak bardzo nie rozumiał. Speszony przysiadł, obserwując mimowolnie koty obecne w obozowisku. 
– ...I kotki to lubią? – nieśmiały głos dotarł do jego uszu. 
Jego wzrok powędrował w tamtą stronę. Wodnikowe Wzgórze i Bratkowe Futro siedzieli wspólnie nad myszą. 
– Jasne. Jakby spójrz na mnie. Wiesz ile mam już związków za sobą? – przechwalała się wojowniczka. 
Bury jak i Kurka spojrzeli na kotkę z zaciekawieniem. 
– Ile? – zapytał Wodnik.
– Nieważne. Nie mówimy tutaj o mnie. Chodzi o ciebie i Liściastą. Słuchaj, kto nie lubi prezentów? Praktycznie każdy. Weź ją na wspólne polowanie, ale bez tego jełopa Czapli, tylko idźcie sami. Na plaży, gdy zanika słońce jest naprawdę pięknie. Powiesz jej co czujesz i z głowy. – mruknęła pewnie srebrna, prostując się dumnie. – Łatwizna, nie?
Mina burego nie wyglądała, jakby też tak uważał. Czarny także niezbyt rozumiał. Wystarczy zabrać kogoś w ładne miejsce i będzie się razem? I wszystko będzie tak jak miało być? Nie ukrywał, że czuł lekkie zaskoczenie, że sprawa wyglądała tak łatwo. Uniósł ogon zadowolony. Los do niego się uśmiechnął.
– A ty czego się gapisz? Sio. – prychnęła na niego Bratek, napuszona. 
Wodnik spojrzał na niego zaskoczony. Potem zrobił dziwną minę. Jakby już wiedział o nim wszystko. Kurka zmarszczył się. Nie podobało mu się to spojrzenie.
– Bratku, nie przeganiaj go. – poprosił kotkę. – Może Gawroni Obłęd też potrzebuje twojej pomocy?
Srebrna wywróciła ślepiami i wstała.
– Ja temu dziwadłu pomagać nie będę. Jak chcesz się bawić w wolontariat to proszę bardzo. Tylko potem nie płacz, że Liściastą ci ukradnie... – popuszczała burego, by następnie wstać i odejść, zostawiając kocury same. 
Wojownik przeniósł przerażone spojrzenie na Kurkę. Przez jego ciało przeszedł dreszcz. Pomarańczowe ślepia zdawały się zaszklić. Czarny był bardzo zdezorientowany tą wymianą zdań.
– Gawroni Obłędzie, czujesz coś do Liściastego Wiru? – jego głos był cichy i smutny.
Czarny przekręcił łeb, nie rozumiejąc zbytnio tej sytuacji. Nie wiedział co miał niby czuć do młodszej szylkretki, że tak to emocjonowało Wodnikowe Wzgórze. 
– Nic. – bąknął cicho, unosząc brwi do góry pytająco. 
Ciało burego rozluźniło się. Na jego pysk wkradł się lekki uśmiech. 
– Całe szczęście. Chcesz razem pozrywać kwiatki? Koło Zrujnowanego Mostu rosną piękne maki. Myślę, że będą w sam raz. – zaproponował mu wojownik. – Możemy przy okazji porozmawiać o kocie, którego lubisz. Chętnie ci pomogę!
Kurka trzepnął uchem. Nie za bardzo znał kocura, by mu się zwierzać. Wolał zachować to dla siebie. I Dzwonek. 
– Chodźmy. – mruknął, ruszając w stronę wyjścia z obozowiska. 

* * *

Położył pąk maków przed Dzwonek. Nieobecne spojrzenie brązowych ślepi powędrowało na jego sylwetkę. Wyprostował się. Jeśli wszystko dobrze pójdzie powinni w ciągu paru dni udać się na plaże i później być razem. 


<Kminek?>


19 maja 2023

Od Źródlanego Dzwonka CD. Kurkowej Łapy (Gawroniego Obłędu)

 — Kurkowa Łapo, zostaw. — mruknęła, okrążając go, by stanąć z przodu. Widząc niegasnący ogień w jego oczach, zamknęła swoje. — Proszę. Chodźmy na trening.
Pchnęła go lekko w stronę wyjścia z obozu.
***
Jej wojenny trans prysł, gdy spotkała się z biernym ciałem. Na początku go nie poznała. Gotowa była zagryźć jak poprzednich. Ale jak mogła skrzywdzić kogoś, kto był dla niej jak syn? Nawet brak wcześniejszego myślenia i całkowite poleganie na intuicji w poruszaniu się po polu bitwy nie mogły jej pozwolić na to. Coś pękło razem z tą mgłą wokół wizji i cały ciężar przeszłym wydarzeń spadł nagle na jej plecy, zginając łapy i wyciskając łzy z oczu. Jednocześnie jakby wszystko zniknęło z jej myśli, była tam tylko czarna pustka. Nie czuła się, jakby była w swoim ciele.
Nie pamiętała potem, jak znalazła się poza terenami Klanu Wilka i w obozie.
***
Miała rację, nie chcąc tu wracać. Może nie spotkało ją tyle krzywych spojrzeń, co Zdradziecką Rybkę, czy Zanikające Echo. Ale wciąż je widziała, nawet próbując nie wchodzić z nimi w interakcję. Echo nie chciała się do niej odzywać, Trzcinowa Sadzawka wylądował w starszyźnie, zbyt blisko szylkretki, która wysysała z niej teraz energię, którą ledwo miała. Próbowała tam wejść raz, na tyle pozytywnie nastawiona, na ile mogła, i spotkała się ze ścianą. Rudzikowy Śpiew był martwy, połowy kotów w klanie już nie znała. Nie mogła się zorientować w nowej rzeczywistości. Kolejna liderka szybko zginęła.
Nie wspominając o tym, jak wyżerały ją wyrzuty sumienia o te wszystkie życia, które zginęły na tej wojnie. Domyślała się, że nie chodziło im tylko o ratunek jej - to byłoby nieopłacalne. Ale nagonka spadła na nią. Nie chciała, by oni zginęli. Teraz sama nie mogła zginąć, bo ci zmarli zatłukliby ją w Klanie Gwiazdy. Chociaż czy tam by trafiła? Oni tylko dołączyli do tych, których zabiła i przeczuwała, że szala wcale nie przechyla się ku jasności po śmierci.
Dlatego siadywała w okolicach granicy Klanu Burzy, okupowanego przez Klan Wilka wpatrując się w niewidzialny punkt. Wahała się. Wszędzie było źle. Nie chciała być tu. Ani tam. Ale tam było dziecko, którego istnienie było jej winą. Chciała przy nim być. Ale te życia, które zginęły przez nią… zmarnowane… i te wygasłe na jego rozkazy, tam. Byłoby ich pewnie więcej. Ale skoro już była potępiona… Wyłączenie myślenia i po prostu słuchanie instrukcji w tym momencie brzmiało cudownie.
Siedząc w swoim zwykłym miejscu, półprzytomnie rozpoznała rytm kroków ucznia... byłego ucznia. Nie oderwała więc oczu od granicy, wiedząc, że nie musi spodziewać się ataku,

<Kurko?>

02 lutego 2023

Od Kurkowej Łapy CD Źródlanego Dzwonka

Słaba liliowa sylwetka stała wśród śnieżnych połaci. Smród choroby kąsał go w nos. 
— Jeśli każe zrobić ci coś ryzykownego, nie słuchaj jej, nie musisz nic udowadniać, tak? — poklepała go po matczynemu łapą między uszami.
Położył uszy, spoglądając z zawodem na mentorkę. Nie chciał tego. Treningu z inną. Specyficzną kotką. Przyjaciółką Makowego Pola. Skrzywił się na myśl o srebrnej kotce i kiwnął łbem niechętnie. Otworzył niepewnie pysk.
— Kminek!
Szylkretka spojrzała na nią zniecierpliwiona. Lepkie Łapki. Siostra lidera. Siostrzenica jego ojca. Kolejna zakała jego rodziny. Fuknął zirytowany. Samo jej istnienie było pomyłką. Teraz jeszcze kradła jego mentorkę.
— Już wracam, przepraszam — miauknęła liliowa. 
Ciepły uśmiech to ostatnie co ujrzał, nim zniknęła w cieniu legowiska. Gorycz przelewała się w młodym kocurze. Był bezradny wobec tego co się działo. Nie wiedział, jak zatrzymać mentorkę przy sobie. Nie pozwolić innym mu jej ukraść. Odszedł, kręcąc ogonem na prawo i lewo. 
— Kurkowa Łapo! — radosny głos rozległ się za jego grzbietu. 
Niechętnie odwrócił się do tyłu. 
— Rudzikowa Gwia... znaczy Rudzikowy Śpiew wyznaczył mnie, jako twoją zastępczą mentorkę. Mam nadzieję, że jesteś gotowy na wspólny trening. Musisz nadrobić te braki. Tylko ty i Jaskier jesteście nadal uczniami. — miauknęła. 
Kurka zjeżył się. Być porównywany do tej pokraki. Kpiła z niego. Z pewnym uśmiechem na pysku. 
— Nie dąsaj się. Zobaczysz, razem szybko nadrobimy trening i Źródlany Dzwonek będzie mogła w końcu zająć się swoimi "sprawami". — rzuciła, poruszając dziwnie brwiami. 
Czarny zmarszczył brwi, przyspieszając kroku. Swoimi sprawami? Czym były. Nie rozumiał specyficznego toku myślenia Pszczelej Dumy. Na samą myśl, że mentorka ma go dość kopnął mocno kamień. 
— Oho, nie mów mi, że ty... — zaczęła, zerkając podekscytowana na kocura. — To tym bardziej musisz zakończyć szybko trening. — zachichotała. 
Kurka zignorował wojowniczkę. Nie rozumiał kotek. Były dziwne, śmiały się bez powodu i udawały słabe i głupie. Uczeń nie zamierzał dać się nabrać. Dobrze pamiętał prawdziwą twarz swojej matki. Spięty maszerował za nią. 
— Wolisz poćwiczyć walkę czy polowanie? — zapytała. — Z czym masz większy problem. 
Gdyby wiedział sam by już sobie z tym poradził.
— Halo? Sama nie zgadnę. 
Wzruszył barkami, uciekając wzrokiem gdzie indziej. Czuł na sobie zaintrygowane spojrzenie kotki. Usłyszał kroki. Szła w jego stronę. Słodki zapach jej futra sprawił, że zmarszczył nos. Nie wiedział czego chciała. 
— Wiesz, Kurkowa Łapo. Znamy się już kilkanaście księżyców. Pamiętam cię ze żłobka... A mimo to nigdy nie słyszałam twojego głosu. — przywarła do niego bokiem. 
Syknął, odsuwając się od niej.
— Naprawdę jesteś takim dziwakiem, jak mówi Maczek? — zaczęła wojowniczka, unosząc brew. — Twierdzi, że masakrowałeś ciało swojej martwej matki. 
Spuścił wzrok, wbijając nerwowo pazury w śnieg. Miał dość tych pytań. Przesłuchania. Istnienia Makowego Pola. 
— Odpowiesz mi? Proszę. Chciałabym wiedzieć jaka jest prawda. Jeśli kłamie to wyjaśnię jej, że tak się nie robi. To straszne oszczerstwo. — mruknęła z poważną miną.
Wspomnienie tego wieczoru uderzyło w niego. Złapał się za łeb, próbując je wyrzucić. Zakopać jak najgłębiej. Spoglądające na niego martwe ślepia przepełnione absurdem śmiały się z niego. Z jego słabości, którą tak starał się zamaskować. Z samotności na jaką go skazała.
Z szaleństwa, które było mu przeznaczone. 
— Kurko... — oprószona śniegiem łapa dotknęła go. 
Złapał ją. Zęby zatopiły się w czymś miękkim.
— Ajć! Kurkowa Łapo! Czemu...?! — syknęła, odpychając go. 
Ciepła krew skapnęła na śnieg. Metaliczny zapach uniósł się w powietrzu. Padł na ziemię. Nie zamierzał wstawać. Spojrzeć jej w pysk. 
— Trening zakończony. Przekażę wszystko Rudzikowemu Śpiewowi. — mruknęła zawiedziona. — Myślałam, że jesteś inny. Zawiodłam się.
Odeszła. Pozostawiła go samego wśród śnieżnych zasp. Ślad krwi prowadził do obozu. Niewielkie plamki dowodzące jego zbrodni. Schował pysk pod łapami. 
Nie chciał wracać.

* * *

Z pogardą spoglądał na pomarańczowe ślepia. Mordercę jego matki. Tego co odebrał mu wszystko. 
— Rozumie, że ci ciężko ze względu na zaistniałe zmiany i stratę byłej mentorki, do której się pewnie przywiązałeś, ale twoje zachowanie zagraża pozostałym wojownikom i jeśli nie nastąpi poprawa to wyciągnie poważniejsze konsekwencje. — miauknął surowym głosem. 
Kurkowa Łapa fuknął cicho. Miał głęboko gdzieś jego groźby. Udawaną powagę. Był już stary. Starszy niż tamtego dnia, gdy bordo złączył się w tańcu z purpurem by pomalować niebo. 
— Zrozumiałeś? — utkwił w niego spojrzeniem. 
Odwrócił wzrok. Nie miał zamiaru na niego spoglądać. Poczucie poniżenie już i tak sprawiało, że czuł piętrzącą się w nim złość. 
— Pszczela Duma nie chce cię dłużej uczyć. Ugryzienie jej było zachowaniem godnym kocięcia. Późniejsza wrogość i fukanie także. A Źródlany Dzwonek wciąż choruje. — mruknął lider, łapiąc się za łeb. — Kogo mam ci wyznaczyć, by nie podzielił losu Pszczelej Dumy? 
— Lampart. — miauknął cicho.
Lider wstał i przeszedł się kawałek. 
— Zastanowię się nad tym. 

* * * 

Gwiazdy usiały niebo. Nieliczne chmury wchodziły im w drogę. Chłód wieczora targał jego futro. W łapie ściskał niewielki kamień o nietypowej barwie. Wziął go w pysk i cicho podążył w stronę legowiska wojowników. Śpiące koty oddychały spokojnie. Szukał wzrokiem liliowej sylwetki. 
— Co tu robisz? — nieznany głos szepnął wśród mroku. 
Żółte ślepia spojrzały na niego. Przełknął ślinę, czując smak goryczy. Nie miał prawa zepsuć mu tego.
— Kurkowa Łapo? — znał jego imię. 
Kremowa sylwetka usiana w cętki ukazała się jego oczom. Niedaleko niego leżała pół śpiące Węgorzy Pysk. 
— Prezent. — wykrztusił niechętnie przez kamień. 
Obawa przed podniesieniem alarmu wygrała z dumą. Słaby uśmiech pojawił się na pysku wojownika. 
— Nie zakradaj się więcej tutaj nocą. — pouczył go z ledwo wyczuwalnym stresem w głosie. 
Czarny położył uszy, ale finalnie tylko kiwnął łbem. Pozostawił podarunek koło mentorki i pospiesznie wyszedł. 

* * *
*przed porwaniem Kminek*

Rzeczywistość wracała do normalności. Źródlany Dzwonek znów go nauczała. Udawał, że nie widzi posyłanych ku starszyźnie spojrzeń kotki, gdy wychodzili z obozowiska. Nie umiał poradzić sobie z faktem posiadanej przez kotkę relacji z tym czubkiem uwięzionym w legowisku starszych. 
— Spójrz to on. — dotarło do niego uszu. — Nie dość, że niezrównoważony psychicznie to jeszcze treningu nadal nie ukończył. 
Zerknął ukradkiem na przyglądające się mu z lisiej odległości Mysi Okruch i Wzburzony Potok. 
— Myślisz, że Rudzikowy Śpiew go wyrzuci? 
— Powinien to już dawno zrobić. Słyszałaś co zrobił Pszczelej Dumie? Rzucił się na nią bez powodu i próbował odgryźć łapę.
— Co? 
— Makowe Pole mówiła, że Pszczółka ledwo uszła z życiem. Jebany psychopata. Idzie zupełnie śladami swojej matki... Co? — Mysz przerwała szturchnięta przez wojowniczkę. 
Zauważywszy na sobie jego przepełnione goryczą spojrzenie, uśmiechnęła się prześmiewczo. Wbił pazury w ziemię, strosząc sierść. Nie miał zamiaru pozwolić jej ujść z tego cało. Nie miała prawa. Nie mogła. Wstyd i gniew zmieszały się ze sobą sprawiając, że jedyne co wiedział to to, że zamierzał za uderzenie serca zerwać jej ten durny uśmiech z pyska. 
— No co, Truposzku? Makowe Pole o wszystkim mi powiedziała. Spróbuj mi coś zrobić, a jeszcze dziś wylecisz. Rudzikowy Śpiew jest frajerem, ale nie aż takim, by trzymać cię tu w nieskończoność. — wysyczała gotowa do doparcia ataku. 
Kurka ryknął gniewnie, cofając się o krok. Nie mógł, lecz nie potrafił tego odpuścić. Nie tego. Wpadł w coś miękkiego. Delikatny zapach mięty otoczył go z każdej strony. 


<mentorko? przepraszam, że tyle czekałaś :< >


postacie npc: Pszczela Duma, Wydrzy Wir, Mysi Okruch, Wzburzony Potok

[przyznano 5%]

17 listopada 2022

Od Źródlanego Dzwonka CD. Kurkowej Łapy

Gdy wracali z treningu i spotkania z wydrą, przypomniała sobie o czymś.
— Wiesz, widziałam, jak rozmawiałeś kiedyś z Lamparcią Łapą. — zagadnęła ze zmęczonym uśmiechem, wciąż patrząc przed siebie — Cieszę się, że znajdujesz sobie powoli przyjaciół. 
W końcu sama nie mogła mu w tym pomóc, bo nie posiadała odpowiednich umiejętności. Mogła tylko liczyć, że jej koleżanka ze żłobka weźmie go pod swoje skrzydła.
*Kilka dni później*
Miała niewiele wspomnień z tego, jak wróciła poprzedniego dnia do obozu; obstawiała, że pomogła jej w tym Zanikające Echo, skoro wyszły razem. Ale z pewnością po spędzeniu trochę na dworze, leżąc w śniegu, nie mogła się spodziewać lepszego samopoczucia. W głowie jej łupało, gardło piekło i co chwilę kichała w łapę, starając się wszystkich nie obudzić. Czy skończy jak matka? Gdy pierwsi wojownicy wstawali, dźwignęła się i wyszła z legowiska. Warknęła do siebie, gdy przeszyło jej mózg światło odbijające się od białego śniegu. Przeklęta pora. Znalazła Trzcinową Sadzawkę i po krótkiej rozmowie, choć od razu wiedział, o co chodzi — i wcale jej się to nie podobało — uzgodnili zastępstwo za nią. Nie, żeby było z kogo wybierać, więc padło na Pszczelą Dumę; i odrobinę głupio byłoby nie zgodzić się na nią, poprosić o kogoś innego. Domyślała się, że Kurkowa Łapa też nie będzie zadowolony, ale nie chciała, by był do tyłu z treningiem. Wczoraj nie mogła go poprowadzić, teraz przez zimno czuła jak ból głowy się nasila i jak szczekają jej zęby. Pragnęła tylko wrócić, położyć się, spać przez wieki. Gdzieś z tyłu głowy dziwiła się, że uczeń nie robi jej wyrzutów; Mrówka i Łoś, i inni, młodsi od nich, zdążyli zostać wojownikami. Ale to dobrze, dobrze, bo naprawdę nie miała na to siły. Zaległości przez coś tak banalnego, jak jej przeziębienie mogłyby go rozdrażnić.
Oryginalnie zastępca miał przekazać Kurkowej Łapie i Pszczółce informację, ale gdy próbowała doczłapać się z powrotem do legowiska, dostrzegła czarnego w wejściu do legowiska uczniów i zboczyła z trasy.
Odrobinę nie chciała widzieć znowu tego zdenerwowanego spojrzenia na sobie; gdy wróciły z Echo z ich małego zaginięcia, wydawał się być zawiedziony tym, że wróciła. Albo się zbyt wczytywała, ostatnio często okazywało się, że coś źle pojmuje, szczególnie w relacjach międzykocich. Oczywiście, uczeń mógł jej nie lubić, miał do tego prawo i to rozumiała, ale naprawdę chciała być z nim, chociaż w neutralnych stosunkach. Miała dostatecznie dużo wrogów w klanie jako wciąż obcy, ostatnio szczególnie z Mopkowym Skrzekiem i Makowym Polem. Nie chciała wrócić do bycia żywym eksponatem.
Przywitała się, dając jak zwykle chwilę, by miał szansę odpowiedzieć, jeśli by chciał i przekazała mu informację o tymczasowej mentorce.
— Jakby coś się działo — dodała — to powiedz mi, jak tylko wrócicie, dobrze? Nie musisz na nią czekać, jak coś ma kogoś zjeść, to ją. Jadłeś już coś? Idź, zjedz przed treningiem. — rozkręciła się, odrobinę niespokojna. Słabo znała kotkę, ale ta przykleiła się do Makowego Pola, dodatkowo to nieprzyjemne uczucie wzmagało jej upadające zdrowie. Jakby coś złego miało nastąpić, choć wiedziała, że to jej paranoja. Kurka powinien móc się obronić, w to wierzyła.
— Jeśli każe zrobić ci coś ryzykownego, nie słuchaj jej, nie musisz nic udowadniać, tak? — poklepała go po matczynemu łapą między uszami.
— Kminek! 
Podskoczyła, cofając się, gwałtownie odwracając głowę ku kotce stojącej w legowisku wojowników. Wyglądała na trochę zniecierpliwioną i młodsza położyła uszy.
— Już wracam, przepraszam — powiedziała ku niej, zmuszając się do głośniejszego tonu, by ją usłyszała, mimo duszącego uczucia w krtani. Wróciła do niego spojrzeniem na ułamek sekundy, uśmiechnęła się wspierająco, choć wyszło bardziej krzywo, niż chciała i wróciła do legowiska. Nie chciała przecież, żeby Echo się znowu obraziła i zaczęła krzyczeć i wyciągnęła na zewnątrz. Ułożyła się na swoim legowisku z głębokim westchnieniem, od razu zakrywając nos przed zimnem i czekając na znajome futro układające się obok.

< Kurka? Nie pobijcie się (⁠;⁠;⁠;⁠・⁠_⁠・⁠)>

[przyznano 5%]

29 października 2022

Od Kurkowej Łapy CD. Źródlany Dzwonek

— P-potworze…!
Zielone ślepia martwego ojca spoglądały na niego - potwora skąpanego we krwi matki. Nie mógł tego znieść. Ciężaru i zawodu. Obrzydzenia. Nie on był problemem. Nie on był winien temu złu. Nie zasługiwał. Nie zasługiwał na to miano. 
Uderzył w te powielane kłamstwa. W kpiącą zieleń zatopioną w absurdzie. Rył w niej. Próbował ją zerwać. Roztrzaskać. Gromkie piski i łoskot wrzasku. 
Mocny uścisk na karku wyrwał go z rumoru. Zdezorientowane pomarańczowe ślepia nerwowo wyłapywały otaczające go tereny. Ciężki oddech cicho świszczał. Oderwała go. Pociągnęła za sobą. Odciągnęła od przerażonych zielonych ślepi.
Mrok powoli ustępował tonącemu we szkarłacie słońcu. Bordo złączony w tańcu z purpurem malowały niebo. Pomarańczowe ślepia oderwane na uderzenie serca od brutalnej rzeczywistości zatonęły w malującym się krajobrazie. 
— Współczuję ci, Źródlany Dzwonku. — głos przerwał ciszę. — Pierwszy uczeń i taka udręka. Na twoim miejscu pozbyłabym się go nim stanie się potworem jak matka. Jak już widzieliśmy ma podobnie nasrane we łbie. — szmaragd jej ślepi wyróżniał się na tle skąpanego w fiolecie nieba. 
Jasne futro poprzecinane ciemniejszymi pręgami przybrały rumianą barwę. 
— Kurkowa Łapa nie jest Kruczą Gwiazdą. Zostaw nas samych. — syknęła mentorka. 
Czuł, jak emocje wprawiają jego ciało w drżenie. Przepełniony nimi i niezdolny do ruchu, jedynie wpatrywał się tępo w kotki. Makowe Pole spojrzała na niego zniesmaczona. 
— To się jeszcze okaże. — rzuciła. 

* * *

Łysa istota unosiła się na kawałku drewna wśród rzecznych nurtów. Nie zwracała na nich uwagi. Zdawała się skupiona na swoim kiju. Kompletnie bezbronna. Kurkowa Łapa nie rozumiał tego zachowania. Tępy osobnik nie zdawał się zdolny do samodzielnego życia, a mimo to co wschód słońca się tu pojawiał, by unosić się na wodzie do szczytowania słońca. 
— Nie zdaje się być zagrożeniem. — odparła mentorka, widząc czujny wzrok ucznia na nim. — Ale musimy się mieć na baczności. Dwunożni są nieprzewidywalni. — dodała. 
Czarny trzepnął uchem, lecz wciąż wpatrywał się w dziwną istotę. Kotka kierowała się w stronę piaszczystej łąki, którą przerywała ogromna słona woda. Nikt wcześniej nie widział podobnej. Kurka także nie słyszał. Była fenomenem. Irracjonalna mrzonka.
Kapryś Bóstw. 
Uczeń obawiał się jej. Dziwne fale co uderzenie serca skradały się na ląd, próbując pochwycić i wciągnąć w głąb siebie kolejne zdobycze. Mroczna Woda zdawała się żywym organizmem o niesłychanym głodzie. 
— Poćwiczymy tu bieg długodystansowy. — oznajmiła liliowa. — Teraz, gdy większość naszych terenów to polany do złapania zwierzyny będziesz potrzebował kondycji i dynamiczności. 
Kurka spojrzał zniesmaczony na tonące w piasku łapy. Nic z tego nie rozumiał. Ćwiczenie biegu na piasku. To nie miało sensu. Zirytowany prychnął na mentorkę, jeżąc się. 
— To dobre na poprawę sprawności. Piasek jest trudny po poruszania się, obciąża łapy. Nie wiesz też w jakich warunkach w przyszłości będziesz musiał walczyć. — dodała liliowa, zaczynając trening. 


* * * 

Szum rzeki zagłuszał resztę świata. Wędrująca pomiędzy kamieniami woda lśniła w jesiennym słońcu ozdobiona tonącymi w niej liśćmi. Uderzył w coś głucho. Widok liliowego kupra sprawił, że szybko odsunął się, sycząc. 
— Ciii. —  rozkazała mentorka. 
Już otworzył ponownie pysk, lecz zaskakująco podłużna sylwetka wyłoniła się z tafli wody. Mokra sierść przylegała sztywno do ciała. Przypominała jednego z nich, lecz zarówno łapy jak i uszy istoty były krótsze. Masywny ogon ciągnął się po ziemi. 
— Wydra. — miauknęła liliowa, robiąc krok do tylu. — Nie prowokuj jej. Możliwe, że gdzieś w pobliżu ma norę. 
Istota charczała na nich, mierząc ostrym spojrzeniem niewielkich ślepi. Szczuro-kot wydał z siebie kolejny dziwny odgłos. Z każdym ich krokiem w tył stawał się coraz cichszy, lecz wciąż niepokojący. Kurce nie podobało się to. Odejście z podwiniętymi ogonami, niczym bezbronne kocięta. Czarnemu z trudem było nie sprzeciwić się kotce. Zjeżony czujnie obserwował wybryk natury. Wydra go także. Nie zamierzał tego pozostawić. Nie dziś. Lecz kiedyś. 
Dopiero po długości drzewa oderwali od siebie spojrzenia. Źródlany Dzwonek spojrzała na niego.  
— Jestem dumna, że mnie posłuchałeś. — oznajmiła mu. 
Położył uszy, udając, że nie przejął się tym. Wykrzywiony w niesmak pysk powędrował znów ku wodzie. 
Lecz gdzieś w środku pod masą czarnych kudłów rozległo się przyjemne ciepło. 


<kminek?>

zrobiono: wydra, rybak
[przyznano 15%]

17 października 2022

Od Źródlanego Dzwonka CD. Kurkowej Łapy

 Siedziała tej nocy z głową w łapach, próbując zmusić się do snu. Skupiała się na ciemności zaciśniętych powiek i spokojnym oddechu jednookiego kocura, który wciąż utrzymywał bezpieczny dystans, ale z wieczora na wieczór znów drzemał coraz bliżej. Udawała, że tego nie dostrzega.
Momentami udawało jej się odpłynąć; niewiadomą ilość czasu później wracała do rzeczywistości; jedynym sygnałem, że tak było, była pustka w myślach. Nie mogła sobie przypomnieć, na czym skończyła wewnętrzny monolog. Znów została wyrwana przez krzyk, znajomy głos, który pojawiał się zawsze, gdy była gdzieś pomiędzy snem i rzeczywistością. Westchnęła i przycisnęła głowę głębiej w łapy, nie chcąc się wybudzać. Słyszała jednak kroki, szmery i wiedziała, że to nie urojenia. Zaniepokojona podniosła głowę. Ktoś atakuje? Gdzie Skowronek?
 Wzdrygnęła się i podniosła na cztery łapy, musząc zrobić krok na bok, by utrzymać równowagę. Popatrzyła tam, gdzie inni. Na Kruczą Gwiazdę ciągniętą po ziemi. Krzywiła się na jej wrzaski i manipulacje, nawet nie mając ochoty ich analizować. 
Oh — wyszeptała do siebie, niepewna później czy zrobiła to na głos, czy w myślach, czuła jak zwęziły jej się oczy. Ona naprawdę… zabiła Goździka i Bezchmurne Niebo. Do tej pory próbowała myśleć, że to tylko teoria wynikająca z jej uprzedzenia i wypadki się zdarzają. Ale…
Ale teraz leżała z różnymi cieczami na wierzchu, na widoku wszystkich, łącznie z jej kociętami.
Które teorie były teraz prawdą? Kogo zabiła? Matkę Lamparciej Łapy? Kotka mogła nie przeżywać tego bardzo długo, rozpaczała kilka tygodni, ale wciąż było to okrutne.
Mrugnęła i miała wrażenie, że nie może otworzyć powiek. Co, jeśli jej rodzeństwo- nie, miała pewność, że kogoś podobnego do nich widywano na granicach. Na pewno żyli i panoszyli się, gdzie nie powinni.
Ktoś ją szturchnął i udało jej się cokolwiek zobaczyć. Oprócz tego kogoś więc pewnie zrobił to przypadkiem, gdy przechodził. Od razu zachciało jej się wymiotować od hałasu; kto płakał za taką… ugh.
Jej dzieci może by płakały. 
Rozglądnęła się, odrywając przednie łapy od ziemi, by wyjrzeć na nieco równiejszym poziomie z resztą kotów. Złapała spojrzenie mentora, a ten machnął głową w stronę, gdzie mogła rozróżnić rude futro i z której się oddalał. 
Kilka pysków było odwróconych też w tamtą stronę. Nachylonych ku sobie. Ich wąsy drgały, gdy coś sobie szeptali. Przepchała się w ich stronę, być może lub nie, depcząc kilka ogonów z wystawionymi pazurami. Spojrzał na nią jakby zdezorientowany. Bez słowa, nawet spojrzenia, wepchała się pomiędzy nowego lidera, a najeżonego Kurkę. Trząsł się i płakał, co było… niepokojące, jak daleko jej obserwacje sięgały. Nie mogła może go zasłonić, zważając na wzrost, ale było to jakieś odcięcie. Nachyliła głowę na wysokość jego pyska, by nie musieć zbyt podnosić głosu. Jednocześnie tym osobnikom, będącym w zasięgu wzroku posyłała spojrzenie, mogące być obietnicą śmierci, nakazaniem wstydu lub wyzwiskiem. 
— Zejdźmy na bok. — zaproponowała i przy braku reakcji szturchnęła go lekko. Zaryczał tak nagle, że się wzdrygnęła i rzucił się do przodu. W gwałtownych ruchach odrywał czarne futro od jej ciała. Z czasem dotarł do mięsa. Obserwowała to, nie mając zamiaru reagować. Odwróciła tylko głowę z morderczym spojrzeniem w stronę Astrowego Poranka, która miała czelność skomentować to zbyt głośnym tonem. Tak samo Makowe Pole, komentująca, że jaka matka taki syn. Wysunęła pazury. Szkoda, że zasada nie zadziałała przy niej, mogłaby wdać się w ojca. Nie musiałaby wtedy się powstrzymywać przed przywaleniem jej. Emocje były wysokie, ujebanie ją w ten durny pysk mogłoby zbyt eskalować. Niech się udławi własną śliną. 
Może jednak powinna go zatrzymać. Dzieciak i tak ma złą reputację, a wątpiła, by coś takiego wpłynęło na niego dobrze emocjonalnie… Ale, tak czy siak, już zaczął, oni to widzieli.
Zmrużyła oczy; pewnie jakby spotkała Bylicę zrobiłaby coś podobnego. Taki los narcystycznych matek. Więc… niech młody robi ten raz co chce. Nie jest hipokrytką.
 W szmerze przebił się cichy głosik. Kminek zjeżyła się, słysząc padające słowo. 
— P-potwórze…!
Blisko truchła stała Mrówcza Łapa. W następnej sekundzie już nie utrzymywała się na czterech łapach, powalona przez cielsko brata. Liliowa wystrzeliła do przodu, by odciągnąć swojego ucznia od zakrwawionego pyska zielonookiej. Chwyciła go za skórę na karku i szarpnęła w bok, pchając dodatkowo łapami.

<Kurka?>

[przyznano 5%]

15 października 2022

Od Kurkowej Łapy CD. Źródlanego Dzwonka

Spojrzał niepewnie na drzewo. Nie sądził, że to będzie włączone w jego trening. Uważał wspinaczkę po drzewach dla tchórzy pokroju Klanu Wilka czy Klanu Klifu.
Uniósł brwi, spoglądając na liliową. Nie zamierzał tępić pazurów na bukowej korze.
— Nie wiesz kiedy ci się to przyda. — pouczyła go kotka. — Lepiej się przemóc i czegoś nauczyć przydatnego niż potem żałować i cierpieć z tego powodu
Zmarszczył nos, lecz nie zaprzeczył. Spojrzał na nią oczekująco. Nie będzie się upokarzać na marne. Kotka wysunęła pazury w przednich łapach i zaprezentowała, jak powoli wspina się na górę drzewa. Kurka obserwował to w ciszy. 
— Teraz ty. — oznajmiła spoglądając na niego z gałęzi drzewa. 
Kurka obszedł buka z dozą ostrożności. Postawił łapę na konarze, a następnie wbił w niego pazury. Uniósł wzrok do góry. Zmrużył ślepia przez wydostające się pomiędzy pomarańczowych liści słońce. Przesunął wyżej łapę, a potem powtórzył czynność z lewą. Nie ośmielił się spojrzeć za siebie. Podciągał się ku górze, nie zwalniając na uderzenie serca. Lekka obawa, że spadnie jeśli się zatrzyma była z tyłu łba kocura. Wysunął łapę w stronę gałęzi. Musnął ją pazurami, lecz poczuł, jak zsuwa się ku dołowi. Panika sprawiła, że serce zabiło mu szybciej. Poczuł, jak za sprawą stresu traci równowagę. 
Zęby wbiły się w jego kark. Mentorka zaparła się i podciągnęła niemal dorównującego jej wzrostem ucznia. Zdyszany spojrzał na nią nie ukrywając zaskoczenia. On patrzyłby na upadek niekompletnego towarzysza zamiast go uratować. Nie podałby z własnej woli łapy rodzeństwu, a co dopiero zmuszającej go do treningów mentorce. 
— Musisz być uważny. — pouczyła go. 
Przyglądał się poruszającemu pysku kotki, nie wsłuchując się w to co do niego mówiła. Nic z tego nie rozumiał. Widział, że za nim nie przepadała. Słyszał wśród kotów plotki, że był karą dla niej za nieposłuszeństwo i pyskatość wobec jego matki. Sam traktował ją podle, udowadniając swą niezależność nad nią. Więc skąd jej decyzja? Mogła się pozbyć ciążącego jej problemu. Każdy normalny kot by na to zezwolił. 
Brązowe ślepia spojrzały na nie uważnie. 
— Uderzyłeś się w łeb? — zapytała. — Kontaktujesz? — pomachała mu łapą przed pyskiem. 
Prychnął cicho, odtrącając łapę kotki. 
— Mówi się dziękuję. — pouczyła go zmęczonym głosem.
Zmarszczy jedynie nos, wywracając ślepiami. Kotka westchnęła. Powędrowała na pół przytomnym spojrzeniem po terenie. Obserwował ją w ciszy. Oczekując jej odpowiedzi. 
— Jeśli zamierzasz się tak zachowywać następnym razem będziesz sam czołgać się do medyków z połamanymi łapami. — ostrzegła go, prostując się. — Schodzimy. Jutro dokończymy. 
Kurka nie odpowiedział. Jedynie obserwował czekającą na niego na dole mentorkę. Niepewnie zbliżył się do konaru, by spróbować zejść w jak najmniej upokarzający sposób. 

* * *

Chłód skały otulał sztywne ciało skąpane w szkarłatnej krwi. Leżała bez ruchu. Zupełnie jakby spała, lecz dziura odkrywające przez futro i skórę wnętrzności demaskowała złudę. Zapach śmierci nieprzyjemnie szczypał w go nos. Przepełniony rozpaczą płacz rozlegający się w oddali drażnił uszy kocura. 
Kurka patrzył na martwe ciało swojej matki. Gniew i gorycz przeszła przez niewielkie czarne ciało. Ciarki wprawiły łapy w drżenie. Zaciśnięte ze złości ślepia zdawały się zaszklone. Łzy frustracji zmoczyły czarne poliki.
— Kurkowa Łapo, przykro mi z powodu twojej straty. — miauknął Trzcinowa Sadzawka cicho, wyciągając w jego stronę łapy.
Czarny odtrącił ją od siebie, nie chowając wysuniętych pazurów. Zaskoczony zastępca syknął cicho z bólu i oddalił się od niego. Nienawidził go. Nienawidził Rudzikowego Śpiewu. Odebrał mu to. Jego przeznaczenie. 
Przez wszystkie księżyce spędzone w żłobku. Jej nieustanne krzyki, które odbijały się o ściany żłobka. Nieustanne plotki o jego powstaniu z martwych. Wyśmiewanie przez rówieśników. Wykluczenie z bycia członkiem tej rodziny. Widział, jak na niego spoglądała. Jak pozbawione matczynego ciepła było jej spojrzenie. Oziębłe i przepełnione niesmaku do jego osoby. Traktowała go, jak zupełnie obce kocię. Spoglądał nieraz, jak trenowała Łosia. Jak chwaliła, jak i miażdżyła z ziemią masywnego kociaka. Jedynie arlekin był brany przez matkę na wyjścia na dwór. Zżerała go zazdrość, widząc to wszystko. Jedynie Łoś dostawał jej uwagę i czas. Jedynie Łoś był godny bycia jej kociakiem. Reszta musiała radzić sobie sama. Na wpół zaopiekowana przez przypadkowe koty znajdujące się w żłóbku. Nieustanna zazdrość i ból, przez który teraz czuł jeszcze większą gorycz zalewającą go z każdym uderzeniem serca.
Jego zemsta. Pragnienie pielęgnowane w sercu przez ten cały czas. Wszystkie fantazję. Motywacja do wstania. Motywacja do nieustannych i bezsensownych treningów. Wszystko. Wszystko przepadło. Przetoczyło się w nicość. Zatonęło w morzu rozczarowania. 
— Kurkowa Łapo. — W cichym i spokojnym głosie nowego lidera słychać było zawahanie.
Odwrócił się, słysząc swe imię. Zjeżył się na widok rudego futra. Tego, który wszystko pokrzyżował. Tego, który wszystko zniweczył. 
 — Rozumiem, że strata matki musiała być dla ciebie czymś okropnym, tym bardziej patrząc na twój młody wiek. Może nie jest to zbyt pocieszające, ale... Ona i tak była stara. Prędzej czy później jej czas by nadszedł, a do tego już od dawna zasługiwała na śmierć. Przykro mi to mówić, ale była potworem. Mordowała dla własnych korzyści i przynosiła klanowi wstyd. Mam nadzieję, że to przeżycie nie pogorszy twojego treningu. Widzę, że Źródlanemu Dzwonkowi dobrze idzie nauka ciebie i wierzę, że od teraz będzie nawet lepiej. 
Pomarańczowe ślepia z otumanieniem spoglądały na niego, przetwarzając wypowiedziane w jego stronę słowa. Śmiech. Histeryczny. Kpiący. Przepełniony absurdem rzeczywistości śmiech wydobył się z czarnego pyska. 
Rozległy się szepty za jego plecami. Ciekawskie spojrzenia nalepiały mu kolejne łatki. Wariata. Świra. Potwora godnego swej matki. Wybrakowanego pomyleńca. 
Przekręcił łeb w prawo, ujrzawszy kątem oka liliową sylwetkę. Skazaną na niego, a on na nią. Połączonych nicią szaleństwa jego matki. Pomarańczowe zapłakane ślepia pogrążone w chaosie myśli przeszyły mentorkę spojrzeniem. 


<Kminek?>

[przyznano 10%]


13 października 2022

Od Źródlanego Dzwonka CD. Kurkowej Łapy

 Odprowadziła spojrzeniem znikające w ciemnościach czarne futro i westchnęła, kładąc uszy, wsłuchując się w szum rozmów, próbując rozpoznać w nim głosy medyków. Męczące. Ale chyba zrobili mały progres. Odwrócił wzrok, nie musieli walczyć na spojrzenia. Nie rzucił się na nią. Jest dobrze. Będzie lepiej. Na pewno.
***
— Psst, Lampart — szepnęła, łapą szturchając kotkę przez dziurę w legowisku medyków. Od dawna były ze złotą na poziomie uproszczonych imion, ku niezadowoleniu jej brata. 
Uczennica mruknęła, ale podniosła się, rozpoznając głos koleżanki. I tak niedługo musieliby wstawać, żeby się wyszykować na podróż. 
— Co jest? 
— Kurkowa Łapa był u was z tymi ranami ze zgromadzenia? 
— Nie. — otrzymała odpowiedź po chwili namysłu.
Prychnęła na to zirytowana. Poprosiła kotkę o zioła, tak po znajomości. Wprawdzie trochę minęło od walki, ale lepiej na wszelki wypadek to obłożyć; kto wie co stanie się po drodze, nie może ryzykować, że Smarkacz będzie miał gorączkę. A jej improwizacja z pajęczyną nie była wystarczająca. Zadowolona, z liśćmi w pysku, potruchtała na miejsce, gdzie mogła je schować. Potem zawróciła i prawie bezszelestnie wparowała do uczniowskiego legowiska.
— Kurkowa Łapo. — mruknęła, nie ryzykując dotykania go. Nie było nigdzie żadnego kija, żeby go szturchnąć na odległość. Uczeń drgnął, więc powtórzyła jeszcze raz, teraz mając pewność, że słyszy, dodała też, że idą na trening i ma zaraz wstać, bo inaczej będą uczyć się najnudniejszych rzeczy przez następne kilka treningów. Wyszła i czekała na zewnątrz, w mroku. Niedługo wstanie słońce, a do tego czasu mogą zrobić lekką rozgrzewkę. Jeśli będzie zmęczony, to nie powinno mu odwalać, bo ona nie zamierzała go ścigać. 
Jakby cień wymknął się ze schronienia i wstała, od razu kierując się ku celowi, wpadając w ich milczącą rutynę, przerywaną tylko okazyjnym szelestem. 
Odezwała się dopiero w połowie szkolenia.
— Słyszałam, że nie byłeś u medyków. — nie spojrzała na jego reakcję, znudzonym ruchem unikając ataku. Nie było potrzeby obserwacji, bo był przewidywalny. Fuknięcie i machnięcie ogonem. — Nie jest miłe, kiedy tak oszukujesz, szczególnie gdy obejmuje to twój interes. Gdybyś złapał infekcję, nie moglibyśmy trenować. — tym bardziej w połowie podróży, Krucza Gwiazda by nie chciała pewnie na niego czekać. Zostaliby oboje w tyle na śmierć. Albo magicznie rozbiliby głowy o kamienie. 
Wywrócił oczami i trzepnął ogonem.
— Więc. Skoro czujesz się niekomfortowo z medykami, ten jeden raz zrobimy tak. Ja opatrzę ci to ucho, a ty nie będziesz marudził i w przyszłości będziesz normalnie do nich chodził. 
Spojrzał na nią zaskoczony, jeżąc się. 
Spomiędzy gałęzi iglaka wyciągnęła otrzymaną trybulę i trzymając ją w pysku, łapą strzepnęła pajęczynę sprzed paru godzin. Ukrycie cieszyła się, że nie był to skrzyp. Za dużo skojarzeń. Chociaż mógł być lepszy. Czy nie? Nie wiedziała, co miało lepsze działanie, skrzyp czy trybula. Nie znała się na tyle, wcześniej obchodziło ją tylko to, co było bliżej. 
Z liśćmi w pysku nie mogła mu tłumaczyć co robi, ale nie wyrywał się, więc odetchnęła z ulgą. Kiedy tylko mogła, wypluła je i odeszła po pajęczynę. 
Kazanie mu by nikomu nie wspominał o tym, spowodowałoby tylko odwrotny skutek, nic więc nie powiedziała, kończąc to, co nie było jej pracą.
***
Porwała Smarkacza w czasie kolejnej przerwy w marszu na trening. Las, w którym byli był liściasty, więc łatwiejszy do nauki wspinaczki niż jakby mieli próbować na starych terenach. Po chwili krążenia znaleźli pochylone drzewo.

[przyznano 5%]

08 października 2022

Od Kurkowej Łapy CD. Źródlany Dzwonek

Chaos i krzyki wypełniły polane walających się ciał. Rzeka szkarłatnej cieszy przepływa pomiędzy kłębami traw. Taniec kłów i pazurów w świetle księżyca. Czarny nie zamierzał stać bezczynnie. Czuł, jak jego łapy drżą z podekscytowania. W końcu mógł zawalczyć o swoją pozycję w społeczeństwie. Pokazać tym, którzy traktowali go pobłażliwie, jak wielki błąd popełnili. Rzucił się wir walki. Sumi Plusk wściekle prychał na Orzechowe Serce, któremu z pyska kapała krew. Wydawał się nie sobą. Kurka widząc, że ten jest zajęty, zakradł się i wskoczył na ogon kocura, wgryzając się w niego. Kremowy pisnął, zrzucając go. Sum rzucił się na wojownika. Także wyglądał inaczej. Jego tęczówki mieniły się na pomarańczowo. Sprawiał wrażenie groźniejszego niż zwykle bywał.
— Leśne Klany, jeśli chcecie dożyć kolejnego dnia pozbądźcie się tych lisich łajn z Mrocznej Puszczy!— krzyknął, sycząc zajadle na Orzecha.
Nie miał pojęcia co się dzieje. Czy to było swojego rodzaju przedstawienie, czy próba walki. Nie zamierzał stać spokojnie. Rzucił się na kremowego z zamiarem zemsty za upokorzenie. Wkurzony Nocniak oderwał od ciebie czarnego i przycisnął do ziemi. Wbił pazury w jego łeb. Kurka zapiszczał żałośnie. Ból promieniował ku skronią, nie pozwalając mu na pojedynczą myśl. Poczuł, jak ból odpuszcza. A wraz z nim pojawia się ciepło. Zerwał się na łapy zdezorientowany. 
Kurka patrzył jak Sum głucho upada o ziemię, zamordowany przez swojego pobratymca. Jak pomarańczowa barwa wylewa się ze pustych ślepi martwego. 
Nic z tego nie rozumiał. Niepewnie utrzymywał się na lichych łapach. Liliowa sylwetka pojawiła się znikąd. Mentorka. Próbował się jej postawić. Sprzeciwić. Nie pozwolić sobą dyrygować. Lecz z haniebnym skutkiem. W końcu zmuszony potulnie podążał w skazane miejsce. 
Zapach strumienia pojawił się wraz z marszem. Liliowa mówiła coś do niego. Otumaniony niewiele rozumiał. Słowa zlewały się ze sobą. Czuł, że coś miał na głowie. Woń krwi wciąż kręciła się mu w nosie. 

* * *
*po zgromadzeniu, ale przed śmiercią Kruczej*


Kroczył za przykrótką kitą mentorki. Szli w ciszy w porównaniu do reszty kotów. Zdążył już zauważyć, że liliowa jest inna niż pozostali. Wyróżniała się na tle Nocniaków. Nie wiedział jedynie czym. Przyglądał się jej uważnie, próbując odkryć jej sekret. Ślady i blizny po innych kotach zdradzały, że walczyła wcześniej. Krótki ogon zdawał się nie być taki sam jak u Mgiełki czy Tulipanowego Płatka. Lecz zarośnięty futrem nie zdawał się być świeżym urazem. 
Napotkawszy się ze spojrzeniem kotki, zwrócił wzrok ku mijanym drzewom. 
— Tak? — mruknęła wojowniczka. 
Zmarszczył nos, kręcąc nerwowo ogonem. 
— Jeśli coś cię boli, udaj się do medyka. Albo do krzaków. 
Fuknął cicho. Rozmowy, dialogi, pogawędki. Były codziennością i obowiązkiem istnienia i życia w Klanie Nocy. Kurka nie przepadał za nimi. Lecz unikanie ich sprawiały z każdym dniem coraz większe problemy. Irytujące nieporozumienia. Herezje przekazywane przez ześwirowane kotki na jego temat. Niepomówienia. 
— Więc? — miauknęła mentorka. 
Kurka nie odpowiedział. Przyspieszył kroku, udając, że kieruje się niby do Muchomorzego Jadu. 

<Kminek? sry za gniot>

[przyznano 20%]

02 października 2022

Od Źródlanego Dzwonka CD. Kurkowej Łapy

Zignorowała fuknięcie Smarkacza i ruchem głowy zaprosiła go do podążania za sobą. Czy miała jakiekolwiek pojęcie co ma robić? Kompletnie nie. Nie miała też kogo się spytać. Trzcinowa Sadzawka mógł pomyśleć, że zrobił złą robotę szkoląc ją, jeśli by go spytała. Musiała polegać na tym, co słyszała, gdy młodsi uczniowie wracali z treningów. Czyli najpierw powinni obejść granice terenów. 
Starała się też przypomnieć sobie, z czym mieli problemy będąc u Bylicy. Szybko męczyli się przez brak kondycji, więc niewiele mogli zrobić na dzień… chyba że popychali się poza swoje siły. 
Przyspieszyła kroku, by dla ucznia był to szybki trucht.
— To nasz pierwszy trening, więc nie będziemy robić zbyt dużo. Zazwyczaj zaczyna się od przejścia wzdłuż granic.
Usłyszała za sobą świst ogona.
— Jeśli chcesz coś więcej dzisiaj robić, to możesz powiedzieć. Ale — dodała szybko, nim zdążył się odezwać — o tym zdecyduj dopiero jak skończymy.
Kątem oka spojrzała na jego reakcję; marszczył nos. Ale jeszcze nie uciekł ani nie pyskował. Narzekanie na to, że dawała mu opcje do wyboru, było jego sprawą. 
Ich tereny były mniejsze niż wcześniej, ale dzieciak, który cały czas siedział w obozie, nie ma zbyt wielu możliwości. Może to był błąd struktury klanów? Że kocięta nie miały żadnych lekkich aktywności fizycznych, które pozwoliłyby im na szybszy start w praktykę. 
  Gdzieś po drodze dawała mu wskazówki związane z granicami i ich sąsiadami i wyjaśniła, co będą robić na przyszłych treningach. Że będzie mógł wybrać, co robią danego dnia, ale mają też rzeczy, które muszą poćwiczyć bez względu na jego wolę. Że będą dużo chodzić, bo bez kondycji nikogo nie pobije (wcale nie nawiązywała do sytuacji, którą zastała w schronieniu uczniów, wcale) i nic nie upoluje.
W głowie zanotowała, by znaleźć jakąś szyszkę i ucznia, z którym będą mogli poćwiczyć.
Skończyli stać przy granicy owocowego lasu i zaczęli oddalać się w stronę obozu, specjalnie wybraną trasą, by zgubić potencjalnych szpiegów. Po tempie i oddechu Kurkowej Łapy wiedziała, że jest zmęczony; ale obiecała mu decyzję i zamierzała tego dotrzymać.
— Zaplanowana nauka zakończona. Chcesz coś zrobić, czy wrócić do obozu?
Nie była zaskoczona, jak z determinacją ukrytą za skrzywieniem wybrał kontynuowanie poprzez trening walki. Zgodziła się i pokazała mu kilka podstawowych rzeczy, które nie wymagały dużo ruchu.
W myślach szykowała plan na następne dni i dzień zgromadzenia; w końcu był niedługo.

<Kurko?>

[przyznano 5%]

06 września 2022

Od Kurkowej Łapy CD. Źródlanego Dzwonka

Nie rozumiał dlaczego musiał zostać wylizany przez Kruczą. Próbował się wyrwać kotce. Odgryźć jej język. Przejechać pazurami po ślepiach. Lecz wronia strawa wbiła mu pazury w tyłek, przygwożdżając go. Zjeżony cały syknął wściekle, obiecując, że kiedyś zemści się za wszystkie poniżenia. 
Reszta rodzeństwa każde umyta i wylizana przez Kruczą siedziała koło niego na progu kociarni. Spięci i wyprostowani. Najwidoczniej wiedzieli co się dzieje w porównaniu do niego. Mała żołędziara napatoczyła się pod jego łapy. Prychnął na tą marną istotę. Nie wierzył, że łączę ich ta sama krew. Liliowa pisnęła przestraszona i schowała się za Łosia. Brat położył jedynie uszy, rozglądając się za matką, licząc na ratunek. 
Wzrok Kurki padł więc na Jaskier. Ten nijaki wypierdek szybko odwrócił wzrok, udając, że nie ma go. Lecz jej drżące ciało zdradziło ją. Czarny podszedł do rodzeństwa. Syknął i wystarczyło by czarne kocie skuliło się. Uderzył dla zasady Jaskier. Położył uszy, słysząc prychniecie Kruczej.
— Kurka! Ty... ty... — nie skończyła, widząc na sobie spojrzenia kotek z kociarni. — Nie waż się drugi raz uderzyć siostry. Nie kiedy dopiero ją umyłam. — syknęła, jeżąc ogon. 
Prychnął oburzony, uderzając łapą o ziemię. 
— Już wymarsz. Czekać aż was do siebie zawołam. I nie przynieść mi hańby. — mruknęła, mierząc spojrzeniem kocięta. 
Kurka zmarszczył nos. Ona była zakałą tej rodziny. Jak jego gówniane rodzeństwo. Z ojcem-trupem na czele. 

* * *

Spoglądał z zniesmaczeniem na mentora Łosiowej Łapy. Ślepa walnięta kotka. Trzepnął ogonem. Nie zamierzał męczyć się z równie bezużyteczną jednostką. Zjeżył się, słysząc swoje imię. Nie zareagował. Dopiero gdy Krucza wydarła się, łaskawie uniósł tyłek, pogardliwie spoglądając na rodzicielkę. Ona równie ciepło na niego spoglądała. Pewnie żałowała, że nie zagryzła go, gdy miała okazję. Kurka miał podobne odczucia. Lecz jeszcze ta chwila nadejdzie. Ona będzie tylko starsza. Tylko słabsza. 
— Mentorem Kurkowej Łapy zostanie... — urwała, mrużąc ślepia.
Zdawała się dziwnie podekscytowana. Obrzydliwe. 
— Źródlany Dzwonek. 
Kurka spojrzał w stronę zgromadzonych wokół wojowników. Przyglądał się ich frajerskim obliczom. Gotowy i teraz rzucić wyzwanie mentorowi, jeśli okaże się kocią glistą jak Popielaty Świt. W końcu ktoś ruszył się w tłumie. Uniósł ogon.
Ona. 
Milcząca wronia strawa, która zabawiała się nim gorzej niż Krucza. Położył po sobie uszy, jeżąc ogon. Kotka nie zdawała się równie zachwycona. I słusznie. Zamierzał się jej pozbyć przy pierwszej lepszej okazji. Nie będzie nim niewiele wyższa smarkula pomiatać. Posłał Kruczej mordercze spojrzenie.
Upokorzyła go. I zapłaci za to.
Rytuał wymagał zetknięcia się z mentorem nosem. Kurka uważał to za absurdalny idiotyzm. Nie miał zamiaru dotykać tego czegoś w innym celu niż dominacja. Wojowniczka zbliżyła nos. Czarny tylko czekał gdy zbliży się wystarczająco. Wydmuchał mocno powietrze, ozdabiając mentorkę własnymi smarkami. 
Liliowa zamruga zaskoczona. W brązowych ślepiach dojrzał rozpalającą się złość. Lecz nawet nie pisnęła. Uśmiechnął się szyderczo. 
Czekał go cudowny trening. 

* * *

Nie lubił nowego legowiska. Zdawało się bardziej ciasne. Pełne kotów. Znanych jak i nie pysków. Zjeżył się na widok Makowej Łapy, zabaweczki jego mamy. 
— I kogo my tu mamy, Truposzka. — miauknęła srebrna kotkę. — Lepiej nie zgub się na pierwszym treningu. 
Trzepnął ogonem, by następnie rzucić się na uczennicę. Srebrna sprawnym ruchem odepchnęła go, sprawiając, że uderzył o ziemię. 
— Mysia strawo, rzucając się na starszych od ciebie tylko się ośmieszasz. — miauknęła z wyższością. 
Był innego zdania. Tak napuszona i zapatrzona w siebie idiotka jak Makowa Łapa w końcu zrobi błąd. Potknie się. A on będzie czekał na to uderzenie serca. Sprawi, że zapamięta to do końca życia. 
Podniósł się, strzepując z siebie mokrą ziemię. Para brązowych ślepi spoglądała na niego. Jego pseudo mentorka. Na myśl, że mogła to widzieć, urosła w nim frustracja. Syknął wściekły na Mak, która jedyne zaśmiała się z jego, by opowiedzieć o wszystkim Pszczelej Łapie. 
Wyszedł niezadowolony z legowiska uczniów, kręcąc na prawo i lewo. Spojrzał oczekująco na Źródlany Dzwonek. Skoro miała czegoś nauczyć to czemu jeszcze tego nie robiła. Prychnął na nią.

<Kminek?>

[przyznano 5%]

30 sierpnia 2022

Od Kminkowej Łapy (Źródlanego Dzwonka) CD. Kurki (Kurkowej Łapy)

 Kotka przestała wpatrywać się w mentora z wyrazem pyska mówiącym "wiedziałam, że tak będzie" i skorzystała z wolności łapy od zębów, by nią trzepnąć. Odsunęła się od dzieciaka, by najbliższą osobą, w którą mógł wbić zęby, był Trzcinowa Sadzawka i zaczęła przyglądać się łapie, szukając krwi. Na szczęście nie przebił skóry. Na wszelki wypadek jednak potarła kończyną o śnieg, chcąc pozbyć się zarazków młodego.
Kociak wciąż wisiał w pysku kocura, co wykorzystali, by go prychającego i buczącego, odnieść do żłobka.
***
Pamiętała swoje mianowanie, gdy tylko rozpoczęła się wiosna. Dokładnie cztery pory temu. Niedługo dzieciaki Kruczej Gwiazdy miały zostać uczniami. 
Siedziała na obrzeżach obozu, pogrążona w melancholijnych wspomnieniach. To było tak dawno… aż czuła się okropnie stara i zmęczona.
Z tyłu świadomości zarejestrowała Kruczą Gwiazdę wychodzącą z legowiska; ocknęła się, dopiero gdy ta zawyła, zwołując zebranie. 
Westchnęła i dźwignęła się na łapy, by podejść bliżej i zobaczyć jakie biedne dusze zostały wybrane mentorów tych (niby) magicznych kociąt. 
Wiedziała, że nie będzie to ona — dopiero co ukończyła treningi i została wojowniczką. Na pewno Krucza Gwiazda da swoim dzieciom wojowników lepszych i bardziej jej zaufanych.
Jedno kocię zostało mianowane. Teraz kolejna trójka i może sobie iść siedzieć… albo polować… chociaż wciąż nie było na co, i jedyne co, to topiła się w błocie.
Wzdrygnęła się, gdy zostało wywołane jej imię. Że co. Spojrzała na kocię siedzące przy liderce i szeroko otworzyła oczy, widząc tam tego zmutowanego kleszcza. Dyskretnie rozglądnęła się i widząc spojrzenia, wiedziała, że wcale się nie przesłyszała. Ruszyła w ich stronę, gotowa na to, że dzieciak dziabnie ją w nos.

<Kurko?>

28 sierpnia 2022

Od Kurki CD Kminkowej Łapy (Źródlanego Dzwonka)

Syknął z odrażeniem, próbując się wyrwać spod ciężkiej łapy liliowej. Była większym wyzwaniem niż jego rodzeństwo. Silniejsza. Cichsza. Mniej przewidywalna. Nie podobało się mu. Stanowiła dla niego zagrożenie. Musiał ją obserwować. Znaleźć słabości. Zniszczyć. 
Próbował jakoś wygrzebać się spod jej łapy. Ugryź. Drapnąć. W końcu w akcje bezsilności ryknął charakterystycznym dla siebie wrzaskiem. 
Kotka była twarda, syknęła na niego niewzruszona. 
Niesłusznie. 
— Kminowa Łapo, co się dzieje? — nieznany mu głos pojawił się znikąd. 
Bury kocur pojawił się koło nich. Zdawał się znać liliową. Pomarańczowe ślepia spojrzały na wojownika. Był duży. Masywny. 
— To nie tak jak myślisz, znalazłam go i chciałam zabierać do żłobka, ale się rzuca. — wyjaśniła liliowa. 
Kurka zapiszczał obolały, próbując wydostać się spod łapy uczennicy. Bury westchnął. 
— Może ja z nim spróbuję, co? — zaproponował. — Wiesz, że to kocię Kruczej Gwiazdy. Lepiej, żeby cały i zdrowy wrócił. — dodał ciszej. 
Gdy tylko poczuł, jak ciężar kończyny znika z jego brzucha, spiął mięśnie. Przygotowany na uderzenie serca nieuwagi wbił w łapę szereg swoich zębów. Liliowa zagryzła zęby, tłumiąc w sobie pisk i spoglądając na mentora, który nie ukrywał zaskoczenia. 
— Ma charakterek. — syknął cicho, łapiąc lekko kociaka za kark. — Kurko puść, brzydko tak innych gryź. 
Warknął, ukazując w jak głębokim poważaniu ma burasa. Wgryzł się mocniej w ciało liliowej. Nie zamierzał dalej pozwolić, by nim pomiatała. Nie miał zamiaru dać się więcej dominować. 
— Kto by pomyślał, że taki diabeł będzie po spokojnym Niezapominajkowej Gwieździe. — wymamrotał wojownik, próbując odciągnąć kociaka od łapy uczennicy. 
Kurka słysząc to, puścił. Oburzony i zjeżony spojrzał na wojownika. Prychnął ostrzegawczo. Nie będzie porównywał go do truchła gnijącego gdzieś w obozowisku. 
On nie zamierzał dać się zabić matce. 

<Kminek?>

23 sierpnia 2022

Od Kminkowej Łapy (Źródlanego Dzwonka) do Kurki

*przed mianowaniem*
Otrzepała się ze śniegu, który zdążył spaść na nią w trakcie czuwania niedaleko legowiska liderów. Dopiero wtedy zrobiła pierwsze kroki w głąb obozu, gdzie przed chwilą widziała przechodzącego Trzcinową Sadzawkę. Zapytała go o pozwolenie na samodzielne polowanie, bo od dłuższego czasu nikt nic nie złapał, a im więcej wyjść, tym większe szanse na posiłek. Gdy takowe dostała, od razu skierowała się w głąb lasu. 
Szła spokojnie, bez węszenia i rozglądania się; tak blisko obozu i tak by nic się nie znalazło, a inwazja jakichkolwiek wrogów śmierdziałaby za bardzo. Od razu by ją wyczuła, nawet pogrążona w myślach. 
Mijały dni choroby Niezapominajkowej Gwiazdy; oprócz tego jednego razu nie widziała, żeby którykolwiek medyk zaglądał do legowiska. A była pewna, że by tego nie przegapiła z jej ilością snu i siedzenia w okolicy. Zresztą, wcale nie musiała tego robić; ktoś na pewno by zauważył i zaczął siać plotki. Ale obawiała się, że do niej nie dotrą, więc skończyła tak, jak skończyła. 
Krucza Gwiazda też nie pilnowała swoich dzieci, które na razie wcale nie wydawały się magiczne. Przegrali też bitwę z owocowym lasem; cierpienie wciąż zaginionego Bezchmurnego Nieba na nic się zdało, a Goździkowe Ziele dodatkowo stracił brata.
Nagle coś przeleciało obok jej pyska; wręcz by w nią uderzyło, gdyby wcześniej nie wyczuła ruchu i się nie uchyliła. Śnieżka. To była śnieżka. Nie był to naturalny ruch śniegu, więc od razu domyśliła się, że to jakiś kot z życzeniem śmierci. Gwałtownie odwróciła się i jednym susem pokonała powalony konar, łapą przygniatając kupę czarnego futra, tak odznaczającą się wśród śniegu. Kłapnęła zębami tuż przy znajomym dzieciaku, którego poznała w uderzenie serca, gdy jeszcze się poruszała, chcąc, by choć trochę się przestraszył. Cofnęła głowę, by nie mógł jej dosięgnąć i ugryźć, doświadczona w jego zachowaniach ze żłobka i wlepiła w niego spojrzenie, czekając na reakcję i może jakieś wytłumaczenie- chociaż z jego charakterem w nie wątpiła- nim odniesie go do obozu.

<Kurka?>