BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poranek x Wiciokrzew. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poranek x Wiciokrzew. Pokaż wszystkie posty

10 stycznia 2026

Od Wiciokrzewu CD. Poranku

— Musimy ustalić, gdzie będziemy trzymać chorych — odezwał się, cierpliwie czekając na odpowiedź kolegi po fachu.
Wiciokrzew zamrugał kilka razy, trochę zakłopotany. Co miał na myśli Poranek? Czy chodziło mu o zbudowanie… izolatki? Tylko jak zamierzali to zrobić? Wiciokrzew poruszył się niespokojnie, po czym spojrzał na własne łapy.
— M-może… p-poza o-obozowymi ścianami, lecz w-wciąż… niedaleko — mruknął cicho, podnosząc głowę i spoglądając w stronę wyjścia z lecznicy. — Za-zamierzamy wyraźnie ich o-odgrodzić? — dopytał, poruszając delikatnie ogonem.
Poranek westchnął ciężko, jakby się nad czymś zastanawiał.
— Nie wiem… Ustalimy to, gdy już znajdziemy odpowiednie miejsce — oznajmił niemal szeptem.
Rozmowy dwójki uzdrowicieli nie były zbyt… przyjemne, jeśli można to tak nazwać. Dwa kocury, bojące się własnego cienia, nie były dobrym duetem. Każdy z nich wahał się przed wypowiedzeniem kolejnego słowa, jakby ten drugi miał za to skazać go na śmierć. To było głupie – obaj byli niemal jak dwie krople wody; żaden z nich nie odważyłby się pisnąć choćby jednego złego słówka o drugim. A jednak wciąż trwali w tym napięciu, nie potrafiąc się rozluźnić.
W końcu liliowy skinął głową i zrobił krok w stronę wyjścia, zachęcając tym samym Poranka, by zrobił to samo. Raczej nie będą budować izolatki w lecznicy – było w niej za mało miejsca na takie konstrukcje. A szkoda, bo przynajmniej chorzy byliby dobrze osłonięci od świata.

* * *

Jakby nie miał już wystarczająco na głowie...
Wiciokrzew ślęczał bezradnie nad małą, krzywiącą się Daglezją. Ojciec, prawdopodobny sprawca całego zamieszania, chował się przed odpowiedzialnością i nie było po nim śladu. Znudzona Jaśminowiec siedziała gdzieś z boku, czekając, aż problem się rozwiąże. Kocię musiało zjeść coś nieodpowiedniego, co spowodowało ostry ból brzucha. Próby Wiciokrzewu w rozwiązaniu tego problemu spełzały jednak na niczym. Na każde podane jej zioło Daglezja kręciła nosem – krwawnik pachniał za ostro, pięciornik smakował za gorzko, a o pokrzywie była pewna, że ją poparzy (nawet jeśli były to tylko nasiona...).
W progu lecznicy pojawiła się drobna sylwetka Jeżogłówki, trzymającej w pysku pakunek z ziołami, które najwyraźniej uprzednio zerwała, by zasilić zasoby Owocniaków. Zatrzymała się na moment, zamrugała ze zdziwienia tą sceną i przeszła obok marudzącego malca, by szepnąć do Wiciokrzewu:
— Co się stało...?
Kocur podniósł wzrok na szylkretową samotniczkę i nieco położył po sobie uszy. Co sobie o nim pomyśli Jeżogłówka? Może powinien być bardziej surowy dla swojej siostrzenicy? Co to za uzdrowiciel, który nie potrafi podać dzieciakowi zioła...
Westchnął ciężko.
— N-nic… nic nadzwyczajnego. Da-Daglezja musiała zjeść coś… n-nieświeżego, co jej za-zaszkodziło — wyjaśnił.
Pokiwała głową na znak zrozumienia, patrząc jeszcze raz na leżące wokół zioła.
— I wybrzydza z każdym lekiem? Klasyk... — westchnęła cicho, by kotka jej nie usłyszała. — Krwawnik, pięciornik... — wymieniała pod nosem widziane medykamenty, jakby analizując, z czym jeszcze można by spróbować. Umilkła na moment zamyślona. — Macie ostropest? Może to jej posmakuje... — miauknęła po chwili.
Wiciokrzew na moment zamilkł. Ostropest? Czy mu się wydawało, czy nigdy nie słyszał o tym, by ostropest miał jakiekolwiek zastosowanie medyczne?
— N-nie… n-nie wiem…? — przyznał niepewnie. — Ra-raczej nie… Nie używamy o-ostropestu. Przynajmniej ja nie u-używam — mruknął cicho. Nie mógł oczywiście mówić za Purchawkę czy Poranka; oni może wiedzieli więcej niż on.
— Może powinniście zacząć. Przydałoby się. No ale skoro nie macie, to... Chwila — urwała, jakby nagle przypomniała sobie o czymś. Obróciła się, by spojrzeć na pozostawione przy wejściu zioła. Poszła w ich stronę, a Wiciokrzew mógłby przysiąc, że mamrotała pod nosem coś w rodzaju cichego: “głupia ja, głupia ja…”.
Rozgryzła liście, które zakrywały zawartość pakunku i sięgnęła do środka. Wiciokrzew nie miał pojęcia, co spodziewał się zobaczyć, lecz nieco zdziwił się, gdy Jeżogłówka z wnętrza wyciągnęła podłużny... Orzeszek.
— Często zbieramy go z Derwiszem. Jest... Przydatny. Bardzo dobrze działa na wszelkie zatrucia, od tych delikatnych, po naprawdę intensywne. Derwisz mówił mi niegdyś, że uratował nim niejednego kota, któremu przyszło na myśl spróbować trujących jagód... — wyjaśniła.
Liliowy przytaknął.
— To i-imponujące — mruknął bez namysłu, widząc, jak Jeżogłówka podchodzi do małej Daglezji.
Szylkretowa młodziczka wpierw skrzywiła się instynktownie, lecz zaraz potem spojrzała na ostropest spod zmrużonego oka i nieco się rozluźniła. Przy innych ziołach od razu nadymała pysk i nie chciała nawet odwracać głowy w ich stronę, a tym razem… wydawała się jakaś spokojniejsza.
Wiciokrzew spojrzał na samotniczkę i zamrugał kilka razy.
— N-na Wszechmatkę! Jest ja-jak oczarowana! — stwierdził szeptem, obawiając się, że gdyby Daglezja to usłyszała, mogłaby się speszyć.
Faktycznie, tym razem nareszcie udało się udobruchać dzieciaka. Trudno było jednak powiedzieć, czy była to kwestia samego zioła, czy może upodobanie sobie przez Daglezję jej ciotki ponad jakiegoś losowego uzdrowiciela. Trudno było jednak powiedzieć to samo o drugiej stronie...
Gdy Jeżogłówka podchodziła do kocięcia, zdawała się spięta i niepewna. Trzymała dystans, nie chciała się zbytnio zbliżyć, choć wcześniej Wiciokrzew nie zaobserwował, by ta zachowywała się dziwnie w towarzystwie dzieci. Patrzyła na małą kotkę przeciągle, lecz bez jakiegoś zachwytu czy rozkoszy wynikającej z uroku kociaka. Był to wzrok, którym ktoś mógłby obarczyć latającego jeża. Nie świadczył o żadnych pozytywnych uczuciach względem swojej bratanicy.
Może były to dalekosiężne wnioski, lecz zdawało się, że Jeżogłówka wcale nie przepadała za kociętami swojego brata, a może nawet i całą sytuacją, w której ten się znalazł...
Podała jednak lek i wróciła, a na miłe słowa Wiciokrzewu tylko delikatnie się uśmiechnęła, choć z jej pyska jednocześnie można było odczytać lekkie przygnębienie.
Kocur widział negatywne emocje, jakie majaczyły na pysku Jeżogłówki. Widział je – oczywiście, że tak. Nie był ślepy; był natomiast nieśmiały. Nie miał dość odwagi, by spytać o nie wprost. Chciał to zrobić, bardzo chciał, ale jego gardło zdawało się samo zaciskać na myśl o poważnej rozmowie z szylkretką.
Zamiast tego ruchem ogona dał znak, by wyszli na obozową polanę, zostawiając małą Daglezję za sobą.
— To m-moja siostrzenica, w-wiesz? — odezwał się bezmyślnie, po czym zaraz położył uszy. — Ty… to też t-twoja rodzina, p-prawda? — dopytał ciszej, mrugając kilka razy.
Wpierw kotka spojrzała na niego dziwnie, po czym jej oczy rozbłysły, jakby nagle sobie coś uświadomiła. Nie było to jednak nic przyjemnego.
— Ach, tak... Wiem, bardzo dobrze wiem — westchnęła cicho. — Nie zachowałam się jakoś nie w porządku, prawda? Wybacz, po prostu... Nie mogę się do tego przyzwyczaić — wyznała. — Mieliśmy przyjść tu na chwilę i zwinąć się, gdy będzie po wszystkim... Nie odbierz tego źle, Owocowy Las to piękne miejsce z wieloma cudownymi kotami, ale... Po prostu... Chciałabym w końcu skończyć ten epizod i wrócić do tego, co było dawniej. Wędrowanie z Jaskrem i Derwiszem było miłe. A teraz? Co teraz, skoro Jaskier znalazł sobie jakąś partnerkę i jeszcze został ojcem?
Wyraźnie się speszyła, powiedziawszy jak na siebie zdecydowanie za dużo.
Liliowy milczał, nieco przytłoczony wyznaniem Jeżogłówki. Nigdy nie był zbyt dobry w pocieszaniu innych… raczej. Nawet samego siebie nie potrafił pocieszyć! Zdecydowanie nie nadawał się do tej roboty.
Dotknął grzbietu szylkretki ogonem, próbując w ten sposób przekazać jej, że jest tu z nią, że ją rozumie.
— Za-zachowałaś się… jak me-medyczka. Fo-formalnie — mruknął, wlepiając wzrok w jakiś obiekt przed sobą. Po chwili znów przeniósł spojrzenie na samotniczkę. — Cóż… Ja-Jaśminowiec ma jeszcze L-Lna. We dwójkę po-poradzą sobie z wychowaniem… tych ko-kociąt. Tak że Ja-Jaskier będzie mógł wrócić do po-podróżowania… Choć mo-może być to trochę nie-niesprawiedliwe… — stwierdził.
Chciał dodać coś jeszcze, ale nie chciał wywoływać u Jeżogłówki żadnych wyrzutów sumienia. Obawiał się, że gdyby zaczął mówić dalej, szylkretka poczułaby się tylko gorzej. Taki już był jego urok.
Jeżogłówka słuchała go do końca, jej ogon subtelnie drżał, zmiatając z ziemi pył i kurz. Gdy Wiciokrzew zamilkł, nastała między nimi chwila ciszy.
Westchnęła.
— Może... — miauknęła głosem, w którym nie było wcale przekonania. Jej wzrok powędrował na ziemię. — Nie, nie — wymruczała do siebie prawie bezgłośnie po krótkiej przerwie. — Przepraszam, Wiciokrzewie, to nie ma znaczenia. Powinnam wrócić do pracy. Liście już zblakły, nadchodzi ciężki sezon. Już kaczki zlatują się na zimowanie... Przyda się wam więcej zasobów. — Ostatnie zdanie bąknęła znacznie wyraźniej, jakby jej poprzednia gadanina była głośno wypowiedzianymi myślami. Obróciła się i wyszła prędko z lecznicy, nim Wiciokrzew zdążył ją zatrzymać. Cóż! Najwyraźniej nie był to temat, który chciała ciągnąć.
Liliowy podniósł łapę i przyłożył ją do pyska, marszcząc brwi. Ależ on był głupi! Dlaczego powiedział akurat to, co powiedział? Czy naprawdę nie mógł ująć tego lepiej? A może po prostu powinien był zamknąć pysk i się nie odzywać? Westchnął ciężko, odkładając łapę na ziemię i lekko się garbiąc. No nic… chyba zdążył już przyzwyczaić się do tego, że prowadzenie konwersacji nie było jego mocną stroną.

* * *

Pośród kotów przebywających w lecznicy to z Porankiem chyba rozmawiał najrzadziej. Rudy kocur sam nie był tak gadatliwy, jak na przykład Purchawka, więc Wiciokrzewowi ciężko było poprowadzić z nim konwersację. Ich interakcje opierały się raczej na wypowiedzeniu krótkich zdań między sobą, a potem rozejściu się, by wrócić do swoich obowiązków.
Liliowy postanowił jednak, że dziś spróbuje do uzdrowiciela zagadać. Może będą mogli wymienić się swoją medyczną wiedzą? Może Poranek wie więcej niż Wiciokrzew?
Gdy zielonooki napotkał rudego, wychodzącego z lecznicy, mruknął:
— Hej, Po-Poranku — przywitał się, uśmiechając się trochę nerwowo. — Przejdziemy się g-gdzieś? Jeśli nie ma-masz czasu, nic n-nie szko-szkodzi — oznajmił, wbijając spojrzenie w łapy. — Tak ty-tylko myślałem, że mo-może moglibyśmy ze sobą po-porozmawiać, jak ku-kumpel z kumplem...

<Poranku?>

03 listopada 2025

Od Poranku DO Wiciokrzewu

Uważnie przyglądał się sporemu drzewu przed nim, oceniając je z każdej strony. Czyżby wreszcie znalazł to idealne i mógł zacząć tworzenie sobie swojego własnego bezpiecznego świata? Chyba na to właśnie wychodziło.
Rudy podszedł powoli do rośliny i usiadł przy niej, w głowie wymyślając sobie szczegółowy plan działania. Musiał się zająć tym jak najszybciej, jeśli chciał mieć gdzie uciec. Ale czy to na pewno było rozwiązaniem jego problemów? Ucieczka od otaczającej go szarej rzeczywistości, gdzie nie potrafił nawet przyjąć jej do swojej własnej świadomości?
 
***
 
Gdy wrócił do obozu, dowiedział się o nie najlepszym stanie Leszczyny. Obu uzdrowicielom nie zajęło dużo czasu stwierdzenie choroby starszej. Zielony kaszel, który to był dość popularny w Porze Nagich Drzew, zawitał w Owocowym Lesie. Poranek na samym początku nie myślał, że będzie to coś poważnego. W dodatku myślami dalej był przy swoim drzewie, marząc, tylko by na chwilę uciec z nieprzyjemnego obozu. Jednak wtedy objawy choroby zaczęły mocniej dawać o sobie znać.
– Pszczółko – rudy odezwał się cicho, chcąc zwrócić na siebie uwagę siostry. Ta odwróciła się do niego z jakimś dziwnym wyrazem pyska. – Mogłabyś pójść po zioła? Zaraz ci pokażę, jakie dokładnie – zapytał, starając się nie zwracać uwagi na swoje pełne zmartwień dotyczących Pszczółki myśli.
– Oczywiście – odparła kotka i ruszyła za rudym do legowiska uzdrowicieli. Chwast powoli podszedł do rozłożonych na ziemi roślin i wskazał tą odpowiednią. Miał nadzieję, że mimo nieprzyjemnej pogody uda się znaleźć, choć odrobinę ziół, potrzebnych do leczenia zielonego kaszlu.
 
***
 
Chorych przybywało, a śmierć Leszczyny była przelaną kroplą goryczy w całej tej sytuacji. Chwast coraz częściej był zmuszony do częstszego przebywania w legowisku, by zajmować się chorymi pobratymcami. Najgorszym faktem było to, że choroba zaczęła opanowywać żłobek, w którym to znajdowały się kocięta Szafran, ale też Miodunka, która lada moment sama miała wydać na świat potomstwo. Obecność choroby w takim czasie była niebezpieczna i dla samej kotki i dla jej jeszcze nienarodzonych kociąt.
Rozdzielał zioła, chcąc jak najszybciej zrobić kupki odpowiednich medykamentów, by następnie móc zanieść je chorym. Uważnie liczył i oglądał każdą z roślin, w głowie już rejestrując, których brakuje, by później móc powiedzieć to Orzeszkowi, jedynemu zdrowemu stróżowi, który to został wyznaczony do pomocy. Jego ogon drgał nerwowo, zastępując tym samym to typowe dla Poranku uderzanie łapami o ziemię. Wtedy do legowiska wszedł Wiciokrzew, a za nim Osetek. Rudy wymamrotał ciche przywitanie, starając się na nowo skupić na swoim zadaniu. Chociaż nie przyznał tego przed nikim i najpewniej nawet nie przed samym sobą, stresowała go obecność uzdrowiciela i jego ucznia. Potrafił obawiać się ich, tak samo jak dawnej mentorki Mroza - Mirabelki - która to najczęściej rzucała mu ostre spojrzenia. Sam Chwast nie wiedział, czym jest to spowodowane, ale jedno było pewne - nie miało to teraz znaczenia. Musiał wrócić do obowiązków i nic nie mogło go rozpraszać. Gdy skończył, wychylił lekko głowę z legowiska, w poszukiwaniu Orzeszka, który powinien gdzieś kręcić się po obozie. Tak też było, a gdy tylko stróż wyłapał wwiercający się w jego ciało wzrok rudego, podszedł żwawym krokiem. Poranek szybko wyjaśnił Orzeszkowi, co dokładnie ma znaleźć i znów wrócił do środka, siadając przy ziołach. Był zmuszony by czekać na powrót Orzeszka, dlatego odwrócił się powoli w stronę młodszego uzdrowiciela, wbijając w niego swój wzrok. Chociaż sam bardzo tego nie chciał, była sprawa, którą pilnie musiał poruszyć z Wiciokrzewem, w związku z ich stanowiskiem. Dlatego przełknął ślinę i dalej przyglądał się kocurowi, czekając na jego reakcje. Gdy Wiciokrzew nieco niepewnie również spojrzał na rudego, ten zaczął mówić:
– Musimy ustalić, gdzie będziemy trzymać chorych – odezwał się, cierpliwie czekając na odpowiedź kolegi po fachu.

<Kolego po fachu?>