BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

30 czerwca 2026

Od Guziczka CD. Kurki

Szukanie odpowiedniej kotki, która mogłaby zostać matką ich kociąt, było wyzwaniem. Wraz z Kurką zastanawiali się nad ich opcjami.
— Dereńka jest… wiesz… wolna i może by się zgodziła? — zaproponował Kurka.
Guziczek od razu pokręcił głową.
— Jest już starsza — zauważył. Nie ma co motywować jej do noszenia kociąt. Jaśminowiec ma partnera, prawda?
— Len. Jest z Lnem.
Guziczek skrzywił się. Między zwiadowcami nastała chwila ciszy.
— Prościej by było poczekać na znajdki… — zauważył Guziczek.
— Nie ma się co poddawać — Kurka polizał go za uchem, na co czarno-biały zamruczał... — Znajdziemy kogoś.
— Wiem… Daglezja może? — Guziczek spojrzał w niebo.
Właściwie trochę nie interesowało go kto będzie matką jego maluchów. Chciał, tylko żeby ktoś przyniósł je na świat…
— Nie dziękuję. Ona ma… specyficzny charakter. Nie sądzę, że w ogóle by się zgodziła.
Guziczek zmarszczył nos i pokiwał głową.
— Masz rację — westchnął. — Jest raczej… Wybuchowa.
— A może… Może… — Kurka zastanowił się chwilę. — Jeżogłówka? Może ona by się zgodziła?
— Ta… wędrowczyni? Ta z tej bandy co plątają się po terenach Owocowego Lasu? — Guziczek nastawił uszu.
— Yhymmm… Ona jest niezwykle miła i… może by się zgodziła? — propozycja Kurki była oczywiście nieśmiała.
Guziczek kochał swojego partnera takim, jakim był, ale jego nieśmiałość zawsze rozczulała go bardziej. Może i nie była to świetna cecha, ale przez nią Kurka był Kurką.
— Warto spróbować — Guziczek uśmiechnął się do partnera. — Daje nam to też brak jakichkolwiek problemów potem z kotami w obozie czy sporów o rodzicielstwo!
— Tak… to dobry pomysł.
Jeżogłówka na szczęście zgodziła się na ich propozycje. Praktycznie bez wahania! Oczywiście zwiadowcy rozpieszczali kotkę, gdy ta nosiła ich maluchy pod sercem. Dostawała wszystko, czego chciała, a nawet więcej. A sam Guziczek chodził wniebowzięty, ale i zmartwiony, że coś pójdzie nie tak.
Przypomniał sobie Czerwca i to jak chodził w skowronkach, gdy jego maluchy miały się urodzić. Wtedy tego nie rozumiał, ale teraz? Teraz zachowywał się praktycznie tak samo. Nienawidził faktu, że kilkanaście godzin przed porodem musiał iść na zgromadzenie, lecz gdy tylko wrócił, to wraz z Kurką czuwali przy żłóbku. Nie byli przy samym porodzie, ale gdy Mistral ich wpuściła, a Guziczek zauważył maluszki przy Jeżogłówce, to łzy same napłynęły mu do oczu.
— Myśleliście już nad imionami? — spytała kotka.
— A jakie mamy tutaj skarby? Kotki? Koty? — Guziczek nachylił się nad nimi.
Jedna mała kulka prychnęła, gdy ten zbliżył się bardziej. Kocur uśmiechnął się delikatnie, patrząc na maluszki.
— Dwie koteczki i kocurek — odparła Jeżogłówka.
— Dla każdego po jednym imieniu? — Guziczek zerknął na Kurkę, który przytaknął z uśmiechem. — To… kocurek może Gronostaj?
— A szylkreteczka, Bratek? — zaproponowała Jeżogłówka, na co oba koty jej przytaknęły.
Nastała chwila ciszy. Guziczek widział, że Kurka się zastanawiał. Wiedział, że nieważne, jakie imię wymyśli, będzie je kochać. Tak samo, jak już pokochał te maluszki i tak samo, jak kochał Kurkę.
— Alka… — mruknął Kurka cichutko. — Czekoladowa kotka będzie się nazywać Alka.
— Piękne… Piękne… Nasze dzieci, Kurko… Nie mogę w to uwierzyć.
— Są piękne… — potwierdził Kurka. — Nie mogę się doczekać, aż zaczną rozrabiać!
Guziczek zaśmiał się i położył, tak aby widzieć maluszki lepiej. Wiedział, że przez kilka pierwszych tygodni będą siedziały z Jeżogłówką w żłobku, lecz nie mógł się doczekać, aż będą już biegać. W głowie słyszał, jak wołają go tata. Jego maluszki…
— Musimy ich pilnować za wszelką cenę — szepnął, zerkając na Kurkę.
Obydwoje stracili bliskie osoby i wiedzieli, jaki to był ból. Nie mogli sobie pozwolić, aby stracić też swoje dzieci.
— Będziemy — zapewnił Kurka.
Guziczek kiwnął głową i wstał. Podszedł do Kurki i otarł się o niego.
— Dajmy Jeżogłówce odpocząć — zaproponował.
Obydwoje wyszli ze żłobka i stanęli przed nim. Guziczek odetchnął i uśmiechnął się ciepło.
— Tyle czekaliśmy… A teraz tam są nasze maluszki — szepnął bardziej do siebie niż do partnera.
A potem spojrzał przed siebie. Jego rodzeństwa przy nim już nie było, jego rodzice zginęli. Został mu tylko Kurka i te małe kuleczki futra w żłobku…
— Kurko… — spojrzał na zwiadowcę i pocałował go krótko. — Kocham cię. I dziękuję.

<Kurko?>

Od Perłówkowej Łapy

Perłówkowa Łapa, wychodząc z obozu pierwszy raz, zatrzymała się kawałek za przejściem w krzewach i się odwróciła. Ten sam zarys ceglanej wieży, te same zarośla, ale pod nowym kątem, który sprawiał, że czuła się prawie, jakby spoglądała na nie po raz pierwszy. Stała tak przez chwilę i patrzyła, nie do końca świadomie, aż zorientowała się, że Srebrzysta Równonoc stoi w miejscu i obserwuje ją z lekkim uśmiechem.
Perłówka machnęła ogonem i podbiegła, żeby zrównać się z mentorką, zanim zmieszanie zdążyłoby przybrać jakikolwiek wyraz twarzy.
Srebrzysta Równonoc szła bez pośpiechu, ale miarowo, i mówiła przy tym niemal bez przerwy. Zaczęła od rzeczy podstawowych – jak terytorium ich klanu wygląda w ogólnym zarysie, gdzie leżą granice z każdym sąsiednim klanem, jak orientować się na otwartym terenie bez wyraźnych punktów charakterystycznych. Perłówkowa Łapa słuchała, starając się jednocześnie nie koncentrować za bardzo na tym, że łapy zaczynają jej sygnalizować pokonywanie odległości, do której nie była przyzwyczajona. Siedziba klanu nie była ciasna, ale jednak ograniczona. Tu teren nie kończył się nigdzie, gdzie wzrok sięgał.
Obóz znikał wolniej, niż się spodziewała. Przez pierwszych kilkanaście minut wieża nadal była widoczna za jej plecami. Dopiero gdy teren zaczął się lekko obniżać, zauważyła wyraźniejszą różnicę. Odwróciła się jeszcze raz i stwierdziła, że obóz wygląda na mały. Zaskakująco mały, biorąc pod uwagę, jak przez sześć księżyców zawierał w sobie cały znany jej świat.
Perłówkowa Łapa notowała w głowie to, co mówiła Srebrzysta Równonoc, i jednocześnie przyglądała się okolicy, próbując złożyć w całość to, co słyszała, z tym, co widziała.
— Skąd dziś rano wschodziło słońce? — zapytała Równonoc, nie zwalniając kroku.
Dotychczas to pytanie byłoby oczywiste, wręcz trochę głupie, w końcu słońce zawsze wschodzi od tej samej strony, ale teraz bez żadnych znajomych punktów odniesienia uczennica musiała się rozejrzeć.
— Stamtąd — wskazała pyskiem po krótkiej chwili.
— Dobrze. Idziemy od niego. Na otwartym terenie to twój pierwszy punkt odniesienia, zanim nauczysz się rozpoznawać okolicę samym zapachem i widokiem.
Szły dalej. Perłówka stopniowo czuła coraz więcej mało stabilnego piasku pod łapami, a wśród rzednącej suchej trawy pojawiała się rosnąca ilość kamieni. Równonoc nie komentowała zmiany, jakby była oczywista. Młodsza kotka mimo to wzięła to pod uwagę i próbowała sobie przypomnieć, co mentorka mówiła wcześniej o położeniu granic, zastanawiając się, do jakiego miejsca zmierzają.
Odpowiedź przyszła nosem. Jej własny zapach klanu, oczywisty jak powietrze, którym oddychała, był nadal obecny, ale trochę mniej skoncentrowany. Pod nim zaczął się przebijać inny, obcy zapach. Nie był to pierwszy raz, jak czuła inny klan, w końcu spędziła ostatni miesiąc w żłobku koło kociaków z Owocowego Lasu, ale trzymająca się ich woń była słabsza, a z czasem całkowicie zmieszała się z Burzakami.
To było inne, dalej dosyć słabe, ale zauważalne przez wiatr wiejący prosto w jej nos. Wraz z nim czuła coś wilgotnego, ale bardziej słonego niż deszcze, jakich dotychczas doświadczyła. W końcu patrząc się mniej na ziemię pod łapami, a bardziej przed siebie, dostrzegła źródło tego drugiego zapachu. Ogromny zbiornik wody, sięgający dalej niż była w stanie sobie wyobrazić, może nawet ciągnący się aż do Srebrnej Skóry.
Zatrzymała się na kilka uderzeń serca.
— Morze. Nie mamy do niego dostępu, nasze terytorium tam nie sięga — powiedziała Równonoc i się odwróciła. — Czujesz już granicę?
— Tak, od jakiegoś czasu.
— Obydwa klany patrolują i znakują regularnie po swojej stronie. Im bliżej granicy, tym bardziej to czuć — mentorka zwolniła przy większym kamieniu i wskazała na niego. — Znak jest bardzo świeży, przechodził tutaj dziś poranny patrol. Nie podchodź bliżej, ale z tamtej strony widać ścieżkę, którą przechodził patrol Klanu Klifu.
Perłówkowa Łapa podniosła wyżej głowę, próbując znaleźć miejsce, które wskazała. Rzeczywiście, na piasku widać było ślady kilku kocich łap nachodzących miejscami na siebie.
Srebrzysta Równonoc wskazywała raz na jakiś czas na różne warte uwagi punkty i tłumaczyła, jak czytać teren nosem, kiedy brak obcego zapachu jest równie ważny, jak jego obecność i czego szukać przy zmieniającym się wietrze. Mówiła konkretnie, ale dalej dużo, z zapałem, jakiego można się spodziewać od kogoś, kto dalej dobrze pamięta swoje uczniowskie dni.
Gdy słońce powoli zaczęło się chylić ku dołowi, choć dalej było dość wysoko na niebie, Równonoc oznajmiła spokojnie, że wracają. Nie przemierzyły jeszcze nawet granicy z kolejnym klanem, a Perłówkowa Łapa poczuła, że jej łapy mają na ten temat swoje zdanie po tylu godzinach marszu.
Przed powrotem mentorka poprosiła ją o powtórzenie punktów i innych osobliwości terenu, który minęły. Młodej kotce szło sprawnie, aż do momentu, kiedy urwała w połowie zdania.
Zagłębienie gdzieś przy ścieżce. Minęły je, jak Równonoc mówiła o wietrze i o tym, jak roznosi zapach w nieoczekiwanych kierunkach. Perłówka zapamiętała te słowa, ale samo miejsce gdzieś wypadło.
— Niedaleko kamiennych strażników. Tam, gdzie zebrała się woda — dopowiedziała Równonoc. — Bardzo dobrze jak na pierwszy raz.
Perłówkowa Łapa kiwnęła głową, była to w końcu prawda i zaprzeczanie byłoby głupie, ale to pominięte miejsce siedziało jej teraz w głowie.

***

Gorzej poszło jej ze skradaniem. Otwarta łąka wyglądała na przyjazny teren – żadnych gałęzi ani liści. Największym wyzwaniem powinno być schowanie się odpowiednio w wyższej trawie tak, aby pozostać niezauważonym. Miejsce okazało się jednak głośne w sposób, którego nie przewidziała. Sucha trawa po szczególnie nieprzyjemnej Porze Zielonych Liści szeleściła przy każdym kroku, wysuszona ziemia trzaskała tam, gdzie była najbardziej twarda, a jej puszysty ogon zamiatał po roślinności zupełnie niezależnie od jej planów.
Srebrzysta Równonoc zaprezentowała jej, jak przenosić ciężar ciała – obniżając swój środek ciężkości, nie prostując całkowicie łap, powoli kontrolując każdy ruch – i Perłówkowa Łapa starała się natychmiast jak najlepiej to zastosować.
Początek kolejnej próby był nie najgorszy, ale skończyło się na tym, że weszła w suchą kępę trawy i wydała niosący się w ciszy otwartego terenu dźwięk, brzmiący jak łamiąca się gałąź.
Zastygła w miejscu i odczekała chwilę, zanim ruszyła się dalej.
— Ogon — zwróciła uwagę mentorka.
— Wiem — odpowiedziała przez zaciśnięte zęby.
Wiedziała. Właśnie w tym był sęk problemu. Rozumiała, co ma zrobić i dalej nie wychodziło, a rosnące zirytowanie, z którym nie wiedziała jak sobie poradzić, sabotowało ją coraz bardziej.
— Jeszcze raz.
Następna próba zakończyła się tak samo, jak poprzednia, tylko szybciej.
— Ogon — powtórzyła Równonoc.
— Słyszałam pierwszy raz.
Brzmiało to ostrzej, niż zamierzała. Równonoc uniosła brew, ale nic nie powiedziała, co było w jakiś sposób gorsze, niż gdyby odpowiedziała. Perłówkowa Łapa odwróciła wzrok i skupiła się na trawie przed sobą, bo patrząc na mentorkę, trudniej było udawać, że była zupełnie spokojna.
Im bardziej jej frustracja rosła, tym więcej mimowolnych błędów robiła i żadna ilość świadomości tego faktu nie zmieniała sytuacji. Wiedziała o ogonie. Myślała o ogonie. A ogon i tak zamiatał, jakby należał do kogoś innego i tylko przypadkowo był z nią połączony. Do tego ziemia trzeszczała, trawa szeleściła i każdy dźwięk brzmiał w jej uszach jak kompletna porażka, co sprawiało, że napinała się coraz bardziej, a im bardziej się napinała, tym głośniej szła, i cały ten mechanizm kręcił się w kółko, które zaczynało doprowadzać ją do stanu, w którym bardzo miała ochotę powiedzieć coś, czego by potem żałowała.
— Perłówkowa Łapo.
— Wiem, ogon…
— Zatrzymaj się.
Sztywno wykonała polecenie. Równonoc podeszła i stanęła obok niej.
— Napinasz się — powiedziała, bez pouczającego tonu. — Im bardziej się starasz, tym więcej słychać.
— Bardzo pomocne — mruknęła Perłówka, nie patrząc na nią. — Nie zauważyłabym. To na pewno naprawi mój ogon.
Równonoc nie wyglądała na poruszoną tym tonem, co tylko bardziej irytowało.
— Nie naprawi, ale próbowanie kolejne dwadzieścia razy tą samą metodą tym bardziej nic nie zmieni, dopóki się nie rozluźnisz.
Młoda kotka zacisnęła pyszczek, bo każda kolejna odpowiedź, jaka przychodziła jej do głowy, była bardziej niesprawiedliwa niż poprzednia, a nawet ona wiedziała, że nie wydarzyło się tu nic, co zasługiwałoby na taki ton.
Mentorka podeszła jeszcze bliżej i trąciła ją łapą w bark.
— Tutaj. Czujesz, jak jest spięty?
Skoncentrowała się i rzeczywiście – był twardszy niż reszta ciała, jakby cała irytacja zebrała się akurat w jednym miejscu.
— Weź głęboki wdech i opuść go. Nie myśl o ogonie, nie myśl o łapach. Jedna rzecz na raz.
Spróbowała. Bark opadł nieznacznie, a wraz z nim zelżał trochę ucisk, który czuła gdzieś między żebrami od dłuższej chwili.
— Jeszcze raz — powiedziała Równonoc.
Krok był cichszy. Jeszcze nie całkiem cichy, ale na tyle, aby Perłówkowa Łapa pozwoliła sobie na małą, niechętną satysfakcję, jakiej nie zamierzała pokazać na pysku, bo jedna próba nie usprawiedliwiała jeszcze entuzjazmu, ale był to start.
Na razie musiało wystarczyć.

[1349 słów]

[27%]

Od Łabądka do Nura

Ostatnio pogoda robiła się coraz gorsza. Było zimno, wietrznie i padało. Mama zabraniała im wychodzić do kącika zabaw, żeby się nie przeziębili. Może i nie lubiła tego całego chlapania się w wodzie, ale tylko tam mogła znajdować ładne rzeczy do swojej kolekcji. Oczywiście tata przynosił jej dużo rzeczy i była mu za to wdzięczna, ale bardzo się cieszyła z samodzielnych poszukiwań. Do tego tam czasem widywała motyle, których wewnątrz żłobka nigdy nie było. Teraz kiedy musiała przesiadywać wewnątrz, jedyne co mogła robić to podziwianie swojej kolekcji. To właśnie teraz robiła. Zauważyła jednak ostatnio, że jej brat również dostał coś od taty. I to nie byle co! Idealnie okrągły kamyk z rzeki. Nie był błyszczący ani nic w tym stylu, ale jego nieskazitelna symetria w połączeniu z brakiem czegoś podobnego sprawiała, że chciała go mieć. Może jeżeli ładnie poprosi, to Nur jej go odda? Dlatego teraz przejechała kilka razy językiem po futrze na piersi, po czym podeszła do brata. Ten akurat leżał na ziemi z otoczakiem między łapami.
– Dzień dobry, braciszku! – przywitała się, wyszczerzając zęby. – Ładny mamy dziś dzień nieprawdaż? – zadała pytanie retoryczne. Wiadomo było, że dzień nie był ładny. Prawdopodobnie zaraz miało zacząć padać. Nie zmieniało to faktu, że jakoś rozmowę trzeba było zacząć, żeby nie wyszło na to, że interesuje się bratem tylko, kiedy coś od niego chce. I co z tego, że taka była prawda?
– O! A co tam masz pomiędzy łapami? Nigdy czegoś takiego nie widziałam, mogę zobaczyć? – zapytała, trzepocząc rzęsami.

<Nurze? Daj kamienia>

Od Nura CD. Żabiej Łapy

Przed powstaniem namiestników

— Pewnie — odpowiedziała kotka.
I to już spodobało się maluchowi. Uczennica nie odganiała go, stwierdzając, że był za młody. Wreszcie!
— Ale pływać, tylko jeśli ktoś jest w kąciku zabaw — dodała po chwili, na co kocur kiwnął głową.
Wyszli, a Nur odetchnął świeżym powietrzem. Nie mógł doczekać się, aż będzie wojownikiem i będzie mógł wychodzić codziennie!
— Więc co byś chciał wiedzieć dokładnie? — zapytała.
Kocur zastanowił się chwilę. Miał naprawdę wiele pytań, ale nie chciał zostać spławiony przez kotkę. Miał opcję się czegoś dowiedzieć, więc musiał z niej skorzystać.
— Jak to jest być wojownikiem?
— To całkiem nudne wbrew pozorom — Nur uniósł wysoko brwi, zaskoczony tym stwierdzeniem... — Nikt Ci o tym nie mówi, jak zaczynasz być uczniem, ale… bycie wojownikiem nie jest niczym niesamowitym. Nic nie jest tak właściwie. Tak jak teraz wstajesz o poranku, żeby się najeść, będziesz wstawał jako wojownik. Potem patrol, drzemka, polowanie. I tak w kółko, chyba że znajdziesz sobie przyjaciół albo miłość, co zapełni ci trochę nudy w życiu. I tak do emerytury, właściwie.
Nur skrzywił się na samą myśl. Rutyna, o której mówiła kotka, brzmiała nudno, ale też wyjaśniała, dlaczego tyle kotów miało wady. Żyli w spokojnym świecie, nie uczyli się niczego, nie poprawiali swoich umiejętności.
— To nie brzmi… zachęcająco — stwierdził więc maluch.
— Może nie, jako samo pojęcie. To zależy, co zrobisz z tym faktem — zauważyła kotka.
No przecież! Nur nie musiał żyć jak inni – i tak był od nich lepszy. Gdy tylko zostanie wojownikiem, będzie się starał być jak najlepszy. Będzie ćwiczył i będzie przekazywał swoje nastawienie innym.
— Niektórzy wojownicy nie przejmują się monotonią. Tak wolą żyć. Jak jest spokojnie i nie muszą się niczym przejmować. Ale jak nie chcesz, tak żyć to nikt nie zabrania ci robić dodatkowych patroli, mieszać się w politykę i mącić w głowach innych. To całkiem proste tak właściwie. A ty jesteś całkiem spostrzegawczy, co? — zerknęła na niego.
— Jestem — zgodził się z dumą.
— To nigdy ci się nie będzie nudzić. Musisz tylko przyglądać się innym bardzo dobrze.
Kocur zamrugał kilka razy. Czy to naprawdę było tak proste? Już teraz widział, jak wiele kotów miało wady. Czy jeśli będzie starszy, będzie mógł je wypominać bez żadnego problemu? Czy gdyby był wystarczająco spostrzegawczy, mógłby się nawet wkraść w królewską rodzinę? Jego rodzice znali aktualnego lidera, a on właściwie mógłby znać kolejnych. Mógłby utrzymywać z nimi przyjacielskie stosunki… Mógłby być idealnym wojownikiem, ba! Idealnym powierzycielem, przyjacielem… Kimś ważnym. Nur uśmiechnął się na samą myśl.
— A teraz co? Pływanie czy polowanie? — zapytała Żabia Łapa, wyrywając go z letargu myśli.
— Pływanie. Mama mówi, że już mi świetnie idzie — wypiął dumnie pierś.
Kotka pokiwała głową i weszła do wody, a zaraz za nią wszedł maluch. Przez moment bawili się w wodzie, a srebrna pokazywała rudemu techniki dobrego pływania.

***

Nur polubił towarzystwo kotki. Fakt, że Żabia Łapa go nie spławiała, bardzo mu schlebiał. No i uczyła go rzeczy ze swoich treningów. Jak tylko zostanie uczniem, będzie przygotowany!
Nie mógł się więc doczekać, aż kotka znów przyjdzie i gdy tylko ją zauważył przy wejściu do żłobka, pojawił się przy jej nogach.
— A dziś Żabia Łapo, co robiłaś na treningach? — zapytał, siadając obok niej.
Chętnie słuchał o jej przygodach, chcąc wiedzieć jak najwięcej. Czym więcej będzie wiedział, tym bardziej gotowy będzie na bycie najlepszym uczniem, a potem najlepszym wojownikiem.

<Żabia Łapo?>

Od Nura CD. Trzcinowego Szmeru

— Jak na początki, to świetnie — odpowiedziała kotka.
Nur uśmiechnął się dumnie. Czuł asekurację matki i strach, gdy czasem nie czuł gruntu pod łapami. Musiał to wyćwiczyć, jak najszybciej się dało. Po chwili pręgowana obeszła Nura i mruczeniem namawiała do podążania za nią. Kocurek z dumą wypisaną na twarzy dopływał do jej pyszczka.
— Świetnie! — pochwaliła go. — Teraz spróbuj wrócić na ląd. Widzę, że masz nosa do pływania. Machasz łapkami jak wyderka.
Nur pokiwał głową z uśmiechem. Nie mógł się nacieszyć z pochwał, które słyszał. Może naprawdę miał szansę być najlepszy.
— Spróbuję! — zapewnił.
— Oczywiście, skoro tutaj dopłynąłeś, to i dotrzesz na mieliznę.
Więc kocurek spróbował. Oczywiście, nadal nie pływał idealnie, choćby chciał, to nie mógł się tego nauczyć w jeden dzień. A jednak udało mu się! Gdy wyszedł na ląd, otrzepał swoje futro i spojrzał na matkę.
— Udało mi się! — krzyknął do niej.
— Pięknie! A teraz tutaj wracaj! Jeszcze nie skończyliśmy pływać!
Więc Nur znów wskoczył do wody i podpłynął do matki. A potem już cały dzień bawili się w wodzie. Rudy widział dumę na twarzy kotki, przez co starał się jeszcze bardziej.

***

Żabia Łapa wydawała się naprawdę interesująca. A jeśli Nur o kimś tak mówił, to wiele znaczyło! Mógł jej pytać, o co chciał, a ona nie kończyła tematu, stwierdzając, że jest za młody. Pokazywała mu jak pływać i polować. Jednak miała swoje treningi i musiała iść… Ale zamiast niej pojawił się Żmijowcowa Wić z sumem w zębach. Ogromnym sumem! Położył rybę obok niego.
— To dla ciebie — mruknął jakby speszony.
Nur pokiwał głową i się rozejrzał. Nie do końca wiedział, czego od niego chciał ojciec. Oczywiście, że go kochał i lubił spędzać z nim czas! Mimo to, bury więcej czasu spędzał z jego siostrą, więc Nur – pamiętając słowa matki o zdrajcach i dobrym zachowaniu – spodziewał się, że za taki prezent musiał, albo będzie musiał zrobić coś niesamowitego.
— Dziękuję — odpowiedział.
Przez moment siedzieli w ciszy, ale potem Żmijowcowa Wić zaczął opowiadać o tym, że kiedyś taki sum zaatakował jakiegoś Nocniaka.

***

Wieczorem leżał wtulony w futro mamy i starał się utrzymać otwarte oczy. Był jednak zmęczony i trochę opornie mu to szło. Rozbudziło go pytanie mamy:
— I jak poszła rozmowa z ojcem? Hm? Całkiem wielkiego suma upolował dla ciebie, nie sądzisz? — zamruczała i polizała go po główce. — Może, jak uśniesz, to przyśni ci się, jak wyciągasz z wody ryby, jak dzielny wojownik.
— Poszło dobrze. Opowiadał mi o tym, jak się poluje. I jak kiedyś zaatakował was wielki sum — kocur spojrzał na kotkę.
Uśmiechnął się na sam zamysł snu. Chciałby jednak być już tym dzielnym wojownikiem. Chciał pokazać innym, że jest od nich lepszy! Chciał przynieść rodzicom więcej dumy!
— Mamo… Nie mogę zostać wojownikiem wcześniej? — zapytał z nadzieją w oczach. — Jestem już silny, super pływam i mogę polować! — wymienił z dumą. — Mandarynkowa Gwiazda by się nie zgodziła? Zna nas i wie, że będziemy świetni!

<Mamo?>

Od Brukselkowej Zadry CD. Zwęglonej Kukułki

Dawno, dawno temu

Był ciepły wieczór w Porze Zielonych Liści. Brukselkowa Zadra wraz ze swoją najdroższą przyjaciółką — Wrotyczową Szramą — siedziała właśnie nad brzegiem jeziora. Znajdowały się mniej więcej w tym samym miejscu, w którym pręgowana kocica przed wieloma księżycami wyłowiła z wody czekoladowego kociaka. Zdążył już dorosnąć i otrzymać wojownicze imię, a mimo to Brukselce wydawało się, jakby wydarzyło się to zaledwie wczoraj.
Patrząc na wartki nurt rzeki, zastanawiała się nad przebiegiem swojego życia. Czas płynął równie szybko, jak woda, a może nawet szybciej. Mogłaby przysiąc, że jeszcze kilka dni temu bawiła się w żłobku z Brokułem, by zaraz potem patrzeć, jak porywa go sowa. Kilka dni później otrzymała sen od Klanu Gwiazdy, a chwilę później walczyła już na śmierć i życie z Jadowitą Żmiją. Jak to się stało? Miała na karku już tyle księżyców, a mimo to czuła, jakby przyszła na świat zaledwie przed chwilą. Jakby wszystkie przeżyte dni wciąż mogła policzyć na palcach.
— Wrotyczowa Szramo? — zagadnęła, opierając głowę na barku przyjaciółki.
Dymna spojrzała na nią swoimi pięknymi, brązowymi oczami. Wyraz jej pyska pozostawał spokojny i pełen mądrości.
— Czy ty też czasem masz wrażenie, że twoje życie trwało ledwie kilka uderzeń serca? — spytała Brukselka. — Wiesz, nie zdarza mi się często nad tym rozmyślać. Wolę chwytać dzień i żyć chwilą, ale czasami nie potrafię powstrzymać się od zatrzymania na moment i pomyślenia o tym wszystkim, co już przeżyłam.
Wrotyczowa Szrama zamyśliła się przez chwilę, po czym powoli przeniosła spojrzenie na przyjaciółkę.
— Tak, Brukselko… Miewam wrażenie, jakby to wszystko wydarzyło się zaledwie wczoraj. Choć cieszę się z upływu czasu. Nie chciałabym już nigdy wrócić do dni, kiedy nosiłam miano Głupiej Łapy i byłam pośmiewiskiem całego klanu — stwierdziła z cichym westchnieniem. — Na szczęście to już przeszłość. Teraz mam nowe imię, ciebie oraz nasze przybrane kocięta, które kocham z całego serca — zamruczała, ugniatając ziemię łapami.
Przez dłuższą chwilę siedziały w komfortowej ciszy, wsłuchując się w szum płynącej rzeki i śpiew ptaków.
— Powiedzieć ci ciekawostkę? — odezwała się nagle Brukselka, uśmiechając się pod nosem.
Wrotyczowa Szrama skinęła głową, od razu skupiając całą uwagę na towarzyszce.
— Rodzice opowiedzieli mi kiedyś, że chcieli nadać mi imię Seradelka. Właściwie to mój ojciec chciał, ale Kwitnący Kalafior mu na to nie pozwoliła. Uznała, że Brukselka będzie do mnie bardziej pasować. Chyba miała rację, co? — zaśmiała się ciepło, mrużąc ślepia. — Nie wyobrażam sobie, że mogłabym nazywać się Seradela. Uważam, że Brukselkowa Zadra naprawdę do mnie pasuje. Nie mówię, że Seradelka to brzydkie imię, ale cieszę się, że ostatecznie to moja matka mnie nazwała.
Było to zgodne z prawdą. Białofutra kotka od zawsze pozostawała największym autorytetem Brukselki.
— Seradelka? — powtórzyła dymna. — Nawet ładne. Może jeśli kiedyś znajdziemy kolejne porzucone kocięta, jedno z nich nazwiemy właśnie tak? — zaproponowała.
Pręgowana wyprostowała się i spojrzała na swoje łapy.
— W sumie… czemu nie? — miauknęła. — Chciałabym, żebyśmy jeszcze kiedyś natknęły się na taką gromadkę porzuconych maluchów. Czuję, że dobrze wychowałyśmy Sna, Horyzont i Gwiazdnicę. Myślisz, że chcieliby mieć rodzeństwo? — zamyśliła się.
Mimo wszystko ani Brukselka, ani Wrotyczowa Szrama nie planowały biologicznego potomstwa. Przynajmniej nie z kotami z klanu. Obie wolały kotki, dlatego romantyczna relacja z kocurem w ogóle nie wchodziła w grę. A nawet gdyby, sama myśl o posiadaniu kociąt z kimś innym budziła w Brukselce dziwny dyskomfort. Nie nazwałaby tego zdradą, lecz w jej odczuciu było to czymś bardzo podobnym.

* * *

Zalotna Gwiazda zwołała wszystkie koty, by zebrały się w kręgu na terenie azylu. Brukselkowa Zadra w kościach czuła, co to oznaczało. Zwęglona Łapa wydawała się już na tyle doświadczoną uczennicą, by móc w końcu awansować i przyjąć miano wojowniczki. Czyżby nadszedł właśnie jej wielki dzień? Jeśli tak, będzie o krok bliżej od poznania całej prawdy na temat Klanu Wilka, gdyż Brukselka zamierzała opowiedzieć swoim córkom o kulcie dopiero wtedy, gdy obie zostaną wojowniczkami — czyli już niebawem. Wreszcie poczuje, że nie zawiodła Klanu Gwiazdy. Wreszcie będzie miała pewność, że nie porzuciła swojej misji i wciąż drzemie w niej determinacja z młodzieńczych lat.
— Zwęglona Łapo, twój mentor uważa, że jesteś gotowa, by zostać wojownikiem Klanu Wilka. By sprawdzić słuszność jego słów, odbędziesz walkę ze Sowim Zmierzchem. — Chłodny głos Zalotnej Gwiazdy rozległ się po całym azylu. — Jeśli wygrasz, otrzymasz nowe imię i zostaniesz pełnoprawnym wojownikiem, jednak jeśli przegrasz, będziesz kontynuować naukę jako uczeń.
Brukselkowa Zadra spięła mięśnie, czując, jak pod futrem momentalnie robi jej się gorąco. Czy szylkretowej kotce uda się zwyciężyć w walce ze swoim mentorem? Czy liliowy nie okaże się bardziej doświadczony i silniejszy? W końcu miał na karku o wiele więcej księżyców, przeżył już sytuacje, o których Zwęglona Łapa nawet nie śniła. Z pewnością znał więcej chwytów i sztuczek... Ta myśl sprawiła, że Brukselka poczuła mocniejsze bicie serca. Zazwyczaj starała się zachowywać zimną krew, lecz w takich chwilach nie potrafiła ukryć emocji.
Wkrótce okazało się jednak, że nie miała powodów do zmartwień. Jej córka okazała się gotowa do awansu. Bez większego trudu pokonała liliowego kocura dzięki swojemu sprytowi. Była naprawdę inteligentna i doskonale wiedziała, jak zwyciężyć nad przeciwnikiem, który przewyższał ją siłą i masą.
Gdy Zalotna Gwiazda wypowiedziała formułkę mianowania, Brukselkowa Zadra natychmiast zaczęła skandować nowe imię swojej przybranej córki. Nawet nie zdążyła się nad nim dłużej zastanowić ani ocenić, jak bardzo pasuje do szylkretki. To nie miało teraz znaczenia. Liczyło się tylko to, by wykrzyczeć je jak najgłośniej, aby Węgielka wiedziała, że jej matka jest z niej dumna.
Dopiero gdy okrzyki zaczęły cichnąć, a pozostali Wilczacy rozeszli się do swoich obowiązków, Brukselkowa Zadra wraz z Kryształową Łapą i Gwiazdnicowym Blaskiem podeszły do świeżo mianowanej wojowniczki.
— Zwęglona Kukułka, no proszę! — odezwała się liliowa, podchodząc bliżej szylkretowej. — Gratuluję ci zostania wojowniczką. Wiedziałam, że nie będziesz marnować czasu, jeśli o to chodzi! — dodała, poruszając końcówką ogona z ekscytacją. — Podoba ci się twoje nowe miano? W końcu najważniejsze jest to, żebyś dobrze się z nim czuła. A jeśli jednak ci nie odpowiada... nie martw się. Najwyżej zrobimy to, co konieczne — oznajmiła z chytrym uśmiechem, zerkając na Kryształkę i Gwiazdnicę, które zgodnie przytaknęły.

* * *

W końcu nadszedł też czas mianowania Kryształowej Łapy, która zwlekała z nim nieco dłużej niż jej siostra. Nie oznaczało to jednak, że Brukselka kochała ją mniej albo była nią zawiedziona. Nic z tych rzeczy. Wspierała obie swoje przybrane córki jednakowo, starając się, by żadnej nie faworyzować ani nie odpychać. Za wszelką cenę chciała uniknąć błędów, które popełniła, wychowując Sna, Horyzont i Gwiazdnicę. Choć nie uważała, że źle traktowała swoje wcześniejsze przybrane kocięta, czuła, że wiele mogła zrobić lepiej. Może gdyby była bardziej opiekuńcza i częściej okazywała im wsparcie, Mglisty Sen i Zaćmiony Horyzont nadal trwaliby u jej boku, zamiast opuszczać Klan Wilka?
Teraz bardzo żałowała swojej decyzji. Gdy wybuchł konflikt pomiędzy Wrotyczową Szramą a czarnofutrym kocurem, bez wahania stanęła po stronie przyjaciółki, przez co jej relacja z synem wyraźnie się pogorszyła. Gdyby tylko wiedziała, że kilka księżyców później dymna kotka zdradzi ją, wybierając służbę u boku Zalotnej Gwiazdy, już wtedy kazałaby jej nigdy więcej się do nich nie odzywać. Być może nawet zgodziłaby się uciec wraz ze Snem i resztą grupy, by rozpocząć życie jako samotnik.
Wtedy jednak nie miałaby okazji poprosić Przodków o reinkarnację swojej matki. Nie byłoby Kryształki ani Węgielki. Wszystko miało więc swoje dobre i złe strony. Może właśnie tak powinna patrzeć na własne decyzje — nie rozpamiętywać ich bez końca, lecz cieszyć się tym, co udało jej się osiągnąć. Wreszcie czuła się naprawdę szczęśliwa. Miała u boku trzy wspaniałe córki oraz Wilczego Skowyta.
Kryształowa Łapa pokonała w walce swojego mentora — Cienistą Zjawę. Gdy cały klan zaczął skandować jej nowe imię, Brukselkowa Zadra nachyliła się do stojącej obok Gwiazdnicowego Blasku i szepnęła:
— Myślisz, że są już gotowe, by poznać prawdę? — spytała. Szylkretka przerwała wykrzykiwanie imienia swojej siostry i odwróciła głowę w stronę starszej kotki. — Chciałam poczekać, aż obie zostaną wojowniczkami. No i są.
Gwiazdnicowy Blask skinęła powoli głową.
— Tak. Myślę, że są już gotowe — odparła cicho, po czym ponownie dołączyła do skandowania nowego imienia swojej siostry.

* * *

Teraźniejszość

Brukselkowa Zadra długo zbierała się do tego, by w końcu zabrać swoje córki poza obóz, by opowiedzieć im o kulcie. Nawet nie wiedziała, dlaczego tak było. Czy się stresowała? Czy bała się, że nałoży na nich zbyt dużą presję całą tą wiedzą? Być może. Wiedziała, że posiadanie takich informacji było nielegalne dla niewtajemniczonych kotów. Gdyby ktokolwiek dowiedział się o tym, że Brukselka i bliskie jej koty wiedzą o Klanie Wilka znacznie więcej niż przeciętny Wilczak, mogłoby się to skończyć nieprzyjemnie. Najpewniej śmiercią co najmniej jednego kota. Choć Zalotna Gwiazda była na tyle paranoiczna, że najchętniej pozbyłaby się wtedy każdego kota, który kiedykolwiek musnął futrem Brukselkę i koty z jej najbliższego otoczenia!
Liliowa siedziała właśnie przed legowiskiem wojowników, zastanawiając się nad tym, czy na pewno chce do niego wejść, by zawołać do siebie swoich bliskich. W końcu westchnęła jednak ciężko, myśląc o tym, że nie może tak odwlekać tej ważnej chwili. Inaczej może ona nigdy nie nadejść, co tylko sprawi, że Gwiezdni Przodkowie będą zawiedzeni liliową — a tego obawiała się najbardziej. Tym bardziej po tym, jak postanowili wysłuchać jej prośby i dać Kwitnącemu Kalafiorowi drugą szansę na ziemi.
— Wilczy Skowycie! — mruknęła wpierw, łapiąc kocura przed wejściem do legowiska wojowników.
Gdy czekoladowy podniósł uszy do góry, podeszła do niego i po upewnieniu się, że nikt jej nie podsłuchiwał, szepnęła mu do ucha:
— Pójdziesz jako ostatni. Pilnuj tyłów.
Krótko i zwięźle.
Wilczy Skowyt skinął głową na jej polecenie, udając się gdzieś w kąt obozu, by zacząć niepozornie czyścić swoje futro.
Brukselkowa Zadra zanurzyła się natomiast w półmroku legowiska z szerokim uśmiechem wymalowanym na pysku.
— Gwiazdnico, Kryształko, Kukułko! — przywitała się z nimi. — Co powiecie na rodzinny spacer? Dawno nie miałyśmy okazji wspólnie porozmawiać — oznajmiła, nie tracąc iskry w oczach. Jeśli miała udawać, musiała to przynajmniej robić wiarygodnie.
Wszystkie trzy kotki zgodziły się, by wyjść z nią poza obóz, toteż wkrótce to uczyniły. Brukselka zaczęła prowadzić je w stronę Opuszczonego Obozowiska, chcąc jak najbardziej oddalić się od gniazda Wilczaków. Jednocześnie co chwilę oglądała się za siebie, by upewnić się, że nikt ich nie śledzi, a także czy Wilczy Skowyt już za nimi podąża. W drodze nie wydarzyło się jednak nic niepokojącego i już wkrótce bezpiecznie dotarły do celu.
— Trochę długi ten spacer — zauważyła Kryształka, siadając ciężko.
Pozostałe kotki także usiadły, znajdując się teraz w kręgu.
— Bo to nie zwykły spacer. Zebrałam was tu w ważnym celu, lecz wpierw musimy poczekać na Wilczy Skowyt — mruknęła, przybierając poważny wyraz pyska.
Na zmianę jej tonu Kryształka aż drgnęła, zdziwiona.
W końcu zza krzewów wyłonił się znajomy, czekoladowy pysk, który dosiadł się do zgromadzonych kotek.
— Jest bezpiecznie. Nikt za wami nie szedł, za mną też nie. Żaden z Wilczaków nie powinien nas podsłuchiwać — zeznał, prostując się dumnie.
Cętkowana podziękowała mu skinieniem głowy za troskę i zaangażowanie, po czym spojrzała na swoje najmłodsze córki, które wpatrywały się w nią zmieszane i skonfundowane. Jeszcze nie wiedziały, co takiego się święci…
— Więc, jak już mówiłam, to nie tylko zwykły spacer. Zebrałam was tutaj, by powiedzieć wam całą prawdę na temat Klanu Wilka — odchrząknęła, owijając ogonem łapy. — Mogłyście już zauważyć, że zwyczaje w tej przynależności są dziwne, czasem nawet niepokojące. Tylko głupki porzucają sześcioksiężycowe kocięta samotnie w lesie i tylko głupki każą młodym kotom bić się o awans. My mierzymy jednak wyżej. MY mamy misję do wykonania.
Umilkła na moment, by przypomnieć swoim córkom o powadze tej sytuacji. Po chwili zmrużyła oczy.
— Wiele księżyców temu Klan Gwiazdy przemówił do mnie w śnie. Powiedział, że Klan Wilka zmierza ku samozagładzie, że muszę powstrzymać wiarę w Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd, nim będzie już za późno. Dowiedziałam się też wtedy, że w tej przynależności stacjonuje ohydny kult, który czci morderców i koty wyjęte spod kodeksu, a ponadto nie ma żadnych oporów przed zabiciem drugiego kota. Co kilka nocy spotykają się, by pozbawić życia napotkanych przez nich samotników, a potem jak zwierzęta smarują się ich krwią — wyznała z odrazą w głosie. — To nie jest normalne zachowanie. Nie chcę, byście kiedykolwiek pomyślały, że to, co robią te lisie serca, jest słuszne. Ich czyny można określić jedynie obleśnymi i niemoralnymi! Nie powinny mieć miejsca, a w naszym interesie leży, by tego dopilnować. Musimy jednak pamiętać o tym, że chęć naprawienia Klanu Wilka wiąże się ze sporym ryzykiem. Większość Wilczaków ma na tyle wyprany mózg, że ślepo bronią swoich wartości, nawet jeśli są kompletnie niesłuszne i durne. Jeśli kiedykolwiek dowiedzą się, że przeciwko nim spiskujemy, nie będą mieli litości. Jeśli nie pozostaniemy wystarczająco ostrożni, skończymy jako ich następne ofiary.

<Córeczko?>

Od Pajęczej Nici CD. Majaczącej Łapy

Przechyliła delikatnie łeb, aby przyjrzeć się dokładniej jej podobiecznemu.
Piorunował ją spojrzeniem tych dziwacznych, zielonych oczu, jakby nieszczególnie podobał mu się wybór mentora. Czyżby to przez Kukły pochodzenie? Zmarszczyła nos, nawet na moment nie odrywając od niego wzroku. Przecież to takie małe było, pewnie nic o niej nie słyszało. A skąd kocurek przybył? Czy widziała go kiedyś w żłobku? Nie, chyba nie. To pewnie dopiero przypałętał się do klanu, ale żeby już się tak puszył i kręcił nosem? Ha! Co za cudak.
Jeszcze chwilę napawała swe oczy widokiem, zanim bez słowa skinęła łepetynką i, odwróciwszy się, poczęła iść w stronę wyjścia z obozowiska.
— Granice — mruknęła, bardziej do siebie niż do niego, bo nawet na moment nie przystanęła, aby upewnić się, czy Majacząca Łapa za nią podąża.
Kątem oka tylko dostrzegła, jak uniósł ogon z zainteresowaniem.
— To znaczy? — zapytał, marszcząc brwi w niezadowoleniu. — I dlaczego takim tonem? — prychnął cicho, ale mimo to poszedł za mentorką, utykając lekko.
Pajęcza Nić spojrzała na ucznia przez ramię, ale nie zwolniła kroku. Czemu tak wolno łaził? Przeniosła wzrok na jego poharataną tylną łapę. Czyżby przydarzyło mu się to, gdy dołączył do klanu? A może urodził się z taką niedoskonałością?
— Pokażę ci tereny — wyjaśniła zwięźle.
— A, tak. Jasne — odparł krótko Majacząca Łapa, a po chwili (bo najwidoczniej chodzenie w milczeniu to zbyt wiele dla takich, jak on) dodał jeszcze:
— Czy to naprawdę potrzebne? Nie można jakoś połączyć tej teorii z praktyką?
— Nie. — Strzepnęła uchem. Nie planowała dodawać nic więcej, ale po chwili namysłu, aby na pewno zaspokoić jego ciekawość, odezwała się po raz kolejny:
— Dzisiaj zobaczysz tylko granice.
Kocurek chciał chyba dodać coś jeszcze, ale po chwili wahania najwidoczniej powstrzymał się, bo Kukła nic już od niego nie usłyszała. Szli przez chwilę w milczeniu; promienie słońca muskały delikatnie ich karki, a subtelna woń zwierzyny docierała do ich nozdrzy. Wkrótce zielona trawa zaczęła rozrzedzać się i ustępować martwej, zwęglonej ziemi. Wojowniczka przechyliła delikatnie łeb i zatrzymała się, wlepiając oczy w gałęzie wierzby.
— Pogorzelisko — rzuciła sucho. — Tutaj chowani są wojownicy, liderzy są pod samą wierzbą. — Mówiąc to, wskazała ogonem przed siebie.
— Pogorzelisko... Co za okropna nazwa. Mam nadzieję, że zbyt szybko się tutaj nie pojawię — parsknął kocurek, przewracając oczami.
Starsza tylko wzruszyła ramionami.
— Dopóki jesteś posłuszny i uważnie robisz, co każę, nie masz się czym martwić; nic nie zje kiełka.
Jeszcze chwilę stali przy cmentarzu, zanim Kukła odwróciła się, niemal od razu ruszając w przeciwnym kierunku.
Jej wzrok wylądował na jego delikatnie ukróconej kończynie i skrzywionym pysku; utykał, bo szedł nieco wolniej, niż spodziewałaby się po tak żywym uczniu; póki co jednak nie miała zamiaru mu tego wypominać. Albo sam to zgłosi, albo po treningu zaciągnie go za futro do Jagnięciego Ukłonu i wszystko wyjaśni się samo.
— Chodź. Będziesz mógł jeszcze dzisiaj spróbować swoich sił w polowaniu, jeśli wyrobimy się ze wszystkim — rzuciła przez ramię, posyłając krótkie spojrzenie podążającemu za nią uczniowi. Oczywiście kłamała, bo w obecnym stanie ten maluch nie dałby sobie rady z taką ilością wysiłku. Nie wyglądał na przyzwyczajonego do brakującej łapy.
Gdy tak szli w milczeniu, myślami Kukła powędrowała do ostatniego spotkania z Balladą oraz Pacynką. Co działo się teraz z siostrami? Czy Wielena powróciła już do Marionetki, a Pacynka wciąż realizowała jej plan? Słowa ciotki były jasne — nic się nie uda, jeśli nie będą współpracować, więc czy spełnianie idei zmarłej wciąż miało jakikolwiek sens? Strzepnęła ogonem.
Pragnęła powrócić do starej piwnicy, odnaleźć Pararelę i rozpocząć spokojne życia, z dala od klanów. Może Pacynka, po usłyszawszy jej marzeń, zapragnęłaby do niej dołączyć? Byłoby wspaniale! Razem zamieszkałyby w jakiejś starej szopie i żyłyby w spokoju, nie martwiąc się klanami czy innymi barbarzyńcami…
Zatrzymała się przy wysokim drzewie, upstrzonym sporym gniazdem.
— Sowi Strażnik — oznajmiła, przechylając wzrok, aby spojrzeć na Majaczącą Łapę. — Jeden kot pełni tutaj wartę przez pół dnia, potem ktoś inny go zamienia.

<Majacząca Łapo?>
[630 słów]

[6%]

Nowy członek Pustki!


SKRZELOWY SZEPT
Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Starość

Odszedł do Pustki!

Od Złocistego Widlika CD. Trzcinowego Szmeru

Przeszłość

Kremowy podniósł wzrok na Trzcinowy Szmer. Uśmiechnął się szczerze. Bardzo lubił kotkę.
— Cześć, Trzcinowy Szmerze! — wymruczał na powitanie. Na słowa o plotce zamruczał rozbawiony. Cieszył go entuzjazm kotki.
— Pewnie, siadaj — miaułknął pogodnie i zrobił jej miejsce obok siebie.
— To, co tam ciekawego masz do powiedzenia? — spytał, poruszając lekko wibrysami. Trzcinowy Szmer zasiadła obok niego, ciasno owijając ogon wokół swoich łap.
— Myślę, że niedługo będziesz mógł się spodziewać kolejnych kociąt w żłobku — zamruczała, zerkając z wyjścia żłobka, gdzie na polanie siedzieli przytuleni do siebie Zmierzchajaca Fala oraz Kropiatkowa Skóra. Noskiem wskazała na zakochaną parę.
— Może po Porze Nagich Drzew będą tutaj nowe kuleczki! Podążył wzrokiem za kotką. Przyjrzał się Zmierzchającej Fali i Kropiatkowej Skórce. Uśmiechnął się na myśl o nowych pyszczkach w żłobku.
— Słodkie, malutkie pyszczki — wymruczał. W tej chwili miał pod opieką dwójkę kociąt nie licząc zdradzieckich kotek, które to zostały cofnięte do tej rangi.
— Cieszę się, że kolejne koty znalazły do siebie drogę, a Klan Nocy rozwija się w najlepsze. To wspaniała informacja — dodał ciepło.
— Skoro jesteśmy w temacie kociąt. Jak myślisz? Kogo Szumek dostanie na mentora? — przeniósł wzrok na kociaka i się uśmiechnął.
— Hmmm... — zamyśliła się, wodząc wzrokiem po polanie pełnej Nocniaków.
— Może Siwa Czapla? Mu by się przydał uczeń, chociaż Mandarynkowa Gwiazda mogłaby jeszcze podsunąć Niezapominajkową Nadzieję, Ćmie Mżenie lub świeższych wojowników. Dryfująca Gałązka, Morszczynowy Wąs lub Senna Łza się też mogą nadać, natomiast Ulewny Szkwał jest zdecydowanie jeszcze za młody. Oczywiście cieszę się, że tak szybko stał się wojownikiem, jednak, czy czasem nie za szybko? Mój Rrezedowa Łapa nadal się szkoli, a jest przecież od niego o wiele starszy. Może muszę go bardziej docisnąć… — Złotek położył uszy po sobie. Odszukał wzrokiem swojego syna, który mignął mu gdzieś na polanie.
— Jestem z niego dumny, naprawdę. Jednak też uważam, że jest trochę za młody. Trzcinowy Szmerze, on ma tylko dziesięć księżyców...ja wtedy jeszcze się uczyłem pod okiem Kotewki. Byłem mianowany wieku trzynastu księżyców — mruknął cicho w odpowiedzi. Instynkt ojcowski zdecydowanie brał tu górę.
— Może potrzebował więcej czasu. Jestem pewien, że śmierć Centurii się na nim mocno odcisnęła — wyszeptał z bólem w głosie.
— Ja również w wieku trzynastu księżyców dopiero zostałam mianowana na wojowniczkę. Może Mandarynkowa Gwiazda widzi w nim coś, czego my nie widzimy? Jeśli masz jakieś obawy, to również możesz pójść do liderki, by nie dostawał jeszcze ucznia, ze względu, że sam jest jeszcze za młody. Natomiast od śmierci Centuriowej Łapy minęło już kilka księżyców, nie można ciągle zasłaniać się jedną tragedią przed treningami. Nieszczęścia chodzą po Klanie Nocy i nikt nie ma łatwo, ja też nie uważam, żeby mnie Klan Gwiazdy rozpieszczał. Moja rodzina się sypie i jest w niełasce u Mandarynkowej Gwiazdy, poza mną. Czuję wzrok pozostałych na sobie, jednak wytrwale, codziennie wypełniam swoje obowiązki, najlepiej, jak tylko mogę. Rezedowa Łapa powinien wziąć się w garść. — prychnęła zła na swojego ucznia.
— Ostatnio nie popisał się na polowaniu, już nawet prędzej Fląderka by coś złapała, niż on! Za lenistwo, nigdy nie zostanie wojownikiem! Nawet tego dopilnuje. — Widlik westchnął cicho. Być może gdyby Fląderka nie miała czekoladowego futra, to może byłaby naprawdę wspaniałą wojowniczką, ale z jakiegoś powodu taką barwę miała.
— Wiesz Trzcinowy Szmerze? Uważam, że Mandarynkowa Gwiazda wie, co robi, więc zaufam naszej liderce — odpowiedział ze spokojem.
— Tak, rozumiem. Nie można wiecznie uciekać od treningów. Gdybym tak robił, to Kotewka nie zdążyłaby mnie wytrenować. Mam nadzieję, że się otrząśnie. W końcu moje dwie córki też są coraz bliżej mianowania. Jeszcze zostaną mianowane przed nim. Nie przeszkadza mi to, ale rozumiem, jak bardzo ci zależy na tym by dokończyć ten trening — odpowiedział.

Obecnie

Piastun od jakiegoś czasu dzielił żłobek ze Trzcinowym Szmerem i jej kociętami. Był to cudowny widok, szczególnie gdy sobie przypomniał, jak bardzo Trzcina tego pragnęła. Kocięta z własnej krwi, do dziś pamiętał te słowa. Miał wrażenie jakby szylkretka odżyła od momentu narodzin młodych. Życzył jej najlepiej, jej kociętom i Żmijowcowi również. Dzisiejszego dnia postanowił z nią pogadać, gdy maluchy zajmowały się sobą. Podniósł się i zbliżył do kotki.
— Dobry dzionek Trzcinowy Szmerze — przywitał się z kocicą. Na jego pysku widać było uśmiech. Bardzo lubił Trzcinę. Polubił ją już, gdy był jeszcze kociakiem. Czasem zapominał, że ma ponad czterdzieści księżyców, własną rodzinę i niezmienną rolę w Klanie Nocy od księżyców i wracał do tamtych dni. Nigdy nie żałował obranej ścieżki. Nie miał ku temu żadnych powodów, chociaż czasami lubił się zastanawiać, jak bardzo byłby inny gdyby obrał ścieżkę wojownika. Za myślenie nie karano, więc mógł poświęcić na to czas. Szczególnie nocą, kiedy wszystkie wspomnienia wracały do niego niespodziewanie i gwałtownie. Zastanawiał się też, co było słychać u jego brata, który odszedł z klanu. Miał nadzieję, że wszystko było u niego dobrze.
— Pozwól, że to powiem, ale…nie mówiłem? Wiedziałem, że doczekasz się własnych młodych — wymruczał pogodnie, siadając obok niej.

<Trzcinowy Szmerze? A nie mówiłem?>

Od Puchacza do Gołąbka

Tego ranka obudził go wyjątkowo zimny podmuch wiatru. Przeszedł go dreszcz i spróbował zwinąć się w ciaśniejszy kłębek, żeby zatrzymać jak najwięcej ciepła, ale bez skutku. Do tego kora z gałęzi drapała jego bok przez dziurawe posłanie. Z tego powodu powoli usiadł i ziewnął. Ani trochę się nie wyspał. Kto w ogóle wymyślił legowiska na gałęziach drzew? Nie było tutaj żadnej ochrony przed wiatrem i deszczem. W ogóle dziwna sprawa. Niby na tułowiu i łapach czuł zimno, ale miał wrażenie, jakby jego głowa była nieustannie ogrzewana ostrymi promieniami słońca. Do tego tak bolała. Spojrzał w górę. Nie, to nie słońce. Niebo było gęsto zasnute chmurami. Skierował wzrok z powrotem na swoje łapy. Czuł się naprawdę okropnie. I tym razem nie z powodu Wrony. Bolało go gardło i miał wrażenie, jakby coś utrudniało przepływ powietrza w jego nosie i ustach.
– Puchaczu wstawaj! Czas na trening! – usłyszał głos matki. Niechętnie i ospale wstał, przeciągnął się i zszedł z drzewa. Był przygotowany na kolejny patrol poranny czy inne bieganie po drzewach, mając nadzieję, że zdąży skończyć trening, zanim spadnie deszcz. Jego plany zostały jednak zupełnie zmienione, kiedy tylko matka go zobaczyła. Popatrzyła na niego z troską.
– Puchaczu… nie wyglądasz najlepiej. Odwołuję dzisiejszy trening. Musisz iść do medyka – rozkazała. Uczeń zwiadowcy zmarszczył nos. Dawno nie był u medyków. Może kilka razy za kociaka, kiedy wbiegł w ścianę i Topola musiał koniecznie się dowiedzieć, czy nic mu nie jest. Pamiętał za to, że kiedyś zabrali do lecznicy jego siostrę, bo zaczęła kichać. Mówiła, że kazali jej przełknąć jakieś gorzkie zioła. Na samą myśl czekoladowy miał ochotę zwrócić swój ostatni posiłek. Niestety fakty były takie, że rzeczywiście czuł się fatalnie. Figa też nie wyglądała, jakby miała mu odpuścić. Stała przed nim i patrzyła na niego ponaglająco. Chyba wymówki tym razem nie przejdą. Westchnął i włócząc łapami po ziemi, skierował się do zielarni. Tam zastał burego kocura lekko starszego od niego.
– Gołąbku… chyba jestem chory – powiedział, żeby zwrócić na siebie uwagę ucznia uzdrowiciela. Brzmiało to komicznie, bo pomarańczowooki miał zatkany nos. Gołąbek odwrócił się z uśmiechem, ale kiedy tylko popatrzył na niego przez chwilę, wyraz ten zniknął z jego pyska. Bury rozszerzył oczy jakby w zdumieniu wymieszanym ze zmartwieniem. Czy aż tak źle wyglądał? Czemu wszyscy od razu zwracali na to uwagę?
– Puchaczu… to mi wygląda na biały kaszel. Czemu nie przyszedłeś wcześniej?
– Bo wcześniej czułem się dobrze – odpowiedział poirytowany.
– No tak… – uczeń uzdrowiciela skinął głową i odwrócił się od niego, żeby pogrzebać w składziku ziół. Po chwili położył przed nim dwa listki. Były szaro-zielone i włochate. Trochę podobne do pokrzywy, o której nieprzyjemnej naturze przekonał się podczas jednego z pierwszych treningów. Przez to skojarzenie był bardzo niechętny do spożycia medykamentu. Gołąbek jednak nie przestawał się na niego patrzeć.
– No już. Nie bój się, nie pogryzą cię – zażartował, jakby odczytał myśli młodszego. Puchacz przewrócił oczami. Tak może sobie mówić do kociaków. Ale jak mus to mus. Obwąchał jeszcze liście przed zjedzeniem. Ku jego zdziwieniu miały dość przyjemny zapach. Ku jego jeszcze większemu zdziwieniu, kiedy wziął je do pyska, nie były wcale gorzkie. Nawet dość smaczne. Wrona wyolbrzymiała. Możliwe, że jest to jedyna rzecz, w której był od niej lepszy – tolerowanie smaku ziół.
Wyleczeni: Puchacz

<Gołąbku?>
[526 słów]

[11%]

Od Kamiennego Pióra CD. Korowego Szeptu

Szylkretowa wojowniczka leżała obok niego, a on uważnie słuchał jej słów.
— Też byliśmy dość niezgrabni za dzieciaka — mówiła powoli, jakby szukała odpowiednich wyrazów i zastanawiała się nad wypowiedzią. — Może się zrazić, oczywiście. Ale chyba musimy pozwolić, aby czas to pokazał.
Kamienne Pióro powoli pokiwał głową, chociaż tak naprawdę nie chciał tego robić. Próbował z całych sił wyrzucić te nieprzyjemne wspomnienia z czasów, kiedy byli uczniami, z głowy. Nie chciał pamiętać o swoich ciągłych porażkach, o tym stresie, który nie opuszczał go ani na dzień. Wolał udawać, że zawsze wszystko mu wychodziło, że nigdy nie miał żadnych problemów. Tak było po prostu lepiej. I łatwiej.
Kiedy się jednak nad tym zastanowił, doszedł do wniosku, że dziwnie jest uciekać przed własną przeszłością, przed swoimi wspomnieniami. Co było, to było, więc czemu nie mógł się z tym pogodzić? Co to za wojownik, który nie potrafi się zmierzyć sam ze sobą?
— Tak, masz rację — odparł szybko, żeby Korowy Szept nie zaczęła się dziwić, dlaczego tak długo nie odpowiada.
Następnie wrócił do rozmyślań. Próbował sobie przypomnieć to wszystko. Został mianowany na ucznia, a Wilczy Skowyt został wyznaczony na jego mentora. Kamienne Pióro, wtedy jeszcze Kamienna Łapa był bardzo podekscytowany. Po jakimś czasie jednak wszystko zaczęło się psuć, nic nie szło po jego myśli. Pamiętał, jak przy całym klanie pobił się z bratem i że prawie nikt mu nie kibicował. Pamiętał dwie przegrane bitwy, przez które został wojownikiem najpóźniej z całego rodzeństwa. Pamiętał, jak ciągle mylił się na treningach i jak słabo mu szło w porównaniu do rówieśników.
I pamiętał… Korę. Wtedy Korową Łapę. To z nią zawsze mógł porozmawiać, to ona zawsze go rozumiała, to ona w niego wierzyła i to przy niej czuł się bezpiecznie.
A więc jednak spotkało mnie coś miłego za czasów, kiedy byłem uczniem”, stwierdził w myślach z zadowoleniem.
— Ale… ty mi bardzo pomogłaś. Zawsze we mnie wierzyłaś. Dziękuję ci, Korowy Szepcie. Nie wiem, czy już ci to mówiłem, czy nie, ale bardzo dużo ci zawdzięczam — miauknął, a następnie spuścił wzrok na swoje łapy z zawstydzeniem w oczach. Nigdy nie był dobry w rozmowy z innymi.

Od Pożarowej Łapy (Ostatniego Pożaru) CD. Monarcha Pierwszego

Popatrzyła na kocura wrogo i napięła mięśnie. Czy on próbował teraz wyplątać się z kłopotów rozmową o kolorze oczu?
– Wynoś się stąd – warknęła. Samotnik zmarszczył brwi i cofnął się o krok.
– Cóż to za agresja? Nic przecież nie zrobiłem, dlaczego jaśnie pani tak się gniewa?
– Polowałeś na terenach Klanu Burzy. Poza tym przekroczyłeś granicę.
– Zwierzyny żadnej nie zabrałem! Łapy mam puste! – niebieski zaczął się bronić. To jeszcze bardziej zirytowało pomarańczowooką. Wypieranie się przewinień, które mu wypunktowała.
– Zjeżdżaj teraz albo rozoram ci skórę.
To wystarczyło. Kocur już bez słowa jak najszybciej oddalił się od niej.

***

Dzisiaj została wybrana do patrolu łowieckiego. Niestety Złocista Wydma miała w tym czasie pójść z patrolem granicznym. Miała nadzieję na wspólne polowanie i szczerą rozmowę. Chciała jakoś doprecyzować to, co wydarzyło się kilka dni temu. Czy były… partnerkami? Takie pytanie nie padło, a zachowywały się, jakby tak było. Z drugiej strony bała się pytać. Bała się, że to wszystko znowu pójdzie za szybko i równie szybko zniknie. Nie chciała ponownie zostać sama. Nie chciała też, żeby Sahara została sama. Tak bardzo zależało jej na kotce. Chciała spędzić z nią resztę swojego życia. Łapała się na tym, że nocami trzyma się jej kurczowo, jakby bała się, że inaczej kotka zniknie. Tak bardzo jej na niej zależało. Ale teraz musiała przynajmniej spróbować skupić się na polowaniu. Bardzo szybko oddzieliła się od reszty grupy. Długo próbowała coś wywęszyć, ale czuła tylko wilgoć, a wiatr co chwila zmieniający kierunek jeszcze bardziej jej to utrudniał. Nie zauważyła, nawet kiedy niebo przykryły ciemne chmury. Zauważyła za, to kiedy zaczęło padać. Padało mocno. Istna ulewa. Futro przesiąkało jej wodą, a wiatr targał nim na wszystkie strony. Musiała się gdzieś schronić. Była za daleko od obozu, za to tuż obok upadłego potwora. Szła pod wiatr, nie do końca widząc cokolwiek przez krople deszczu co chwila rozbryzgujące się o jej pysk. W końcu dotarła. Weszła do środka przez wyrwę w ścianie tworu dwunożnych. Była bezpieczna. Deszcz i wiatr nie mogły jej tu dosięgnąć. Westchnęła z ulgą. Wtedy jednak do jej nozdrzy doszedł zapach samotnika. Momentalnie obróciła łeb i wbiła przenikliwe spojrzenie w niebieskiego kocura.

<Monarchu?>

Od Gołąbka CD. Mordoru

Gołąbek zaśmiał się lekko, słysząc, jak Mordor próbuje wymówić swoje imię. Jeszcze niedawno to on był malutkim, sepleniącym kociakiem.
– Ja jestem Gołąbek. Ale nie od ptaka, tylko od grzyba – chociaż uczeń nadal był dość nieśmiały, rozmowa z pobratymcami szła mu znacznie lepiej niż kiedyś. Szczególnie z kotami, które potrzebowały jego pomocy. Bury skończył nakładać okład z ziół i pajęczyn na ranę Mordoru, instruując, by ta nie zdejmowała go samodzielnie.
– Musisz zostawić okład na swojej łapce. Inaczej rana może się nie zagoić. Nie powinno to zająć długo – powiedział cichym głosem i zabrał się za odkładanie ziół i pajęczyn na miejsce. – Proszę, przypilnuj jej – tym razem zwrócił się do Rohana.
Kocica przytaknęła, łapiąc córkę za kark i pomimo pisków protestów wyniosła ją z legowiska.

***

Gołąbek siedział przed legowiskiem uzdrowicieli, sortując swoje ususzone kwiaty. Nie zostało mu ich wiele, ale powinno mu ich wystarczyć na kilkukrotne przystrojenie futra. Kiedy kwiaty zostały już posortowane, uczeń usiadł przed nimi, zastanawiając się, które tym razem przykleić na swoje futro. Może stokrotki? Bury złapał leżący przy ścianie legowiska patyk z żywicą i zaczął nakładać ją na swoje futro. Następnie poprzyklejał stokrotki w miejscach z żywicą, starając się, by nie zgubić zbyt wielu płatków. Białe kwiatki bardzo mu się podobały. Pasowały do białych miejsc na jego futrze, a na dodatek nadal lekko pachniały.
Uczeń uznał, że teraz najlepiej będzie sprawdzić, jak ma się łapka Mordoru. Chciał się upewnić, że opatrunek zadziałał, jak należy i że w ranę nie wdało się żadne zakażenie. Poszedł do żłobka i przywołał do siebie kociaka. Kiedy oglądał jej łapkę, jedna ze stokrotek odczepiła się, spadając na nos Mordoru i brudząc go żywicą.

<Mordorze?>
[269 słów]

[5%]

Od Łabądka CD. Trzcinowego Szmeru

Ze żłobka patrzyła, jak mama ustawia wszystkie inne kociaki do pionu. Zakryła pyszczek łapką i zachichotała. Dobrze im tak. Teraz nikt nie będzie jej ochlapywać! Fakt, że mama okrzyczała jej rówieśników za coś zupełnie innego, nie robił żadnej różnicy. Bo co z tego, że lekko podkoloryzowała fakty? Po chwili Trzcinowy Szmer wróciła do żłobka i zaproponowała jej wplecenie kwiatów w futro. Koteczka przeskanowała je wzrokiem i zmarszczyła nosek. Czy one były jakieś ładne? Nieszczególnie. Ale skoro tata je przyniósł… Na pewno były wyjątkowe. Może rosły wyłącznie w jednym tajnym miejscu, które znał tylko on? Na pewno poprosi go, żeby ją tam zaprowadził, jak tylko będzie uczennicą! Skinęła łebkiem i usiadła. Po chwili jej kryza już była udekorowana kwieciem. Wstała i z wysoko podniesionym ogonem i dumnie uniesioną głową wyszła ze żłobka, żeby pokazać się innym kociakom.

***

Była przeszczęśliwa! Właśnie dostała specjalne odznaczenie na pysku namalowane przez samą Mandarynkową Gwiazdę! Może nie był to jej wymarzony królewski lotos, ale nadal! Teraz żadna Żabia Łapa nie będzie mogła konkurować z jej urodą! Bardzo chciała zapytać mamę, o co właściwie z tym wszystkim chodzi. Nie jej wina, że nie mogła się skoncentrować na zebraniu klanu! Niestety mama i tata poszli gdzieś. Pytała Złocistego Widlika, kiedy wrócą, lecz ten odpowiadał jej tylko, że musi być cierpliwa. Fukała wtedy oburzona. Nie będzie jej mówić, co ma robić! Do tego upoważnieni są tylko mama i tata. Siedziała w wejściu do żłobka i przeglądała się w kałuży w oczekiwaniu na powrót Żmijowcowej Wici i Trzcinowego Szmeru.

<Mame?>

Od Puchacza CD. Wrony

Siedział na gałęzi legowiska uczniów, wijąc dla siebie posłanie. Oczywiście, że nie był w stanie się skupić. Na ogół miał z tym problemy, ale teraz było to jeszcze gorsze. Popatrzył na puste miejsce obok swojego posłania. Jeszcze niedawno sypiała tam jego siostra. Teraz przeniosła się już na drzewo zwiadowców. Jak on miał z nią w ogóle konkurować?! Na osty i ciernie, trenował ją przywódca! Jak on miał kiedykolwiek ją prześcignąć? Nie mógł! Ich szanse po prostu nie były równe! On się starał! Robił, co mógł! Ale to wszystko nie wystarczyło! Bo nie miał jeszcze swojego mianowania. Matka pewnie nie chce go już trenować. Bo po co? I tak ma już jedno świetne dziecko. Tę swoją perełkę, oczko w głowie. A on przecież nawet nie miał prawa się wściekać. To zaszczyt mieć w rodzinie taką obiecującą personę. On był przecież tylko niewdzięcznym mysim bobkiem! Z tej całej wściekłości na siostrę, matkę i całą resztę Owocowego Lasu wysunął pazury i wbił je mocno w mech, rozdzierając go.
– Lisie łajno! – zaklął. To prawda, był mysim móżdżkiem. Nic nie potrafił. Ledwie umiał upolować mysz! Był zbędnym balastem dla społeczności i rodziny. Lepiej by było, gdyby stąd zniknął. Gdyby uciekł. Ale nie mógł. Ściągnąłby na rodziców i siostrę tylko więcej kłopotów. Musi się po prostu wreszcie wziąć w garść. Chociaż… dla takich porażek jak on chyba było już miejsce tylko wśród stróży. Powoli rozluźnił mięśnie i popatrzył się jeszcze raz na to, co zrobił. Kształt posłania był w miarę dobry, tylko było trochę dziurawe i kępki po prostu wyskakiwały z niego, nie robiąc sobie nic z faktu, że nie w tym miejscu powinny być. No trudno. Na takim będzie musiał spać do następnej ulewy. Westchnął ciężko, kładąc uszy po sobie.
– Puchaczu! Puchaczu, chodź!
Wyprostował się i postawił uszy na sztorc. Świetnie. Siostra przyszła wcierać mu w pysk to, co i tak już go męczyło po nocach. Powiódł wzrokiem za dźwiękiem i zobaczył uśmiechniętą czarno-białą, truchtającą w kierunku jego legowiska. No trudno. Teraz musiał się uśmiechnąć, pogratulować i mieć nadzieję, że kotka pójdzie sobie, zanim nie będzie już mógł utrzymywać tego całego teatrzyku. Zszedł z drzewa. Wrona czekała już na niego cała w skowronkach.
– Nie uwierzysz!
– Co? Mianowali cię zastępcą? – ukrył swoje rozgoryczenie za żartem. Kotka pacnęła go łapą.
– Nie! Jeszcze! – podkreśliła ostatnie słowo. – Odkryłam swoje imię duszy!
– Super! – powiedział z udawanym entuzjazmem. W rzeczywistości nie wierzył zupełnie w te całe bajki o Wszechmatce czy innym bycie znad chmurki.
– Jestem Skrzydło Tnące Powietrze! – wyszeptała z ekscytacją.
– Lepiej zostań przy Wronie – skomentował. Siostra udała oburzenie.
– Jak śmiesz! Raniące słowa wypowiadasz braciszku!
Puchacz uśmiechnął się lekko rozbawiony. Jaka szkoda, że ich relacja nie mogła być taka prosta… Wolałby tylko sobie tak ciągle żartować i nie przejmować się tym, jak wypadnie na jej tle. Kiedy tak patrzył na nią, czuł się ze sobą źle. To nie jej wina, że on nie może się teraz mianować. To wszystko przez niego… Jak może ciągle w myślach ją przeklinać?! Własną siostrę?! A potem jeszcze udaje, jakby wszystko było w porządku! Okłamywał ją. Był dwulicowym lisim łajnem. Z drugiej strony nie mógł jej tak po prostu powiedzieć tych wszystkich raniących rzeczy, które często wkradają się do jego głowy. Krzywdziłby ją. Chociaż… czy teraz robi coś lepszego?
– Puchaczu? – siostra pomachała łapą przed jego oczami. – Wrona do Puchacza! Co jest z tobą bracie?
Pomrugał kilka razy i pokręcił głową.
– Ja… nic…

<Wrono?>
[556 słów + tworzenie legowisk na gałęziach drzew]

[11% + 5%]

Od Niezapominajkowej Nadziei CD. Trzcinowego Szmeru


Słysząc słowa kotki po prostu odwróciła się, wbijając wzrok w łapy. Jeszcze na chwilę zerknęła na kocięta, po czym wyszła ze żłobka. W wejściu minęła się ze Żmijowcową Wicią, jednak nie miała ochoty nawet się przywitać. Kocur zabrał jej to, co było dla niej najważniejsze. Może i nigdy nie powiedziała jej co czuje, tak, ale jednak kotka była dla niej czymś więcej, niż tylko przyjaciółką. Po prostu dymna nie potrafiła zbyt dobrze rozmawiać o uczuciach… Żmijowiec tylko wykorzystał ją do posiadania kociąt, nic do niej tak naprawdę nie czuł… Chyba, że Trzcinowy Szmer zaczęła do niego łapać uczucia. Przełknęła ślinę, potrząsając głową. Ruszyła w stronę wyjścia z obozu, nie dając po sobie poznać, że łzy cisnęły się do kącików jej oczu. Tak, kocięta były słodkie, może nawet sama mogłaby takie mieć, choć nigdy nie czuła się tak, jakby mogła zostać dobrą matką, jednak… Kocięta Trzcinowego Szmeru nie były kociętami Niezapominajki. A to bolało ją najbardziej. Przyśpieszyła kroku, truchtając przez rozciągające się po terytorium pola. Czasami miała wrażenie, jakby była w Klanie Nocy zbyt odsłonięta. Co prawda tak, mieli trochę drzew przy granicach i na środku terenów, ale to nie to samo… Przysiadła na Kolorowej Łące, pomiędzy drzewami przy granicy z Klanem Burzy. Niedaleko tego miejsca księżyce temu znaleźli ją jej pobratymcy, którzy nie mieli pojęcia o jej pochodzeniu. Oraz o tym, że znała grupę uciekinierów z Klanu Wilka… Na Szczawiowe Serce spoglądała tylko czasami. On sam chyba ją pamiętał, bo gdy raz kopnął ją zaszczyt pilnowania go razem z jej ojcem, próbował z nią porozmawiać, ale… Kotka nie chciała wracać do przeszłości. Nie miała zamiaru. Czasami jednak mimowolnie wracała myślami do brata oraz kocura, którego od tak dawna nie widziała. Czy Mglisty Sen dobrze się ma? Czy też czasem o niej myśli..? W momentach jak ten, gdy Trzcinowy Szmer łamie jej bezustannie serce żałuje, że nie wybrała go zamiast niej. Niezapominajkowa Nadzieja leżała teraz w trawie, pazurami drapiąc ziemię. Jej futro było nastroszone, a oczy prawdopodobnie były pełne bólu, ale i złości. Zastrzygła uchem, słysząc jakiś dźwięk. Nie była w stanie jednak zidentyfikować, skąd pochodził. Zawęszyła, jednak jedyne co wyczuła, to mysz. Być może to właśnie to zwierzę krzątało się gdzieś między źdźbłami trawy, jednak była pewna, że brzmiało to na większą zwierzynę. Westchnęła wstając, po czym przyjęła pozycję łowiecką. Powoli zaczęła się skradać w stronę myszy, którą po chwili zauważyła. Ta ochoczo podgryzała sobie jakieś nasionko. Kotka naprężyła mięśnie, po czym wyskoczyła, lądując prosto na ofierze. Ta zaczęła się wyrywać, nie wiedząc, co się dzieje. Jednak szybkim wgryzieniem się w jej kark zabiła ją, przez co ta zwiotczała w jej pysku. Niezapominajkowa Nadzieja zastygła tak chwilę, czując, jak ciepło ucieka z ofiary. Po chwili otrząsnęła się jednak, wstając z ziemi. Drgnęła końcówką ogona. Być może po prostu musi odpuścić… Trzcinowy Szmer nigdy nie poczuje do niej tego samego. I nigdy chyba nie czuła… Kotka zwróciła się w stronę obozu, snując za sobą ogonem. Jej łapy wydawały się być ciężkie, a umysł jeszcze bardziej. Gdy dotarła do obozu wypuściła mysz z pyska, a ta spadła na stos zwierzyny. Robiło się ciemno, więc nie chciała już robić nic innego. Ruszyła do legowiska, kładąc się na swoim mchu. Legowisko Trzcinowego Szmeru dawno było przesunięte bliżej tego jej „partnera”. Niedługo po niej do środka wszedł jej ojciec. Teraz jego własne posłanie było nieco bliższe tego jej, a wieczorami czasami cicho ucinali sobie pogawędki. Czasem czuła ból słysząc, jak jej ojciec opowiadał o schadzkach z Lodową Sałatą. Brakowało jej matki, która została w Klanie Wilka całkiem sama…

***

O poranku wyruszyła razem z patrolem łowieckim, obserwując, jak Narwana Łapa trenuje z Kijankowymi Moczarami. Sama nigdy nie dostała ucznia, jednak ojciec pocieszał ją, że na pewno przyjdzie na nią czas. Chciałaby wytrenować ucznia, być z niego dumna, w ten sposób może wyładowałaby w jakiś sposób energię i negatywne uczucia, nie siedząc w końcu w obozie, czy też chodząc na same patrole. Może Mandarynkowa Gwiazda po prostu nie uważa, że ma na tyle dobrą wiedzę do przekazania? Prychnęła pod nosem. Narwana Łapa z resztą zbliżał się do swojego mianowania. Sama pamiętała własne, bardzo się wtedy cieszyła, choć trochę jej zajęło zostanie wojownikiem. Jemu zresztą też, ma już swoje księżyce. Zastrzygła uchem, słysząc niedaleko zwierzynę. Mały drozd dziubał w ziemi, szukając nasion. Obracał jedynie czasem główkę, spoglądając dookoła. Niezapominajkowa Nadzieja zaczęła powoli skradać się do ptaka, zniżając się, aby ten nie zauważył jej. W końcu gdy była na tyle blisko, wyskoczyła, lądując szybko na zwierzynie. Ptak próbował machać skrzydłami, desperacko chcąc wyrwać się spod jej pazurów. Jednak kotka była szybsza, kończąc żywot małego stworzonka. Podniosła zdobycz, chcąc wrócić do Kijankowych Moczar, jednak jej uwagę przykuł mały strumyk. W nim płynęło jedno większe źdźbło trzciny, z trzema mniejszymi tuż obok. Niezapominajkowa Nadzieja przysiadła nad strumykiem, obserwując roślinę, jednak po chwili kątem oka zauważyła, jak za nią płyną również dwa kwiatki. Dwie niezapominajki, tak dokładniej. Jedna była większa, z pięknymi, nasyconymi mocno kolorem płatkami kwiatu, a druga mniejsza, nieco jaśniejsza kolorem. Dymna kotka na pyszczku wymalowane miała zagubienie. Co mogło to oznaczać? Przecież nie może to być zbieg okoliczności… Podniosła łapę, chcąc ją zbliżyć do strumyka, jednak zamiast tego wzdrygnęła się słysząc głos swojego ojca.
— Niezapominajkowa Nadziejo! Wszystko w porządku? Czekamy na ciebie, złapałaś coś? — zapytał, podchodząc do niej od tyłu. Ta od razu potrząsnęła głową, odwracając się do niego.
— Tak, złapałam drozda. Po prostu… Trochę walczył, więc chwilę zajęło mi zabicie go. — odpowiedziała starszemu. Ten ewidentnie jednak jej nie wierzył. Spojrzał za siebie, prawdopodobnie upewniając się, że nikt ich nie podsłuchuje, po czym wrócił do niej wzrokiem.
— Słuchaj, wszystko w porządku? Zniknęłaś naprawdę na dłuższą chwilę… — zapytał zmartwiony.
— Serio? Tak szczerze, to nie zauważyłam… — Spojrzała na niego zdziwiona, bo mówiła prawdę. Nie zauważyła jak szybko minął czas. Kijankowe Moczary jeszcze chwilę przyglądał się jej, jednak westchnął.
— W razie czego wiesz gdzie mnie szukać. Choć, wracajmy do reszty. — Na jego polecenie kotka skinęła głową i podążyła za nim. Jeszcze na chwilę zerknęła na strumyk, jednak potrząsnęła głową, po czym przyśpieszyła kroku do ojca. Narwana Łapa najwidoczniej również miał pomyślne łowy, bo trzymał za ogony dwie myszy w pysku, a na ziemi leżał jeszcze okoń, którego zapewne złowił jej ojciec. Skinął teraz łbem w stronę obozu, na co patrol podążył za nim. Gdy dotarli odłożyli zwierzynę na stos, wybierając coś dla siebie. Dłuższą chwilę patrzyła na złapanego przez jej ojca okonia, myśląc intensywnie. Po chwili w końcu chwyciła go w pysk i skierowała się do legowiska karmicielek. Gdy tam szła, tuż przed nią przebiegła Rzekotkowa Łapa, w sumie prawie w nią wręcz wbiegając. Niezapominajkowa Nadzieja zatrzymała się gwałtownie, a uczennica zrobiła to samo. Odwróciła się do wojowniczki, z zawstydzonym wyrazem pyszczka. Niezapominajka spojrzała na nią lekko rozbawiona.
— Przepraszam, nie chciałam w panią prawie wbiec…
— Nie musisz mówić mi „pani”, Rzekotkowa Łapo. Poza tym, nic się nie stało. Ale uważaj następnym razem, bo taka Wężynowy Kieł może ci oderwać ogon! — zaśmiała się cicho, na co Rzekotkowa Łapa odwzajemniła się tym samym. Najwyraźniej delikatnie się rozchmurzyła, bo podziękowała Niezapominajce za radę, po czym ruszyła do wyjścia z obozu, przy którym czekał jej mentor. Niezapominajka skupiła się znów na celu podróży, czyli żłobku. Jednak z zaniesieniem jej jedzenia wyprzedził ją oczywiście, bo któżby inny, Żmijowcowa Wić. Niezapominajka zwiesiła ogon i uszy zrezygnowana, decydując się na zjedzenie samej okonia. Znalazła niedaleko swojego ojca, który akurat jadł z Siwą Czaplą. Usiadła obok, uśmiechając się delikatnie.
— Hej, mogę zjeść z wami? — zadała pytanie, jednak zauważyła, że Siwa Czapla patrzy na nią zdziwiony. No tak, nikt inny oprócz niej samej i Kijankowych Moczar nie wie, że to jej ojciec. — Po prostu nie ma zbyt wiele wojowników w moim wieku w obozie, wszyscy wyszli na patrole i treningi.
— Dobrze, zapraszamy. Nie gryziemy Niezapominajko. — zaśmiał się Siwa Czapla. — Zresztą, zawdzięczam ci swoją partnerkę, więc jestem ci winny wspólny posiłek.
— Ah, no tak. Cóż, chyba byłam po prostu plotkarą. — odpowiedziała zawstydzona.
— Nadal jesteś… — wyszeptał rozbawiony Kijankowe Moczary, na co Niezapominajka pacnęła go ogonem w bok.
— Haha, zabawne. Po prostu ktoś musi przekazywać informacje w klanie. Padło na mnie! — odpowiedziała, podnosząc głowę dumnie. Zaczęła zajadać okonia, a Siwa Czapla zdecydował się odezwać znowu.
— Z resztą, kiedy sama znajdziesz partnera? Znaczy, nie żebym jakoś wchodził w twoje personalne życie. Po prostu myślę, że tak ładna kotka na pewno jest na oku wielu kocurów w klanie. Bądź i nawet kotek! — na jego słowa kotka zamarła lekko, po chwili przełykając kęs, który miała w pyszczku, jednak nie smakował on już tak dobrze jak poprzednie.
— Cóż, kiedyś przyjdzie na mnie pora… Nie jestem aż tak stara, mam całe życie przed sobą. Nawet jeszcze nie miałam ucznia, więc na partnera czy też partnerkę też znajdzie się czas… — odpowiedziała, patrząc na żłobek niepewnie. Smutek ogarnął ją, przez co apetyt już kompletnie zniknął. Siwa Czapla chyba zauważył jej stan, więc zdecydował się nie naciskać.
— Rozumiem, mam nadzieję, że znajdziesz kogoś dobrego. Muszę się zbierać, za chwilę mam iść na patrol. — Kocur dokończył posiłek, wstał, po czym skierował się do wyjścia z obozu. Niezapominajkowa Nadzieja nadal patrzyła na okonia, a Kijankowe Moczary patrzył na nią lekko zmartwiony.
— Na pewno wszystko będzie dobrze. Obiecuję ci, Niezapominajkowa Nadziejo. Tak czy siak, musisz ją czasem odwiedzić. Może nawet ci to pomoże… — powiedział kocur, na co ta przez chwilę wpatrywała się w ziemię.
— Może… No dobrze, odwiedzę ją. W końcu nadal może być moją przyjaciółką… — powiedziała, na co kocur skinął głową, patrząc, jak ta odchodzi w stronę żłobka. Gdy była przy jego wejściu, wzięła głęboki oddech, aby się uspokoić. Gdy weszła, pod jej łapy trafiło jedno z kociąt, które przeturlało się do niej podczas zabawy z bratem. Łabądek potrząsnęła łebkiem, wpatrując się teraz w dymną. Cóż, to nie pierwszy kot który w nią dzisiaj wpadł.
— O, dzień dobry pani Niezapominajko! — przywitała się mała — Przepraszam za wbiegnięcie w panią!
— Nic nie szkodzi, nie musisz mi mówić pani. — poczuła wzrok Trzcinowego Szmeru, który wypalał dziurę w jej futrze. Podniosła głowę, teraz patrząc na nią, wyczekując, aż ta być może jednak odezwie się pierwsza.
<Trzcinowy Szmerze?>

Od Promiennego Słońca do Monarcha Pierwszego

Promyk miała swoje spokojne i ułożone życie. Odkąd uciekła z terenów swojego klanu, znalazła swoje miejsce w mieście. Jednak z czasem ciągnęło ją w dal. Ze swojego kawałka dachu, na którym spała co noc, widziała te pola, w których niedawno biegała. Były tak daleko, że wydawały się kompletnie obcym światem. A jeszcze całkiem niedawno Promienne Słońce przemierzała Złote Kłosy w nadziei, że spotka się z Łapką, że upoluje coś dla swoich kochanych braci i pójdzie spać pod kopułą pełnego gwiazd nieba. Teraz spędzała czas w dusznym i śmierdzącym mieście, pełnym psów, pieszczochów i szczurów. Była to drastyczna, acz potrzebna jej zmiana. Z dala od Klanu Klifu czuła się wolna, chociaż nadal bardzo smutna. Zdrada Tawuły nadal nie siedziała z nią dobrze. Jednak kiedyś musiała się z tym pogodzić.
Dzisiaj dla odmiany na jej daszku odwiedziła ją znajoma mordka. Łapka usiadła obok niej i spojrzała w dół.
– Trochę wysoko. – miauknęła. – Ale ładnie. Widać park!
– Widać. – przytaknęła Promyk, wstając i rozciągając się. – Wiesz co. Ja chyba wybyję na parę dni.
– Och… a dokąd? – Łapka spojrzała na swoją przyjaciółkę ze zmartwieniem. Promienne Słońce uśmiechnęła się szeroko, widząc ten błysk w jej oczach. Podniosła łapę i wskazała kierunek.
– W pola. Tam, od strony Klanu Wilka. Tam jest kawałek lasu. Może znajdę coś lepszego niż szczur czy gołąb. Obiecuję, że wrócę. Po prostu… tęsknię za zielenią, dzikością i… jedzeniem. Potrzebuję tam chyba od czasu do czasu wrócić. – przyznała Promyk.
– Rozumiem. I…może… przyniesiesz mi coś?
– Mogę spróbować. – Promyk otarła się bokiem o swoją przyjaciółkę na czułe pożegnanie i ruszyła w drogę. Dach po dachu, balkon po balkonie, ulica za ulicą i wkrótce była pośród zielonych pól. Wszystko pachniało inaczej niż w klanie, który tak dobrze poznała od maleńkości. Wiatr szumiał w trawach, a korony drzew kłaniały się delikatnie pomalowane już porą roku. Wszystko żyło tu życiem zupełnie różnym od tego w mieście. Promyk chciałaby wrócić do takiego spokoju, jednak wisiała nad nią pewna świadomość, że będzie to decyzja nieodwracalna. Przywiązała się już do Łapki i jej siostry Chmurki. Przywiązała się do tego jednego psa, którego wiecznie irytuje, siedząc na jego płocie, za wysoko na jego krótkie nogi. Przywiązała się do widoku jej dawnego domu, do swojego kawałka dachu, z którego jak orzeł podziwia świat. Jedno przywiązanie już straciła… Chociaż czy ona kiedykolwiek była prawdziwie przywiązana do Klanu Klifu? Może, kiedy Judaszowcowa Gwiazda był u władzy. Chociaż nawet wtedy nosiła w sobie pewną świadomość, że jest silnie ignorowana przez swój klan i innych wojowników.
Promienne Słońce wskoczyła na jakiś wyższy kamień i spojrzała przed siebie. Za nią były pola, przed nią lasek, a dalej gęstwiny Klanu Wilka, którego lepiej było nie zaczepiać. Jednak Promyk nie miała najmniejszego zamiaru przekraczać ich granicy. Wolała zachować swoje futro w całości. Spojrzała jednak na lasek przed sobą. Tam znajdzie coś odpowiedniego na ząb! I tak też zrobiła. Przyczaiła się na jakiejś gałęzi. Odkąd zaczęła tyle balansować na balkonach, poprawiła się jej też równowaga na drzewach, więc wkrótce miała w zębach wiewiórkę.
– Witaj jaśnie pani. – jednak czyjś głos przeszkodził jej w spokojnej konsumpcji. Promyk spojrzała pod siebie. Stał tam młody błękitny kot o oczach tak jasnych, jak letnie niebo.
– Hmm? – kotka uniosła na niego swoje uszy i zmrużyła oczy, zaciskając szczęki na swojej zdobyczy nieco mocniej.
– Pierwszy raz cię widzę w tych okolicach. Czyżbyś była… nowa? Pachniesz… – Zawahał się, szukając odpowiednich słów.
– Miastem. – odparła Promyk po odłożeniu swojej wiewiórki przy swoich łapach. – Pachnę miastem.
– Nie sądziłem, że koty miastowe potrafią tak dobrze polować! – to była albo pochwała, albo przytyk, ciężko było stwierdzić. Mimo to Promyk uśmiechnęła się krzywo.
– Całkiem spore zaskoczenie co? – miauknęła, strącając wiewiórkę łapą. Ta ledwo co ominęła pysk nieznanego jej kota. – Poczęstuj się, wyglądasz jakby wiatr, miał cię zaraz zdmuchnąć. – Promyk znajdzie sobie jeszcze coś przez te parę dni, które chce spędzić w tym skrawku lasku.

<Monarchu Pierwszy?>

29 czerwca 2026

Od Opadającego Rumianka

Księżyc temu

Chłód zbliżającej się Pory Nagich Drzew dawał znać coraz to większej liczbie kotów. Mimo to, Opadający Rumianek był pierwszym, który złapał gdzieś biały kaszel. W obawie, że rozprzestrzeni się na cały Klan Burzy, postanowił szybko przyjść do legowiska medyka. Nie chciał, aby przypadkiem ktoś inny posiadł jego choróbsko. Przywitał się cicho, rozglądając się za kimś, kto mógł mu pomóc, aż w końcu zauważył Wdzięczną Firletkę. Kojarzył kotkę i pamiętał, że nie należała do szczególnie szkodliwych. Nie była też głupia, jak choćby Rudzikowe Skrzydełko, jej dzieci, czy Tańcujące Pierze. Zakasłał cicho, chociaż nie do końca to planował. Pozwoliło to jednak na to, aby został zauważony przez szylkretkę. Podała mu odpowiednie zioła i odesłała go do lecznicy, gdzie ostatecznie udało mu się zasnąć.

***

Spał w przygotowanym legowisku, czując jak nadal drapie go w gardle. Zastanawiał się, czy nie powinien poprosić o mech nasączony wodą, jednak słysząc czyjeś niespokojne głosy, zadrżał lekko zdenerwowany. Zdecydowanie wolałby nie zostać oskarżony o podsłuchiwanie.
— Od momentu, w którym zostałeś zastępcą, musiałeś się z tym liczyć — we wnętrzu Kamiennej Wieży rozległ się cichy głos Wdzięcznej Firletki. — Wiesz, że stan jego zdrowia się pogarsza. A patrząc na jego wiek… To nieuniknione. Nie ma innej drogi do władzy niż śmierć poprzedniego przywódcy; z łap innego kota, czy naturalna — dodała szylkretka, a Rumianek poruszył się niespokojnie.
“Co mają oznaczać te słowa? Czy ktoś planuje uśmiercić Króliczą Gwiazdę? Fakt, faktem może i jest stary, ale czy to powód, aby się go pozbywać? W głowie się to wszystko mi nie mieści…” pomyślał, przełykając nerwowo ślinę.

Od Opadającego Rumianka do Rudzikowego Skrzydełka

Kilka dni temu

Był chłodny wieczór, gdy wojownicy Klanu Burzy usłyszeli wołanie zastępcy. Zawodzące Echo wybierał właśnie patrole. Nikt raczej nie miał ochoty ruszać tyłka z obozu. Zimno przedzierało się między ich łapami, czasem trafiało prosto w pyski. Ostatnich księżyców nie można było zaliczyć do najlepszych. Ciągłe upały, deszcze, a jeszcze wcześniej opady śniegu. Opadający Rumianek zastrzygł uchem, słysząc swoje imię poprzez szum wiatru i westchnął cicho. Zaraz obok swojego usłyszał jeszcze jedno imię – Rudzikowe Skrzydełko. Zauważył jak wesołe, niebieskie oczy błyszczą w świetle zachodu słońca i miał ochotę przekląć kotkę.
“Ze wszystkich kocich klątw… Dlaczego akurat ona?” pomyślał, wpatrując się w niebo, najprawdopodobniej w poszukiwaniu rady z niebios. Oprócz liliowego i srebrnej na patrol zostali wybrani także Pozłacana Pszenica i Lodówkowa Łapa. Szylkret już teraz wiedział, że nie przetrwa w takim towarzystwie. Skrzywił się mocno i zaraz ruszył pod wyjście z obozu.
— Wszyyyyscy są? — zaświergotała ruda kotka, a Rumianek miał ochotę się na nią rzucić.
W takich momentach żałował, że nie mógł oddać odrobiny inteligencji innym. W końcu on i tak rzadko się odzywa. Przydałaby się tym którzy bez przerwy kłapią pyskiem. Choćby właśnie byłemu Kocięcemu Rozumkowi. Do dziś nie zrozumiał, dlaczego kotka nie wykazała się ani odrobiną rozumu i postanowiła zabrać kocięta na zgromadzenie. Nie wspominając już o tym, że nie była nawet w stanie ich przypilnować. Dlatego, teraz gdy miał iść z nią na patrol, chyba wolałby zostać trafionym przez piorun, niż słuchać jej ciągłego gdakania. Miał tylko szczerą nadzieję, że nie odezwie się akurat do niego.
— Cześć! Czemu idziesz sam Rumianku? — usłyszał głos, wyrywający go z odmętów jego myśli.
Uniósł wzrok i zobaczył nikogo innego jak srebrną pokrakę. Miał ochotę przybić sobie piątkę z czołem.
“Chyba wibracje mojego mózgu ją przywołały. Może mysie mózgi tak mają?” pomyślał zdenerwowany.
Uśmiechnął się łagodnie i odetchnął cicho.
— Dzień dobry Rudzikowe Skrzydełko. Nie wolisz porozmawiać z Pozłacana Pszenicą? Wydaje się dla ciebie lepszym towarzystwem — mruknął niezadowolony.

<Rudzikowe Skrzydełko?>

Od Opadającego Rumianka do Zewu

Opadający Rumianek przeciągnął się w legowisku. Zastrzygł uchem, słysząc piski kociąt gdzieś w oddali. Zaczął się zastanawiać, które z gaworzących bachorów mogło być takie głośne. Wychylił głowę zza krzaków, zauważając kocięta Zawodzącego Echa. Westchnął cicho, zastanawiając się, czy aby na pewno chce mieć kontakt z młodymi zastępcy. Teraz już nie dogadują się tak dobrze, jak dawniej, czego Rumianek zdawał się żałować. Miał już jednak kontakt z jego córką, może tym razem wpadnie na Zewa. Przeciągnął się, rozprostowuje coraz to starsze kości i podreptał w stronę stosu zwierzyny. Chwila nieuwagi podczas sięgania po drobnego wróbla i już zdążył ktoś na niego wpaść. Konkretnie w jego mięciutkie, puchate łapki. Rozejrzał się, jednak nie zauważył nikogo, dopóki nie obniżył lekko głowy.
— Ah… — mruknął cicho, krzywiąc pysk. — Dzień dobry Zew — dodał, zabierając ptaszynę i siadając niedaleko stosu.
Liczył na spokój, jednakże dymny kociak i tak postanowił się do niego przypałętać. Nie wyglądał na szczególnie szczęśliwego, może po prostu chciał przeprosić za to, że na niego wpadł.
— Dzień dobry… — miauknął kociak, znużonym głosem.
Oboje zamrugali kilkukrotnie, a liliowy skrzywił się nieznacznie.
— Potrzebujesz czegoś? — rzucił nieco oschle, ale zaraz westchnął cicho. — No co? Wracaj do siostry. Albo do żłobka — mruknął już nieco mniej zirytowany.
— Nie chcę. Łza jest głupia. Chcę do domu — wyszeptał niezadowolony Zew.
Rumianek westchnął cicho. Najwidoczniej kociak również tęsknił za rodziną. I wychodzi na to, że trafiło mu się akurat nielubiane rodzeństwo.
— Jestem Opadający Rumianek. I jestem kocurem — odparł, podkreślając ostatnie słowo.
— Ale pachniesz jak kotka — stwierdził, mrużąc oczka lekko zainteresowany.
Rumiankowi drgnęła lekko powieka.
— Nie jestem nią — odparł krótko, a kociak mruknął coś pod nosem niezadowolony.

<Zewie?>

Od Opadającego Rumianka do Łzy

Jakiś czas temu

Wieczór wyglądał na zaskakująco spokojny. Liście krzewów kołysały się spokojnie na chłodnym wietrze, który zmuszał koty do spania nieco bliżej siebie niż zwykle. Wyjątek stanowił Opadający Rumianek, leżący tuż przy wyjściu z legowiska wojowników. Szylkret wyglądał, jakby kogoś wypatrywał, choć gdyby spytać samego kocura, sam nie byłby tego pewien. Ostatecznie więc zdecydował się na obserwowanie żłobka, w razie, gdyby jakiś młodziak chciał wybrać się na nocną przechadzkę. Wiatr owiewał mu pyszczek, sprawiając, że fragmenty puszystego futra od grzywki brutalnie wpychały się mu do czekoladowych oczu. Zaczął powoli je wyciągać, dopóki nie usłyszał tupotu czyichś łap. Pozbyli się resztek futra z oczu i zatrzepotał długimi rzęsami, poszukując dźwiękotwórcy. Nie spodziewał się jednak, że będzie nim niewielka młódka, wpatrująca się prosto w jego miękkie łapy. Najpierw skrzywił się nieznacznie, tak jakby ktoś podrzucił mu zepsutego zająca. Zaraz potem uświadomił sobie, kto dokładnie przed nim stał. W niebieskich oczach i czarno-białym futrze rozpoznał córkę Zawodzącego Echa, ale nie tylko – jedne z kociąt z wielkiego sojuszu z Owocowym Lasem. Brązowooki westchnął nieomal cierpiętniczo i uśmiechnął się do kociaka. Zamiast jednak postąpić z młódką delikatnie, zapomniał dobrać odpowiedniego tonu i wymruczał:
— Witaj Łzo. Wyglądasz trochę strasznie z tym białym pyskiem.
Niebieskooka spojrzała na liliowego pytająco.
— Dobry wieczór Opadający Rumianku — zaczęła dymna. — Chyba jesteś samotny… Mogę jakoś pomóc? — zapytała, świecąc niebieskimi oczkami.
Rumianek nie należał do głupich i wiedział, co oznaczały te oczy, jednak mimo to postanowił ulec. Kotka sama najwyraźniej chciała, aby ktoś skupił na niej uwagę. Kto wie, może nie zauważają jej w żłobku? Opadający nie miał ochoty długo się nad tym zastanawiać. Faktycznie potrzebował, choć odrobinę towarzystwa w ostatnich czasach, dlatego bez zastanowienia kiwnął głową.
— Trochę. Brakuje mi mojego rodzeństwa… — szepnął z dozą smutku w głosie, mimo tego, że na jego pysku gościł drobny uśmiech.
Liliowy nienawidził kociąt. Dlaczego więc teraz z jednym rozmawiał? Może pomagał fakt, iż nie było jego? A może fakt, że czarna najwyraźniej należała do tych nieco bardziej inteligentnych kociąt?

<Łzo?>

Od Opadającej Łapy (Opadającego Rumianka)

Dawniej

Rumianek westchnął cicho. Nie miał nawet najmniejszej ochoty wstawać ze swojego legowiska, a słyszał już, jak jego mentor wesoło świergota z innym uczniem na temat dzisiejszego przyszłego treningu. Z rozmowy dowiedział się, że dziś będzie mógł podszkolić się w polowaniu na króliki. Wzruszył ramionami znudzony. Ćwiczyli to samo może kilka wschodów słońca temu. Opadająca Łapa miał ochotę wypowiedzieć się co myśli na temat technik nauki Dzwonkowego Świstu, ale brakowało mu odwagi. Radosna aura, którą wytwarzał starszy kocur była dla liliowego bardzo przytłaczająca. Dziwnym trafem czuł się przy własnym mentorze odrobinę niekompetentny socjalnie. Energia, jaką generował Świst była wręcz dla Rumianka niewygodna. Starał się jednak ignorować ten fakt.
— Idziesz? — zapytał Dzwonek z uśmiechem na pysku, a liliowy kiwnął głową na tak.
Szli obok siebie w ciszy, chociaż rudzielec próbował nawiązać co jakiś czas rozmowę. Nie kleiła się ona jednak, gdyż Rumianek dawał mu tylko zdawkowe odpowiedzi. Ostatecznie więc szli w ciszy. Gdy trafili nareszcie na miejsce, liliowy od razu zaczął rozglądać się za zwierzyną. Nie był najlepszy w bieganiu. Właściwie to w niczym. Mimo to wzruszył ramionami i jak przy każdym z poprzednich treningów zaczął ganiać za królikiem, próbując go złapać. I tym razem się nie udało. Ostatecznie padł zmęczony na ziemi, starając się nabrać więcej powietrza w pierś, co skutecznie uniemożliwiał mu zatkany nos. Spojrzał rozzłoszczony na rudzielca, ale trzymał pysk zamknięty.
— Możemy wracać — miauknął. — Zobaczysz, następnym razem się uda! — dorzucił pociesznie, a Rumianek walczył ze sobą, żeby mu nie odwarknąć.
“Nie uda się” pomyślał tylko i ruszył do obozu zaraz za swoim mentorem.

Od Rumianka (Opadającego Rumianka)

Dawniej

Mała Rumianek leżała w żłobku kociąt z przygnębionym pyszczkiem. Znowu czuła się jak nie w swojej skórze. To było już nawet tradycją. Przeciągnęła małe ciałko i wypełzła po cichu z legowiska, rozglądając się w poszukiwaniu kogoś interesującego. Nie minęło dużo czasu, aż spotkała jakiegoś kocura. Tak przynajmniej uznała na początku, zanim tamten się odezwał.
— Dzień dobry maluchu! Właśnie wróciłam z polowania. Masz na coś ochotę? — zapytał…a z uśmiechem na pysku.
Rumianek rozdziawiła buzię w szoku.
— N-Nie jesteś kocurem? — zapytała i polizała się po piersi, rozmyślając. — A-A-A jakie to uczucie? Znaczy… — zaczęła, ale szybko się rozmyśliła.
— To się czuję. Po prosto nie jesteś do końca sobą. Wiesz, że coś powinno być inaczej. Czemu pytasz Rumianku? — uniosła lekko brwi.
— Nic… Tylko mnie zainteresowałaś — odparła szybko, a zaraz po tym natychmiast ucichła. — Ja… Czuję się dziwnie. Ale nie dziwnie, nie boli mnie nic! Tylko denerwuje mnie zapach, jaki mi towarzyszy. I fakt, że kiedyś mogę mieć kocięta! Nie chcę ich! — wymamrotała, kołysząc się nerwowo.
— Może chciałbyś, abym nazywała się kocurem? Brzmi fajnie, co? — mruknęła kotka, tak jakby wiedziała, co było na rzeczy.
Rumiankowi zaświeciły się oczy. Kotka nie sądziłaby, że to mogło być takie proste.
— Dziwne uczucie. Czuję się lżej…szy? — miauknął i łagodnie się uśmiechnął.
— Masz jeszcze czas maluchu. Możesz być, kim chcesz. Nawet kocurkiem — dodała kotka, odchodząc do swojego legowiska.

Od Rumianka (Opadającego Rumianka)

Dawniej

Rumianek wtuliła się bardziej w matkę, słysząc piski swojego rodzeństwa. Razem była ich czwórka. Koteczka oprócz chłodu od matki czuła pewien smutek. Mała Rumianek nie wiedziała, że straciła już rodzeństwo. Na niewiele zdały się starania, aby sprawić by malutka Mara, jak nazwano martwe kociątko, nabrała powietrza w drobne płucka i mogła psocić razem ze swoim rodzeństwem. Niektórzy mawiają, że potomstwo może wyssać jakieś emocje wraz z mlekiem matki. Może szylkreteczka wyciągnęła od Ryku właśnie smutek i żal? A może po prostu czuła się z czymś źle? Zamrugała kilka razy, a jej jeszcze niebieskie oczka, skierowały się na zimne oczy starszej samotniczki. Pisnęła cicho i zmarszczyła nosek, jakby była z czegoś bardzo niezadowolona. Odsunęła się od skulonych ze sobą futrzaków i siedziała przez chwilę obok, wpatrując się w “swoją” szczęśliwą rodzinę. Kichnęła cicho, czując, jak zatyka się jej lekko nosek. Z załzawionymi oczkami zaczepiła matkę puchatą łapką. Ryk, chociaż niezbyt zadowolona, przygarnęła liliową do siebie i wyczyściła jej futerko, co spotkało się z oburzonymi piskami. Maluchy nie umiały jeszcze za bardzo mówić, ale już potrafiły dokuczyć matce i reszcie rodzinki. Choćby przy porze karmienia, gdy to zaczęły wydzierać się wniebogłosy, przepychając się w stronę ich matki.

***

Opadającego Rumianka obudził koszmar. I coś, co uporczywie łaskotało go w nos. Miał szczerą nadzieję, że był to ogon Kminkowego Szumu. Rozejrzał się po legowisku, w poszukiwaniu znajomych pysków, jednak żadnego nie zauważył. Nie mógł nimi również nazwać swoich klanowych pobratymców. Tęsknił za…rodziną.

Od Firletki

Gdy Firletka tak pilnował swojej konstrukcji przed przyjściem rodziców, zasnął. Po prostu stracił czujność i poszedł spać. Nie drzemał długo, bo w końcu, gdy usłyszał znajomy głos, natychmiast się obudził i wręcz podskoczył z ekscytacji. W tym samym momencie Słonka i Ćma się obudziły, a Mysikrólik skończyła zabawę kulką z mchu. Kocurek podreptał do mamy i się otarł o jej łapy, po czym zrobił to samo przy tacie.
— I jak, spaliście, gdy nas nie było? — zapytał Trójoki Zając, obejmując łapą syna.
— One spały, a ja… — przerwał krótko. — …Zobaczycie — uśmiechnął się chytrze, po czym z ogonem wyprostowanym ku górze, poprowadził do dziecięcej konstrukcji ptaka z patyków i piór. Najpierw jeszcze zasłonił go swoim ciałem, dopóki siostry i rodzice nie podeszli. Zajrzeli z ciekawością, po czym Firletka, drżąc z ekscytacji, odsłonił swoją twórczość.
— To taki ptak! Na nim możemy układać wszystkie pióra, które przynosi tata! — wytłumaczył z entuzjazmem, a Ćma podeszła bliżej.
— To tutaj było moje piórko zniczka! — zaśmiała się, a Mysikrólik uśmiechnęła się chytrze.
Kocurek czekał na aprobatę ze strony rodziców. W końcu Trójoki Zając powiedział:
— Firletko, to jest cudowne. Jesteś taki zdolny — ułożył się obok syna i przytulił go pyskiem. Niebieski poczuł, jak rozpala się ze szczęścia.
— Zgadzam się. Taki mały, a już takie rzeczy wymyśla. Jesteśmy dumni — dopowiedziała Kukułka z czułością w głosie.
— A możemy się bawić tymi piórkami? — zapytała się Ćma, podchodząc do brata.
— Yy… no chyba tak. Zrobiłem to po to, żeby były w jednym miejscu — wyjaśnił, a kremowa rozbłysła, po czym wzięła dumnie piórko zniczka.

Od Wzorzystej Dali

Nadal wytrwale chodziła na granicę z Klanem Nocy. Nie porozmawiała z Senną Łzą ani razu od ich pierwszego spotkania, ale to jej nie zniechęcało. I tak za każdym razem, gdy widziała z oddali szylkretowe futro, cieszyła się przekonana, że była to ona. Właśnie szła na granicę pomimo nieprzyjemnej pogody. Była przekonana, że również dzisiaj posiedzi przez chwilę na głazie, po czym wróci do obozu, nie chcąc musieć tłumaczyć się medykom, dlaczego się przeziębiła. Brnęła przez piasek, co chwilę odgarniając grzywkę sprzed oczu. Wtedy zobaczyła swój cel… i szylkretową wojowniczkę! Przyspieszyła, mając nadzieję, że to ona i że nie pójdzie sobie, przed tym, jak tam dotrze. W końcu stała tuż przy znacznikach zapachowych… i naprzeciwko Sennej Łzy! Starała się opanować ekscytację.
– O, Senna Łzo! Jak tam u ciebie?
Kotka uśmiechnęła się do niej.
– W porządku, a u ciebie?
Zastanawiała się co powiedzieć, żeby przedłużyć rozmowę i jednocześnie miała nadzieję, że nie widać na jej twarzy rumieńców. Niestety przez to kotki po prostu stały w niezręcznej ciszy wśród szumu fal. Nocniaczka popatrzyła na nią jeszcze raz i ponownie się uśmiechnęła… tym razem zmieszana.
– Wiesz… robi się zimno… ja już muszę wracać do obozu… Do zobaczenia innym razem!
Ostatnie dwa słowa Klifiaczka powtórzyła pod nosem. “Innym razem”... To kiedy będzie wreszcie ten inny raz? Za kolejne kilka księżyców? Czy wtedy znowu będzie tak jak teraz? Nie… To nie miało szans się udać. Nawet gdyby Wzorek nie była taka niezręczna. Związki międzyklanowe były zakazane. Obie mogłyby mieć kłopoty. Może to lepiej, że nie wyszło? Nie zmieniało to jednak faktu, że była okropnie zawiedziona. Na osty i ciernie, czemu musiała zawsze wybierać tak nieodpowiednie dla niej kotki?! Niebiańska Poświata, Senna Łza, Psotny Nietoperz… No tak… Uczucie, które od dawna było gdzieś tam, ta iskierka, którą czuła do Psotki… Wiecznie tłumiona, wypierana, nieakceptowana. A nigdy nie zgasła… Szkoda, że była gotowa zaakceptować ten fakt dopiero po tym, jak czarno-biała zaczęła kręcić z nowym członkiem klanu… Ten ptak już odleciał. Już po wszystkim… Z oklapniętymi uszami i zwieszoną głową, zaczęła stawiać kroki w kierunku obozu, ciągnąc ogon po piasku.