— Dość dużo dołącza do nas nowych kotów. Nie wiedziałem, że u nas jest tak wspaniale… Do was czasem nie doszło kilka Nocniaków albo innych samotników?
Powiedział to takim tonem, że protektor mógł odczuć, jak bardzo Dziki Berberys nie chciał kolejnych nowych gości w Klanie Burzy.
— Co sądzisz o samotnikach oraz uciekinierach z klanu, Naparstnicowa Łapo? — zapytał, nie będąc świadom, że kocur został przez ten czas mianowany na protektora.
Serdeczna Naparstnica uśmiechnął się nerwowo do łaciatego kocura. Coś mu świtało, że jeden z klifiackich wojowników ostatnio uciekł z klanu. Czyżby trafił akurat do Klanu Burzy? Choć Dziki Berberys wspomniał coś o Nocniakach i samotnikach. W takim razie może myślał, że Królicza Prawda, bo tak chyba nazywał się uciekinier, był bezklanowcem?
— Ja? — mruknął po chwili zakłopotany. Nie uważał, by uciekanie z miejsca, do którego nie chciało się należeć, było czymś złym. To znaczy, on sam nie wyobrażał sobie uciec, ale inni? Inni mogli mieć ku temu powód, nie to co on. — Cóż, samotnicy mi nie przeszkadzają, póki nie są agresywni i nie kradną nam zwierzyny — stwierdził, odwracając wzrok od rudego.
— A co z uciekinierami? — naciskał Dziki Berberys.
— Z uciekinierami? No, nie wiem. W każdym razie możesz mieć pewność, że ja nie zamierzam dołączać do Klanu Burzy — zaśmiał się nerwowo, choć teraz sam nie wiedział, czy powinien był to tak ująć. — Choć nie mówię, że jest u was źle! Na pewno macie wszystkiego pod dostatkiem — dodał jeszcze, na co Dziki Berberys zmrużył ślepia.
Przez moment trwali tak w ciszy, dopóki biało-niebieski nie kontynuował:
— Wiesz, czego ja nie lubię najbardziej? Kotów, które zawierają międzyklanowe związki — mruknął, myśląc o swojej matce. Na jej wspomnienie na jego języku pojawił się gorzki posmak. — I które potem jeszcze mają czelność zakładać rodzinę! Po co robić to tym biednym kociętom? Po co skazywać je na życie z jednym rodzicem pod spojrzeniami podejrzliwych pobratymców? — zirytował się.
Dziki Berberys przybrał zmieszany wyraz pyska, lecz niczego nie powiedział.
— Przez takie głupie koty kolejne pokolenia muszą potem cierpieć! Muszą żyć ze świadomością, że zostały skazane na straty tylko przez to, jakiej kotce się urodziły. No powiedz mi, czy to brzmi sprawiedliwie? — kontynuował, aż futro na jego karku się zjeżyło. — No, brzmi czy nie? — fuknął, odwracając wzrok od Burzaka.
— Dobra, dosyć już tego — mruknął w końcu łaciaty, kręcąc głową. — Muszę już wracać do obozu — dodał, po czym zrobił krok w tył.
Naparstnica wciąż ze złości wymachiwał ogonem na boki. Gdy Dziki Berberys odchodził, krzyknął jeszcze za nim:
— Tak w ogóle to się mianowałem! Teraz mam na imię Serdeczna Naparstnica!
* * *
Teraźniejszość
Sprawa śmierci Tawułowej Bryzy spędzała mu sen z powiek. Lśniąca Gwiazda upierał się, że białofutry okazał się zdrajcą, a zamordowanie go było konieczne, lecz protektorowi nie chciało się w to wierzyć. Śmierć nigdy nie powinna być rozwiązaniem. Nawet Gąsienicowy Ogryzek, który podobno zamordował Pikującą Jaskółkę, nie otrzymał tak srogiej kary.
No właśnie, Gąsienicowy Ogryzek. Kolejny powód, dla którego Naparstnica uważał, że Lśniąca Gwiazda nie jest taki święty, za jakiego się podaje. Jego wujek w życiu nie skrzywdziłby nawet muchy, a co dopiero przeprowadził zamach na przywódczynię! To kompletnie się nie kleiło. Poza tym, skoro rudy lider miał być taki świetny, to dlaczego Królicza Prawda postanowił uciec z klanu? I dlaczego Lśniąca Gwiazda skłamał na jego temat podczas zgromadzenia? Kremowy wojownik nigdy nie był niebezpieczny. Nigdy nie urządzał w obozie awantur i nigdy nikogo nie zamordował, próbując później wmówić innym, że tak musiało się stać.
Wszystkie te wątpliwości sprawiały, że w Serdecznej Naparstnicy narastała frustracja. Chciał coś zrobić ze swoimi podejrzeniami. Chciał działać — lecz kim on był, by cokolwiek zmienić? Był tylko krótkonogim, słabym protektorem, który ponadto nie miał zbyt dużej charyzmy i nie nadawał się na mówcę. Lśniąca Gwiazda zmiażdżyłby go jak robaka, gdyby tylko zaczął za bardzo mu podskakiwać.
Ta myśl sfrustrowała go tak bardzo, że kocur aż wcisnął głowę w łapy, a z jego oczu popłynęły ciepłe łzy. Czuł się taki... bezsilny. Zupełnie jak wtedy, gdy jego siostra, Świetlista Walka, upadła i zaczęła się trząść, a on nie wiedział, jak jej pomóc. Miał tylko nadzieję, że Klan Klifu szybko wróci do normalności i obejdzie się bez kolejnych śmiertelnych ofiar.
W końcu od tego cichego płaczu i narastającej irytacji rozbolała go głowa. Na tyle mocno, że nie dało się tego zignorować ani uznać, że za chwilę samo przejdzie. Postanowił więc otrzeć wilgotne futro na pysku i wstać, kierując się do legowiska medyków.
Zastanawiał się przy okazji, czy Jagnięcy Ukłon i Aldrowandowa Łapa wiedzą, kim naprawdę jest Lśniąca Gwiazda, czy może nadal widzą w nim sprawiedliwego lidera. Czy Klan Gwiazdy kontaktował się z nimi w tej sprawie, czy może był bardziej zajęty zsyłaniem klątw na niewinne kocięta?
Serdeczna Naparstnica wsunął głowę do lecznicy i rozejrzał się po wnętrzu skąpanym w półmroku. W końcu dostrzegł parę kobaltowych oczu należących do starszej medyczki.
— Cześć, Jagnięcy Ukłonie. Prosiłbym o coś na ból głowy — mruknął.
Ruda skinęła głową i zaraz podeszła do składzika, wyciągając z niego odpowiednie zioło.
Po chwili rzuciła je pod łapy Naparstnicy, a ten bez wahania je zjadł. Podziękował jej skinieniem głowy, po czym ich spojrzenia spotkały się na kilka uderzeń serca. W końcu medyczka odwróciła się od niego i wróciła na swoje posłanie.
Czy wiedziała, dlaczego wyglądał teraz tak smutno? Nie, na pewno nie. Nie wyglądała na kotkę, która chciałaby wszczynać rewolucję.
Protektor westchnął ciężko i wrócił na swoje posłanie. Czy tylko on uważał, że Lśniąca Gwiazda nie mówi klanowi całej prawdy, czy inni również podzielali jego podejrzenia? Nie dowie się, dopóki nie zacznie pytać pozostałych.
Jednocześnie bał się, że jeśli trafi na niewłaściwego kota i zostanie wydany, może skończyć jak Tawułowa Bryza albo Królicza Prawda. Martwy. Lub oczerniony w oczach kotów ze wszystkich pięciu przynależności.
* * *
Wiedział, że z Tawułową Bryzą już raczej sobie nie porozmawia, chyba że zakradnie się do świętego miejsca, gdzie kontakt z Klanem Gwiazdy jest najsilniejszy. Uważał to jednak za zbyt ryzykowne. Poza tym nie wiedział, jak to wszystko działa i czy w ogóle udałoby mu się nawiązać kontakt z którymkolwiek z przodków. Pozostawał jednak drugi kot, który z pewnością miał jakieś obiekcje wobec rządów Lśniącej Gwiazdy — Królicza Prawda.
Naparstnica domyślał się, że kremowy może przebywać w Klanie Burzy, ponieważ to właśnie Zawodzące Echo podczas zgromadzenia, na którym rudofutry wspomniał o uciekinierze, wyglądał na najbardziej zaskoczonego. Nie wiedział jednak, jak trudne okaże się odnalezienie dawnego wojownika Klanu Klifu i czy w ogóle będzie to możliwe. Nie było wiadomo, czy Królicza Prawda nadal przechadzał się w pobliżu granic, czy może wolał trzymać się od nich z daleka, by uniknąć kłopotów. Mogło też być tak, że dymny zastępca uwierzył słowom Lśniącej Gwiazdy i Królik był teraz więźniem.
No cóż, nie dowie się, dopóki nie zagada do jakiegoś Burzaka.
Tak się złożyło, że jeden z nich — i to całkiem dobrze znany Naparstnicy — zmierzał właśnie w jego stronę. Był to nie kto inny jak Dziki Berberys.
— Hej, Berberysie! — mruknął z niepodobną sobie radością. — Wydaje mi się, że przebywa u was niejaki Królicza Prawda. Chciałem się dowiedzieć, czy może z nim rozmawiałeś. Może wiesz też, czy przechadza się przy granicach, czy raczej trzyma się bliżej obozu? Chciałbym z nim porozmawiać, ale nie wiem, jak go złapać — zakończył, poruszając niespokojnie ogonem.
<Dziki Berberysie?>
Wyleczeni: Serdeczna Naparstnica
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz