— Nie — rzuciła twardo, nie siląc się na wyjaśnienia.
— Czy w takim razie zjesz ze mną? — zapytał, wskazując łapą na gryzonia. Kotka skinęła głową, lecz jej pysk pozostawał wygięty w grymasie. — Wyglądasz na zdenerwowaną — rzucił w końcu, nie chcąc ignorować irytacji wymalowanej na mordce pointki.
— Bo jesztem... — wyburczała, schylając się po pierwszy kęs.
— Młodość powinnaś spędzić na czymś innym niż przejmowaniem się każdą sprawą w klanie — poradził z dobroci serca.
— Nie wydaję mi szię... Gdyby wszyszcy chociaż trochę ruszali głowami od maleńkoszci, nie muszielibyszmy wiecznie zmagać szie z takimi problemami — rzuciła, wpatrując się w powoli pustoszejący, poranny obóz.
— Nie powiedziałem, że masz działać bez pomyślunku. Na to jesteś za mądra — stwierdził, biorąc kilka kęsów zwierzyny.
— Tak, jesztem. Ja nigdy nie dałabym jakiejsz przybłędy na sztanowiszko zasztępcy. Tak szamo nie zrobiłaby tego babka. Nawet ja jesztem w Klanie Klifu dłużej niż Truszkawkowe Pole, a jesztem niemal trzykrotnie młodsza. To niepoważne. To podejrzane. To wszystko, nie tylko szprawa zasztępcy. Nie podoba mi szię to, wszysztko mi szię nie podoba. Jeszcze nasz wszystkich zanieszie na dno — wywarczała pod nosem.
Królicza Prawda nie mógł ukryć, że zgadza się ze słowami córki. Nie podobał mu się ten cały Lśniąca Gwiazda i nie podobało mu się to, jak głęboko w poważaniu miał decyzję swojej poprzedniczki — Pikującej Jaskółki. To Mysi Postrach powinien był dostąpić zaszczytu zostania liderem, a zamiast tego został strącony na samo dno hierarchii. Został wojownikiem. Dobrze, że chociaż nie więźniem! Ciekawe, co on sam o tym wszystkim myślał. Dlaczego nie walczył o swoją posadę? Dlaczego nie było słychać w obozie jego sprzeciwów? Czyżby cieszył się, że nie musiał teraz nosić na barkach obowiązków lidera? A może rudofutry kocur zagroził mu, że jeśli spróbuje podskakiwać, to zostanie zabity? Wygnany? Nazwany zdrajcą, zagrożeniem?
— Rozumiem, że cię to frustruje, ale Lśniąca Gwiazda zapewne będzie jeszcze rządził przez długie księżyce. Póki cię lubi, a zakładam, że tak jest, skoro jesteś jego siostrzenicą, to nie próbuj tego zmienić. Nawet jeśli Klan Klifu zacznie się walić, to przynajmniej będziesz pierwsza do uratowania — stwierdził, smutnym wzrokiem patrząc na pointkę. On, mimo że w klanie uchodził za partnera Źródlanej Łuny, nie miał takich przywilejów. Lśniąca Gwiazda patrzył na niego raczej jak na syna Pikującej Jaskółki, przez co kremowy nie czuł się tu do końca bezpiecznie. Już nie. — Nie wydaje mi się, by Klifiacy szykowali przeciwko niemu jakiś bunt. Tak już jest. Niektórzy wolą być ślepymi owcami i podążać za tłumem, zamiast połączyć siły i wspólnie walczyć przeciwko wrogowi — dodał, przenosząc wzrok na nadgryzioną piszczkę. Stracił już apetyt. — Nie mówię, że ja jestem lepszy. Także nie staram się, by coś zmienić. Nie chcę skończyć z poderżniętym gardłem, choć wiem, że póki nikt nie umrze, każdy będzie sobie wmawiał, że jeszcze nie jest tak źle. Że zagrożenie nie istnieje, że nie może im się przytrafić coś złego — zakończył, po czym umilkł, nie chcąc już więcej niczego dodawać. Mimo wszystko istniała szansa, że ktoś może podsłuchać ich rozmowę.
— No wlasznie… — fuknęła pointka. — W końcu ktosz umrze! Co, jeszli będzie to twój brat? Albo ten Bukowa Korona? — odparła, specjalnie wymieniając koty, które Królicza Prawda lubił i na których mu zależało.
To sprawiło, że kremowego zatkało. No właśnie, co jeśli?
— W takim razie im też powiem, by mieli się na baczności. Przecież Lśniąca Gwiazda nie będzie mógł im zrobić krzywdy na oczach całego klanu, prawda? — zastanowił się, choć jego słowa brzmiały dosyć niepewnie.
— Nie byłabym tego taka pewna. Niektórym to i mógłby wcisznąć liszie bobki poszypane płatkami kwiatów, a i tak by za nie podziękowali! — stwierdziła oburzona, uderzając ogonem o podłoże.
Może i było w tym trochę racji. Lśniąca Gwiazda z całą pewnością miał koty, które popierały jego przywództwo.
— Dobra, koniec już tego. Nie będę pozwalał na to, by jakiś futrzak zepsuł nam wspólny, rodzinny posiłek — mruknął, choć wiedział już dobrze, że nie miał nawet ochoty kończyć tej myszy. Więc z posiłku nici.
Oszroniony Kieł przewróciła oczami, zirytowana.
* * *
Po straceniu życia przez Króliczą Gwiazdę
Nastroje w Klanie Burzy były… różne. Królicza Gwiazda prawie nie wychodził ze swojego legowiska, a zamiast tego wszystkim zajmował się Zawodzące Echo. Dymny kocur zresztą przez ostatnie dni też nie wyglądał najlepiej. Coś widocznie go uwierało, stresowało. Czyżby szykowało się coś niedobrego? Może jakaś wojna z Klanem Klifu…? Kremowy wolałby, by sprawa jego zmiany przynależności nie poskutkowała konfliktem tych dwóch klanów. Tym bardziej że przecież miały ze sobą sojusz, którego dowodem była dwójka dorosłych już kociąt — Poczciwy Szakłak i Pchełkowy Skok.
Z tym pierwszym kocurem pręgowany nawiązał tu bliższą relację. To właściwie jeden z niewielu Burzaków, z którym miał okazję porozmawiać jeszcze przed zmianą klanu. Wcześniej, gdy spotykali się na granicy, Poczciwy Szakłak wydawał mu się zupełnie inny. Gdy jednak rozmawiali częściej, okazało się, że czarnofutry był wrażliwym, smutnym kocurem, któremu los cały czas rzucał kłody pod łapy. Gasnąca Łapa starał się mu pomagać, jak mógł, lecz nie wiedział, na ile mu to wychodziło. Jak na razie czarnofutry zdawał się go lubić i szanować jego obecność, toteż wysnuł z tego wniosek, że całkiem dobrze szło mu to pocieszanie.
Szkoda tylko, że tak późno nauczył się być dobrym kotem. Może gdyby już wcześniej potrafił pomagać i wspierać, to Dyniowa Skórka by od niego nie odeszła? Może wcale nie musiałby uciekać do Klanu Burzy i wciąż żyłby z nią w mieście? Nie musiałby stać się utrapieniem dla Oszronionego Kła i Wzburzonego Kormorana, a także nie musiałby sprawiać bólu Źródlanej Łunie, która przecież kochała innego kocura.
Przy okazji mógłby uczestniczyć w życiu Kocimiętki i Mak, które teraz zapewne nienawidziły go i myślały, że zdradził Dynię. To nie była prawda. Wciąż ją kochał, lecz wiedział, że ich drogi rozeszły się na dobre. Nie zamierzał szwendać się po granicach ani chodzić na żadne zgromadzenia. Wiedział, że już nigdy nie ujrzy jej pięknych zielonych oczu ani nie usłyszy jej głosu, który był dla niego niczym miód.
Nie chciał więcej o tym myśleć. Postanowił podnieść się ze swojego posłania w legowisku uczniów i przejść się po azylu, by zaczerpnąć trochę świeżego powietrza i odciągnąć się od nieprzyjemnych wspomnień. Gdy wyszedł, zaczął zastanawiać się nad tym, kiedy w końcu go mianują. Słyszał, że nowi wojownicy odciskali swoje łapy na jakiejś ścianie, lecz czy jemu też przyjdzie zrobić coś takiego?
W końcu nie był rodowitym Burzakiem, a jedynie jakąś przybłędą, która o mało nie zniszczyła sojuszu trwającego już od wielu księżyców, a może nawet sezonów. Chyba nie zasługiwał na to, by na stałe zapisać się w historii Klanu Burzy, choć wolał tę decyzję pozostawić Króliczej Gwieździe.
W końcu zatrzymał się na środku obozu, a jego wzrok mimowolnie powędrował do rozmawiających ze sobą Zawodzącego Echa i Wdzięcznej Firletki. O czym oni mogli tak dyskutować? Ich zachowanie jeszcze bardziej zaniepokoiło kremowego.
Dyskretnie zrobił krok w ich stronę, by może co nieco podsłuchać, lecz wtem przestali rozmawiać. Dymny kocur pożegnał się z medyczką i odszedł od niej, po czym minął się z pręgowanym. Przechodząc obok, spojrzał na niego wzrokiem trudnym do odgadnięcia i poszedł dalej, niczego nie mówiąc.
Koniec sesji
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz