BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 8 listopada, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bukowa Korona x Tawułowa Łapa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bukowa Korona x Tawułowa Łapa. Pokaż wszystkie posty

11 sierpnia 2026

Od Bukowej Korony CD. Tawułowej Bryzy

Przeszłość

Z pyska Tawuły wyrwało się nerwowe sapnięcie, gdy starsza osunęła się, robiąc krok naprzód na rampie prowadzącej do legowiska starszych. Na szczęście przed upadkiem w ostatniej chwili została uratowana przez Bukową Koronę, który niczym błyskawica dopadł do jej boku i pozwolił starszej oprzeć się o jego grzbiet. Tawuła czym prędzej pokonała dzieląca ją od kotów odległość.
— B-babciu... wszystko w porządku? — spytała zmartwiona, dostrzegając, że starsza przymknęła powieki i wypuściła głośno powietrze. Nerwowo przeniosła spojrzenie na Buka.
Kocur uśmiechnął się szarmancko do Tawułowej Bryzy, samemu próbując zdać sobie sprawę z tego, co właśnie zrobił. Chcąc się popisać, udało mu się uratować Bożodrzewny Kaprys przed upadkiem, a teraz w dodatku stała przy nim białofutra kotka, z którą już kiedyś miał okazję rozmawiać. Wyglądała na poddenerwowaną. Srebrzysty kocur wyprostował się, wypinając dumnie klatkę piersiową.
— Nie martw się, Tawuło. Żadna staruszka nie wywróci się na mojej warcie — ogłosił, zadzierając dumnie brodę.
Wojowniczka nie wyglądała na całkowicie wyluzowaną, lecz mimo wszystko obdarowała Buka nieznacznym uśmiechem.
— Pomogę ci odprowadzić ją do legowiska starszyzny — dodał jeszcze.
Coś wyjątkowo miły dziś był. Jakby pierwszy raz od kilku dni wstał prawą łapą, zamiast lewą.

* * *

Zgromadzenie

Siedział trochę naburmuszony, myśląc o tym, jak wredna zrobiła się ostatnio Focza Fala. Cieszył się, że niebieskofutra została tym razem w obozie i przynajmniej nie buczała mu nad uchem o tym, jakim to okropnym partnerem był tylko dlatego, że często rozmawiał z Rozżarzoną Pieśnią. To przecież nie jego wina, że był tak czarujący i wszystkie kotki na niego leciały. Kto potrafiłby oprzeć się jego nadzwyczajnej urodzie? No właśnie, nikt. Dlatego cętkowana kleiła się do niego jak rzep do futra i właśnie dlatego Foka była o nią zazdrosna.
Srebrny rozchmurzył się nieco na tę myśl. Rozluźnił mięśnie i kilka razy ugniótł ziemię łapami, zadzierając dumnie brodę. Dopiero po chwili otworzył ślepia i rozejrzał się wokół.
Wtedy jego uwagę przykuła nieznajoma kotka, która uparcie wpatrywała się w niego. Gdy nawiązał z nią kontakt wzrokowy, mimowolnie się skrzywił. Wyglądała... dziwnie. Miała wielkie, wyłupiaste oczy, które prawie wcale nie mrugały.
Z lekkim grymasem na pysku podszedł do niej.
— Halo, kim ty jesteś, żeby się we mnie tak bezczelnie wpatrywać? — zaczął z wyraźnym poirytowaniem. — Mamusia cię nie nauczyła, że to niegrzeczne?
Nieznajoma uśmiechnęła się szeroko.
— Nauczyła mnie mamusia wszystkiego, co powinnam wiedzieć. A że jestem niegrzeczną córką to już inna sprawa. — Wzruszyła ramionami. — Gapię się, bo to w mojej naturze. Ty wyglądasz... interesująco.
Buk prychnął pod nosem, słysząc słowa srebrzystej Nocniaczki. Za kogo ona się w ogóle uważała? Widać było po niej, że wychowano ją wyjątkowo bezstresowo. Była zbyt rozwydrzona i pozwalała sobie na zdecydowanie za wiele w obecności czekoladowego wojownika. Wyglądała na młodą, a więc zapewne i głupiutką. W dodatku była kotką. Cóż mogła wiedzieć o świecie?
— Interesująco? Chyba chciałaś powiedzieć czarująco. Tak, często to słyszę — odparł z wyraźnym zadowoleniem, zadzierając brodę i dumnie wypinając pierś. — Pozwolę sobie jednak udzielić ci pewnej rady. Z takim podejściem raczej trudno będzie ci znaleźć partnera. Jeśli będziesz tylko stała i wpatrywała się w koty, które wpadną ci w oko, prędzej czy później wszyscy uznają cię za dziwaczkę. Lepiej naucz się zagadywać do innych z odrobiną klasy. W przeciwnym razie będziesz sprawiać wrażenie dzikusa, a nie dobrze wychowanej wojowniczki.
— Och... To byłaby tragedia, gdyby ktoś mnie postrzegał za... niewychowaną wojowniczkę. — Srebrzysta położyła uszy po sobie. — Przepraszam, że się gapiłam, ale rzeczywiście jesteś tak czarujący! — dodała. — Ale jesteś tak... — zmierzyła go ponownie wzrokiem — przystojny, że nie mogłam oderwać wzroku.
Choć słowa srebrzystej wyraźnie podbudowywały ego wojownika, jednocześnie czuł się nimi dziwnie zniesmaczony. Ile księżyców mogła mieć ta kotka? Czy była już w ogóle wojowniczką, czy wciąż uczennicą? Skrzywił się na wzmiankę o swojej urodzie. Oczywiście, że był przystojny. Doskonale o tym wiedział. Ale naprawdę nie chciał słyszeć takich komentarzy akurat od tej małoksiężycówki.
— Zachowaj te marne teksty dla kotów w swoim wieku — prychnął, strzepując ogonem z wyraźną frustracją. — Może jakiś naiwny kocur dałby się na nie nabrać, ale ja nie jestem ani naiwny, ani, co ważniejsze, w twoim przedziale wiekowym.
— Żeby doceniać czyjąś urodę, nie trzeba być tą osobą romantycznie zainteresowanym — odparła Nocniaczka, praktycznie od razu uśmiechając się szerzej. — Obiektywne fakty mogą być zauważone nawet przez kocięta. — Wzruszyła ramionami. — Więc... przystojny i czarujący Klifiaku, jak cię zwą?
Czekoladowy zaśmiał się cicho na słowa srebrzystej, choć w jego spojrzeniu wciąż było widać lekkie zniesmaczenie.
— Skoro tak bardzo ci zależy, możesz mówić mi Tiramisu Serafinit I Wielki — stwierdził, przewracając oczami.
Nie zamierzał przecież naprawdę podawać jej swojego imienia. Po co miałby to robić? Najpewniej rozmawiali ze sobą po raz pierwszy i ostatni, a on nie miał najmniejszej ochoty, by jakaś niewychowana młódka zapamiętała jego imię.
— Zamierzasz dalej mi schlebiać, czy może już sobie darujesz? — dodał, zadzierając lekko brodę. — Bo powoli zaczyna to brzmieć jak desperacja, mimo że tak bardzo próbujesz mnie przekonać, iż jedynie stwierdzasz fakty.
Kotka przekrzywiła głowę rozbawiona.
— Śmieszny z ciebie kot, wiesz? Nie wiedziałam, że koty z Klanu Klifu to tacy żartownisie. Jak się na was z daleka patrzy, to zdajecie się bardzo poważnym klanem — zaśmiała się pod nosem i zakryła łapy ogonem. — Poza tym... nieważne jak czarujący byś był... — wyszczerzyła się niewinnie. — Nie interesują mnie koty. Nie wiem, skąd się w twojej głowie zrodziła myśl o desperacji, hah...
Buk spojrzał na srebrzystą z wyraźnym politowaniem w oczach.
— Och, ależ ty jesteś nonszalancka. Cóż, chyba mogłem się tego spodziewać. W tych czasach każdy jest taki niewzruszony, poważny, zupełnie nieinteresujący się innymi kotami. Oczywiście, że jedyne, na co potrafisz spojrzeć, to czubek własnego nosa — prychnął, przewracając oczami. — Może powinienem ci jeszcze pogratulować za bycie taką tajemniczą personą? Pewnie właśnie teraz wydaje ci się, że jesteś najmądrzejszą kotką na świecie — westchnął. — Powiem ci jednak, że z takich rzeczy się w końcu wyrasta. Przed tobą jeszcze długa droga, zanim zrozumiesz, jak należy się zachowywać i przed kim czasem warto pochylić głowę.
Pręgowana zmrużyła oczy z konfundajcą.
— Nie potnij się, bo tak skaczesz — prychnęła z rozbawieniem. — Ciągle tylko jakieś wnioski wyjęte z powietrza. Teraz ja się spytam. Nie nauczyła mama, żeby nie oceniać kota po jego skórze? Bo jak na razie to ty się na własnych wąsach zatrzymałeś....
Czekoladowy uniósł wyżej brwi.
— Widzę, że z ciebie niezła bestia. Najpierw taka pokorna, a teraz proszę, pokazałaś swoje prawdziwe oblicze — zachichotał, wyraźnie drocząc się ze srebrzystą. — A odpowiadając na twoje pytanie: nie, nie nauczyła, bo zmarła, zanim zdążyłem się urodzić. Czy taka odpowiedź cię satysfakcjonuje? — dodał, przewracając oczami.
— Prawdziwe oblicze? Czekoladowe koty naprawdę mają coś nie tak z głowami... nasze legendy przekraczają granice... — mruknęła cichutko i skrzywiła się jawnie.
Klifiak zdziwił się na słowa srebrzystej.
— I to niby ja mam nierówno pod sufitem. Jakie znowu legendy? O czym ty w ogóle bredzisz? — prychnął, patrząc na Nocniaczkę, jakby ta właśnie powiedziała coś kompletnie niedorzecznego. — Jeszcze mi powiedz, że w tym twoim klanie jesteście na tyle zacofani, żeby oceniać koty po kolorze futra! Na Klan Gwiazdy, to dopiero byłby niezły żart! — dodał, wyraźnie zdziwiony absurdem całej sytuacji.
Pierwszy raz słyszał, by Klan Nocy miał jakiekolwiek uprzedzenia wobec czekoladowych kotów. Może wcześniej po prostu nigdy nie interesował się tym na tyle, by to zauważyć? A może ta dziwna kotka zwyczajnie coś sobie wymyśliła?
— Nie o kolor futra chodzi... bardziej o zachowanie ... Jakoś tak... tylko czekoladowe koty co chwilę udowadniają mi, że są pokręcone... — mruknęła. — Nie pomagasz mojemu przekonaniu... Może to ja mam po prostu nieszczęście do czekoladowych kotów, które spotykam... — odetchnęła. — To na pewno to... tak... niemożliwe jest, żeby wszystkie czekoty były jakieś... przeklęte, co?
Kocur parsknął śmiechem na słowa Nocniaczki.
— Co za bzdura! Większej głupoty chyba nigdy w życiu nie słyszałem. Jak bardzo pokręconym i znudzonym trzeba być, żeby uznać, że jakiś kolor futra jest przeklęty? Ktoś najwyraźniej miał zdecydowanie za dużo wolnego czasu, by doszukać się tak durnego połączenia. I wy naprawdę dalej w to wierzycie? — mówił, wciąż nie mogąc wyjść z szoku po wyznaniu srebrzystej. — Wcale się nie dziwię, że w tym waszym żałosnym klaniku cały czas spotykasz czekoladowe koty, które według ciebie są przeklęte. Jeśli od małego wmawiacie im, że są pokręcone, to nic dziwnego, że w końcu same zaczynają w to wierzyć — zakpił. — Teraz już widzę, że wy, Nocniacy, chodzicie z liśćmi na oczach. Gdybym też potrafił myśleć wyłącznie tak wąsko, znalazłbym nieskończoną ilość dowodów na to, że koty z czarnym futrem są chore psychicznie. W końcu ilu było morderców i mysich móżdżków o takim kolorze futra? Zapewne całe mnóstwo!
Nocniaczka zmrużyła oczy z ponownym rozbawieniem i wzruszyła ramionami.
— Ech? — zastanowiła się. — Myślisz wąsko mój drogi i nawet nie zdajesz sobie sprawy. Chciałabym spotkać czekota, który mi udowodni, że nie są przeklęte, ale... ty jesteś zarozumiały i zapatrzony w siebie więc to raczej nie ty. Niestety... — Wstała i uśmiechnęła się szeroko, chociaż raczej nieszczerze. — Miłego wieczoru, Tiramisu Serafinicie Pierwszy Wielki... — zaśmiała się jeszcze trochę złośliwie i zniknęła w tłumie kotów.
Bukowa Korona westchnął ciężko, gdy srebrzysta zniknęła mu sprzed oczu. Co to w ogóle była za wariatka i o czym ona bełkotała? Kompletnie nie rozumiał tych przekonań, które chyba wyciągnęła sobie z palca. Jak śmiała w ogóle twierdzić, że koty czekoladowe były gorsze? Jakie znaczenie miał kolor futra danego kota? Czy w takim wypadku powinien uznać, że koty srebrzyste o czarnych pręgach są po prostu obłąkane? A wiele takich było w Klanie Nocy. I jeśli naprawdę każdy z nich uważał, że czekoladowe koty zawsze rodzą się głupie, to może i w ich słowach było trochę racji. Może naprawdę umaszczenie wpływało na charakter kota i każdy o takim samym umaszczeniu jak tamta Nocniaczka już dawno zamienił się rozumem z myszą.

Koniec sesji

23 marca 2026

Od Tawułowej Łapy (Tawułowej Bryzy) CD. Bukowej Korony

Bukowa Korona w zaledwie kilka uderzeń serca zasypał Tawułową Łapę potokiem słów. Z charakteru przypominał jej Promienną Łapę; obojga ich rozpierała energia i nic dziwnego, że szylkretka zdążyła już wcześniej złapać kontakt ze starszym kocurem. Gdy Promyk zdobywała grono przyjaciół, Tawuła powiększała swoją kolekcję kamyków.
Zielone oczka wpatrywały się w uśmiechnięte lico kocura, który traktował niczym najprawdziwsza katarynka. Jego wibrysy raz za razem podskakiwały na wietrze, jak i podczas mowy.
– Promienna Łapa to moja siostra – potwierdziła pokrewieństwo z zielonooką szylkretką, która na dobrą sprawę, jakby się uprzeć, wyglądała jak Tawuła, tyle że w kolorach. I była bardziej kontaktowa w przeciwieństwie do białofutrej. – I nie, niestety nie opowiadała mi o twoim polowaniu... – mruknęła. Niestety musiała rozczarować kocura. – Ale z chęcią o nim posłucham – dodała.
Sama nie miała okazji jeszcze polować na ptactwo, zazwyczaj z łatwością przychodziło jej upolowanie gryziona, jak myszy czy nornicy niedaleko Złotych Kłosów. Może Buk poza streszczeniem przebiegu polowania, udzieli jej również cennych rad?
Bukowa Korona odchrząknął, zaczynając swoją opowieść. Zielonooki raz za razem zmieniał ton swego głosu, bawiąc się słowami, gdy opisywał Tawule polowanie na kaczkę.
Tawuła co prawda słuchała słów, które opuszczały pysk srebrzystego, jednak w jej umyśle zaczęły się kłębić przeróżne myśli.
Dlaczego Bukowa Korona, Promienna Łapa i wiele innych kotów z taką łatwością potrafiło podejść do obcego kota i zacząć z nim rozmowę, a ja mam z tym problem?
Co prawda z Trzmielą Łapą udało jej się zaprzyjaźnić, jednak sama do końca nie widziała, jak do tego doszło. Ot co, spotkali się na granicy i z grzeczności się do siebie odezwali. W końcu ich klany miały sojusz, więc nie wypadało zignorować sojusznika. Może również charakter kremowego, tak podobny do charakteru Tawułowej Łapy pomógł im zacisnąć więzy?
Sama Tawuła nie wiedziała, kiedy się wyłączyła i przestała słuchać kocura, który ani na moment nie przerwał swego monologu, jednak powróciła do rzeczywistości, gdy ich grupa szła wzdłuż klifu i zostało jej zaproponowane wspólne polowanie.
– Eee... Dobrze – miauknęła, nie do końca będąc pewna, na co się tak właściwie zgadza. Wibrysy kocura drgnęły; obdarował Tawułę szerokim uśmiechem, by chwilę później znaleźć się u boku Drzemiącego Słońca, z zamiarem odbierania królik. Ku zaskoczeniu czekoladowego, kocur nie był chętny na oddanie zwierzyny i między kocurami doszło do przyjacielskiej przepychanki, która zakończyła się zwycięsko dla Buka tuż przed wejściem do obozu.
Tawuła przyglądała się kocurom, zazdroszcząc im tej śmiałości i pewności siebie. Ona musiała jeszcze nad tym popracować, ale widziała doskonale, kto jej w tym pomoże.

~~~

teraźniejszość

Wojownicze imię, które otrzymała od Judaszowcowej Gwiazdy, przypadło jej do gustu. Współgrało z jej imieniem, które otrzymała od ojców; a właściwe od Jastrząb, bo to właśnie ona kocurom je zaproponowała, tuż po narodzinach białej koteczki. Jednak czy na pewno na nie zasłużyła? Nie była do końca przekonana, jednak nie zamierzała kwestionować decyzji swojej siostry, która uznała, że Tawuła jest gotowa, jak i samego lidera.
Powróciwszy z polowania, trzymając w pysku tłustą kaczkę, skierowała się do żłobka, w którym zastała Morświnową Płetwę, a u jej boku Drzemiące Słońce. Kocur leżał przy swojej partnerce i cicho mruczał do brzucha kocicy, zwracając się do swoich kociąt.
Tawuła natomiast zwróciła się do Morświnowej Płetwy, podsuwając jej pod pysk upolowaną zdobycz i gratulując parze powiększenia ich rodziny. Kocica zamruczała z wdzięcznością za przyniesiony posiłek, po czym całą swoją uwagę skupiła na rudym kocurze i nienarodzonych kociętach.
Tawuła, czując się, jak i właściwie będąc, jak piąte koło u wozu, pospiesznie opuściła kociarnie, nie decydując się podejść do leżącej w głębi żłobka matki. Nie chciała z nią rozmawiać. Nie po tym, gdy uznała, że lepiej by było, gdyby szylkretowa kocica odeszła. Tak samo, jak Pikująca Jaskółka.
Gdyby te dwie skłócone kocice odeszły, w Klanie Klifu na pewno byłoby lepiej.
Spojrzenie Tawułowej Bryzy przeniosło się i zatrzymało się na legowisku starszyzny, a dokładniej w jego wejściu, w którym stała jej babcia, Bożodrzewny Kaprys. Widok babci, która najprawdopodobniej postanowiła rozprostować starsze kości, nie byłby dla niej niczym niezwykłym, gdyby nie fakt, że kocica nie była chętna na opuszczanie legowiska, jak i na interakcje z pozostałymi członkami klanu. Podobno ten stan utrzymywał się od czasu, gdy pewna kotka, bliska sercu Bożodrzewnego Kaprysu opuściła klan.
Bożodrzewny Kaprys wpatrywała się przed siebie, ignorując znajdujące się dookoła niej koty. Starszy pysk przez dłuższy czas nie wyrażał żadnych emocji, by w końcu kąciki emerytowanej wojowniczki uniosły się w delikatnym uśmiechu.
Tawuła spojrzała się w kierunku, w który spoglądała jej babcia, nie bardzo rozumiejąc czemu, a może komu się tak przygląda. Judaszowcowa Gwiazda znajdował się w swoim legowisku, a wejście do obozu, na którym starsza skupiała swoją uwagę pozostawało puste; nikt nie wchodził, ani nie wychodził.
Z pyska Tawuły wyrwało się nerwowe sapnięcie, gdy starsza osunęła się, robiąc krok naprzód na rampie prowadzącej do legowiska starszych. Na szczęście przed upadkiem w ostatniej chwili została uratowana przez Bukową Koronę, który niczym błyskawica dopadł do jej boku i pozwolił starszej oprzeć się o jego grzbiet. Tawuła czym prędzej pokonała dzieląca ją od kotów odległość, aby się upewnić, czy staruszka nie nadwyrężyła żadnego z mięśni lub nie skręciła łapy podczas upadku.
– B-babciu... wszystko w porządku? – spytała zmartwiona, dostrzegając, że starsza przymknęła powieki i wypuściła głośno powietrze. Nerwowo przeniosła spojrzenie na Buka, który w zaledwie uderzenie serca rozładował napiętą atmosferę.

<Buk? Walnij suchara>

22 stycznia 2026

Od Bukowej Korony do Tawułowej Łapy

Jeśli było się uważnym – lub nawet nieuważnym – obserwatorem, łatwo można było spostrzec, że pewna dwójka kotów przebywała w swoim otoczeniu coraz częściej i częściej. Właściwie byli obok siebie na tyle często, że łatwiej byłoby do nich wołać jednym, złączonym imieniem! Jak brzmiałoby wtedy? Bukowa Fala? Focza Korona? Po tych propozycjach łatwo można się było domyśleć, że tą dwójką kotów była Bukowa Korona i Focza Fala! Choć wiele kotów już wcześniej mogło przypuszczać, że ci dwoje mają się ku sobie, tak teraz już śmielej można było stawiać, za ile zostaną oficjalną parą. Bo mimo że w swoim towarzystwie uśmiech nie schodził im z twarzy, jeszcze ani razu nie przyznali się do tego, że byłoby między nimi coś więcej. No, na przykład tak jak dziś:
— Widzę, że nieźle ci się tu powodzi, Bukowa Korono — odezwał się Królicza Prawda, przechodząc obok srebrnego. — Przygruchałeś sobie Fokę w dosyć krótkim czasie. Wiesz, ja wam życzę wszystkiego najlepszego na nowej drodze ży-
— Przestań — przerwał mu czekoladowy. Jego ton był chłodny i wręcz wyprany z emocji. Jeszcze niedawno roześmiany pysk Bukowej Korony był teraz nieruchomy, kamienny. Przez moment wpatrywał się w kremowego kocura, nim nie podeszła do niego Focza Fala. Gdy spojrzał w jej kierunku, nie dało się nie zauważyć, że kącik jego ust drgnął w uśmiechu, a oczy od razu się rozjaśniły.
— O czym rozmawiacie? — zapytała niebieska, unosząc jedną brew i wpatrując się w Króliczą Prawdę. Klifiak poruszył się niespokojnie, uśmiechając się niezręcznie do młodszej kotki.
— Nie masz się o co martwić. Tłumaczę tylko Króliczej Prawdzie, że nic między nami nie ma — prychnął w końcu Buk, kręcąc powoli głową. W niebieskich ślepiach wojowniczki na moment pojawił się ledwie zauważalny przebłysk bólu. Jakby ktoś właśnie wbił jej cierń w serce. — Królicza Prawdo, jak jeszcze raz ośmielisz się skomentować moje życie prywatne, przysięgam, że nie ręczę za siebie — zwrócił się do kremowego, ponownie przybierając maskę spokoju. — Może i zwerbowałeś mnie do swojej jakże “uroczej” rodzinki, ale te czasy to już przeszłość. Nie żyjemy już w siedlisku, tylko w Klanie Klifu. I życzę sobie, byś zachowywał się tak, jakbyśmy nigdy się nie znali. Nie potrzebuję tu żadnego opiekuna; jestem niezwykle zdolny i potrafię dbać o własne interesy — wyjaśniał, o mało nie zanudzając Foczej Fali na śmierć.
— Skończyłeś już? — bąknęła. — Chodźmy, szybko! Świat stoi przed nami otworem, a ty dyskutujesz z jakimś staruszkiem! Odpuść sobie i zabierz mnie na spacer! — ubiegała się, trzepocząc rzęsami przed czekoladowym.
Bukowa Korona spojrzał na pysk kremowego. Był dziwnie spokojny, jakby… pusty. Przez myśl przeszło mu nawet, że może tym razem przesadził ze swoimi słowami, lecz ten pomysł wypadł mu z głowy tak szybko, jak do niej wpadł. Przecież Królicza Prawda dobrze wiedział, że Buk nie chciał mieć z nim nic do czynienia. Zawsze starał się mu o tym jasno przypominać! Ale najwyraźniej Królik był po prostu głupim, niesłuchającym go bucem. Jeśli musi go zaboleć, by wreszcie się odczepił, to niech boli.
— Możemy iść — odparł w końcu srebrny, jednak jego ton wydawał się płaski. Jeszcze przez moment mierzył wzrokiem kufę starszego wojownika, aż w końcu nie ocknął się i nie ruszył wraz z Foczą Falą ku wyjściu z obozu.
— A jesteś tak właściwie przekonana o tym, że chodzenie na spacery podczas takich mrozów to dobry pomysł? Nie, żeby coś, ale jeśli pamięć mnie nie myli, jesteś całkiem chorowita. Czy właśnie nie pakujesz się w kłopoty? — skomentował, gdy przemierzali tereny Klanu Klifu. Na jego słowa niebieskofutra parsknęła śmiechem.
— Po prostu się przyznaj, że tyłek ci marznie! To żaden wstyd — burknęła Focza Fala, przewracając oczami. — Nawet najwięksi wojownicy mają swoje słabe punkty. Może twoim są niskie temperatury?
Bukowa Korona westchnął.
— Twoim słabym punktem jest twoja odporność! Ja próbuję być miły, a ty tak mi się odwdzięczasz… — srebrny delikatnie trącił niebieskofutrą, jednak jego głos zadrżał od śmiechu. — Jeśli po tym spacerze zachorujesz, to nie będę cię codziennie odwiedzał w lecznicy! Będziesz musiała wytrwać z tą szurniętą medyczką i jej zbłąkaną uczennicą… — zagroził jej, mrużąc lekko brwi.
— Jesteś pewny, że nie będziesz mnie odwiedzał? Może z zewnątrz jesteś taki nonszalancki, ale jestem pewna, że nie miałbyś serca, by zostawić mnie samą! — stwierdziła, prostując się śmiało. Może… może i miała rację, choć Buk nawet we własnej głowie nie chciał jej tego przyznać. Upierał się, że wcale nie zależy mu tak bardzo na Foczej Fali, ale… prawda była inna. Miał dla niej czuły punkt, choć zazwyczaj nie obnosił się z nim na głos.
— Chyba w twoich snach! — kontynuował przekomarzanki. — Byłbym zbyt bardzo zajęty wykonywaniem swoich wojowniczych obowiązków, a wiesz, jak bardzo cenię sobie pracowitość i dobrą reputację — twierdził dalej, jednak niebieskooka nie brała żadnych z jego słów na poważnie. Może to i lepiej. Cóż, przynajmniej dla niej. Dla Buka może też, bo gdyby Foka zauważyła, jak ogromnym dupkiem jest, prędko by go zostawiła. I znowu nie miałby żadnego przyjaciela, ponadto nie miałby też Króliczej Prawdy, bo przed chwilą tak potwornie go spławił.
— Może twoja reputacja byłaby lepsza, gdybyś znalazł sobie jakąś partnerkę, co? Byłaby dowodem, że jednak da się ciebie pokochać — palnęła wojowniczka, poruszając wibrysami.
— Co, proszę? — wymsknęło mu się ze zdziwienia. W jego głosie pojawiła się typowa dla niego nutka, która mówiła: wszystko z tobą dobrze? Nie uderzyłaś się w głowę?
Focza Fala od razu się speszyła, a jej mięśnie się spięły.
— A nic, nic. Tak mi się tylko powiedziało — rzuciła sucho, lecz zaraz potem wzięła głęboki wdech. — To dokąd idziemy? Może nad klif? Chyba że boisz się wysokości! — Foka uniosła brew do góry. — Czasami może się nieźle zakręcić w głowie, gdy widzi się rozległe morze pod sobą!
— Ale nie mi — zaznaczył, zadzierając brodę. — Ja nie boję się niczego. Żadnych mrozów, żadnych wysokości.
Focza Fala przewróciła oczami i tylko przyspieszyła kroku. Na horyzoncie majaczyły już drzewa, które rosły tuż przy klifie. Bukowa Korona także zaczął truchtać, by nadążyć za niebieskofutrą, która pędziła tak, że wiatr rozwiewał jej sierść. Wyglądała teraz jak lecąca kulka puchu, jako że futro miała całkiem długie i gęste. Buk oczywiście zauważył też, że Foka była dobrze odżywiona, ale tego nie mógł komentować nawet w swojej głowie, bo sam uważał, że taka pulchna sylwetka świadczy tylko o tym, że jesteś dobrym łowcą i szanowanym członkiem klanu.
W końcu dotarli do celu swojej wyprawy. Tam zatrzymali się, jak zwykle, śmiejąc się dosyć głośno. Był już wieczór – gdyby była Pora Zielonych Liści, pewnie byłoby jeszcze jasno, a tak? Chmury sprawiały wrażenie coraz ciemniejszych. Zarysy ogołoconych koron drzew coraz bardziej wtapiały się w niebo i coraz częściej wicher powiewał całkiem mocno. A mimo to dwójka kotów trwała przy swoim boku, rozmawiając nad klifem. Głównie dogryzali sobie, ale niekiedy przez konwersację przewinęły się też nieco szczersze słowa. Nie były to wyznania zbyt wielkie, ale mimo wszystko wydawały się bardzo… intymne. Choć znacznie większą ilością rzeczy dzieliła się Foka, podczas gdy Buk preferował raczej... pozostanie tajemnicą.
— …I wtedy złapałam całkiem sporego ptaka! Drzemiące Słońce był pod wrażeniem, mówię ci! — opowiadała.
Srebrny co jakiś czas potakiwał głową, zadawał jej pytania. Szczerzył się, unosił brwi, reagował tak, by wyglądać na takiego, co słucha. Foczej Fali się to podobało – a przynajmniej tak uważał Buk, bo zdawała się dosyć szczęśliwa.
— No, ale co mi tam po słowach Drzemiącego Słońca… Nie potrzebuję pochwał od niego ani zresztą żadnego innego kocura! No… może z wyjątkiem jednego — wymruczała cicho, spoglądając w pomarańczowe oczy wojownika, w których teraz odbijało się granatowe niebo, a na nim ledwo widoczne gwiazdy.
Bukowa Korona zastygł w bezruchu, nawet nie ważąc się spojrzeć na Foczą Falę.
— Widzisz… nigdy nie myślałam, że będzie mi zależeć na opinii innych, ale… potem zjawiłeś się ty — wygłosiła dosyć szybko. Nie brzmiała, jakby mówiła to z dozą emocji, ale Buk zdążył już zauważyć, że niebieskooka miała na ogół trochę problemów z wyrażaniem czułości. — Nie wiem, dlaczego tak się dzieje, ale chyba… chyba mi na tobie zależy, wiesz? Tak myślę przynajmniej. Bardziej niż na kimkolwiek innym — mówiła dalej, tym razem także wpatrując się w otchłań przed nią. Mówiła te słowa trochę tak, jakby miała je wyćwiczone. — Wiesz, ja nie mam pojęcia, jak tak naprawdę wygląda miłość. Ale jeśli jest tym, co czuję wobec ciebie, to bardzo mnie zadowala. I… zdaję sobie sprawę z tego, że ty twierdzisz, że się w nikim nigdy nie zakochasz, ale jednak… jakbyś chciał spróbować… no wiesz, być razem i… i robić te wszystkie rzeczy, które robią pary, no… — wstrzymała oddech na kilka uderzeń serca — …chodzić na spacery i właściwie wszystko, co już dotychczas robimy jako przyjaciele, tyle że… pod inną nazwą — zaczął plątać jej się język, co widocznie ją frustrowało.
Srebrny zdawał sobie sprawę z tego, jak wiele pewności musiało kosztować ją to przemówienie. Sam nie wiedział, co czuł wobec niej. Jednak czy bycie w związku nie sprawiłoby, że wyglądałby na łagodniejszego, słabszego? W końcu miłość mogłaby go zaślepić, sprawić, że przestałby być… sobą. Czy przez miłość mógłby stracić swój zapał? Swój potencjał? Swoje pragnienie, by zostać władcą?
— To naprawdę emocjonalne wyznanie — odezwał się w końcu, owijając ogon ciaśniej wokół łap. — Jestem pod wrażeniem, że byłaś w stanie mi to wszystko powiedzieć. Jestem w stanie przystać na twoją propozycję. Możemy… spróbować — odparł, jednak wahając się nieco. — Proszę tylko, byś nikomu nie mówiła o tym, co dzieje się między nami. Jeszcze nie jestem gotowy na nic oficjalnego — kontynuował tym samym, nieco monotonnym tonem.
Gdy skończył, Focza Fala jeszcze bardziej wtuliła się w jego futro, milcząc. I tak siedzieli w ciszy jeszcze przez jakiś czas, najpewniej zastanawiając się nad tym, co przyniesie im przyszłość.

* * *

Bukowa Korona biegł teraz w pogoni za królikiem, zdeterminowany, by go złapać. Jeszcze nigdy dotąd nie starał się tak bardzo, by schwytać jakąś zwierzynę, jak teraz. I nie chodziło o to, że tak bardzo zależało mu na tym, by w mroźne dni wykarmić swoich pobratymców – och, nie. On chciał jedynie udowodnić przed sobą, że posiadanie “partnerki” nie zrobiło z niego gorszego wojownika. Miał obsesję na punkcie siebie, swoich umiejętności i kondycji. Jeśli tylko zauważał niewielką zmianę, od razu panikował. Teraz czuł się tak, jakby stąpał po polu minowym. Miał wrażenie, że w każdym momencie może stać się rozlazłym kochasiem, którego priorytetem jest rodzina. On nie chciał taki być. Nie chciał żyć takim życiem. Chciał być dowódcą, autorytetem – ale nie dla kociąt, lecz dla rosłych, silnych wojowników. Chciał wygłaszać motywujące mowy, posyłać wiernych poddanych do walki. Jak miałby przyczyniać się do rozrostu Klanu Klifu, jeśli miałby na głowie humorzastą kobietę i piszczące kocięta?
Zacisnął zęby. Łapy piekły go od wysiłku i powoli brakowało mu tchu, jednak wciąż nie odpuszczał. Gonił za biednym, spanikowanym zwierzęciem, podczas gdy krew szumiała mu w uszach. Ostatkiem sił przyspieszył i wyskoczył, lądując prosto na swojej ofierze. Zrobił to ciężko, niezwinnie, ale zrobił. Udało mu się – złapał tego uszaka. Ciężko dysząc, bez wahania przegryzł mu gardło, by ten przestał się wierzgać. Nie był specjalnie duży ani zresztą bardzo stary. Wyglądał na młodego. No cóż, Bukowa Korona zdawał się mieć nosa do niewyrośniętych ofiar. Pamiętał jeszcze, gdy udało mu się upolować tamtą niewielką kaczkę. Tym razem jednak na patrolu wraz z nim była Tawułowa Łapa – rodzeństwo Promiennej Łapy. Był tu także Rozświetlona Skóra i Drzemiące Słońce.
Wojownik wziął do pyska ciało królika i zawrócił, kierując się w stronę, z której tu przybiegł. Gdy udało mu się dołączyć do grupy, zaczął maszerować przy boku Tawułowej Łapy.
— Fy sesfes sfostfa Pomenej Fapy? — wybuczał, wciąż trzymając zwierzynę w zębach. Gdy jednak zrozumiał, że w takim stanie zbyt długo nie podyskutuje, wcisnął królika Drzemiącemu Słońcu z komentarzem:
— Ale przed wejściem do obozu mi go oddasz. Klan musi widzieć, jak bardzo się dla nich staram.
Powiedziawszy to, wrócił do białofutrej i odchrząknął.
— Jesteś siostrą Promiennej Łapy, mam rację? — zapytał, unosząc jedną brew w górę. — Nie wiem, czy ci mówiła, ale właściwie to się znamy. Opowiadała ci o tym, jak polowaliśmy na kaczki? To znaczy… ja polowałem, bardzo pomyślnie zresztą — zaczął się przechwalać. Nie zależało mu na nowej przyjaźni, a raczej na zabiciu nudy. Poza tym, jeśli kiedyś chciał zostać przywódcą, to musiał zdobywać wspólników, no nie? Kto chciałby jakiegoś boi-wróbla za lidera? O wiele większe szanse miały koty rozmowne, charyzmatyczne. — Jeśli nie, to nie masz się o co martwić! Mogę ci opowiedzieć. Mam całkiem dobrą pamięć, znam wszystkie szczegóły tamtego dnia. Oczywiście bardzo majestatycznie upolowałem wtedy to pisklę, ale nie zabrakło także śmiechów. Bo jestem całkiem zabawny, jakbyś jeszcze nie zauważyła — kontynuował. Miał świadomość, że nie każdy zrozumie jego wyrafinowanego poczucia humoru. Obawiał się też, że mózg Tawułowej Łapy może nie przyswoić jego cudowności. Ale cóż, wyjdzie w praniu. 

<Tawułowa Łapo?>