Od kilku wschodów słońca Łzawa Łapa nie miała okazji ujrzeć świata zewnętrznego. Jej rzeczywistość ograniczała się do paskudnej, niewielkiej jaskini, zdobionej wyłącznie odcieniami czerni oraz ciemnego brązu. Duszny zapach mokrej ziemi, kamienia i stęchlizny nieustannie drażnił jej nozdrza. Z każdym kolejnym oddechem coraz mocniej odczuwała nieprzyjemną woń podziemi, która osiadała w jej gardle i przyprawiała ją o uporczywy ból głowy. Chłód przenikał przez futro, a wilgotne podłoże nieprzyjemnie uginało się pod łapami.
Nie potrafiła już tego wytrzymać.
Tęskniła za świeżym powietrzem, za szumem gęstych traw poruszanych przez wiatr i za ciepłem słońca, które niegdyś tak zwyczajnie ogrzewało jej grzbiet. Chciała stąd odejść, pozostawić za sobą wszystko, co przywodziło jej na myśl ostatnie, pełne goryczy wydarzenia, i rozpocząć życie od nowa w jakimś lepszym, normalniejszym klanie. Pragnęła ponownie zostać medyczką, odzyskać możliwość niesienia pomocy innym oraz powrócić do obowiązków, które niegdyś stanowiły tak istotną część jej życia. Nie marzyła o zaszczytach ani o szczególnym uznaniu. Wystarczyłoby jej miejsce, w którym mogłaby pracować w spokoju.
Tylko jak miała tego dokonać?
Każda myśl o ucieczce rozbijała się o tę samą, nieprzyjemną rzeczywistość. Wyjścia na powierzchnię były strzeżone, nie wiedziała, komu mogłaby zaufać, a nawet, gdyby wyszła jednym z tych nieużywanych, to wciąż nie była pewna, dokąd dokładnie by ją zaprowadził. Nigdy nie błądziła po tunelach. Dla niej wszystkie korytarze wydawały się podobne, a ich ciemne odnogi nie oferowały żadnej wskazówki, która mogłaby doprowadzić ją do upragnionej wolności.
Och, ile dałaby, aby otrzymać białą, czystą kartę.
Nowego początku, który pozwoliłby jej odciąć się od wszystkiego, co dotychczas ją definiowało. Chciała otrząsnąć się z piętna, jakie na niej zawieszono, i odnaleźć klan, którego przywódca byłby gotów wysłuchać jej historii bez uprzedzeń. Marzyła o możliwości faktycznego przedstawienia własnej wersji wydarzeń, o szansie na to, by ktoś spojrzał na nią jak na kotkę, a nie jak na zdrajczynię, którą należało ukarać. Nie zamierzała przecież spędzić reszty życia, płacąc za decyzje, których inni nie potrafili zrozumieć, ani pozwolić, by cudze oskarżenia na zawsze odebrały jej prawo do samodzielnego kształtowania przyszłości.
Czysta karta. Tak niewiele, a jednocześnie coś, co wydawało się niemal nieosiągalne.
Myślami często wracała do Rudzik. Nie potrafiła zrozumieć, jak doszło do tego, że sytuacja przybrała tak paskudny obrót, ani w którym właściwie momencie wszystko wymknęło się spod kontroli. Jeszcze niedawno mogła przecież uznać to, co się wydarzyło, za niewinny wybryk, chwilowe zachwianie porządku, które z czasem obróciłoby się w nieistotne wspomnienie. Nie przypuszczała, że sprawy przybiorą tak poważny obrót, a konsekwencje jej działań okażą się znacznie dotkliwsze, niż mogłaby sobie wyobrazić. Czasami zastanawiała się, czy istniał moment, w którym mogła postąpić inaczej, wypowiedzieć inne słowa albo podjąć decyzję, która zapobiegłaby całemu temu nieszczęściu.
Nie lubiła jednak zbyt długo roztrząsać podobnych myśli. Prowadziły donikąd, a ona miała już dość poczucia winy, które inni tak chętnie próbowali w niej wzbudzić. Nie zamierzała bez końca wracać do przeszłości, rozkładać jej na czynniki pierwsze i zastanawiać się, czy rzeczywiście zasłużyła na wszystko, co ją spotkało.
Znacznie częściej niż o Rudzik myślała jednak o kotach, które uznały za stosowne nazwać ją zdrajczynią.
Samo to słowo budziło w niej nieprzyjemny skurcz, po którym następowała fala gniewu. Zdrajczyni. Jak łatwo było przypiąć komuś taką etykietę. Jak wygodnie było osądzać ją z bezpiecznej odległości. Jak łatwo było ignorować prawdę, fakt tego, że po części Łza postąpiła dobrze.
W ich oczach była kimś, kogo można było potępić, napiętnować, a być może nawet skazać na śmierć, jeśli tylko znalazłby się odpowiedni powód. Nikt nie zamierzał pochylić się nad jej motywami. Nikt nie chciał zastanowić się, że jedynie ukarała zdrajczynie. Że broniła swoich bliskich.
Stanęła w obronie kotów, na których jej zależało, przeciwstawiając się komuś, kogo uważała za niebezpiecznego i zdolnego do przekroczenia granic, których nikt nie powinien przekraczać. Chęć do morderstwa — i to jeszcze lidera — nie była przecież drobnym przewinieniem, które można było zignorować w imię świętego spokoju. Nie stanowiło błędu, o którym należało zapomnieć, ani niefortunnej decyzji, którą wystarczyło usprawiedliwić odpowiednio dobranymi słowami. Było czymś, co pozostawiało po sobie pustkę, której nie dało się zapełnić, i ból, którego nie można było tak po prostu unieważnić.
Zrobiła to, co musiała, aby mieć pewność, że tamta zdrajczyni nie będzie zagrażać członkom jej klanu.
Dlaczego koty, które powinny rozumieć, jak ważna jest ochrona własnych bliskich, wolały osądzać ją, zamiast spróbować pojąć jej postępowanie? Czy naprawdę wystarczyło stanąć po niewłaściwej stronie konfliktu, by nagle stracić prawo do własnego zdania, do obrony i do życia? Im dłużej o tym myślała, tym silniejsza stawała się jej niechęć do wszystkich, którzy tak ochoczo wydali na nią wyrok. Nie potrafiła wybaczyć im łatwości, z jaką sprowadzili jej osobę do jednego słowa, jak gdyby cała jej przeszłość, wszystkie dobre intencje i każdy przejaw troski przestały mieć jakiekolwiek znaczenie.
Ale skoro oni nie zamierzali dać jej szansy, musiała znaleźć sposób, by zdobyć ją na własną łapę.
Właśnie dlatego już od pewnego czasu układała sobie w głowie przemowę, którą zamierzała przedstawić przywódcy klanu, jeśli tylko którykolwiek z nich zgodziłby się ją wysłuchać. Musiała być ostrożna. Nie mogła pozwolić sobie na nieprzemyślane słowa, które wzbudziłyby podejrzenia, ani na zbyt wiele szczegółów, mogących obrócić się przeciwko niej. Potrzebowała historii, która zabrzmiałaby przekonująco i wzbudziła w słuchaczu wystarczająco dużo nieufności wobec Zawodzącej Gwiazdy, by nie musiała już więcej wracać do jego klanu.
Powtarzała więc w myślach kolejne zdania, starannie dobierając słowa i wyobrażając sobie, jak zabrzmią wypowiedziane na głos.
„Mój ojciec jest tyranem, który popiera działania zdrajców, potępiając koty odważające się sprzeciwić tolerowaniu morderców, anarchistów oraz spiskowców. Nie potrafi wydawać kar stosownych do uczynków innych, czyniąc sposób jego rządzenia niestabilnym i opartym wyłącznie na własnych wierzeniach i faworyzacji, które szkodzą dobru ogółu”.
Przez chwilę rozkoszowała się brzmieniem własnych słów.
Jakie to było słodkie.
Idealne.
Oskarżenia układały się w zgrabną całość, tworząc obraz przywódcy, który nie tylko zawiódł własny klan, lecz także sprzeniewierzył się wartościom, na których powinien opierać swoje rządy. Nie musiała nawet silić się na szczególnie wyszukane argumenty. Wystarczyło odpowiednio podkreślić jego nieodpowiedzialność, przywołać niepokojące powiązania i przedstawić siebie jako córkę, która nie mogła dłużej tolerować postępowania własnego ojca. Była przekonana, że niejeden przywódca spojrzałby na nią przychylniej, gdyby usłyszał taką historię. W końcu niewiele rzeczy budziło większe oburzenie niż kot sprawujący władzę, który miałby wykorzystywać swoje stanowisko do wspierania niewłaściwych osób.
Ofiara jego decyzji, która nie miała innego wyjścia, jak tylko odwrócić się od własnej rodziny. Mogłaby mówić o strachu, o rozczarowaniu i o niemożności pogodzenia się z postępowaniem kota, który zamiast chronić swoich bliskich, miał przyczyniać się do ich cierpienia. Nie musiałaby nawet kłamać w każdej kwestii. Wystarczyłoby wybrać te prawdy, które najlepiej służyłyby jej sprawie, i przemilczeć wszystko, co mogłoby jej zaszkodzić.
Nie czuła się nawet szczególnie źle z tym, co planowała wcisknąć komukolwiek, kto zechce zapytać ją o niebieskookiego lidera.
Rodzina powinna być schronieniem, miejscem, w którym można odnaleźć wsparcie nawet w najgorszych chwilach. Tymczasem ona nigdy nie miała pewności, czy w oczach własnego ojca znaczyła cokolwiek więcej niż kolejny problem, którego rozwiązaniem nie zamierzał się przejmować.
Nie potrafiła przypomnieć sobie niczego, co skłoniłoby ją do przekonania, że naprawdę ją kochał. Nie widziała powodu, dla którego miałaby teraz chronić jego dobre imię, skoro on sam nie zadbał o to, by oszczędzić jej cierpienia. Jeśli kilka odpowiednio dobranych słów wystarczyłoby, by podważyć zaufanie, którym darzyli go inni, z wielką chęcią powiedziałaby wszystko, żeby tylko uwierzyli w jej obraz ich przywódcy.
Oko za oko, prawda?
Ta myśl przynosiła jej osobliwą satysfakcję. Nie była to radość w najczystszej postaci, lecz raczej gorzkie poczucie sprawiedliwości, które pozwalało jej przez chwilę uwierzyć, że nie wszystko zostało jej odebrane. Nie mogła cofnąć wydarzeń, które doprowadziły ją do obecnego położenia, ale mogła przynajmniej spróbować sprawić, by jej ojciec również odczuł konsekwencje własnych decyzji. Skoro nie miał zamiaru okazać skruchy, odbierając jej marzenia, dlaczego ona miałaby oszczędzać mu przykrości?
Nie czuł przecież żadnego żalu.
Nie zastanawiał się nad tym, jak wiele kosztowało ją pogodzenie się z utratą wszystkiego, co dotychczas uważała za ważne. Nie przejmował się jej rozczarowaniem ani tym, że przyszłość, którą sobie wymarzyła, rozpadała się na jej oczach. Nie próbował przywrócić jej poczucia bezpieczeństwa. Pozostawił ją z konsekwencjami wydarzeń, których ciężar okazał się trudniejszy do zniesienia, niż kiedykolwiek chciałaby przyznać.
Łzawa Łapa zacisnęła lekko szczęki. Przez krótką chwilę poczuła, jak narasta w niej znajoma gorycz, lecz tym razem nie pozwoliła jej całkowicie zawładnąć swoimi myślami. Gniew nie był rozwiązaniem, podobnie jak rozpamiętywanie krzywd, których nie mogła już naprawić. Potrzebowała planu, a ten zaczynał nabierać kształtów. Nie zamierzała czekać, aż ktoś zlituję się nad jej losem.
Jeśli miała odzyskać wolność, musiała nauczyć się wykorzystywać to, co jeszcze jej pozostało.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz