Dalej czuła zdziwienie tym, jak lasy mogą się różnić. Tutejsze owocowe drzewka niczym nie przypominały konarów wyginających się w przerażające kształty, jakich doświadczyła jako pierwszych. Przypominała sobie o tym, zadzierając głowę podczas przebywania na ziemi, a także obserwując ze swojego łoża resztę miejsc przeznaczonych do odpoczynku. Przyzwyczaiła się już do takiego okrycia, chociaż czasem brakowało jej kwiatków spotykanych w ogrodach, tutaj zastępowanych przez liczne owoce drzew, niestety niemożliwe do ujrzenia o tej porze roku. Może ułatwiłby przestawienie się, gdyby tylko były widoczne. Wychodząc na zewnątrz zazwyczaj zaznaczała to w głowie, jednak czas pokazał, iż życie Klanowe nie pozostawia ją z tak dużą energią.
Wychodząc o świcie i wracając późnym popołudniem, rytm snu naturalnie wrócił u niej do normy. Nie było dłużej bezsennego wpatrywania się w gałęzie, bo zwyczajnie zasypiała wymęczona po całym dniu hasania. Czasem okazywali się nawet, że nie ma siły iść na późniejszy trening - preferowała te wczesne. Zaraz po przebudzeniu czuła najwięcej siły, a kiedy jej mentorka wyznaczała późniejszą godzinę, czuła się już powoli zaspana oraz zdecydowanie mniej chętna. Wraz z mijającym czasem, czar tego całego uczenia się, zaczął pryskać. Nie doszła jeszcze do nauki walki, lecz przyszedł czas na polowanie… tego nie lubiła! Nie wie, czy polubi bardziej liczne ruchy bitewne, lecz maltretowanie małych żyjątek nieco ją martwiło. Jedynie po licznych przekonywaniach o słuszności rzeczy, zaczęła naprawdę próbować poświęcić się akcji.
Wpłynęły na to głównie słowa kotki próbującej przekazać swoją wiedzę uczennicy. Rzekła ona: taki jest cykl życia, a wszechmatce możesz podziękować za ten dar. Takie zdanie utkwiło jej w głowie na dłużej głównie przez wspomnienie wszechmatki, nie samego cyklu, którego przerwanie znała na własnej skórze jako pieszczoszka. Miesiące biegły nieubłaganie i systematycznie odzwyczajała się od wygód, niemniej dalej gdzieś miała ich pełną świadomość. Tak więc zatrzymanie się na komentarzu dotyczącym bogini, w którą wierzyło większość Owocniaków, stało się lepszym rozwiązaniem. Poza tym zrobiła to mimowolnie; natura takiej wiary bardzo ją nurtowała. Sama nigdy w nic nie wierzyła.
_________
Odgłos łap miarowo uderzających o ziemię wypełniał zakamarek na tyle, ile pozwalało na to ogrodzenie złożone z krzewów. To Całunka i Odeta szły ścieżką, nieco zbyt głośno. Chyba chodziło tu o porę nie sprzyjającą skupieniu, dopóki to brunetka nie strzepnęła ogonem na podopieczną, tym samym uciszając jej ruchy. Wyznaczyły sobie w końcu za cel polowanie, cisza była wymagana. Mimo wszystkiego, młodsza cały czas znajdowała siebie mrucząc coś pod nosem, czy to do towarzyszki, czy też do samej siebie. Jakoś tak nie mogła się uciszyć, idąc tak z myślą o niedawnym stwierdzeniu.
— Cichutko! — rzuciła w jej stronę wojowniczka, ostrzegającym tonem. Wtem, jak to ona, bez ostrzeżenia przypadła do ziemi gładkim ruchem. Liliowa, chociaż mniej zgrabnie, podążyła jej śladami i razem zaczęły pełzać przed siebie ślimaczym tempem. Miała delikatne wrażenie, że coś rozsądzi ją od środka. Zachowała ten komentarz dla siebie, dla własnego bezpieczeństwa.
— Dzisiaj ty coś czujesz, ty polujesz. Ja nie będę ci pomagać. — po chwili powiedziała półszeptem nauczycielka, żeby tylko dać jej więcej szans na udane łowy. Natomiast Odeta nie mogła się powstrzymać.
— Ja jeszcze nigdy nie próbowałam tak sama! Zawsze ty wyczuwasz i ja poluje albo ja wyczuwam i ty polujesz, albo ty pokazujesz! — wyskrzeczała znacznie głośniej, niż powinna. Na jej obronę - powstrzymywała się tak czy inaczej. Niemniej to nie wystarczyło Całunce, która zatrzymała się tak gwałtownie, aż to uczennica weszła prosto w nią. Cicho syknęła, odskakując w tył i stając na cztery wyprostowane łapy. Spojrzenia obydwu kocić spotkały się, jedno przerażone z drugim spokojnym.
— Robiłaś to tyle razy. Gdzie entuzjazm? Próbujemy nowych rzeczy! — starała się udobruchać jednolita, ale nawet nie poświęciła temu dłuższej chwili, już kiwając głową w stronę dalszej drogi, żeby pospieszyć podopieczną do działania. Tamta zaprotestowawszy burczeniem pod nosem, nawet jeśli zaraz wróciła do skradania się i wyprzedziła szereg. Z poleceniami się nie kłócisz - chyba że widzisz zabawę w oczach rozmówcy.
Skup się Odeta… łapa za łapą… powoli… nos w górę i czuję. Zwierzyna w lesie nie chowała się tak usilnie w zimne pory, jak na odkrytych terenach. Cieszyła się niezmiernie z tego powodu, ponieważ wystarczyło parę minut na wyczucie czegokolwiek. Malujący się przed nią ptak - drozd - nie był szczytem marzeń, lecz ujrzenie jakiejkolwiek istoty napełniło ją szczęściem ze znalezienia. Teraz tylko przemóc się i schwytać. Czy to powinna być ta gorsza część, jak w głowie koteczki?
Coś jak gdyby usłyszało jej rozmyślania, ukazując to ptakiem podrywającym się z gruntu i siadającym na gałęzi pobliskiej jabłoni. Liliowa spojrzała bezradnie na swoją nauczycielkę. Tamta bez słowa podeszła do drzewa i wskoczyła na jego konar, ruszając się jednak w spowolnionym tempie. Chciała pokazać, jak się to robi. Młodsza nie była tak pozytywnie nastawiony ani pewna swoich ruchów jak wprawiona. Podchodząc do drzewa czuła dygotanie łap, pomimo dalszego stania na twardym gruncie. To było za dużo na jej nerwy… cała drżała, jak wysoka trawa podrygująca przez wiatr. Nie było nawet możliwości wycofania się, nie bez smutku. Ona szczerze chciała zrobić coś, co zaskoczy brązową.
Byle by to zrobić; takie hasło zajaśniało w perspektywie sytuacji. Nie musiało być idealnie, ale samo wejście na górę będzie sukcesem. Jej mentora będzie miała czym pochwalić się przed pobratymcami. Wystarczy jedno, staranne podbicie. Wykonała takie, któremu trochę brak gracji, jednak wystarczyło do uczepienia się drewnianej powierzchni. Najgorszą robotą okazało się to dziwne pełzanie po pnącej się wysoko płaszczyźnie. Okazało się jednak, że jeśli trzyma się kurczowo materiału, finalnie da radę wejść na sam szczyt. Kogo obchodzi słaba taktyka! Udało jej się dostać na gałąź!
Całunka z boku wydała cichutki odgłos aprobaty, pomimo rozbawionego uśmiechu rozciągającego się na pysku. Motywacja uczennicy wzrastała z każdą sekundą. Nie czekając już na żadną komendę, wybrała się w drogę pomiędzy gałęziami, byle jak najciszej. Nie była panią głuszy, jednak dni spędzone w bezglosie nauczyły ją, jak żyć z nim w harmonii. Szelest liści mógł zostać pominięty, aczkolwiek skrzyp konaru nie. Tym sposobem kierowała się, aż woń ptaka stała się znów wyczuwalna. W momencie zorientowała się, iż jest idealnie nad nią. Decyzja mogła być lekkomyślna, ale skoczyła naprzód w pełnej euforii dotarcia do celu mimo przeszkód.
Skończyło się na tym, że matka miała w pysku, ale spadła na sam pień drzewa. Przed bolesnym spotkaniem z podłożem, zapewne niebezpiecznym, uratowało ją zaczepienie się pazurami. Ledwie uratowała swoją skórę! Cała nastroszona, została na tym przerwie dopóty, dopóki wojowniczka nie ściągnęła jej stamtąd siłą. Najadła się niemałego stresu… została też wyśmiana. Jednak zdobycz się zgadzała: cały dorodny drozd.
_________
Po powrocie do obozu zdecydowała się na oddanie swojej dumy królowym. Jakoś tak pasowało jej to najbardziej. Może przez skojarzenie z ukochaną matką, może przez komentarz nauczycielki, aby dobrze wykorzystać ptaka… ale padło na żłobek. Wkraczając do przestrzeni, która w przeciwieństwie do wielu pobratymców, nie była miejscem jej dzieciństwa, rozejrzała się. Jej mina od razu rozpogodziła się an widok młodziutki mordek oglądających się w jej stronę. Mimochodem, płomienno-rudy pręgusek rzucił jej się w oczy jako pierwszy, przez jego jaskrawość. Skierowała się więc do niego bezzwłocznie, a on zastygł w miejscu, obserwując jej poczynania. Może był delikatnie onieśmielony? To dosyć głupkowate, więc Odeta nie zdecydowała się na dłuższe myślenie o tym.
Takie wybieranie z gromady nie było w jej typie. Zrobiła to wyłącznie wiedziona przymusem i w sumie to Zwinek znajdował się najbliżej. Wytłumaczyła to sobie w ten sposób, równocześnie z niemymi przeprosinami względem innych kociaków. Nie trwało to długo, albowiem cała buzowała przez wypełnienie radością. Udane łowy to może jednak dobre uczucie! Chociaż powątpiewa czy byłaby w stanie zjeść ptaka… raczej wybrałaby coś, co nie patrzy jej prosto w oczy…
— Hej! Mam dla ciebie małe co-nieco. — wesołym tonem zwróciła się do niego. Musiała przyznać, że trochę nietypowym dostawać takie długie spojrzenie od młodszego. Inni uczniowie pomijali ją wzrok nazbyt często! Starała się jednak zachować miło i entuzjastycznie, jak to miała w swojej najlepszej części. Przy tym położyła opierzonego u łap kocurka. Podarek wywalczony uporem na jabłonce nieopodal.
<No co? Podoba ci się, rudzielcu?>
[1224 słowa/polowanie i wspinaczka na drzewa]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz