Złamana Łapa po usłyszeniu słów swojej koleżanki lekko się naburmuszył. Dlaczego on jeszcze nie został wojownikiem? Był przecież już najstarszym uczniem w klanie. Dlaczego Morświnowa Płetwa nie powiedziała Lśniącej Gwieździe o tym, że kocur jest gotowy do zostania wojownikiem? Przecież był już o wiele starszy od Tańcującej Słonki! Nie potrafił tego przyjąć do wiadomości. Po prostu nie umiał. Jego największym lękiem na ten moment było to, że przywódca go nie mianuje do co najmniej pięćdziesiątego księżyca życia.
— Ach… No dobrze. Możemy się przejść — mruknął cicho.
W dodatku nie mógł już trenować ze swoją mentorką, ponieważ ta skończyła w żłobku. Podobno do kontynuacji jego treningu został wybrany Tygrysi Język. Złamana Łapa pierwszy raz usłyszał imię tego kocura lub kotki. Nie miał najmniejszego pojęcia, kim ten kot był.
— Dlaczego ja jeszcze nie zostałem mianowany — syknął pod nosem, po czym spojrzał z przymrużonymi oczami na swoje łapy. Ciężko westchnął i potrząsnął łbem. Mówiąc szczerze, to chciał jak najbardziej ukryć swoją złość i smutek, które mu przybyły przez mianowanie jego przyjaciółki.
— Złamana Łapo! Chodźmy, całego dnia nie mamy! Pamiętaj o tym! — mruknęła jego przyjaciółka z niewielkim uśmiechem na pysku. Dymny tylko westchnął i zaczął iść za swoją przyjaciółką.
— Tańcująca Słonko, ile tak właściwie ty masz księżyców? — spytał kocur. Był właściwie ciekaw, chociaż kotek się o wiek nie pyta…
— No… Wiesz co, jakoś przestałam to liczyć, ale chyba coś w okolicach dwudziestu… — odparła szylkretowa wojowniczka. — A dlaczego pytasz? — dodała nieśmiało.
Złamana Łapa na moment zamarł. Dwadzieścia księżyców? Czyli była mniej więcej w wieku, w którym on sam powinien już od dawna nosić imię wojownika. Nie chciał obwiniać Tańcującej Słonki, przecież nie zrobiła nic złego. Mimo to trudno mu było powstrzymać ukłucie zazdrości, jakie pojawiło się w jego sercu.
— Czyli jesteś ode mnie o wiele młodsza — mruknął, próbując zabrzmieć obojętnie. — A już jesteś wojowniczką, świetnie! — syknął pod nosem.
Słonka przekręciła głowę, nie rozumiejąc zachowania czarnofutrego.
— Och… — miauknęła, nieznacznie kładąc po sobie uszy. — Przepraszam, jeśli sprawiło ci to przykrość…
Kocur pokręcił głową. Nie chciał, aby kotka pomyślała, że ten ma jakiś problem do tego, że ona jest już wojowniczką.
— Myślisz, że też zostanę za niedługo wojownikiem? — zapytał, po czym podrapał się po brodzie.
Szylkretka odetchnęła z ulgą i spojrzała na swojego przyjaciela, posyłając mu pokrzepiający uśmiech.
— No pewnie! — odparła niemal od razu. — Spędziliśmy ze sobą tyle wspólnych treningów i muszę ci powiedzieć, że twoje umiejętności są już na poziomie wojownika! Nie wiem, dlaczego Lśniąca Gwiazda wciąż nie chce cię mianować… Może to też przez to, że twoja mentorka wylądowała w żłobku? — rozgadała się. — Tygrysi Język zapewne musi najpierw dowiedzieć się, czy Morświnowa Płetwa faktycznie nauczyła cię już wszystkiego, zanim dopuści cię do awansu.
— No tak… Ja wiem, ale Morświnowa Płetwa już mnie przecież wszystkiego nauczyła. Chyba… Jestem uczniem od osiemnastu księżyców! To oczywiste, że już wszystko potrafię… — Kocur po wypowiedzianych słowach ciężko westchnął, lecz nie zamierzał już kontynuować tematu mianowania. Chciał skupić się na spacerze i odpoczynku od obowiązków. Przynajmniej teraz, gdy jego przyjaciółka została mianowana, mógł wychodzić na spacery bez zmartwień, że wartownik go nie wypuści. Teraz ma już wymówkę i ma z kim wychodzić. Przynajmniej tyle z dobrych rzeczy.
— Nie chcę już rozmawiać o treningach, więc spytam… masz kogoś na oku? — mruknął i spojrzał na kotkę z uśmiechem, jakiego chyba jeszcze nigdy u niego nie widziała.
Wojowniczka zamilkła od razu i zdawać by się mogło, że również wstrzymała oddech. Wyglądała zupełnie tak, jakby ktoś właśnie z całej siły uderzył ją w brzuch.
— Och, ja… — zaczęła, lecz język szybko zaczął jej się plątać. — Ja… N-nie… — wydukała, uśmiechając się nerwowo do kocura. — Dopiero co zostałam wojowniczką! Mam jeszcze pełno czasu na to, by sobie kogoś znaleźć, czyż nie? — kontynuowała, tym razem już trochę śmielej. — Ty już za to jedną łapą jesteś w grobie, mam rację? — zażartowała, by się rozluźnić. — Chyba musi być ktoś, kto wpadł ci w oko przez te trzydzieści księżyców życia?
— Właściwie jest jeden kot, który mi się podoba. A tak właściwie, dlaczego się tak zestresowałaś, gdy cię o to zapytałem? Czy jednak masz jakiegoś wybranka? — zapytał, po czym uniósł brwi i zaczął wpatrywać się w Słonkę, dokładnie wiedząc, że młodsza coś ukrywa.
Szylkretka milczała przez dłuższą chwilę, jakby ważyła teraz w głowie jakieś opcje.
— No… być może… — odrzekła niepewnie, uciekając wzrokiem od Złamanej Łapy.
Kocur nie do końca wiedział, co ma myśleć o zachowaniu kotki. Nie zachowywała się ani trochę naturalnie.
— Przecież widzę, że coś ukrywasz. Możesz powiedzieć przecież, o co chodzi. Nie powiem twojemu kochasiowi! Przysięgam! — mruknął.
Słonka, gdyby tylko mogła, najpewniej zrobiłaby się teraz czerwona jak burak.
— Ja… wydaję mi się, że… — zaczęła, lecz po chwili urwała, strzepując nerwowo ogonem. — Chyba… chyba podoba mi się ten, no… Koszmarna Łapa! — wyrzuciła z siebie wreszcie, lecz nie wyglądała na ani trochę rozluźnioną tym wyznaniem. — Tak, Koszmarna Łapa… Podoba mi się — dodała jeszcze, przełykając głośno ślinę.
Złamana Łapa na chwilę zamknął oczy, próbując przypomnieć sobie, kim był ten kocur.
— Ten z Klanu Wilka, tak? — zapytał, nie do końca potrafiąc sobie przypomnieć, kim on był.
— Tak… — odparła Słonka. — Polubiłeś go też, prawda…? Z początku niezbyt się dogadywaliście i po prostu… Nie chcę, żebyś musiał się na niego denerwować — wyjaśniła.
— Jak na Wilczaka był w porządku. I poza tym nie muszę go lubić. To moja miłość czy twoja? Ja jestem tylko twoim przyjacielem, więc nie mogę się denerwować na kogoś, kto ci się podoba, co nie? — odparł zaskoczony słowami Tańcującej Słonki. Nie rozumiał, dlaczego miałby się na niego denerwować. To byłby jego chłopak? No chyba jednak nie. Złamana Łapa od razu pomyślał o Cichej Łapie, a na jego pysku pojawił się mały uśmieszek.
— Właściwie mi się podoba ktoś z naszego klanu. Ale nie wyciągniesz ode mnie informacji, kim jest ten ktoś… — odparł.
Słonka zaśmiała się pod nosem.
— Ach… Zastanówmy się… kto taki mógłby to być? — mruknęła, po czym puściła Złamanej Łapie oczko. — Chyba nigdy tego nie zgadnę!
— Ciężko zgadnąć… Chyba tym kotem jest... hmm… Chyba nazywa się Złamana Łapa… — zażartował, nie mając ochoty wyjawiać Słonce, kto mu się podobał. Po ostatnim widoku Słonki wtulonej w futro Cichej Łapy nie wspominał o nim za dużo w jej towarzystwie.
Szylkretka skinęła głową.
— Złamana Łapa? Ach, tak… Chyba coś o nim słyszałam. Same dobre rzeczy o nim opowiadają! Lepiej się pospiesz z wyznaniem mu miłości, zanim ktoś ukradnie ci go sprzed nosa! — poleciła czarnofutremu.
— No tak. Chyba wyznam miłość temu Złamanej Łapie, gdy ja już zostanę wojownikiem. Na razie nie jestem gotowy na takie wyznanie — odpowiedział szylkretce, po czym ziewnął i spojrzał w górę.
Wojowniczka przekręciła głowę.
— Naprawdę? — spytała, a jej głos nieznacznie zadrżał. — To… naprawdę fajnie! W takim razie mam nadzieję, że zaakceptuje twoje wyznanie! Wiesz, w razie czego mogę pomóc ci przygotować jakiś bukiecik dla tego Złamanej Łapy… — dodała, śmiejąc się cicho pod nosem.
Złamana Łapa zauważył niewielką zmianę w głosie młodszej kotki. Przez chwilę zaczął się nad tym zastanawiać, ale nie doszedł do żadnego sensownego wytłumaczenia. Nie chciał już męczyć Słonki nadmiarem pytań, więc uznał, że nie będzie już o to pytać. Wolał domyślić się już chyba samemu.
— No to… Jaki był dokładnie cel naszego spaceru? — zapytał.
Szylkretka zamyśliła się na kilka uderzeń serca.
— Właściwie to zamierzałam cię spytać, co sądzisz o moim nowym imieniu! — oznajmiła, teraz już nieco żywszym tonem, niż przed chwilą.
— Uważam, że jest w porządku. Ale tańcująca to ty chyba nie jesteś. Raczej pasowałoby do ciebie coś w stylu... hm… Cicha Słonka? Wstydliwa Słonka? Raczej coś takiego. A mi? Jakie byś mi dała imię, gdybym już został wojownikiem? — mruknął z nutką zaciekawienia w głosie.
Żółtooka zmierzyła go morderczym spojrzeniem.
— To ja już chyba wolę być Tańcującą Słonką…! Choć nie ukrywam, że twoje propozycje są całkiem trafne… — przyznała. — A ty? Cóż, mógłbyś być na przykład… Złamanym Sercem — zachichotała, lecz chwilę później odchrząknęła. — Albo Złamanym Ciosem czy może Złamaną Wolą? Nie wiem, nie jestem zbyt dobra w wymyślaniu imion…
— Ach, no chyba rozumiem… Chciałbym być już wojownikiem i móc wychodzić samotnie z obozowiska, nie musząc mieć przy sobie kogoś dorosłego. To takie męczące — westchnął ciężko.
— Tak, bo ja niby jestem bardziej dorosłym kotem… — zauważyła Słonka. — To zabawne, że jesteś teraz pod moją opieką, no nie?
— Daj spokój. Jestem od ciebie starszy chyba o dziesięć księżyców, i to ty musisz mnie pilnować?! To jakieś żarty — syknął zdenerwowany.
Żółtooka wzruszyła ramionami.
— To nie ja wymyślałam te zasady — mruknęła. — Tylko nie wiem, czy w tym przypadku lepiej byłoby ci pozwolić na samodzielne wychodzenie z obozu, czy mi zakazać! Może każdy kot powyżej dwunastu księżyców powinien zyskiwać możliwość samotnego opuszczania obozu? Nie wiem… Ach, obym nigdy nie musiała zostać zastępcą, albo nie daj Klanie Gwiazdy liderem! — zachichotała.
Kocur również zachichotał, lecz po chwili całkowicie poważnym tonem powiedział:
— Gdybyś miała objąć którąś z tych ról, to ten klan by dwóch nocy nie przeżył. — Pokręcił łbem, po czym ponownie ziewnął. — Wybacz, że ci to mówię, lecz nie nadawałabyś się na zastępcę lub lidera… Z pełnym szacunkiem.
— Wiem, Złamana Łapo… — miauknęła, tym razem dosyć przybitym głosem. — Przez dłuższy czas myślałam nawet, że nie będę się nadawać na wojownika! Taki… jeden kocur powiedział mi nawet, bym została protektorem, twierdząc, że protektorami zostają jedynie pokraki, haha…
— I co? Posłuchałaś się go? No właśnie! Ktokolwiek to był, to był idiotą, i nie ma co się takich słuchać — mruknął, po czym się uśmiechnął łagodnie do przyjaciółki.
— Nie wiem, Złamana Łapo. Nie nazwałabym go idiotą — przyznała. — To nie jego wina, że jego rodzice wychowali go na takiego kota. Jestem pewna, że gdyby nie musiał dorastać wśród nienawiści, mógłby zostać kimś dobrym, przyjaznym.
— No, nie wiem. Nie jestem w stanie nazwać kogoś takiego kimś innym niż idiotą, gdy wyzywa moich przyjaciół — powiedział oburzony. — Jeśli zrobiłby znowu coś takiego, to bym mu chyba ogon wyrwał — mruknął.
Słonka pokręciła głową.
— Cóż, to chyba lepiej, bym w takim razie nie zdradzała ci tożsamości tego kota… — mruknęła.
Na moment między dwójką kotów zapanowała cisza.
— Wracamy już do obozu? — zaproponowała w końcu Słonka. — Robi mi się już trochę zimno, jeśli mam być szczera…
— Hm. W porządku, możemy wracać. Jestem w sumie też trochę głodny, bo odkąd wstałem, nic nie zdążyłem zjeść — mruknął, po czym jego brzuch wydał głośne burknięcie. — Och. Chyba nawet słyszysz… — zachichotał pod nosem.
Wojowniczka również się zaśmiała.
— Och, słyszę! Obawiam się, że nawet do Wilczaków dotarło to burczenie — zażartowała.
— Jasne! Dotarło! Koszmarna Łapa już na pewno je usłyszał — również zażartował. — Tak w sumie myślę… Przecież dopiero co się poznałaś z Koszmarną Łapą, jakim cudem już się w nim zakochałaś? — spytał.
Słonka wzruszyła ramionami.
— Nie słyszałeś nigdy o miłości od pierwszego wejrzenia? — zapytała, uśmiechając się do niego. — Po prostu… gdy na niego patrzę, robi mi się jakoś cieplej na sercu, wiesz? Gdy z nim rozmawiałam, to miałam wrażenie, że policzki zaraz zaczną mi płonąć! No i w dodatku… Znasz to uczucie…? Takie w brzuchu. Jakby latały po nim motyle…
— No… znam chyba za dobrze. Chociaż sam nie wiem… To takie dziwne! Ja nigdy nie sądziłem, że ktoś mi się spodoba, mi! A jednak. I chyba wydaje mi się, że Złamana Łapa, znaczy no… odwzajemnia moje uczucia… Tak to wygląda! — odpowiedział jej, lekko zawstydzony tym, co w ogóle mówi.
— Naprawdę? — zdziwiła się szylkretka. — Ach, opowiadaj mi! Po czym to stwierdzasz? — zaczęła dopytywać.
— No… Wiesz co, jesteśmy ze sobą dość blisko i świetnie się dogadujemy i mam nadzieję, że wyjdzie coś z tego więcej… Ale nie myśl sobie za dużo! — mruknął.
Tańcująca Słonka przez dobre kilka uderzeń serca po prostu wpatrywała się w swojego przyjaciela, a w jej oczach mieszały się ze sobą różnorakie emocje.
— W takim razie… życzę ci powodzenia ze Złamaną Łapą! — odezwała się, starając się zabrzmieć pokrzepiająco. — Mam nadzieję, że kiedyś zabierzecie mnie ze sobą na jakiś wspólny spacer, co?
— A ja tobie życzę powodzenia z Koszmarną Łapą! Myślę, że cię polubił. — Pchnął ją lekko łokciem w bark. — I oczywiście, jeśli się wszystko uda, to cię zabierzemy na spacer!
W ślepiach szylkretki przez moment zakręciły się łzy, lecz nim Złamana Łapa zdążył jakkolwiek na to zareagować, Słonka rzuciła się do biegu.
— Kto ostatni w obozie ten zgniłe jajo! — krzyknęła.
— Wykorzystujesz to, że nie umiem biegać! — krzyknął też, lecz mimo wszystko przekonał swoje łapy do sprintu. Był to jednak zły pomysł, bo po chwili całkowicie zwolnił, a jego oddech stał się świszczący.
Żółtooka zwolniła trochę, pozwalając na to, by czarnofutry ją dogonił.
— Ach, nawet ślimak byłby od ciebie szybszy! — zaśmiała się, lekko trącając kocura swoim łokciem. — Nie martw się, już ja cię nauczę szybko biegać! Popracujemy trochę nad twoją kondycją i będziesz śmigał jak najprawdziwszy zając — oznajmiła.
— Chyba… śnisz… — Kocur wziął duży wdech — Nigdy więcej… Nie zmusisz mnie… Wody, błagam… — odpowiedział cały zdyszany, po czym padł na ziemię brzuchem do góry.
Tańcująca Słonka zaśmiała się na ten widok.
— No już nie przesadzaj! Leżysz tu teraz jak nieporadny robak, który nie potrafi znowu stanąć na ziemi — stwierdziła, kręcąc powoli głową.
— To niech moje imię wojownicze to będzie Złamany Robak… Może będzie pasować… — Kocur co chwilę brał jeszcze mocne i głębokie oddechy, świadczące o zmęczeniu po tym chwilowym sprincie za Tańcującą Słonką.
— Złamany Robak? A co powiesz na Złamany Żuk?
<Tańcująca Słonko?>
[2138 słów]
[43%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz