BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Judaszowcowy Pocałunek x Lśniąca Łapa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Judaszowcowy Pocałunek x Lśniąca Łapa. Pokaż wszystkie posty

17 grudnia 2025

Od Mirtowego Lśnienia CD. Judaszowcowej Gwiazdy

Spojrzał na ojca wzrokiem pustym i ciężkim, jakby w jego oczach osiadła gęsta, mleczna mgła po długiej, nieprzespanej nocy, która nie chciała się rozwiać mimo ostrego tonu wypowiedzi przywódcy, niepotrafiącego przebić tej zasłony nawet najbardziej uszczypliwymi słowami, przypominającymi ciernie odbijające się bez echa od skóry już dawno stwardniałej pod naporem wcześniejszych ran.
Chociaż w jego piersi narastała paląca potrzeba odpowiedzi, równie ostrej i pełnej jadu co poprzednie, która mogłaby zranić ojca niczym pazury doświadczonego wojownika tnące futro przeciwnika, to jednak coś — jakby niewidzialne, zaciskające się na gardle szpony — unieruchomiło wszystkie słowa, dławiąc je jeszcze w zarodku i sprawiając, że poczuł się nagle bezgłośny, zupełnie pozbawiony pewności, czy potrafi jeszcze wypowiedzieć cokolwiek, co miałoby jakikolwiek sens.
W tej właśnie chwili zrozumiał, z tą bolesną i nieubłaganą jasnością, która przychodzi dopiero wtedy, gdy cała wcześniejsza nadzieja zdąży już całkowicie wyparować, że nieważne, jak bardzo będzie się starał, jak ostro odpowie ani jak długo będzie próbował walczyć — nic nie zmieni faktu, że ich relacja pozostanie dokładnie tak samo oziębła jak była przez wszystkie poprzednie księżyce; nie była bowiem w stanie ani posunąć się naprzód, ani cofnąć, jakby została zamrożona w jednym, wiecznie trwającym momencie.
Dostrzegając to, że stracił już zbyt wiele czasu, zbyt wiele własnego serca i energii, dążąc obsesyjnie do osiągnięcia władzy, Mirtowe Lśnienie uświadomił sobie, że brązowy kocur stojący przed nim przestał być dla niego kimkolwiek znaczącym — nie dostrzegał w nim już ani postaci ojca, ani dawnej figury godnej szacunku, ani wzoru, za którym mógłby podążać, widząc w nim jedynie rywala, który przez całe jego życie rzucał cień, tłumiąc wszystkie najjaśniejsze części jego charakteru tak skutecznie, jak ciężkie chmury tłumią światło księżyca.
Skinął więc głową — gestem lekkim, niemal niezauważalnym, pozbawionym zarówno przekonania, jak i prawdziwego zrozumienia — ponieważ w rzeczywistości nie pojmował już absolutnie niczego: ani tego, dlaczego kot, którego kiedyś darzył szacunkiem i podziwem tak głębokim, że nie dopuszczał do siebie myśli o jakiejkolwiek jego winie, stał się odpowiedzialny za tak wiele nieszczęść, ani tego, w jaki sposób więź, która powinna być najsilniejszą z możliwych, uległa tak kompletnemu rozpadowi, że pozostała po niej jedynie chłodna pustka nie do zasypania.
Słowa Judaszowcowej Gwiazdy — twarde, chłodne, pozbawione cienia wsparcia czy choćby zdawkowej troski — spadły na niego niczym zimny, martwy deszcz, który nie przynosi ulgi, lecz przenika do szpiku kości i pozostawia jedynie nieprzyjemne drżenie w łapach; wisiały nad jego głową jak blady, nijaki cień, odczuwalny, lecz niezdolny wzbudzić w nim czegokolwiek poza narastającą obojętnością, która coraz silniej wygryzała z niego ostatki dawnych uczuć.
Chwila, która mogła — choć wątpliwie — stać się początkiem pojednania, okazała się jedynie kolejnym dowodem na to, że ich relacja podąża stale tą samą, niezmienną ścieżką, na której nie było miejsca ani na poprawę, ani na pogorszenie, ponieważ wszystko obumarło już wcześniej i teraz wisiało nad nimi niczym martwa gałąź, złamana, lecz wciąż trzymająca się drzewa tylko dzięki własnej inercji.
A mimo to — a może właśnie dlatego — nie miało to już znaczenia, gdyż cokolwiek miało się wydarzyć, i tak wydarzy się prędzej czy później, niezależnie od ich rozmów, gestów czy prób zakłamania rzeczywistości.
W pewnym sensie liczyło się już tylko to, jaką pozycję zajmie Mirtowe Lśnienie, gdy Judaszowcowa Gwiazda przestanie dłużej stać na szczycie klanu, a także kim okażą się koty, które dziś były dla rudego rywalami, przeciwnikami czy obiektami narastającej antypatii — i które jutro mogą stanąć naprzeciwko niego w walce o władzę, której pragnął tak długo, że był w stanie wymyślać sobie kolejne powody, by to właśnie on ją sprawował.

* * *

Odkąd odbył rozmowę z ojcem — tę ciężką, przesyconą chłodem wymianę słów, która bardziej przypominała starcie niż rodzinny dialog — coś w nim nieodwracalnie pękło, a część jego życia, dotąd stała jak skała u podstaw klanu, zaczęła się kruszyć i osuwać w dół, odsłaniając zupełnie nowe warstwy myśli, których wcześniej w sobie nie dostrzegał.
Od tamtego momentu przestał się nad sobą użalać; porzucił tę dawną potrzebę doszukiwania się w sobie ofiary, której los jest wiecznie przesądzony i niezmienny, bo zrozumiał w końcu, że takie podejście nie miało już najmniejszego wpływu na to, jak potoczą się jego dalsze dni.
Choć nie wiedział, czy los — albo Klan Gwiazdy, czy ktokolwiek, kto splata niewidzialne nici przeznaczenia — kiedykolwiek uzna go za godnego zostania zastępcą; choć nie był pewien, czy kiedykolwiek poczuje ciężar władzy osiadającej w jego łapach tak mocno, że stanie się ona częścią jego własnego oddechu… Wiedział jedno: musi do niej dążyć.
Musi, ponieważ wszystko inne straciło znaczenie, rozpłynęło się niczym poranna mgła, nad którą wschodzące słońce nie ma już litości.
Czasami, gdy noc spowijała obóz chłodnym, srebrnym światłem, a księżyc odbijał się w jego oczach jak drżąca plamka światła na wodzie, przyłapywał się na tym, że wpatruje się w Pikującą Jaskółkę — obecną zastępczynię, której smukła sylwetka rysowała się wyraźnie na tle skał, zawsze pewna swojego miejsca, swojego celu i swojej pozycji.
Za każdym razem myśl ta była równie gorzka: to właśnie ona miała w przyszłości objąć pełnię władzy, zostać tą, która poprowadzi klan w stronę losu, na jaki — w jego przekonaniu — nie zasługiwał.
Nie wiedział, jak mógł do tego dopuścić.
Jak mógł stać z boku przez tyle księżyców, nie robiąc absolutnie nic, by choćby spróbować wpłynąć na bieg wydarzeń, które z każdym dniem wydawały się coraz bardziej wymykać spod jego kontroli.
Nie wiedział, dlaczego wcześniej nie podjął żadnej próby, choćby najmniejszej iskierki działania, by zmienić to, co wydawało się nieuniknione.
A jednak teraz — gdy patrzył na Pikującą Jaskółkę, górującą nad resztą klanu z tą nieznośną, niemal niepodważalną pewnością siebie — zaczynał zastanawiać się, czy czasem to wszystko nie było znakiem.
Może właśnie tego oczekiwał od niego Klan Gwiazdy?
Może pragnął, by zapobiegł katastrofie, którą w jego oczach miała sprowadzić na Klan Klifu kremowa wojowniczka ze swoją gładką, niemal perfekcyjnie uporządkowaną powierzchownością, skrywającą pod warstwą mistrzowskiej powściągliwości coś znacznie mroczniejszego?
Gdyby tylko tak było…
Gdyby w końcu znalazł się powód, który usprawiedliwiłby tą narastającą w nim nienawiść — tę żrącą, duszącą emocję, której nie potrafił już dłużej ukrywać — i pozwolił mu przekonać samego siebie, że pozbycie się problemu, jaki dostrzegał w Pikującej Jaskółce, jest nie tylko zasadne, ale i konieczne.
Westchnął ciężko, a jego wzrok powoli powędrował ku legowisku przywódcy. Judaszowcowa Gwiazda siedział tuż przy wejściu, wyprostowany i czujny, jakby każde drgnienie obozu miało dla niego znaczenie. Jego spojrzenie przesuwało się po zgromadzonych kotach, aż w końcu zatrzymało się na jednej, konkretnej sylwetce — na jego synu.
Mirtowe Lśnienie ruszył w jego stronę, starając się nadać krokowi pewności, choć w środku kotłowała się w nim mieszanka irytacji i niepewności. Zatrzymał się przed ojcem, unosząc podbródek.
— Czy mogę wiedzieć — zaczął, pilnując, by jego głos brzmiał spokojnie — dlaczego właściwie nie zabrałeś mnie na zgromadzenie, Judaszowcowa Gwiazdo?

<No, Judaszu… Co ty na to powiesz?>

02 grudnia 2025

Od Judaszowcowej Gwiazdy CD. Mirtowego Lśnienia

Nie spodziewał się, że zabierając syna na rozmowę, będzie świadkiem takiego wybuchu. Cofnął się o krok, gdy ten zaczął wypominać mu wszystko, co tylko był w stanie sobie przypomnieć. Czyli Judasz się nie mylił. Naprawdę Blaskowi leżało coś na sercu... A tego czegoś było naprawdę wiele...
— Przestań pleść bzdury — warknął, gdy ten już skończył swój wywód. W przeciwieństwie do rozemocjonowanego Mirtowego Lśnienia, który wyglądał, jakby zaraz miał wpaść w ślepy szał, Judaszowcowa Gwiazda był stosunkowo spokojny. Na jego pysku było widać tylko irytację, może i całkiem porządną, lecz niekonkurującą z gniewem, który teraz obezwładniał rudzielca. — Potwierdzasz tylko to, co mówię. Jagnięca Łapa nie została uczennicą medyka dlatego, że jej ufam. Została nią dlatego, że Ćmi Księżyc zobaczyła w niej coś, czego nikt inny nie widział. To, że ją mianowałem nie oznacza, że uważam jej wybór za dobry. Jest jednak jedno zdanie, które liczy się dla mnie bardziej niż moje i jest to zdanie naszych przodków, a to Ćmi Księżyc wie najlepiej, czego oni od nas oczekują. Czy mogłem się temu przeciwstawić? Oczywiście, lecz kim bym był, wychodząc naprzeciw Klanowi Gwiazdy? Pomyślałeś kiedyś, że bycie przywódcą nie oznacza tylko robienia tego, co ci się żywnie podoba, a też pewne wyrzeczenia w imieniu klanu, których nie wszyscy są w stanie zrozumieć? — Krok, który wcześniej zabrał, ponownie postawił, zbliżając się do syna. — Nie pomyślałeś, bo jesteś młody i w twoim umyśle jeszcze wszystko buzuje. To dlatego ty właśnie drzesz japę, jakbym cię obdzierał ze skóry.
Przy tym parsknięciu przewrócił oczami.
— Nie zapomniałem o tobie nigdy, Mirtowe Lśnienie, bo jesteś moim synem. Oczywiście, że wiem, że kulejesz na jedną nogę! Nie wiem, czy bardziej zarzucasz posiadanie pszczół w głowie mi czy sobie! Nawet jeśli nie rozmawiałem z tobą, rozmawiałem z Ćmim Księżycem, rozmawiałem z twoją siostrą, a także zwyczajnie widzę, jak się poruszasz, gdy jesteś w obozie. Ty sam nie chciałeś ze mną rozmawiać. Gdybym nie podszedł do ciebie dzisiaj, nadal byśmy nie rozmawiali. A tutaj jedno z nas jest wojownikiem, a drugie przywódcą; pomyśl, które ma więcej wolnego czasu na pogaduszki.
Nawet nie wiedział, jak miał zareagować na to, co Mirtowe Lśnienie powiedział o Gwiezdnych i o swojej lojalności do Klanu Klifu. To zdenerwowało Judaszowca najbardziej. Blask chciał go czymś zranić i osiągnął swój cel. Zabolało. Zabolało usłyszenie, że jego drogi syn chciał zostawić wszystko za sobą i uciec. Zabolało nawet mocniej, gdy zaczął wypominać rzeczy nie tylko jemu, ale też swoim przodkom, którym nawet nie wiedział, ile zawdzięczał. Herezje, obłudne herezje! Jak jego syn, którego wychowywał prawie od oseska, był w stanie przepchnąć takie coś przez swoje gardło?!
— I nie mów mi nawet, że myślisz o jakiejkolwiek ucieczce. Nie dostałeś upragnionej roli i już myślisz, że nic nie ma sensu i najlepiej jest wszystko porzucić? Że Gwiezdni cię oszukali, że są słabi, że są źli? — powiedziałby nawet więcej, lecz dogłębne rozczarowanie jakimś cudem zamiast dodać mu więcej pary w gębę, tylko ją zamknęło. Mógł jedynie westchnąć i tym głębokim westchnieniem spróbować mu dać do zrozumienia, jakie wygadywał okropieństwa. — Nie zostałeś wybrany na zastępcę nie dlatego, że przodkowie cię zawiedli, a ja cię nienawidzę i odepchnąłem z niepamięć. Nie zostałeś wybrany, ponieważ nawet jeśli wierzę, że stanie się to w przyszłości, nie dorosłeś do tej roli. Pokazujesz mi to każdym durnym słowem, które teraz wypada z twojego pyska, psiakrew. Przekonanie o swojej wyjątkowości powinieneś czerpać z głębi twojego serca, a nie z pochwał twojego ojca. Chciałem, żebyście ty i Łuna poszli moją ścieżką – byście własnym uporem, wytrwałością i ciężką pracą doszli na szczyt – a nie sztucznie nadmuchali sobie ego, które w rzeczywistości jest kruche jak mysia kosteczka. Jesteś kotem, który jeszcze osiągnie wiele. Ale stanie się to tylko wtedy, gdy naprawdę w to uwierzysz i zaczniesz iść w stronę osiągnięcia swojego celu. Nie, gdy zamkniesz się w sobie, uciekniesz przed całą odpowiedzialnością i zaczniesz biadolić nad własnym losem, całą winę zwalając na innych. Bo to robisz teraz. Weź się w garść i zrozum, że życie usłane różami nie jest prawdziwym życiem. Żeby dojść do celu trzeba poczuć ból i upuścić krew. Nie tupnąć nóżką jak rozwydrzone kocię.
Ktoś mógłby powiedzieć, że przesadził. Judaszowcowa Gwiazda wiedział jednak, że nawet jeśli jego syn tego nie zrozumie, w tamtej chwili Blask potrzebował, by ktoś go sprowadził na ziemię. Musiał zostać wyrwany z tej nienawistnej bańki, w której zwracał uwagę na potknięcia wszystkich tylko po to, by pozostać ślepym na swoje. Wzrok kocura był równie ostry, co słowa. Nigdy nie sądził, że kiedyś będzie zmuszony któremuś ze swoich dzieci wygłosić takie kazanie.

<Synek? Take that>

Od Mirtowego Lśnienia CD. Judaszowcowej Gwiazdy

Przez dłuższą chwilę Mirtowe Lśnienie wpatrywał się w ojca parą swoich jasnych, bursztynowych oczu, które w nikłym świetle poranka migotały jak krople żywicy na pniu starej sosny. Nie wiedział, co powinien odpowiedzieć ani jaką minę przybrać, bo każda z nich zdawała się zdradzać coś, czego nie chciał powiedzieć na głos. W jego wnętrzu kotłowało się uczucie dziwnej, cierpkiej odrazy — ostrej jak smak zielonej, jeszcze niedojrzałej jagody — jednak nie na tyle wyraziście, by Judaszowcowa Gwiazda mógł wyczytać ją z ruchu wibrysów syna. Wiatr niósł do jego nozdrzy ostry zapach soli, zmieszanej z kurzem wysuszonych mchów, a pojedyncze źdźbła trawy drżały, jakby same wzdrygały się przed napięciem, które unosiło się w powietrzu niczym nadciągająca burza. Wreszcie Mirtowe Lśnienie przerwał milczenie:
— Och, ty i te twoje puste wywody! — prychnął, niemal natychmiast wybuchając. — Zdążyłem już to wszystko przejrzeć, zobaczyć, jakie decyzje podejmujesz. Wiesz? Może nawet uwierzyłbym w to, co mówisz. Może przyznałbym ci rację. Ale nie jestem ślepy.
Końcówka jego ogona gwałtownie drgnęła, niczym poruszone nagłym podmuchem skrzydło nocy, chociaż sam wojownik odwrócił wzrok, jak gdyby samo patrzenie na przywódcę przynosiło mu ból, lepiący się do futra jak zimny deszcz. Czuł ciężar spojrzenia ojca, ostrego i lodowatego, przesuwającego się po nim jak szpon gotów wbić się w najczulsze miejsce. Wiedział też, że ta rozmowa nie zaprowadzi ich do niczego… dobrego. Był jednak pewien, że musi mówić dalej.
— Mówisz mi, jak to powinienem ciężko pracować — ciągnął, marszcząc pysk i wbijając pazury w ziemię, która pod jego łapami była sucha i popękana, jakby sama miała dość tego sporu — ale prawda jest taka, że równocześnie dajesz jakiejś samotniczce tytuł medyka, nawet nie mając pewności, na ile możesz jej zaufać! A to pokazuje, jaki masz stosunek nie tylko do mnie, ale i do całego Klanu Klifu. W moje łapy najpewniej nigdy nie powierzyłbyś niczego ważnego, bo zdążyłeś już o mnie zapomnieć, prawda?
Niewielki, chłodny podmuch przesunął się po jego rudawym futrze, sprawiając, że zjeżyło się jak trawy na podczas ostrej, jesiennej wichury.
Mirtowe Lśnienie z całej siły próbował powstrzymać drżenie, które nagle ogarnęło jego ciało i wypełniło je lodowatym niepokojem. W pewnym sensie bał się reakcji ojca — bał się jej bardziej, niż potrafił sam przed sobą przyznać, bo Judaszowcowa Gwiazda, chyba odkąd pamiętał, miał w sobie coś, co potrafiło odebrać mu całą pewność.
— Omal nie straciłem łapy — wyrzucił z siebie, a jego słowa brzmiały jak pękający lód — a ty? Nawet o tym nie wiedziałeś, bo od kilku dobrych księżyców nie miałeś ze mną żadnej rozmowy. — Westchnął ciężko, spuszczając wzrok, jakby ziemia pod nim mogła udźwignąć jego żal. — W nosie masz mój los i to, co ze mnie będzie… a ta twoja gadanina o ciężkiej pracy tylko mnie w tym utwierdza. Możesz rzucać we mnie wymówki, powtarzać, jak to Klan Gwiazdy podobno postawi mnie na wyższym szczeblu, jeśli tylko bardziej się postaram, ale sam nigdy nie zrobisz nic, bym naprawdę poczuł, że tak się stanie.
Na moment zamilkł, jakby oddech zamarł mu w gardle, a myśli rozsypały się niczym suche liście niesione przez porywisty wiatr. Uniósł wzrok ku dalekiej linii horyzontu, gdzie morze stykało się ze skałami i gdzie zamglone światło poranka rozmazywało się w drgającej fosforycznej poświacie. Sprawiał wrażenie, jakby właśnie tam, w tej drżącej przestrzeni pomiędzy ziemią a niebem, szukał słów — ostrych niczym ciernie tarniny — które mógłby rzucić w Judaszowcową Gwiazdę, dokładnie tak, jak ojciec kiedyś, świadomie czy nie, wbijał je jemu prosto w plecy.
Przełknął ślinę, czując, jak jego gardło pali suchością, po czym powoli nabrał oddechu. Ten oddech był długi, głęboki, niemal drżący — jakby każda cząstka powietrza niosła ze sobą ciężar niewypowiedzianych dotąd myśli.
— Nikt nie wie, co tak naprawdę zapisał mi Klan Gwiazdy — zaczął, a brzmienie jego głosu przypominało szelest skrzydeł nocnego ptaka, który nagle wzbija się w powietrze. — Nikt nie wie, czy kiedykolwiek zostanę zastępcą, czy… — urwał na moment, przełykając gorzki posmak tej myśli — czy po prostu nie rzucę tego wszystkiego i nie zniknę gdzieś, gdzie nie istnieje żadna hierarchia ani żadne obowiązki, gdzie można oddychać bez strachu, że ktoś odmierza ci wartość każdego dnia.
Jego uszy drgnęły, a wąsy poruszyły się niespokojnie, jakby sam dźwięk wypowiadanych słów wywoływał w nim wewnętrzne drżenie.
— Prawda jest taka, że możliwe, iż niczego mi nie zapisali — parsknął, lecz parsknięcie to miało w sobie więcej bólu niż kpiny. — Może nie znają odpowiedzi na przyszłość, może nie są wszechmogący. Może po prostu istnieją tak długo, że we wszystkim widzą jedynie zwyczajny, powtarzalny wzór, patern, który układają z losów kolejnych kotów, jakby byli tkaczami splatającymi nici przeznaczenia, lecz już bez żadnego namysłu… tylko z tego, co dotychczas widzieli.
Chwilę trwał w bezruchu, jakby sam wahał się, czy chce wypowiedzieć kolejne słowa, czy raczej zatrzymać je głęboko w sobie, tam, gdzie nikt ich nie dosięgnie. Emocje wzięły jednak górę.
— A może to nieważne — westchnął. — Może ta rozmowa nie ma żadnego znaczenia, skoro i tak prędzej czy później stąd zniknę. Może taki patern znaleźli na mnie gwiezdni… może obliczyli, że prędzej czy później ucieknę, a teraz w końcu zobaczyli też powód, który stoi za tym ciągnącym się w nieskończoność planem?

<Judaszu?>

30 listopada 2025

Od Judaszowcowego Pocałunku (Judaszowcowej Gwiazdy) CD. Mirtowego Lśnienia

kilka księżyców przed bitwą z Klanem Wilka i śmiercią Liściastej Gwiazdy

Podniósł do góry brwi, zdziwiony pytaniem zadanym mu przez syna. Przechodził przez jakiś młodzieńczy kryzys? Właściwie, nie powinien być zaskoczony. Tak to już bywało z kotami w środku dorastania. Mirtowe Lśnienie mógł mieć imię wojownika, lecz od prawdziwej dorosłości dzieliło go jeszcze kilka księżyców.
— Oczywiście, że jesteście. Zawsze byliście i nigdy nie przestaniecie być. Zacząłeś w to wątpić? — zapytał spokojnie. On sam zawsze wiedział, że Gwiezdni maczali przy nim palce. Był tego pewny nawet przed swoją przepowiednią, gdy miał samo przeczucie... Urodził się z nim i trwało ono nieprzerwanie od oseska do starszego, zasłużonego kota. Blask też powinien to czuć. Przecież był wyjątkowy.
— Nie wiem — odpowiedział z ciężkim westchnieniem, które mówiło, że prawdziwą odpowiedzią było "tak".
— Są dziwy na tym świecie, o których nie śnili najmądrzejsi z mędrców. Są zbiegi okoliczności, których nie wytłumaczysz trzeźwym umysłem, Mirtowe Lśnienie. Ile kociąt dorasta, zbierając wiedzę o gwiazdach, a następnie przy ucieczce znajduje azyl w klanie, wpadając pod łapy kota, który kilka wschodów słońca temu odzyskał wolność? Czy ten migot wieczornego nieba, który wam towarzyszył, był tylko przypadkiem? — Zadarł głowę ku niebu.. — Nie podważaj zdania swojego ojca. Nie dlatego, że powinieneś mieć do mnie szacunek, a dlatego, że odkąd ufam moim przeczuciom, jeszcze nigdy się nie pomyliłem. Wierzyłem w swoją wielkość i ją osiągnąłem. Być może sam musisz w siebie uwierzyć, by otrzymać od losu to, czego pragniesz.

***

Od dłuższego czasu można było zauważyć nietypowe zachowanie Mirtowego Lśnienia. Nawet Judaszowiec, zwykle zalatany i mało przejmujący się takimi bzdetami jak samopoczucie pojedynczych kotów, zwrócił na to uwagę. Syn, który zawsze reprezentował go godnie, chodził z wiecznie uniesioną głową i pewnością siebie emanującą przez spojrzenie, stopniowo marniał, aż stał się tworem podobnym do cienia. Zawsze był cichy, stronił od tłumów i najbardziej doceniał własne towarzystwo, lecz teraz wydawało się to nienaturalne. Jakby zamiast dla swojego upodobania, bezwładnie zatapiał się w samotności. Tracił upór, który zawsze go charakteryzował. Nie widział już w Blasku tej jego gorliwości i ambicji. Rzadko kiedy rozmawiał ze swoim ojcem, choć to nie było wcale jego winą. Bądź co bądź, w klanie każdy miał jakieś obowiązki, a te zabierały mnóstwo wolnego czasu.
Judaszowcowa Gwiazda przypominał sobie raz po raz o tamtej starej rozmowie. Może to w niej leżało sedno? Może jego syn po prostu czuł się niespełniony, a to doprowadzało go do rozdmuchanej rozpaczy. Wszak był to jeszcze młody kot, którego historia dopiero zaczynała się rozpisywać na kartach księgi. Może Blask potrzebował to zrozumieć, by z powrotem zadrzeć do góry łeb.
Dopatrzył rudzielca, gdy ten krył się gdzieś w półmroku obozu. Jak zwykle, psiakrew. Jeśli już musiał mieć kryzys, to posiedziałby chociaż na świeżym powietrzu, na słońcu, skoro w końcu raczyło się pokazać. Gdy Mirtowe Lśnienie już niewątpliwie go zauważył, sierść na jego karku uniosła się, co nie uszło zręcznemu spojrzeniu lidera. Znak go zdziwił, choć zjeżenie futra wydało się mimowolne; a może właśnie to sprawiło mu taką zagwozdkę.
— Chodźmy porozmawiać — mruknął lakonicznie, podchodząc do Blasku i natychmiast odwracając się w stronę wyjścia. Spojrzał tylko raz za siebie, by upewnić się, że ten za nim podążał, i wyszedł z obozu. Powoli zaczynało robić się chłodno i ciemno. Zachód słońca i jego piękno zaczynały mijać, a z drugiej strony nieba nadchodziła już noc. Mało kto decydował się na wyjście z obozu o takiej godzinie, lecz nikt nie zamierzał zatrzymywać przywódcy. Wszyscy sądzili, że musiał mieć jakiś dobry powód. Albo na starość głupiał. Różnie.
Nie chciał odchodzić daleko, zresztą, nie miał na to siły i czasu. Chciał wyjść w teren, by ominąć wzrok i uszy współklanowców i przeprowadzić z Blaskiem swobodną rozmowę; nie wyruszyć na odyseję.
— Coś ci leży na sercu. Zdaję sobie z tego sprawę tak samo dobrze, jak każdy inny kot, który tylko na ciebie spojrzy — zaczął nagle, dopiero przystając na miejscu – usiadł tam, gdzie plaża dopiero się zaczynała. Pod nimi wciąż znajdował się delikatny klif, a gdzieniegdzie piasek jeszcze mieszał się z trawą. — Dlatego chcę cię zapytać, czym to "coś" jest. Nie wmówisz nikomu, że nic się nie dzieje.
Blask milczał.
— Słucham — dodał twardszym tonem.
— Nawet kiedy próbujesz być "opiekuńczy", mówisz oschle, jak do kota z tłumu — parsknął jedynie.
— Nie próbuję być opiekuńczy. Chcę wiedzieć, dlaczego z mojego dziecka uchodzi życie. Mam wrażenie, że codziennie patrzę na wrak kota, którego tylko ciało się wlecze, bo zdrowy umysł zostawił gdzieś daleko za sobą — powiedział w typowy dla siebie szorstki sposób, choć nie można było ukryć, że za tą szorstkością kryła się prawdziwa troska. Judaszowiec nie wyglądał na miękkiego gościa i nim nie był, ale krewniacy stanowili dla niego swego rodzaju czułe miejsce. Martwił się na tyle, na ile potrafił – na za dużo smutków nigdy sobie nie pozwalał. Ostatni płacz, jaki pamiętał, to ten w ramionach Liściastej Gwiazdy, gdy był uczniem i dostał swoją pierwszą bliznę. W tamtej chwili zdawałoby się, że wyciekł z niego już zapas łez na calusieńkie życie.
— Bo teraz cię to interesuje?
— A kiedyś mnie to nie interesowało? — odparł oburzony.
— Najwyraźniej, skoro przychodzisz z tym pytaniem teraz. Jeśli jesteś tak mądrym kotem podejmującym tak mądre decyzje, powinieneś się do tego czasu już domyśleć.
— Coś ci się nie podoba? Co? Prawdziwy przywódca słucha wszystkiego, co jego wojownicy mają do powiedzenia. Powiedz mi w pysk, jakie masz zażalenia, ja słucham.
Mirtowe Lśnienie popatrzył na niego z wyrzutem. Przez kilka uderzeń serca milczał, a ich dwójka po prostu wpatrywała się w siebie w oczekiwaniu. W końcu rudzielec szarpnął głową, wydając z siebie zirytowane prychnięcie.
— Nie widzę w tobie tego, co przed księżycami. Kiedyś mogłem cię podziwiać i marzyć, by stać się taki jak ty. Teraz nic z tego nie zostało. Nie widzę ciebie w tobie. 
Judaszowiec podniósł jedną brew.
— Osłabłem? Zgorzkniałem? Ogłupiałem? — zaczął wyliczać. — Miałeś inne nadzieje na moje rządy, spodziewam się. Może liczyłeś, że gdy po raz pierwszy wespnę się na skałę nad legowiskiem przywódcy, to usłyszysz swoje imię. Każdy kot o tym marzy, a to było w zasięgu twojej łapy. A przynajmniej tak ci się mogło wydawać... — Podniósł jedną łapę, wyciągnął ją przed siebie, tylko po to by zacisnąć ją w piąstkę z ostatnimi słowami i ponownie postawić ją na ziemi. 
Blask się nie odezwał. Zresztą, w tamtej chwili Judaszowiec patrzył tylko na morze przed sobą. 
— Ja zawsze wiedziałem, że byłem wyjątkowy — kontynuował. — Urodziłem się, wiedząc, że kiedyś przejmę przywództwo nad Klanem Klifu. Minęło tyle księżyców, że wszyscy by już dawno w to wszystko zwątpili. Zaliczyłem samo dno hierarchi tylko po to, by zaraz wspiąć się na sam szczyt. W taki sposób działa Klan Gwiazdy, chłopcze. Tak jak zwierzyna sama nie wskakuje w łapy, tak też darów los nie rozdaje za darmo. Chciałbyś mieć wszystko łatwo, na teraz i już, ale takie fory w życiu dostają tylko słabe koty, które znalazły się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Nie prawdziwi wojownicy. Dostaniesz to, co zostało ci zapisane w gwiazdach – lecz tylko wtedy, gdy na to zapracujesz i poczekasz. Cierpliwość jest, mój drogi, najjaśniejszym złotem.

<Mirtek?>

21 lipca 2025

Od Lśniącej Łapy (Mirtowego Lśnienia) CD. Judaszowcowego Pocałunku

Czuł pod sobą chłód piachu, wilgoć przenikającą przez futro do skóry. Jeszcze parę księżyców temu takie położenie oznaczałoby koniec walki. Poddanie. Duma nie pozwoliłaby mu wtedy powstać po czymś takim. Ale teraz… teraz był wojownikiem w trakcie kształcenia, nie kociakiem uczącym się polować na liście. Przewrócony nie znaczył pokonany.
— Może i zdradzam — warknął przez zaciśnięte zęby, nagłym ruchem skręcając ciało i próbując wyślizgnąć się spod łapy ojca. Udało się tylko połowicznie – Judaszowcowy Pocałunek był silny, jakby wyrzeźbiony z żywego dębu – ale Blask wykorzystał tę chwilę nieuwagi. Szarpnął się z siłą, która zaskoczyła nawet jego samego, i uderzył tylnymi łapami w bok ojca.
W przeciągu paru uderzeń serca rudzielec ponownie był na nogach; jego klatka piersiowa unosiła się i opadała gwałtownie, jakby sam wiatr wlany w jego płuca domagał się wyjścia. Siłę oraz staranie, jakie włożył w ucieczkę spod potężnej, brązowej łapy zastępcy wydawały się dla niego nienaturalnie duże, jak gdyby jego głowa nie była w stanie przyjąć tego, jak trudna może być walka z większym oraz dużo bardziej doświadczonym przeciwnikiem. Pomimo tego wyczuwał, że ta walka jest już przegrana, niemożliwa do wygrania. Nie widział w niej sensu, nie czuł również, że cokolwiek z niej wyciągnie, a mimo to chciał zadowolić Judaszowca. Jedynie to dawało mu na tyle siły, by jego nogi nie ugięły się pod ciężarem zdyszanego cielska. Zrobił kilka ostrożnych kroków w bok, zataczając krąg.
— Nie wiem, co zrobić, jak zaatakować. — W końcu przyznał, wciąż jednak nie pozwalając swoim spiętym mięśniom.
Mentor zmrużył oczy, obserwując każdy ruch Lśniącej Łapy. Spojrzenie brunatnego kocura niczego nie zdradzało, co wywoływało w rudym uczniu największy niepokój, mimo wszystko w parze jego brązowych oczu dało się dostrzec lekkie rozbawienie, zmieszane ze słoną nutą żałości.
— Nie musisz wiedzieć — mruknął nisko, a jego długie wibrysy zadrżały lekko. — Musisz czuć. Zaufaj instynktowi, nie myśl. Gdy na ciebie patrze widzę jedynie powątpiewanie, a to nie zaprowadzi cię do zwycięstwa. Działaj pewnie, nie jak kociątko, które zagubiło się w obozie własnego klanu.
Lśniący zacisnął szczęki, a w oczach błysnęło coś nowego — niepewność zmieszana z determinacją. Skinął lekko głową, po czym zrobił krok naprzód. Może nie wyglądał, jednak czuł się pewniej, zupełnie jakby odpowiedź ojca dodała mu pewnego rodzaju otuchy.
— Spróbuję... — wyszeptał, bardziej do siebie niż do mentora, po czym podniósł wzrok.
Uczeń zjeżył futro, czując, jak napięcie przechodzi przez całe ciało. Jego ogon drgał nerwowo, a pazury mimowolnie wysunęły się z łap, gotowe do ataku. Mimo że serce biło mu jak szalone, ruszył pierwszy — skokiem, szybkim jak błyskawica, choć nieco zbyt prostym, by naprawdę zaskoczyć.
Mentor odsunął się jednym, płynnym ruchem, jakby przewidział każdy krok. Zanim uczeń zdążył się zorientować, silna łapa uderzyła go w bok. Potoczył się po ziemi, wzbijając w powietrze kłąb kurzu i liści. Z trudem wrócił na cztery łapy, a jego boki unosiły się gwałtownie od szybkiego oddechu.
— Nie rzucaj się jak nowicjusz bez głowy! — warknął mentor, zbliżając się powoli, krok za krokiem, ciężki niczym cień. — Obserwuj. Słuchaj. Działaj, kiedy pora jest właściwa.
Z pyska Lśniącej Łapy wydobyło się ciche syknięcie. Zamiast znów szarżować, zaczął krążyć, miękkimi, ostrożnymi krokami zataczając łuk wokół przeciwnika. Oczy miał zmrużone, uszy ustawione płasko, jakby wreszcie zrozumiał, że nie siła, a spryt może dać mu przewagę. Wtem, Judaszowcowy Pocałunek rzucił się na niego bez ostrzeżenia — ogromna sylwetka kocura wzbiła się w powietrze i opadła z łoskotem tam, gdzie jeszcze przed chwilą był uczeń. Ten w ostatniej chwili uskoczył, przeczołgał się pod jedną z łap i z całej siły uderzył w tylne nogi przeciwnika. Ciężar mentora przesunął się, krok zachwiał się na mgnienie oka, pazury przecięły powietrze, a nie ciało. Uczeń wykorzystał okazję i z furią wskoczył mu na grzbiet, wbijając pazury między łopatki. Brązowy zaryczał i zrzucił go z siebie, ale nie od razu — przez ułamek sekundy zwolnił, a w jego oczach pojawiła się iskra uznania.
— Proszę, widzę, że nieco lepiej przemyślałeś ten ruch. — Zastępca przejechał swym szorstkim językiem po miejscu, w którym kilka uderzeń mysiego serduszka znajdowały się pazury jego ucznia. — A już się bałem, że mnie rozczarujesz.
Rdzawy kocurek usiadł, osłaniając przednie łapy swym grubym ogonem. Choć trwoga ulotniła się z niego podczas walki, to teraz na jego pysku dało dostrzec się jedynie przerażenie. Uczeń łykał hausty powietrza, teraz nie zwracając uwagi na nic, co działo się wokół niego. Kilka kolejnych chwil spędził w ciszy, nie będąc w stanie wydobyć z siebie żadnego słowa, dopiero po dłuższym czasie z jego pyszczka padło krótkie:
— Chcę do domu.
— Przecież niedawno tu przyszedłeś — miauknął Judasz, nie hamując pomruku rozbawienia. — Ale rozumiem, walka wymaga dużo energii oraz siły. Może chcesz, abym pokazał ci kilka ruchów, tak, aby podczas naszego następnego starcia było ci łatwiej?
— W porządku. — Miauknął w odpowiedzi.

Teraźniejszość…

Gałęzie drżały od wiatru, lecz liście nie szeleściły — jakby same drzewa powstrzymywały oddech. Blask słońca gasł powoli wśród koron, sącząc się pomiędzy sosnami smugami światła barwy starego miodu. Mirtowe Lśnienie siedział przy wodospadzie. Jego ruda sylwetka wtapiała się w barwy kończącego się dnia, jakby natura próbowała go zatrzymać w chwili, której jeszcze sam nie potrafił pojąć. Spojrzenie miał nieruchome, wbite w ziemię, a ogon zawinięty ciasno wokół łap.
Czuł się zadowolony, osiągnął w końcu to, co chciał. Stał się wojownikiem, walczącym w szeregach Klanu Klifu, a jednak teraz, gdy cały ten ciężar treningów przeminął tak prędko, jak mżawka w Porze Zielonych Liści, zdawał się nie widzieć zbytniej różnicy pomiędzy sobą sprzed i po mianowaniu. Role wojownika pełnił już od kilku dobrych księżyców, choć podobało mu się to, że raz na jakiś czas mógł poprowadzić jakiś patrol, to prędko poczuł, że wszystkie nowe obowiązki zlewają mu się z rytmem dnia i nie tworzą niczego, z czego czerpałby większą przyjemność. Westchnął cicho, po czym zadrżał, gdy za sobą usłyszał trzask łamanej wpół gałęzi. Ktoś nadchodził — ciężko, powoli, jakby celowo. Mirtowe Lśnienie nie obrócił się jednak, by sprawdzić kto — już to wiedział.
— Zawsze miałeś tę manierę — odezwał się niski, chropowaty głos, nieprzystający do delikatności wieczoru.
Wojownik nie odpowiedział od razu. Nie ruszył się, choć jego ucho zadrgało.
— Jaką manierę? — zapytał w końcu cicho, zmuszając się do zachowania spokoju.
Gdy jego ojciec usiadł obok, ziemia zadrżała lekko pod ciężarem brunatnego cielska. Judaszowcowy Pocałunek wyglądał dziś starzej — jakby sama ceremonia odcisnęła się również na nim. Cień zmęczenia majaczył w jego oczach, ale łapy miał mocne, a grzbiet wciąż prosty jak pień dębu.
— Ciągłego uciekania od tłumu. — Głos mentora był spokojny, lecz miał w sobie coś twardego. — Kiedy byłeś kociakiem, robiłeś dokładnie to samo. Siadałeś przy wodospadzie, pamiętasz?
Lśniący Błękit przymknął oczy. Obraz przeszłości pojawił się przed nim tak nagle, że aż zabolał — maleńki rudzielec patrzący się w opadającą wodę, wiecznie zaskoczony tę samą głupią sztuczką.
— Nie lubię… robić z siebie widowiska — przyznał, a głos miał ochrypły, zmęczony. — Nie lubię, gdy inni patrzą na mnie jak na kogoś, kto pragnie zgrywać gwiazdę.
Judaszowcowy nie spojrzał na niego, ale jego wibrysy poruszyły się lekko, jakby złapał coś w powietrzu.
— A nie pragniesz? — spytał w końcu; w jego głosie nie dało się odczuć tonu złośliwości, bądź zaskoczenia, co w pewnym sensie zaniepokoiło rudzielca. — Gdy na ciebie patrzę, widzę kogoś, kto za wszelką cenę pragnie być w centrum uwagi, a jednak zbytnio boi się wychylić.
Słowa zapadły w powietrze jak ciężkie krople deszczu. Lśniący odwrócił głowę w jego stronę. Po raz pierwszy dostrzegł, że oczy Judaszowcowego były zmęczone — nie zmęczeniem fizycznym, ale tym, które przychodzi z latami odpowiedzialności i niewypowiedzianych myśli.
— Po prostu cały czas walczę z postanowieniami, myślami. — Westchnął, po czym wbił spojrzenie w ziemię. — Od dłuższego czasu chciałem się ciebie o coś spytać…
Judaszowcowy spojrzał w dal, a potem na syna. Mirtowe Lśnienie miał wrażenie, że widzi w spojrzeniu ojca ciekawość, nie był jednak pewien, nie chciał być. Musiał to powiedzieć za nim dojdzie do wniosku, że to nie odpowiedni moment. Wypalił więc:
— Czy Łuna i ja jesteśmy… czy kiedykolwiek byliśmy darami zesłanymi przez Klan Gwiazd?

<Judaszowcowy Pocałunku?>

30 kwietnia 2025

Od Judaszowcowego Pocałunku CD. Blasku (Lśniącej Łapy)

dawno
Uśmiechnął się w stronę swoich pociech. Zdawało się, że pojmowały to wszystko bardzo szybko. Nie jak część mysiomózgich klifiaków...
— Smakowało? — dopytał widząc, że z przyniesionej zwierzyny została tylko kupka piór, kości i innych śmieci. Blask i Łuna gorliwie przytaknęli mu głową. — W takim razie posprzątajcie, zanim ten bałagan zauważy Półślepy Świstak. Nie chcemy przecież, by w żłobku się coś zalęgło — poradził młodym. Wprawdzie królowa na pewno nie byłaby zła, lecz chciał od małego nauczyć swoje kociaki, jak zachowywać w obozie czystość. Z tyłu już słyszał, jak ktoś wołał jego imię. Przynajmniej był tak łaskawy by dać mu chociaż chwilę czasu do spędzenia z dziećmi... — A ja wrócę... Później. Jak już wszyscy przestaną mnie męczyć — zaśmiał się gorzko, odwrócił i opuścił kociarnię, na powrót przybierając typowy dla siebie gburowaty wyraz pyska. Widok zmartwionej Szadzi wcale nie poprawił mu humoru.
— Czy mógłbyś pomóc w legowisku wojowników? Prószący Śnieg i Kruszynowa Knieja strasznie się kłócą, a ja nie mogłam ich uciszyć... Chciałam się położyć, ale kiedy ich słyszę, to nie jestem w stanie...
Przewrócił oczami. Starzy, a głupi... — pomyślał sobie, zastanawiając się, jak dwójka wojowników mogła być trudniejsza do ogarnięcia niż dwójka małych kociąt...
— Zajmę się tym — powiedział jedynie, mijając kocicę i kierując się w stronę ciemnej jaskini, z której dobiegały wrzaski. Już w głowie przygotowywał sobie ładną wiązankę słów, która z pewnością mu się przyda do okrzyczenia tych gamoniów...

***

Dokładnie przyglądał się postępowi Lśniącej Łapy. Cóż, nie mogło być inaczej – w końcu był to nie tylko jego uczeń, ale i drogi syn. Z każdym dniem rósł i nabierał muskulatury, umiejętności i ogromu wiedzy. Judaszowcowy Pocałunek dawno nie był z niczych postępów taki dumny. 
Powiewał chłodny wiatr, zmieszany z morską bryzą. Już nie przynosił ukojenia w gorące dni jak porą zielonych liści, a jedynie niemiłosiernie drapał po oczach i nosie. Na szczęście Gwiezdni wciąż mieli ich w swojej opiece i jedyne, co im naprawdę doskwierało, to wiecznie mokre od opadów futra. Z tym, nawet jeśli to nieprzyjemne, można było żyć. Wojownicy musieli przeżyć patrole wysyłane w deszcz przez te parę księżyców.
— Nie lubię tej pory roku — wymruczał, połowicznie do siebie, a połowicznie do stojącego obok niego Lśniącej Łapy. Wpatrywał się daleko, w bezkres, a po uslyszeniu jego słów rdzawy poszedł w jego ślady. Do tej pory milczeli. — Od wielu dni nie widziałem już czystego nieba. Nocami nie widać gwiazd...
Blask wbił wzrok w chmury, jakby szukał w nich przebłysku jakiegoś słabego światła. Te były jednak ciemne, grube i zbite, zasłaniając wszystko, co mogło się za nimi kryć. 
— To prawda. A porą nagich drzew będzie tylko gorzej... — odpowiedział w tej samej chwili, gdy przez ciało Judaszowcowego Pocałunku przeszedł dreszcz. — Nie jest ci zimno, ojcze?
Tylko się zaśmiał.
— Gdyby teraz było mi za zimno, to nagimi drzewami bym zamarzł na sopel. Już się tak nie martw o swojego starszego. Więcej widział mrozu niż ty myszy — mruknął, po czym się odwrócił. — Chodź. Na chłody najlepszy jest ruch. Posiłujemy się, zanim ten wicher przeziębi nam kości — zaproponował i nie patrząc za siebie skierował się w kierunku otwartego pola. Odgłos szybkich kroków Lśniącej Łapy za sobą uznał za zgodę.

— Wolisz z czy bez pazurów? — zapytał swojego ucznia, gdy już stali po przeciwległych stronach niewidzialnego bitewnego kręgu.
— Obojętnie — powiedział Lśniąca Łapa, choć w jego oczach Judasz mógł zauważyć błysk niepewności. A może to tylko odbicie słońca? — Możemy i z pazurami. 
— Dobrze. Rozgrzeje to w nas krew. — Zastępca uśmiechnął się i zrobił jeden krok do przodu, wzdłuż linii koła, które wyznaczyli jako pole walki. Jego syn zrobił to samo, idąc w przeciwnym kierunku. Zamilkli i tylko szli, nie spuszczając z siebie wzroku. Wypatrywali u przeciwnika wszelkich subtelnych znaków wskazujących na zbliżający się atak.
Judaszowcowy Pocałunek wiedział, że nie każdy popierał taką formę nauki. W końcu jak to, walczyć z uczniem jak z prawdziwym wrogiem... Wychodził on jednak z założenia, że wiedza nie przychodzi tylko z udawania. Czasy były na tyle spokojne, by nie walczyć, przez co młodzi nie mieli szansy na prawdziwy bojowy chrzest. A przecież by nauczyć się walki jak wojownik, trzeba było walczyć jak wojownik, a nie jak kociak z kulką mchu!
Kiedy zauważył spinające się mięśnie pod rudą sierścią Lśniącej Łapy, już wiedział, że szykował uderzenie. Nieco zwolnił kroku, przygotowując się do wykonania prędkiego ataku.
Gdy tylko Blask wyskoczył na niego z zamiarem powalenia przeciwnika na ziemię, wojownik zwyczajnie czmychnął w drugą stronę, pozwalając uczniowi wbić pazury nie w jego ciało, a mokry piach. Próbował się podnieść z ziemi, ale Judaszowiec postawił na jego karku pazurzastą łapę i przycisnął nią kocura do ziemi. 
— Jedno ugryzienie zapchlonego włóczęgi i już byłoby po tobie. Za dużo po sobie zdradzasz, mój drogi — wymruczał spokojnym głosem, wpatrując się w jedno złote oko syna, którym ten na niego patrzył. Był ciekawy, jaki będzie jego następny ruch.

<Synek? Nie zawiedź mnie>

[784 słowa]

[przyznano 8%]

20 stycznia 2025

Od Blasku CD. Judaszowcowego Pocałunku

Blask wciągnął do nozdrzy swoich zapach dzięcioła, przyniesionego przez Judaszowcowy Pocałunek, by po chwili stwierdzić, iż zwierzyna ta jest świeża, a za czym idzie na pewno smaczna. Nigdy nie jadał jednak ptaków ani czegokolwiek, co wyglądałoby mu inaczej, niż pożywienie serwowane w tych okrągłych obiektach za czasu, gdy jeszcze dano mu mieszkać z jego rodzicami. Wyraz pyska miał więc skrzywiony, a w jego spojrzeniu bursztynowych oczu widać było zakłopotanie. Prychnął coś pod nosem, a następnie wyskubywać zaczął pierze ptaszora i choć przychodziło mu to niezgrabnie — w końcu pierwszy raz oskubywał ptactwo — to jakoś dawał sobie rade.
— Mi dzień mija całkiem dobrze. W waszym obozie jest bardzo ciekawie. — Młode kocię starało się ostrożnie dobierać słowa, nie chcąc urazić w żaden sposób kota, który okazał im łaskę. — Choć nie jest to miejsce, o którym bym kiedykolwiek pomyślał, że istnieje, to z pewnością podoba mi się to, w jaki sposób ułożony jest ten obóz oraz poszczególne jego miejsca.
Judasz skinął głową, a następnie wzrok swój przeniósł na Łunę, która jeszcze chwile temu przyglądała się dzięciołowi, ukradkiem oblizując przy tym pyszczek. Koteczka o dymnym, ciemnym futerku podniosła wzrok na ich nowego opiekuna, a z pyszczka jej przybyła odpowiedź:
— Dzień też mija mi całkiem przyjemnie.
Ojciec ich wydał z siebie zaspokojone westchnięcie, a następnie chwycił ptaka, z którego Blask nadal wyskubywał pióra. Kilkoma śmiałymi ruchami pazurów zdołał pozbyć się większości ptasiego upierzenia, a tempo oraz sprawność wzbudzić mogły w młodych kulkach podziw. Dzięcioła upuścił przed dwójką, która wbiła w niego swoje nieco tępe ząbki i zajadała się kąskiem zwierzyny. Krew ptaka musowała Blaskowi na języku, podczas gdy ten niepewnie i delikatnie odgryzał kawałeczki dzięcioła. Łuna zdawała się robić to samo bądź coś podobnego. Z pyszczków ich dało się usłyszeć ciche mlaskanie, a gdy tylko okazało się, iż ptaszor był apetyczny do stopnia całkiem wysokiego, mlask ich przerodził się w pełne wigoru oraz energii chrupanie. Po ptaku szybko zostały więc jedynie skrawki oraz kruche koteczki, którymi nie dało się jednak zaspokoić apetytu wciąż zmęczonej po przeciągłej podróży dwójki.
— Przepraszam... czy mógłbyś mi dokładniej wytłumaczyć, czym jest Klan Gwiazdy, o którym ciągle dane nam jest słuchać? — Blask miauknął z nutą niezadowolenia dźwięczącą w jego głosie. Przyznać należało, iż młode kocię nie było usatysfakcjonowane z tego, iż musi pytać Judaszowca o to, co dla niego musiało być oczywiste.
— Pewnie od czasu wędrówki wiele mądrości wypadło wam z głowy — burknął zastępca, a następnie ustawił się w pozycji siedzącej. — Są to dawni członkowie klanu, którzy żyją w zaświatach i pełnią funkcję przewodników dla żyjących kotów. Klan Gwiazdy, a raczej jego członkowie także pomagają nam w trudnych chwilach, poprzez sny lub wizje, które na nas zsyłają.
Postawił kilka niepewnych kroków w tył, chcąc pokazać Judaszowi, iż nie ma więcej pytań i że wytłumaczenie jego jest jasne oraz zrozumiałe. Łuna za to wykonała kilka kroków naprzód.
— Wspominałeś, że Klan Gwiazd przesyła innym kotom sny oraz wizje. Czy ty kiedykolwiek któreś z otrzymałeś? — Pytanie jej było dla Blasku całkiem ciekawe. Młode kocie pożałowało w duchu, iż samo nie wpadło na coś tak dziwacznego i zarazem ważnego.
— To oczywiste, że otrzymywałem od nich wszelkie sny, wizje oraz wiadomości. Jestem ich wysłannikiem, a na moje futro powierzyli głoszenie oraz nauczenie innych o potędze zbawców, jakimi są dla nas wszystkich... A zwłaszcza dla was. — Judasz zaczął szlifować pazury na żłobkowej posadzce. — Co ciekawe, części kotów wciąż trudno jest uwierzyć w to, iż wysłali was wprost ze Srebrnej Skóry. Ale nie przejmujcie się tymi tępymi jednostkami, zazdroszczą wam waszej wyjątkowości.
Blask pokiwał dumnie głową, rozwierając nawet pyszczek w nieśmiałym uśmieszku, Łuna również oddała mu pełne przekonania skinięcie. „A więc moim nowym opiekunem jest najlepszy kot w klanie. To coś świetnego, a nawet bardzo świetnego!" — pomyślał, już rysując w swojej wyobraźni zachwycone miny innych kotów z klanu, a zwłaszcza innych kociąt, z którymi dzielił żłobek.

<Judaszowcowy Pocałunku?>

18 stycznia 2025

Od Judaszowcowej Zdrady (Judaszowcowego Pocałunku) do Blasku

Chciałby móc powiedzieć, że nie wierzył w swoje szczęście. Że zostanie wybranym na zastępcę było dla niego największym zaszczytem i zaskoczeniem, którego w życiu doświadczył – lecz tak nie było.
Judaszowiec od dawna wiedział, że ten pamiętny dzień w końcu nadejdzie. Często wracał myślami do przepowiedni od Gwiezdnych, którą otrzymał za młodu. Wybrany do powstrzymania czyhającego nad klanami zła... Słowa ducha, który tamtego dnia przekazał mu tę wiadomość do końca życia dudniły w jego głowie, odbijały się w uszach, przypominały o jego przeznaczeniu. A Judasz tylko czekał, aż to się wypełni. Ani razu nie zwątpił w prawdziwość przekazanej mu wiadomości, zresztą, dlaczego miałby? Wiedział, że musiał im ufać. Nigdy przecież go nie zawiedli.
Teraz gdy patrzył na swoich pobratymców, czuł pewną dumę, jeszcze większą niż przedtem. Miał wrażenie, jakby narodził się na nowo – po tylu księżycach ze "zwykłego" wojownika, zapchlonego więźnia własnego obozu, nagle został przyszłym liderem. Ich wodzem. Zbawcą.
A to był dopiero początek.
Słońce prażyło w kocie grzbiety. Judaszowcowy Pocałunek korzystał z wolności, którą w końcu odzyskał po paru księżycach niewoli – wiele częściej wychodził na spacery, choć z powodu upalnej pogody unikał okresu szczytowania słońca. Rzadkie futro było jednocześnie błogosławieństwem i przekleństwem. Nie gotował się pod warstwą grubego puchu, ale mordercze promienie uderzały wprost w jego skórę, nieraz powodując szczypiące oparzenia. Dlatego kocur wolał wieczory. Momenty, gdy słonko jeszcze przyświecało delikatnie, przygotowując się do spoczynku, a jednocześnie traciło swoją moc, były dla niego najprzyjemniejsze. Szczególnie w taką porę zielonych liści jak ta – gdy przyjemne ciepło, liczna zwierzyna i kwitnące kwiaty były zastąpione przez skwar, ciężkie powietrze i nieustające deszcze.
Znalazł moment, w którym ciemne chmury w końcu zelżały, przestając grozić burzą. Ziemia wciąż była wilgotna i przesiąknięta wodą z kałuż, lecz trudno było prosić o lepsze warunki. Judasz właściwie nie miał konkretnego celu swojej przechadzki. Potrzebował rozprostować łapy. Po tak długim siedzeniu w obozie stracił nieco na swojej wojowniczej sprawności. Jako zastępca nie mógł być niedołężny, dlatego też robił wszystko, by wrócić do formy.
Kocur ominął rzekę i brzeg morza, w których wzbierała woda. Wolał nie zamaczać łap bardziej, niż to było konieczne; wystarczyło już, że z każdym postawionym krokiem na trawie jego futro miękło i pokrywało się cienką warstwą błota. Kierował się w stronę lasu na klifach i Złotych Kłosów. Tam mógłby nie tylko przejść się bez niepotrzebnych gapiów, ale i może wytropić jakąś nieostrożną mysz. Każda dodatkowa zdobycz była bezcenna.
Kiedy już znalazł się w wybranym miejscu, kocur przysiadł na chwilę. Powiewał lekki, kojący wietrzyk, a niebo pokrywało się licznymi barwnymi smugami. Słońce chyliło się ku zachodowi, dając nareszcie czas na wytchnienie. Wziął głęboki wdech... Nie było tu czuć morskiej bryzy. Do jego nozdrzy nie docierał także żaden świeży zapach zwierzyny, którą mógłby upolować. Wszystko zdawało się starte przez deszcz lub na tyle zwietrzałe, że nie było już czego szukać...
Albo...?
Uszy Judaszowcowego Pocałunku poruszyły się w stronę dobiegającego z niedaleka podejrzanego szelestu. Jego źródłem były Złote Kłosy. Szybko jednak spostrzegł, że dźwięki nie były typowe dla znanej mu zwierzyny – przypominały raczej niezdarne kroki w akompaniamencie niezrozumiałych, cichych pomruków. Czy jakiekolwiek zwierzę mogło poruszać się tak niezgrabnie? Tylko jakby było młode i naiwne lub ranne. Coś mu jednak nie pasowało. Cokolwiek czaiło się w zbożu, musiało zostać przez niego sprawdzone. Wstał z miejsca i podszedł bliżej, by przyczaić się na stworzenie (lub stworzenia), które przemierzało w tamtej chwili pole. Zastępca pozostawał czujny. Nie był w stanie odczytać zapachu przybyszów – równie dobrze mógł to być zagubiony zając, wrogi włóczęga i postrzelony lis.
Cokolwiek to było, zbliżało się. Woń zwierzęcia stawała się coraz wyraźniejsza, dając kocurowi do zrozumienia, że był to kot, a nawet dwa. Nie był w stanie wyczuć, jakiej były płci, co sugerowało ich młody wiek. Tak samo niesiony przez nie słaby zapach mleka. Kocięta? Przybrał zdziwiony wyraz pyska. Co robiły na terytorium Klanu Klifu i to jeszcze w gęstwinie Złotych Kłosów?
Gdy zobaczył wystające spomiędzy pszenicznych pędów drobne pyszczki, zalśniły jego ślepia, a umysł... niespodziewanie się oczyścił. Jakby wszystko nagle stało się jasne. Przyglądał się przez chwilę dwójce kociaków, niepewnie rozglądającą się po polanie, na którą wyszły. Pierwsza była mała kotka o mglistej sierści, drugi ognistorudy kocurek, a obu ich łączyły złociste, lśniące niczym gwiazdy oczy. Właśnie, niczym gwiazdy... Judaszowiec poczuł, że nie było to zwykłe spotkanie. Stojące przed nim kocięta nie były porzuconymi włóczęgami, snującymi się bez większego celu. Nie były zwykłymi maluchami, które odłączyły się od matki. Przeczucie, że go i tę parkę łączyło coś więcej, przenikało aż do kości. To nie było zwykłe wrażenie. To była prawda. Zawsze ufał sugestiom, które podsuwał mu umysł, nawet jeśli zdawały się mysiomózgie.
Te kocięta nie znalazły się tu przypadkiem. Zostały zesłane, zupełnie tak, jak przed wieloma księżycami on. Tym razem nie dla Klanu Klifu, a... Dla niego. Niego i nikogo innego.
— I... co teraz? — odezwał się nieco niepewnie kocurek, rozglądając wokół.
— Nie wiem, ale bolą mnie już łapy — przyznała jego siostra, po czym westchnęła. Oboje wyglądali na zmęczonych. Jak długo podróżowali przez Złote Kłosy? — Może gwiazdy wskażą nam drogę? Spójrz, tam prześwitują... Pamiętasz, co to za gwiazdozbiór?
— Eee... — zawahał się. Szukając odpowiedzi, rudzielec spojrzał nieco w bok, dostrzegając ukrywającego się w zaroślach Judaszowca. Ten w końcu ocknął się, jakby został uwolniony spod wpływów magicznego uroku. — Patrz! — miauknął do szarej, samemu jeżąc ze strachu futerko. Kotka poszła w jego ślady.
Judaszowcowy Pocałunek wstał, stawiając delikatne kroki i zbierając się na spokojny uśmiech. Pomimo swojego wyglądu, sugerującego raczej postać wrogiego włóczęgi aniżeli dobrego kota, starał się wyglądać jak najbardziej przyjaźnie. Odchrząknął i zwrócił się do kociąt łagodnym głosem:
— Nie musicie się bać, maleństwa — zapewnił je. — Nikt nie ma prawa nawet podnieść na was pazura. Jesteście bezpieczne.
Parka nie ruszyła się, lecz w ich szeroko otwartych ślepiach widział błysk nadziei. Podszedł jeszcze odrobinę bliżej. Judasz przyjrzał się im jeszcze dokładniej. Prócz pokrytych ziemią łapek i okazyjnych śmieci utkniętych w futrach, maluchy wyglądały na bardzo zadbane, aż za bardzo. Zupełnie jakby pochodziły... Od pieszczochów. To sprawiło, że na chwilę zamarł. W przeciągu jednej chwili wróciły do Judaszowcowego Pocałunku wspomnienia o jego ojcu, niemym pupilku dwunogów, którego wstydził się przez całe życie. Zawsze przeklinał swoje pochodzenie, które umniejszało jego majestatowi i roli, którą odgrywał w życiu swojego klanu. Jednak... Może Gwiezdni mieli w tym jakiś swój cel? Może tak samo było z tymi kociętami?
— Cokolwiek sprowadziło was w to miejsce, wiedzcie, że było to przeznaczenie — wymruczał w ich stronę po dłuższej pauzie. — Wyglądacie na wyczerpanych. Nie możecie zostać tu sami, gdy zapada zmrok — dodał zatroskany. — W Klanie Klifu będziecie bezpieczni.
Z każdym następnym jego słowem, nastroszona sierść kociaków opadała, a one same spoglądały na nieznajomego z rosnącym zaufaniem. Ruchem ogona zachęcił je, by podeszły bliżej. Choć Judasz nie pokazywał tego po sobie, był w duszy przeszczęśliwy.

***

Wcześniej rzadko kiedy myślał o zostaniu ojcem. W końcu o ile od dawna marzyła mu się zgraja kociąt, tak też nie miał żadnej partnerki. Ba, nawet nie interesował się specjalnie kocicami – ich towarzystwo nie wzbudzało w nim żadnych odczuć. Nigdy nie doświadczył tego, co Niedźwiedzi Miód, który po znalezieniu nowej wybranki serca, tracił dla niej głowę. Judasz pogodził się już z faktem, że miłość nie była dla niego. Nie robiło to i tak mu większej różnicy. Wystarczało mu głębokie uczucie, którym obdarzał Gwiezdnych i poświęcenie swojej pracy. Nie doskwierał mu brak drugiej połówki.
Rola rodzica spadła na niego, właściwie, znienacka. To nie znaczyło jednak, że kiedykolwiek Judaszowcowy Pocałunek poczuł jakiekolwiek zwątpienie. Te kocięta były podarkiem wprost ze Srebrnej Skóry, przez co znaczyły dla niego więcej niż jakikolwiek inny współklanowiec. Wiedział dobrze, że to była jego szansa na przedłużenie linii – nie tylko zapisania się w historii Klanu Klifu jako prorok i przywódca, ale i przyszłe przekazanie dalej swojego gwiezdnego dziedzictwa. W końcu nie mógł żyć wiecznie. Musiał przyjść w końcu moment, w którym wypełni swoją służbę i odejdzie po należyty odpoczynek. Do tego jeszcze wiele czasu, lecz on chciał być przygotowany. Ktoś będzie musiał przejąć po nim pałeczkę i nikt nie nadawał się do tego lepiej niż jego własny potomek.
Sam nie przeniósł się do żłobka. Był kocurem, zastępcą, a w kociarni i tak mieszkały już dwie kocice, które mogły zajmować się kociętami. Odwiedzał swoje maluchy jednak każdego dnia, często znosząc dla nich nowe zabawki czy świeżo upolowane piszczki, by zapewnić im najtreściwsze możliwe pożywienie. Jego kociaki na to zasługiwały! Posiadana przez nie wiedza na temat nocnego nieba tylko utwierdzała go w przekonaniu, że zostały zesłane prosto z gwiazd. Judaszowiec opowiadał im historyjki o Srebrnej Skórze i nauczał o ważnej roli ich wiary. Nawet nadał im odpowiednie imiona – Łuna od przejaśnień na futrze kotki i Blask po jego długiej, lśniącej sierści. Były idealne. Dokładnie takie, jak sobie zamarzył.
Judasz wszedł do obozu, trzymając w pysku niedużego dzięcioła. Ledwie umknął przed ulewą, która zaczynała już szaleć na dworze. Brr! Dobrze, że miał wyczucie... Posiłek, który zdołał upolować, nie był może najbardziej okazały, lecz nadawał się na przekąskę dla jego maluchów. Od razu skierował się w stronę kociarni, nawet nie spoglądając na resztę klanu, który w tamtej chwili był zbyt zajęty dzieleniem się językami, by zwrócić na niego uwagę.
— Jak się macie Półślepy Świstaku i Melodyjny... — powitał królowe, lecz zanim zdążył dokończyć zdanie, przerwał mu ryk przetaczającego się po ziemi kociaka z rozszarpywaną przez siebie kulką mchu. Matka kocurka spojrzała na niego z zakłopotaniem.
— Gąsieniczek! Mógłbyś trochę ciszej? — miauknęła do syna, po czym zwróciła nieśmiały wzrok ku stojącemu w przejściu zastępcy. — Przepraszam. Te kociaki...
— Rozumiem — mruknął jedynie w odpowiedzi i podszedł bliżej swoich własnych pociech. Nie był w tamtej chwili zainteresowany innymi lokatorami żłobka. — Jak wam mija dzień, Blasku, Łuno? — Postawił przed nimi zwierzynę i się uśmiechnął. — Przyniosłem dla was małe co nieco.

<Blask?>