Przeszłość
Słonkowa Łapa wsunęła łeb w półmrok lecznicy i spostrzegła, jak jej siostra wzdryga się na posłaniu, a następnie wbija w nią wzrok. Czy naprawdę aż tak przestraszyła się obecności szylkretki? Jej oddech wydawał się nieco przyspieszony, a futro było zmierzwione, jakby dopiero co się obudziła. Słonka posłała jej niezręczny uśmiech i podeszła bliżej.
— Hej… Ćmia Łapo. Ciężka noc? — zagadnęła, postanawiając spróbować nawiązać z siostrą jakąś rozmowę, zamiast, jak zwykle, ograniczać się do wymiany krótkich zdań.
— T-tak, trochę ciężka — odparła, po czym potrząsnęła łbem. — Co cię tu sprowadza?
Słonka przez chwilę milczała. Czy naprawdę chciała, by medycy marnowali zioła na jej nieznaczny ból głowy? Na pewno znalazłyby się koty, które bardziej potrzebowały pomocy niż ona. Jednak… skoro już tu przyszła i zdążyła wystraszyć swoją siostrę, musiała w końcu wyjaśnić, co jej dolegało.
— Cóż… Odkąd wstałam, męczy mnie ból głowy. Niedługo pewnie Jenocia Kufa zabierze mnie na trening i nie chciałabym, żeby ból mi w nim przeszkadzał — wyznała.
— Dobrze, nie martw się, ziół na ból głowy mamy w bród. Już ci coś daję — mruknęła kremowa.
Podczas gdy kotka zaczęła grzebać w składziku, Słonka zastanawiała się, czy powinna spytać ją o to, dlaczego wcześniej tak się wzdrygnęła. Czy siostra będzie chciała o tym opowiadać?
— To… śniło ci się dzisiaj coś nieprzyjemnego? Czy po prostu krótko spałaś? — spytała w końcu.
— Miałam dzisiaj dużo pracy... Byłam wycieńczona — wyznała.
Słonka uniosła jedną brew. “Dzisiaj?” — pomyślała, po czym zmrużyła ślepia, mierząc siostrę podejrzliwym wzrokiem. “Przecież dopiero co wstałaś” — dodała w myślach, lecz nie odważyła się powiedzieć tego na głos. Domyślała się, że Ćmia Łapa była zmęczona. Może chodziło jej o to, że poprzedniego dnia miała dużo pracy? Cóż, nawet jeśli tak nie było i pręgowana naprawdę skłamała przed siostrą, Słonka nie sądziła, by udało jej się wyciągnąć z niej prawdę. Sama nie byłaby zadowolona, gdyby ktoś naciskał na nią, by się do czegoś przyznała, podczas gdy nie miałaby na to ochoty.
Ostatecznie szylkretka zdecydowała się jedynie skinąć głową i wydać z siebie cichy pomruk, dając siostrze do zrozumienia, że ją rozumiała. Już po chwili Ćma odwróciła się do niej, trzymając w pysku jakieś zioło. Następnie położyła je przed łapami starszej siostry, która mogła teraz wziąć je do pyska i zjeść.
— Dziękuję — mruknęła, uśmiechając się do siostry. — Jest jeszcze wcześnie, więc lepiej wróć do posłania! Nim wszyscy się rozbudzą, pewnie minie jeszcze trochę czasu, a skoro jesteś zmęczona, to lepiej wykorzystaj te chwile — dodała, czując, że gdzieś w połowie wypowiedzi zaczął plątać jej się język. Nigdy nie była zbyt dobra w składaniu sensownych zdań.
Potem odwróciła się na pięcie, czując się nieco zażenowana swoimi umiejętnościami prowadzenia konwersacji. Zapomniała się nawet pożegnać z siostrą i zaraz wróciła do legowiska uczniów.
* * *
Wciąż nie potrafiła przełknąć faktu, że Przepiórcza Wichura odeszła. Przecież jeszcze jakiś czas temu była żywym, istniejącym kotem, którego głosu Słonka mogła słuchać, a obecność czuć. Mogła z nią rozmawiać, dzielić się językami, plotkować i zwierzać się jej. Teraz to wszystko przepadło. Ich relacja zakończyła się na etapie, na którym znajdowała się w dniu, gdy do uszu szylkretki dotarły wieści o znalezieniu roztrzaskanego, cynamonowego ciała u podnóża klifu. Nie było szans na to, by jeszcze kiedykolwiek stworzyły razem kolejne wspomnienia. Nie było szans na to, by Przepiórka jeszcze raz podroczyła się ze swoją siostrzenicą, mówiąc o tym, jaka to ona jest zakochana w Cichej Łapie. Wtedy wojowniczka miała nadzieję, że ta chwila skończy się jak najszybciej. Nie chciała już słuchać o tym, że patrzy na liliowego kocura, jakby był najjaśniejszą gwiazdą na niebie. Teraz jednak, po odejściu Przepiórczej Wichury, oddałaby wszystko, byle tylko przeżyć tamten moment jeszcze raz. Nawet jeśli znowu miałaby czuć się tak, jakby chciała zapaść się pod ziemię.
Nie miała nawet pomysłu na to, co powinna zrobić, by poczuć się choć odrobinę lepiej. Nie chciała już mieć wrażenia, że stres napiera na nią z każdej strony i jest niczym niewidzialna, choć jak najbardziej prawdziwa, klatka. Może przydałaby jej się rozmowa z protektorem albo chociaż kimś bliskim? Może jakiś spacer dla oczyszczenia umysłu, sen, zioła? Możliwości było wiele, lecz Tańcująca Słonka nie potrafiła zdecydować się na żadną z nich. Mogła więc jedynie siedzieć bezsilnie w swoim posłaniu, wciąż przekonując samą siebie, że nie może nic zrobić i powinna po prostu czekać, aż jej umysł sam się uspokoi. Czy w końcu czas nie leczy ran? Słyszała to powiedzenie już wiele razy w ciągu swojego życia i wydawało jej się prawdziwe. Skoro Firletkowa Łapa był w stanie zregenerować swoją łapę, to dlaczego ona nie mogłaby zregenerować wnętrza swojej głowy?
Szylkretka w końcu ziewnęła przeciągle, gotowa wreszcie zasnąć, gdy nagle usłyszała przed sobą czyjeś kroki, a zaraz potem nieco zdyszany oddech. Powoli otworzyła oczy, zastanawiając się, kto mógł jej przerwać. Ku jej zdziwieniu ujrzała przed sobą czarnofutre łapy. Złamana Wola. Tylko czego od niej chciał? Spodziewała się, że będzie to Źródlana Łuna, chcąca przekazać jej, że została wybrana do kolejnego patrolu. A jednak stał przed nią jej najdroższy przyjaciel.
— Cześć, Słonko… — odezwał się, choć w jego głosie brzmiała nuta wahania. — Cicha Łapa uświadomił mi, że… Przepiórcza Wichura była twoją ciocią, no i… chciałem powiedzieć, że ci współczuję, bo… — urwał, gubiąc się we własnych słowach.
Wojowniczka zrobiła skwaszoną minę, lecz niczego nie powiedziała. Mimo wszystko doceniała fakt, że Złamana Wola postanowił udowodnić jej, że ma jakieś uczucia, a przede wszystkim, że potrafi odczuwać empatię. Nie chciała go zniechęcać do dalszego rozwijania w sobie tej wrażliwej strony. Wiedziała, że niektóre koty na pewno doceniłyby takie słowa wsparcia, lecz ona nie była jednym z nich. I Złamana Wola nie musiał o tym wiedzieć.
— Dziękuję — mruknęła w końcu żółtooka, mrużąc oczy ze zmęczenia. — Bardzo doceniam twoje słowa. Naprawdę wiele dla mnie znaczą — dodała głosem wręcz wypranym z emocji. Od razu przeraziła się, że zabrzmiała niemiło i szorstko. Żołądek ścisnął jej się z nerwów, lecz ciało nawet nie drgnęło.
— Och, naprawdę…? To dobrze — odetchnął wojownik. — Wiesz, że wolę pocieszać koty za pomocą gestów, a nie słów! Ale leżysz tak już od dłuższego czasu i obawiam się, że tym razem nie byłbym w stanie wyciągnąć cię nad morze. No chyba, że jednak dałbym radę…? — mruknął, a w jego głosie można było dosłyszeć wyraźną propozycję.
Żółtooka westchnęła ciężko na jego słowa, niezbyt chętna do tego, by gdziekolwiek z nim iść.
— Przepraszam, ale chyba będę musiała podziękować… — wymamrotała, nie czując się zbyt dobrze z tym, że właśnie zbywała swojego przyjaciela, który chciał ją jedynie pocieszyć. — Ale może przejdziemy się kiedy indziej…? — dodała.
Złamana Wola przez moment stał w ciszy. Słonka musiała aż otworzyć oczy, by upewnić się, że wciąż przed nią był, a nie zdążył już odejść.
— No nie wiem, Słonko! — odezwał się w końcu. — Skoro nie chcesz się przejść nad morze, to może chociaż dasz się zaprowadzić do medyczek? Leżysz tu jak przybity pies. Może dałyby ci jakieś zioła… na wzmocnienie czy coś? — miauknął, wciąż próbując jakoś pomóc wojowniczce. — Znowu zachowujesz się jak wtedy, po wypadku Firletkowej Łapy… A przecież Przepiórka była tylko twoją ciocią… — dodał ciszej, jakby bał się, że tymi słowami urazi Słonkę.
Może gdyby niebieska nie była teraz taka zmęczona, poczułaby się choć trochę oburzona. Nie miała jednak siły kłócić się z przyjacielem. Nie potrzebowała tracić kolejnego bliskiego jej kota.
— Nie… Nie potrzebuję ziół — odrzekła, choć dobrze wiedziała, że jeszcze chwilę wcześniej zastanawiała się, czy by jej nie pomogły. Dlaczego tak się zachowywała? Dlaczego po prostu nie przystała na propozycję Złamanej Woli?
— To czego potrzebujesz? — Czarnofutry najwyraźniej nie zamierzał jej odpuścić. W jego głosie pobrzmiewała również nuta desperacji, jakby Słonka była jakąś zagadką, której nie potrafił rozwiązać, choć bardzo tego pragnął.
— Nie wiem… Spokoju? — westchnęła, kładąc po sobie uszy. — Jestem zmęczona, Złamana Wolo. Chciałabym pójść spać, jeśli byś pozwolił… — wyznała, mając nadzieję, że kocur nie odbierze tego tak, jakby chciała się go po prostu pozbyć. To znaczy — chciała. Ale nie dlatego, że go nie lubiła. Po prostu miała zły humor.
W końcu dymny burknął coś pod nosem i odszedł. Żółtooka zacisnęła szczękę, w myślach karcąc się za swoje zachowanie. Czy kocur właśnie się na nią obraził? Dlaczego tak bez słowa odszedł? Czy stwierdził, że nie ma sensu próbować jej pomóc, skoro nie chciała tej pomocy przyjąć? Cóż, zapewne każdy kot w końcu by się poddał, gdyby miał do czynienia z takim twardym orzechem do zgryzienia.
Wojowniczka czuła się teraz podwójnie przybita, lecz jeszcze bardziej ciążyły jej powieki. Były niemal sklejone ze zmęczenia.
Spodziewała się, że właśnie zepsuła relację z przyjacielem. Myślała, że kocur odszedł już na dobre i będzie musiała się za nim uganiać, gdy tylko poczuje się lepiej. Tak się jednak nie stało. Już po chwili do rzeczywistości przywróciło ją szturchnięcie czyjejś łapy.
— Słonko! Przyprowadziłem do ciebie twoją siostrę! — Słonka usłyszała głos dymnego.
Kotkę rozbudziły jego słowa. Jak to? Którą siostrę? Otworzyła ślepia i ujrzała przed sobą Ćmi Lot, która wpatrywała się w nią z zatroskaniem na pysku.
— C-co? — wydukała szylkretka, podnosząc głowę. — Dlaczego…?
Złamana Wola uśmiechnął się do swojej przyjaciółki i dumnie wypiął pierś.
— Pomyślałem, że może pogadacie ze sobą. Jak siostra z siostrą. I wtedy ci przejdzie! — stwierdził, lecz zanim Tańcująca Słonka zdążyła mu odpowiedzieć, odwrócił się na pięcie. — To ja was zostawiam! Powodzenia! — rzucił na pożegnanie.
Starsza z sióstr natychmiast poderwała się ze swojego posłania, wykonując przy tym nerwowe ruchy.
— Prze-przepraszam! Nie chciałam ci zawracać głowy, Ćmo… Na pewno masz teraz dużo pacjentów i… po-powinnaś wrócić do lecznicy, by się nimi zająć, a nie… rozmawiać teraz ze mną! — zaczęła się tłumaczyć.
<Siostro?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz