BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pacynka x Ballada. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pacynka x Ballada. Pokaż wszystkie posty

18 listopada 2025

Od Wieleniego Szlaku CD. Pacynki

Mokra trawa uginała się pod jej łapami niczym puchaty, podgniły dywan. Wszechobecna wilgoć wciskała się między kosmyki jej futra, do skóry. Po jej grzbiecie przeszedł dreszcz.
Widziała, jak coś porusza się pomiędzy więdnącymi wrzosami. Patykowata, ciemna sylwetka zeskoczyła z drogi grzmotu, zagłębiając się w terytorium Klanu Burzy. Nastroszyła futro, zaniepokojona – ale i zaciekawiona. Intruz? Ktoś, kogo… Kogo miałaby szansę przegonić? Skrzywdzić? Na jej pysk wstąpił krzywy uśmiech. Upewniłaby się, że nieznajomy już łapy tu nie postawi.
Postać przez ułamek sekundy wydała się jej znajoma, jednak ona już nie myślała. Przypadła do ziemi, skradając się bezszelestnie; na coś w końcu przydadzą się jej te księżyce treningu. Po paru uderzeniach serca, gdy jej ofiara wciąż była nieświadoma obecności wojowniczki, wyskoczyła do przodu i powaliła ją na ziemię, przytrzymując za barki. Już miała obnażać zęby, już miała zaciskać je na cudzym gardle…
Stanęła jednak pyskiem w pysk z Pacynką.
Mordka siostry była równie zaskoczona, co jej. Powoli zsunęła się z ciała samotniczki, czując falę napływających emocji. Nie umiała ich nazwać – ale tak dawno siostrzyczki nie widziała, tak dawno z nią nie rozmawiała… A wcale się nie zmieniła. W oczach kotki nadal widniał entuzjazm i nierozważność, która zawsze jej towarzyszyła.
— Pacynko?
Buraska zamrugała, czym prędzej stając na łapy.
— Ballado! — jej głos poniósł się po polanie. Jak dawno nie słyszała tego imienia... — Ballado! Nie wierzę, to naprawdę ty?
Pokiwała powoli głową. Kąciki jej pyska uniosły się w uśmiechu.
— Tak — odmiauknęła. Jej ogon podrygiwał nerwowo. — Oh, Pacynko. Spadłaś mi z nieba jak dar od ciotki.

Na granicy spędziły jeszcze trochę czasu. Słońce chowało się za chmurami, a mgła ponownie zaczęła otulać drzewa i wody w oddali.
— Wieleni Szlak? — powtórzyła za nią Pacynka, z grymasem na pyszczku. — Dziwne.
Pokiwała głową. Miała rację – nawet po tylu księżycach nie polubiła swojego imienia. Ani żadnej jego formy. Momenty, w których Słońce nazywał ją “Wieleną” nie budziły w niej żadnego pozytywnego uczucia, nawet, gdyby się postarała.
— Ale, do rzeczy. Czego potrzebujesz?
Chytra iskierka zabłysnęła w jej oczach.
Pochyliła się do przodu. Opowiedziała siostrze o swoich ówczesnych sukcesach; teraz przyszła pora na ich wspólny.
— Znajdę kolejną ofiarę — szepnęła z uśmiechem. — A ty pomożesz mi w pozbyciu się jej.

Jakiś czas temu...
tw - krew, śmierć

Mimo wczesnej pory, niebo pozostawało splamione szarością. Poranna mgła jeszcze nie zdążyła opaść, a do obozu powrócił już pierwszy patrol graniczny i parę grup łowieckich.
Kręciła się w bezpiecznej odległości od wrzosowiska. Nadszedł dzień, w którym miała przyprowadzić Pacynce swoją kolejną ofiarę – i, za razem, podarować duszę zmarłego ciotce. Symbolicznie. Tego Marionetka przecież chciała, prawda? Chaosu? Obiecała, że do szczytowania słońca znajdzie kogoś. Nie starała się o żadnego konkretnego klanowicza; wolała działać w tej kwestii spontanicznie. Nawet, gdyby wmawiała sobie inaczej, koty były nieprzewidywalne. Kto wie, który z nich znajdzie się w złym miejscu o złej porze?

— Przyprowadzę ci kogoś.
Wąsy Pacynki zadrżały.
— Kogo?
Uśmiechnęła się lekko. Schyliła nieco głowę, przybliżając pysk do ucha siostry.
— Ktoś się znajdzie — szepnęła. — W Klanie Burzy jest wiele nierozważnych kotów. Ktoś na pewno da się przekonać.

Tego dowiedziała się jeszcze na długo przed szczytowaniem słońca. Dwójka kotów, niewinnych, nieświadomych. Natknęła się na nich niedaleko drogi grzmotu; był to starszy, czarno-popielaty kocur i młodsza, szylkretowa kocica. Ją rozpoznawała jako Rozkwitającą Szantę, matkę tego dziwnego uczniaka, z którym raz po raz rozmawiała.
Przybrała najbardziej przyjazny wyraz pyska, jaki umiała, i wyszła im naprzeciw. Żadne z nich nie wydało się zaalarmowane – starała się nie chować po krzewach i trawach, więc zapewne widzieli ją już z daleka. Jedynie Szanta wyglądała nieco niemrawo, chociaż miała podejrzenie, że karmicielka po prostu jej nie lubiła.
— Miło Cię widzieć, Wieleni Szlaku — zaświergotał nieco ochrypłym głosem kocur. Kozi Przesmyk, a przynajmniej tak się jej wydawało.
Uśmiechnęła się lekko.
— Mi również.
Przystanęła, przyglądając się im na moment. Liczyła na pojedynczego kota, ale… Podstarzały wojownik i wieczna karmicielka nie wyglądali, jakby mieli sprawiać jej problemy.
— Słyszałam wczoraj, że w okolicy upadłego potwora kręci się dość dużo zwierzyny — miauknęła, skinąwszy łbem w tamtą stronę. — Chcecie do mnie dołączyć?
Wstrzymała oddech. To była w zasadzie jej jedyna szansa; jeśli się nie zgodzą, musiałaby znaleźć kogoś innego, innego dnia…
— Właściwie — wtrąciła Szanta — to właśnie w tamtym kierunku zmierzaliśmy.
Biała, stalowa struktura ukazała się im po niedługim czasie. Otaczająca ją zieleń przerzedziła się, a krzewy straciły większość swoich liści; jednak z tyłu, przy terenach Klanu Wilka, mieszanka drzew liściastych i iglastych stanowiła gęstą okrywę – a zarazem kryjówkę dla Pacynki.
Zawęszyła. Karmicielka, zamieniwszy parę słów z Kozim Przesmykiem, zagłębiła się w pas drzew. Wieleni Szlak zastrzygła uszami. Po co?
— Długo zamierzacie zostać? — zagadnęła, oglądając się za wojownikiem.
Jej wąsy zadrżały. Z góry, spomiędzy igieł dobiegł szelest; wiedziała, że para brązowych oczu obserwuje ich uważnie. Czekając. Dyskretnie podniosła wzrok, próbując dojrzeć, na której z sosen kryje się jej siostra.
— Nie jestem pewien, Rozkwitająca Szanta mówiła jedynie, że chce rozprostować łapy — odpowiedział, rozglądając się za zwierzyną. — Nie dziwię się jej. Czemu pytasz?
Usłyszała kolejny szelest. Tym razem dochodził on z jednego, konkretnego drzewa, w które wbiła spojrzenie, przechodząc obok kocura i stając parę lisich ogonów dalej.
— Na pewno pamiętasz ostatnie… Sytuacje z samotnikami. I nie tylko. Nie chciałabym, aby wam się coś stało.
Zdążyła wyłapać, jak ciemna sylwetka niemal bezszelestnie zsuwa się po pniu drzewa. Na jej pysk wstąpił krzywy uśmiech.

— Jaki dostanę znak?
Znaku nie było. Wojowniczka zamyśliła się na moment.
— Będziesz wiedzieć. Ufam, że… Że znajdziesz właściwą chwilę.


Chwila nadeszła. Nie minęło nawet parę uderzeń serca, nim Pacynka wystrzeliła z otaczających ich krzewów. Buro-biała smuga dopadła do Koziego Przesmyku, wskakując na jego grzbiet od tyłu. Rozległ się pojedynczy krzyk, odgłosy szarpaniny, a później huk i trzask; zobaczyła jedynie sylwetkę siostry pochylającą się nad – już martwym, jak mniemała – ciałem wojownika.
Nie marnowała czasu, słysząc odgłos łap uderzających o podłoże; Szanta, usłyszawszy zapewne harmider, wracała biegiem. Nie wiedziała jednak, że zmierza prosto w pułapkę. W momencie, gdy jej szylkretowa sylwetka wypadła na polanę, łapy wojowniczki przewróciły ją na bok. Przekoziołkowały kawałek w uścisku. Pazury Wieleny wbijały się w barki karmicielki, przyszpilając ją do ziemi. Obnażyła zęby w grymasie. Łapy starszej poruszały się nieskoordynowanie, nie próbując odpychać wojowniczki, bardziej skupiając się na bronieniu własnego brzucha. Dziwne, pomyślała, sięgając gardła kocicy. Wtedy nie miało to dla niej żadnego sensu. Szanta szarpała się i szarpała, końcowo celując tylnymi łapami w brzuch wojowniczki; pazury zaplątały się w pstrokatą sierść, która chwilę później zabarwiła się kropelkami krwi. Syknęła, przenosząc więcej ciężaru na kocicę. Zapchlona królowa. Dopiero, gdy Pacynka dopadła do jej boku, i przytrzymała szylkretową w miejscu, wojowniczce udało się zacisnąć szczęki na pstrokatym gardle.
Ciało Rozkwitającej Szanty zwiotczało. Puściła je po chwili, cofając się do tyłu i łapiąc oddech. Zrobiła to. Kolejna ofiara, a nawet ofiary, skreślone z listy – kolejne dusze podarowane ciotce na rzecz chaosu.
— Dobra robota — szepnęła do Pacynki, podnosząc na nią wzrok.
Oblizała wargi. Na języku rozpłynął się metaliczny posmak krwi; potarła pysk łapą. Pozostała na niej smuga czerwieni. Siostra przysunęła się do niej, susem przeskakując leżącego bezwładnie trupa i przyciskając do niej swój policzek.
— Musimy się pośpieszyć.

Obserwowała, jak bura układa ciało Koziego Przesmyku na drodze grzmotu. Wyglądał, jak gdyby spał – pomijając strugi krwi, zasychające na jego futrze. Jego głowa spoczęła na ciemnej powierzchni, nienaturalnie wygięta. Kto by się spodziewał, że to uderzenie głową o skałę, a nie zęby Pacynki, go wykończy.
Pociągnęła za sobą Szantę. Ciężka, szylkretowa sierść otarła się najpierw o asfalt, a później powoli zamoczyła w wodzie. Strumyk, przebiegający pod mostem, pomiędzy terytoriami klanów, posłużył jej jako sposób na pozbycie się dowodów. Najpierw starannie wyciągnęła strzępki własnego futra spod pazurów karmicielki, wręcz paranoicznie sprawdzając każdy po kolei, a później zbliżyła się do brzegu. Wraz z wartką tonią przypłynęły do niej wspomnienia z ostatniej, podobnej sytuacji. Kto by się domyślił, że drugi raz wybierze to samo wyjście?
Zanurzyła najpierw łapy kocicy, później resztę jej ciała. Wilgoć wdarła się pomiędzy pasma gęstej sierści, wymywając jej charakterystyczny zapach. Również ten pozostawiony przez Wielenę. Uchylone, szkliste ślipia trupa spoglądały na nią bez wyrazu; szybkim ruchem łapy wcisnęła głowę Szanty głębiej pod wodę.
Cofnęła się o krok. Pacynka również stała przy brzegu, spoglądając raz na ciało, raz na siostrę. Pomógłszy jej uprzednio oczyścić sierść z krwi, teraz pozostało jej jedynie za zadanie przypilnować Szanty, i wyciągnąć ją z wody po paru chwilach, aby ułożyć tuż obok Koziego Przesmyku. Zależało im na pozostawieniu ciał, ciał bez śladów ingerencji Wieleny.
— Muszę już iść — miauknęła, odwracając pysk w stronę samotniczki. Uśmiechnęła się niemrawo. — Mam do złapania zwierzynę, zanim wrócę.
Odsunęła się od siostry, wskakując na drogę grzmotu. Nie obawiała się; pas kamienia wyglądał na opuszczony. Po paru uderzeniach serca zatrzymala się i rzuciła kotce spojrzenie przez ramię.
— Ciotka byłaby z nas dumna.
Nie wiedziała, że to ostatnie słowa, które Pacynka kiedykolwiek od niej usłyszy.

resztę misji pozostawiam w Twoich łapach, siostro

19 października 2025

Od Pacynki CD. Ballady (Wieleniego Szlaku)

Bardzo dawno temu

Ballada zeskoczyła z pudła, na którym leżała i zakradła się za siostrą. Wsunęła się między nią, a ścianę, i ignorując jej zaskoczony pisk, wystawiła głowę w przód. Zmarszczyła nosek, po czym odwróciła spojrzenie na Pacynkę. Podniosła brew i wydała z siebie zdziwiony odgłos.
Bura była zdezorientowana. O co chodziło jej siostrze? Nie rozumiała. Zamachnęła się łapą i delikatnie pacnęła ją w pyszczek, po czym zmarszczyła brwi.
— Ballado! Nie strasz mnie — zawołała, zadzierając brodę. Szylkretka jednak nie odpowiedziała. Jedynie kilkakrotnie zamrugała, a wtedy bura westchnęła ciężko i odwróciła się od niej, odchodząc kilka kroków dalej.

***

Jakiś czas temu

— Nauczę cię przechodzić przez drogę — wymamrotała krótko Pararela, stojąc wraz z burą kotką tuż obok chropowatej, szarej powierzchni. Znajdowały się na obrzeżach miasta, gdzie przejście nie równało się z natychmiastową śmiercią. Tu Potwory pojawiały się rzadziej, a powietrze nie pachniało tak mocno kurzem i spalinami, dając im szansę na spokojną naukę. Pacynka wyszczerzyła bialutkie ząbki, a jej wąsy zadrżały z ekscytacji.
— Nareszcie! Bo czemu tak rzadko chodzimy na treningi? — mruknęła z nutą wyrzutu, zerkając na starszą kocicę. Ta zmrużyła oczy z wyraźnym niezadowoleniem.
— Starość nie radość — burknęła, choć wcale nie była aż tak stara! Po prostu trochę zaniedbana i zgorzkniała, ale bez przesady, żeby od razu stara. Bura rozdziawiła pyszczek, jakby chciała coś powiedzieć, lecz ostatecznie tylko skinęła głową. Przez chwilę obie stały w ciszy, wsłuchując się w szum wiatru i daleki warkot Potwora, aż w końcu Pararela mruknęła:
— Najpierw obejrzeć.
Pacynka posłusznie spojrzała wpierw w prawo, potem w lewo. Na horyzoncie nie było widać żadnego Potwora, więc czarnofutra skinęła głową.
— Dobrze. Może iść. Szybko, zwinnie.
Bura napięła mięśnie, a jej ogon drgnął lekko. A potem, jak na rozkaz, ruszyła biegiem przez szorstką nawierzchnię. Łapy stukały o zimny asfalt, a echo niosło się po pustej ulicy. Biegła, ile sił w łapach. Gdy dotarła na drugi brzeg drogi, potknęła się i przekoziołkowała przez kilka lisich ogonów, śmiejąc się głośno i krzycząc, a kiedy w końcu spojrzała za siebie, zobaczyła Pararelę, która wciąż siedziała po drugiej stronie – nieruchoma niczym posąg, z kamiennym wyrazem pyska.
— Nie idziesz? — zawołała, unosząc brwi.
— Nie.
Odpowiedź kotki była krótka i chłodna. Pacynka westchnęła, po czym wzruszyła ramionami. No nic – przecież jej nie zmusi.

***

Teraźniejszość

Życie w mieście powoli stawało się dla Pacynki nieznośnie nudne. Bez Marionetki, bez sióstr, nie wiedziała już, co ze sobą zrobić. Wciąż miała jeszcze Pararelę, ale prawie z nią nie rozmawiała. Starsza kotka od zawsze była cicha, zamknięta w sobie, a więc niechętnie wdawała się w pogawędki z młodszą, rozgadaną samotniczką. Pacynka potrzebowała kogoś innego – kogoś, kto by ją rozumiał. Kogoś, kto poszedłby z nią na spacer, powalczył dla zabawy, kto po prostu byłby obok. Chciała towarzysza, z którym mogłaby się śmiać, biegać, podróżować… ale nie miała nikogo. Ani znajomych, ani rodziny.
Niby znała Koniczynową Łapę i naprawdę była mu wdzięczna za jego przysługę, ale nie mogła nazwać go przyjacielem. Kocur wydawał się jej unikać – może się jej bał? A może obawiał się, że ktoś dowie się o jego spotkaniach z samotniczką i zostanie ukarany? Pacynka nie rozumiała tych wszystkich klanowych zasad i zwyczajów. Z jednej strony cieszyła się wolnością, z drugiej jednak męczyła ją samotność, która przychodziła razem z tą niezależnością.
Tego dnia snuła się po mieście, wdychając zanieczyszczone powietrze. Kurz i pył wirował wokół niej niczym jesienne liście, opadające z drzew. Nadeszła już Pora Spadających Liści, a wraz z nią chłód, który próbował przecisnąć się przez warstwy jej futra. Słońce coraz rzadziej wyglądało zza grubych chmur, nie obdarzając burej nawet odrobiną ciepła. Zamiast tego często padało, a po każdym deszczu miasto zamieniało się w pole minowe – lecz nie było na nim min, a kałuże – przez które Pacynka musiała przechodzić, mocząc sobie całe łapy. Jednak za obrzeżami wszystko wyglądało inaczej. Gdy tylko wychodziła poza miasto, mogła wdychać rześkie powietrze i podziwiać pomarańczowe korony drzew. Ziemia, usypana suchymi liśćmi, chrzęściła cicho pod jej łapami, a powietrze pachniało wilgocią. W tym krajobrazie Pacynka mogła skradać się doskonale, bo jej bure umaszczenie dobrze kamuflowało się wśród brązowych liści.
W końcu zajrzała do jednej z bocznych uliczek, którą znała wyśmienicie. Ruszyła nią, wiedząc, że niedługo powinna ujrzeć wejście do piwnicy – miejsca, w którym spędziła całe swoje dzieciństwo. Och, ile to już księżyców minęło, odkąd była tam po raz ostatni? Tyle samo, odkąd nie widziała swoich sióstr. Z westchnieniem zeszła w dół, zanurzając się w półmroku. Powietrze było tu stęchłe, pachniało kurzem i starym kartonem. W cieniu dostrzegła zarysy posłań, a także błysk żółtych oczu, które zaraz rozpoznała.
— Pararelo! — zawołała radośnie, szczerząc się i podchodząc bliżej. Czarnofutra drgnęła, a na jej pysku pojawił się krzywy, zmęczony uśmiech. Nie odpowiedziała, jedynie fuknęła coś pod nosem. — Miło cię widzieć. Dawno tu nie zaglądałam, zastanawiałam się, jak sobie radzisz — mruknęła Pacynka, siadając obok. Owinęła ogon wokół łap, próbując znaleźć odrobinę ciepła na zimnej podłodze i między pustymi ścianami. Powinna chyba czuć nostalgię, wspomnienia z dzieciństwa powinny napływać do jej głowy… ale nic takiego się nie stało. To miejsce było jej teraz obce. Myślała tylko o Marionetce. Tylko jej tu brakowało. Po chwili odchrząknęła i spojrzała prosto na Pararelę.
— Nie przychodzę tu bez powodu — zaczęła cicho, a jej koniuszek ogona lekko drgnął. — Chciałabym odejść z miasta. Tu jest nudno, wszystkie dni są identyczne. Potrzebuję zmian! Może gdzieś tam, wśród zieleni, znajdę jakiś sens. Może nawet… znajdę sobie inną Marionetkę!
Pararela uniosła brwi, spoglądając na burą z mieszaniną zdumienia i zmęczenia. Po chwili ciężko zakaszlała, a kurz uniósł się z jej futra i pojawił się w świetle dnia.
— Nie będę cię tu zatrzymywać, Pacynko — mruknęła w końcu chrapliwie. Jej głos był szorstki, jakby dawno się nie odzywała. Pacynka poczuła przez chwilę ukłucie żalu. Może nie powinna jej tak zostawiać? Ale to uczucie szybko minęło. Nie miała w zwyczaju rozczulać się nad takimi sprawami. W końcu i tak nic nie trwa wiecznie. Pararela pewnie kiedyś umrze, a to miejsce i tak pójdzie w zapomnienie. Bura wstała, czując dreszcz ekscytacji.
— Dzięki! Dziś wyruszę w podróż. Nie mam nic do stracenia! Zwierzynę złapię po drodze i może… znajdę moje siostry? Bardzo bym tego chciała! — zamruczała z entuzjazmem, kierując się ku wyjściu. Pararela milczała, choć jej spojrzenie śledziło każdy ruch młodszej, jakby z tęsknotą. — Może jeszcze kiedyś się spotkamy! Opowiem ci o wszystkim, co spotkało mnie poza miastem! — dodała, odchodząc, i zniknęła w jasnym świetle dnia.
Gdy tylko wyszła na zewnątrz, zaczerpnęła świeżego, jesiennego powietrza. Wiatr pachniał mokrą ziemią i oddechem potworów Dwunożnych. Ani razu nie obejrzała się za siebie. Ruszyła do przodu, w stronę obrzeży miasta. Postanowiła trzymać się blisko jeziora – jego brzeg miał być dla niej ścieżką. Wiedziała, że w razie czego pomoże jej wrócić… choć nie zamierzała wracać. Podjęła decyzję i nie chciała jej cofać. Nawet gdyby miała umrzeć, nie chciała, by Pararela się o tym dowiedziała. Niech myśli, że Pacynce się udało, że znalazła swoje miejsce, może nawet założyła rodzinę. Choć tak naprawdę bura nigdy nie szukała drugiej połówki. Nie rozumiała miłości. Może dlatego, że nigdy jej nie zaznała.

***

Gdzieś w połowie podróży Pacynka poczuła, jak głód zaczyna jej doskwierać. Słońce już dawno zaszło za horyzontem, a granatowe niebo rozjaśniał księżyc, którego blade światło niknęło za warstwą chmur. Z początku bura próbowała iść dalej, udając, że potrafi zignorować burczenie w brzuchu, ale z każdą chwilą stawało się ono coraz głośniejsze i bardziej irytujące. Nie chodziło o sam głód, a o ten uporczywy dźwięk, który nie dawał jej spokoju. Westchnęła cicho, po czym rozejrzała się dookoła. Jeśli miała iść dalej, musiała coś upolować. Tylko czy w środku nocy znajdzie coś tłustego, porządnego? Z każdym dniem robiło się zimniej, a zwierzyny ubywało – większość drobnych stworzeń chowała się już w swoich norach, szykując się do snu zimowego. Pacynka wędrowała teraz po otwartym terenie, co wcale jej nie pocieszało. Nie było tu ani jednego drzewa, za którym mogłaby się schować ani nawet jednego krzaka, by przyczaić się na zwierzynę. Wysoka trawa drżała na wietrze, a gdzieś dalej widać było zarys płotów i pola pełne złotych kłosów, które leniwie kołysały się pod wpływem wiatru.
Pacynka zaczęła węszyć, jednocześnie nasłuchując, czy gdzieś w oddali nie słyszy stukotu łapek. Wytężyła wzrok, próbując dostrzec choćby delikatny ruch wśród traw, jednak przez dłuższą chwilę nic nie dawało znaku życia. Wokół panowała cisza tak głucha, że miała wrażenie, jakby w promieniu kilku długości drzewa nie było żadnej żywej duszy. Kiedy już miała się poddać i ruszyć dalej, coś przykuło jej uwagę. Ledwie zauważalny błysk popielatego futerka mignął wśród źdźbeł. Pacynka natychmiast napięła mięśnie, a jej ogon lekko drgnął na wietrze. Ślinka pociekła jej z pyska, więc szybko oblizała wargi i przywarła do ziemi. Jej spojrzenie stało się dzikie, skupione tylko na jednej rzeczy – na tej myszy, która nieświadoma niczego buszowała między trawami, szukając dla siebie pożywienia. Jeszcze nie wiedziała, że tej nocy spotka ją śmierć. Pacynka zaś wiedziała, że dzięki niej będzie mogła pożywić się i ruszyć dalej.
Kotka przesunęła się naprzód, cicho, niczym własny cień. Każdy krok stawiała ostrożnie, z trudem powstrzymując się od wydania jakiegokolwiek dźwięku. Wszystko szło dobrze, dopóki nad jej głową nie rozległ się trzepot skrzydeł. Pacynka spięła mięśnie. Zanim zdążyła zareagować, dostrzegła na nocnym niebie sowę, a potem ptak runął w dół, chwytając mysz w swoje błyszczące szpony.
Pacynka syknęła, po czym rzuciła się w pogoń. Nie miała zamiaru oddać swojej kolacji bez walki! Podskoczyła najwyżej, jak umiała, a zaraz potem uderzyła w pierzasty tułów sowy. Oboje upadli na ziemię, przetaczając się po trawie. W powietrze wzbił się kurz i drobinki ziemi, a z gardeł walczących stworzeń wydobyły się głośne skrzeki, piski i krzyki. Pacynka dostrzegła, że w szponach ptaka nie było już myszy; musiała wypaść podczas szamotaniny. Syknęła z frustracją i spróbowała zagryźć sowę, ale ta wbiła pazury w jej brzuch. Ból przeszył ją natychmiast, więc odskoczyła na bok, jak poparzona.
W tym samym momencie dostrzegła martwą mysz leżącą kilka długości wąsa dalej. Nie zastanawiała się długo i rzuciła się do przodu, chwyciła zdobycz w zęby i pobiegła ile sił w łapach. Wiatr smagał jej futro, a wysoka trawa uginała się pod ciężarem jej kroków. Bura biegła w stronę gęstego lasu, mając nadzieję, że tam znajdzie schronienie. Na otwartych polach była łatwym celem, ale wystarczył jeden krzew, by zgubić natrętnego ptaka.
W końcu wbiegła wśród drzewa. Skoczyła w gąszcz, czując, jak liście muskają jej boki. Wciąż kurczowo trzymała w zębach szare ciałko, z którego powoli uchodziło ciepło. Wcisnęła się głębiej między zarośla i nasłuchiwała. Przez chwilę słychać było jeszcze ciche pohukiwanie, potem wszystko ucichło. Pacynka ostrożnie wysunęła się z kryjówki i położyła zdobycz przed sobą. Mysz była już zmasakrowana, ale nie miało to znaczenia. Najważniejsze, że była. Kotka zaczęła przeżuwać swoją zdobycz i choć tak niewielka ilość mięsa nie zadowoli jej żołądka na długo, tak przynajmniej pozwoli jej nie odczuwać głodu przynajmniej do rana.
Po skończonym posiłku spojrzała w dół na brzuch. Z rany sączyły się niewielkie krople krwi, sklejając futro Pacynki. Na szczęście nie wyglądało to poważnie. Mimo wszystko kotka zadecydowała, że tu zostanie na noc. Krzewy dawały jej wystarczająco schronienia, by mogła tu przenocować. Zwinęła się w ciasny kłębek, owinęła ogonem i położyła głowę na łapach. Przez chwilę jeszcze patrzyła, jak roślinność drży na wietrze, a potem jej powieki powoli się przymknęły, pozwalając jej odpocząć.

***

Rankiem Pacynka znowu wyruszyła w drogę. Szła wzdłuż brzegu jeziora, które z każdą chwilą robiło się coraz węższe. W końcu woda zwęziła się w rzekę, wijącą się przez las niczym wąż. Pacynka przystanęła, marszcząc pyszczek. Nie chciała odchodzić zbyt daleko od terenów klanu. W końcu miała plan – odnaleźć swoje siostry. A tam, hen daleko, raczej ich nie znajdzie. Tylko… jak się dostać na drugą stronę? Rzeka wyglądała groźnie. Woda była ciemna i zimna, płynęła szybko, rozbijając się o kamienie. Dla niektórych kotów mogłoby to być wystarczającym powodem, by zawrócić. Ale nie dla niej. Może i nie umiała pływać, może prawie nigdy nie miała do czynienia z wodą, ale… nie ma żadnego “ale”. Pacynka po prostu nigdy nie pozwalała, by coś ją powstrzymało. A właściwie… nawet o tym nie myślała. W jej głowie panowała wtedy zupełna pustka. Widziała tylko drugi brzeg i cel, który musiała osiągnąć.
Gdy tylko uznała, że odcinek między brzegami wydaje się najkrótszy, ugięła łapy i skoczyła.
Zderzyła się z lodowatą wodą, rozbryzgując ją dookoła. Od razu zaczęła się zanurzać, machając chaotycznie łapami. Woda dostała się jej do pyska, więc kaszlała i krztusiła się, z trudem utrzymując głowę nad powierzchnią. Nurty porywały ją dalej, a futro ciążyło coraz mocniej. Dopiero gdy pazurami zahaczyła o wystającą z brzegu gałąź, udało jej się zatrzymać. Złapała ją kurczowo i z wysiłkiem wciągnęła na piaszczysty brzeg, gdzie leżała przez chwilę, dysząc ciężko. Piach przyklejał się do jej mokrego futra. Wyglądała jak jakiś potwór! Mimo to bura wstała, parsknęła tylko i otrzepała się gwałtownie, aż w powietrze wzleciały krople wody.
Normalny kot pewnie zrobiłby sobie przerwę. Ale Pacynka nie była normalna. Przekraczanie własnych granic było dla niej codziennością. Ruszyła dalej, chociaż łapy bolały ją od zimna i wysiłku, a sierść wciąż była ciężka i wilgotna. Las wokół był gęsty i cichy. Powietrze pachniało mokrymi liśćmi i korą, a w niektórych miejscach rosły kępki grzybów. Pacynka rozglądała się, czując, że kojarzy skądś to miejsce. “Wygląda zupełnie tak, jak tereny Klanu Wilka…” – pomyślała, mrużąc oczy. Może naprawdę do nich dotarła? Nie, to niemożliwe. Zaszła zbyt daleko. Poza tym nie czuła tu wilczackich znaków zapachowych, dlatego unosząc dumnie ogon, kroczyła dalej. Mimo że wyglądała jak chodząca tragedia – cała umorusana, posklejana i z potarganym futrem, to nie zapowiadało się na to, by miała się poddać.
Po dłuższej wędrówce dotarła do czegoś, co rzekę przypominało, ale nią nie było. Zatrzymała się ostrożnie na skraju. Droga Grzmotu. Pararela niedawno uczyła ją, jak należy przez nią przechodzić – ale ta droga wyglądała na martwą. Nie było słychać warkotu Potworów, ziemia nie drżała, a powietrze było dziwnie czyste i wolne od zapachu spalin. Pacynka zmarszczyła nos. “Może jest jakaś opustoszała?” – pomyślała, po czym ostrożnie weszła na chropowatą powierzchnię. Zatrzymała się na niej i zamiast przebiec szybko na drugą stronę, jak każdy rozsądny kot, zaczęła iść wzdłuż krawędzi, z zaciekawieniem obserwując otaczające ją tereny.
Aż nagle usłyszała znajomy, głośny ryk, który przeciął powietrze, jak grom z jasnego nieba. Pacynka cała się zjeżyła, futro na jej karku stanęło dęba. Odwróciła głowę, ale było już za późno – Potwór Dwunożnych przemknął tuż obok niej. Na całe szczęście nie zrobił jej krzywdy, ba! Nawet jej nie tknął! Bura odetchnęła z ulgą i potrząsnęła głową. “Prawie mnie miał! Ale ja nie dam się pokonać jakiemuś głupiemu Potworowi Dwunożnych!”.
Po jakimś czasie droga zaczęła robić się lekko stroma, tworząc niewielkie wzniesienie otoczone barierkami. Pacynka wspięła się na nie i zajrzała w dół, a tam dostrzegła rzekę. “Dlaczego wszędzie nie mogą zrobić takich dróg? Nie musiałabym pływać!” – zaczęła się zastanawiać. Zeszła już z drugiej strony mostu. Tutaj wiatr przyniósł jej pod nos zupełnie nowy zapach. Z całą pewnością był to zapach kota. Wielu kotów naraz. Ale to nie były oznaczenia Klanu Wilka – musiały należeć do innego klanu. Pacynka przystanęła, zaintrygowana, a jej uszy poruszyły się lekko. Pamiętała, jak Murmur i Zajęcza Łapa opowiadali jej o innych grupach.
Ruszyła pewnym krokiem w głąb nieznanego terytorium, nie zważając uwagi na to, że gdzieś wśród wrzosów może czyhać na nią niebezpieczeństwo.

<Siostrzyczko? Jesteś tu gdzieś?>

[2504 słów + przechodzenie przez ulicę]
Koniec treningu

[przyznano 50% + 5%]

14 maja 2025

Od Ballady CD. Pacynki

Pacynka ją dziwiła. Szeroki uśmiech na jej pyszczku, lśniące oczy. Nikt inny, kogo kiedykolwiek widziała, sie tak nie zachowywał. Nie umiała tego nazwać, ale wydawało się to jej niecodzienne. Czy takie naprawdę było? Ona naśladowała, czasem nieświadomie, ciche usposobienie Marionetki, czy nawet Paraleli. Skąd bura brała takie zachowania, tyle energii?
Jej spojrzenie powędrowało za tym siostry; promienie słońca, które wpadały ukradkiem przez brudną szybę. Tylko dzięki nim lokatorzy piwnicy widzieli cokolwiek w półmroku. Pacynka przysiadła się do niej, bujając się na boki i trzepiąc ogonem na wszystkie strony. Jej głowa wylądowała na barku szylkretki, czym nie wydawała się przejęta.
— Niebawem, może — Ballada szepnęła w końcu. Na słowa o ciotce Marionetce ożywiła się nieco. — Ciekawe, ciekawe.
Siostrzyczka pokiwała zawzięcie głową.
— No ja mam nadzieję, że niebawem! Bo jeśli nie, to ja nie wiem, co zrobię! Chyba sama ucieknę... — każde słowo wypowiadała coraz ciszej, aby na pewno nie dotarło do czyichś zaciekawionych uszu.
Szepty Pacynki tańczyły w jej uszach. Ucieczka? Dokąd? Uznała to za sugestię. Spojrzała ponownie na okno, do którego parapetu można było dostać się za pomocą starych, zatęchłych pudeł. Paru nie do końca szczelnych rur. Podniosła się z ziemi i postawiła parę kroczków w tamtą stronę, jednocześnie kiwając głową, jak gdyby dać siostrze znać, żeby podążyła.
— Spójrzmy.
Mordka koteczki rozpromieniła się, a ona sama zrobila kroczek do przodu.
— Marionetki też nie mogę się doczekać! Ona jest taka mądra i wie o wszystkim na świecie! Nie wiem ile jeszcze dam radę czekać na kolejne opowieści z jej strony! — Zachichotała bura, a w jej oczach błysnęła iskra. — A ty lubisz Marionetkę? Na pewno lubisz!
Zerknęła na Pacynkę kącikiem oka, gdy ta nadal paplała. Zmarszczyła lekko nosek, chociaż zastanowiąc się na moment... Była najbardziej podobna do cioci, tym samym lepsza od reszty, a przynajmniej tak sie jej wydawało; niech gada.
— Lubię — odpowiedziała. — Mądra. Dużo wie.
Zauważyła, jak ta podąża za nią, z chytrym uśmieszkiem na pyszczku.
— Wreszcie się z czymś zgadzamy! — miauknęła uradowana, stojąc obok niej, gdy wpatrywala sie zawzięcie w okno. — To wiesz już, jak się stąd wydostać? — spytała po chwili.
Spojrzała na brudną szybę. Nagrzane od promieni słońca szkło znikało w grubej, drewnianej ramie; wskoczyła na jeden z kartonów i dostała się na parapet. Trąciła deskę łapką, a parę wiórów jasnej farby przyczepiło się do jej futra.
— Nie — jej ton głosu był raczej smętny. — Trudno jest.
Zawęszyła, wciskając nosek w szczeliny między drewnem a wilgotną ścianą. Przycisnęła mordkę do szkła, otwierając szeroko oczy i patrząc na trawę, chmury i drzewa. Chyba tak się nazywały, Pal coś takiego mówiła.
Pacynka odchrząknęła i uśmiechnęła się złowieszczo.
— Myślę, że Marionetka na pewno pochwaliłaby nas za naszą zwinność, inteligencję, prawda? Też tak uważasz?
— Byłaby. Może. Ty spróbuj — skinęła ogonem w stronę siostry, a następnie na okno.
Koteczka zaczęła niezgrabnie wspinać się, na kołyszące się kartony. W pewnym momencie udało jej się przedostać do Ballady. Podrapała drewno kilka razy łapką, ale te nawet nie drgnęło.
— Może poczekamy, aż ktoś będzie tu wchodził i jakoś się zakradniemy? — westchnęła, siadając z towarzyszącym temu rozczarowanym westchnieniem. — Myślisz, że jeśli będziemy tu siedzieć wystarczająco długo, to przyjdzie tu jakiś dwunożny i otworzy nam wyjście? Oni umieją wszystko! Tak mi Pararela mówiła, wiesz? — mruknęła.
— Wszystko — powtórzyła, przenosząc spojrzenie na siostrę. — Wiem.
Przekręciła łepek. Czemu Pacynkę tak bardzo ciągnęło do świata zewnętrznego? Czemu potrzebowała się wydostać? Chciała się nad tym zastanawiać, ale... Coś ją od tego odciągało. Wydęła dolną wargę. Nie musiała tego wiedzieć. Może to kaprys, może ktoś jej kazał.
— Tylko kiedy? — szepnęła, po czym stuknęła łapką w szybę. — Pusto. Marionetka?
— Nie wiem. Może jak będziemy tu stać to jakiś dwunożny się przewinie... a potem zastuka się w szybkę, zapiszczy... i nas uwolnią! — wyjaśniła bura. — Podobno ci niektórzy dwunożni to mają do nas słabość… — miauknęła z dumą.
Pokiwała powoli głową, także kiedyś słysząc te słowa. Jakoś niedawno. Po niedługiej chwili jej pyszczek ponownie przykleił się do szyby, a oczy obserwowały każdy najmniejszy ruch. Pozostała w tamtym miejscu aż do zachodu słońca.

***

Ogon Mydełka ostatni raz zniknął gdzieś za rogiem. Przekręciła główkę na bok, obserwując, jak jej cień oddalał się. Miała nie wrócić. Czemu? Podobno gdzieś tam były ciekawsze rzeczy do zrobienia. Jakie?
Coś zaszurało za jej plecami. Zastrzygła uszami i odwróciła spojrzenie. Bure łapki z białymi skarpetkami mignęły jej w kąciku oka, a tuż za nimi pręgowany zadek i ogon. Pacynka w podskokach podążyła za starszą kotką, w ostatniej chwili zatrzymując się i chowając tuż przy ścianie. Wyjrzała zza rogu i zastygła w miejscu, jednak jej boki poruszały się lekko, jakby się z czegoś śmiała. Z czego?
Ballada zeskoczyła z pudła, na którym leżała i zakradła się za siostrą. Wsunęła się między nią, a ścianę, i ignorując jej zaskoczony pisk, wystawiła głowę w przód. Zobaczyła tam tylko ponownie sylwetkę Mydełko, rozmawiającą z kimś za uchylonym oknem. Zmarszczyła nosek, po czym odwróciła spojrzenie na Pacynkę. Podniosła brew i wydała z siebie zdziwiony odgłos.


<Pacynko?>

28 kwietnia 2025

Od Pacynki do Ballady

Pacynka nienawidziła przesiadywania w tej zapyziałej piwnicy. Nienawidziła tego stęchłego powietrza, twardej, zimnej podłogi i myszy, których ciche popiskiwania doprowadzały ją czasami do szału. Tu wilgoć osiadała na futrze, sprawiając, że momentami robiło się zimno i niewygodnie. Ale najgorsze było chyba to, że wszyscy dookoła – Pararela, Mydełko, Marionetka – mówili jej, że gdzieś tam na zewnątrz czekają na nią przygody. Czeka gonitwa za motylami, rwanie kwiatów, czeka na nią wolność. I blask słońca, zapachy, o których tutaj mogła sobie tylko pomarzyć. Zapachy kotów inne niż te należące do Kukiełki czy Ballady. Tylko ile miała jeszcze czekać? Nie wystarczało jej nikłe światło, które gdzieniegdzie przedostawało się do środka, na chwilę oświetlając piwnicę. Chciała wyjść już teraz! Pragnęła zwiedzać nowe tereny, poznawać nowe dusze, chciała zadawać pytania, chciała być pytana, chciała zdobywać wiedzę i chciała się nią dzielić z najbliższymi! A nie leżeć tutaj, wśród zapachu wilgoci i kurzu. Pacynka westchnęła głośno, a jej spojrzenie padło na siedzącej gdzieś w kącie Balladzie. Ciekawe, co ona o tym myślała? Czy jej nie przeszkadzało bycie uwięzionym w tym miejscu? Nie przeszkadzało jej tkwienie tu jak nieożywiony przedmiot? Siedziała wpatrzona w jeden punkcik, jakby nie zdawała sobie sprawy z tego, że istnieje coś poza nim, że istnieje jeszcze cały długi szeroki świat gdzieś poza murami piwnicy! Pacynka poczuła, jak nagle napełnia się nową dawką energii. Może mogłaby tak porozmawiać z siostrą, skoro już o niej myśli? Z Kukiełką zamieni kilka zdań może trochę później… teraz jednak czas na wywiad z burą szylkretką! W kilku niezgrabnych susach koteczka znalazła się tuż obok swojej siostry i rozbawiona skoczyła prosto na nią z wyciągniętymi łapami. Udało jej się przycisnąć Balladę wszystkimi czterema łapami do podłogi.
— Ballado!!! Co porabiasz? O czym tak myślisz? — wrzasnęła jej prosto w pysk, nie potrafiąc powstrzymać szerokiego uśmiechu, który rozciągał się na jej pysku z jednego ucha do drugiego, ukazując tym samym jej bielusieńkie ząbki. Szylkretka nie była zadowolona tą sytuacją, ale przynajmniej coś się działo. Pacynka trąciła ją nosem, a potem szturchnęła łapą i zaczęła chichotać, a jej śmiech rozbrzmiał echem w niewielkiej piwnicy. Zachowywała się tak, jakby właśnie brała udział w najznakomitszej zabawie na całym świecie! Cieniutkie jak sosnowe igły źrenice Ballady zwróciły się ku niej. Kotka, zamiast się śmiać razem z nią, spojrzała na Pacynkę poważnym, smętnym wzrokiem, jakby buraska tylko zakłócała jej spokój. Ballada wzruszyła ramionami i zepchnęła siostrę z siebie zdecydowanym ruchem. Potem otrzepała się z kurzu i pyłu, który przykleił się do jej futerka, zmarszczyła nos i wydała z siebie dziwny, niezdecydowany i niewyraźny odgłos, który przypominał jak gdyby słowo “nie”. Pacynka upadła na bok, z gracją godną powalonego drzewa, ale po chwili pewnie naprężyła grzbiet i wstała, jak gdyby nic się nie stało, a uśmiech od razu wrócił na jej pyszczek, niczym bumerang. Nie pozwoli, aby cokolwiek ją przygasiło! Buraska odbiła się od ziemi i znowu wykonała susa w stronę swojej siostry. — No weź! Rozchmurz się trochę! Co ja mam tu robić? Liczyć ile kropel spadło dziś z sufitu na ziemię? — zaśmiała się, przewracając oczami, choć gdyby tylko zaczęła faktycznie liczyć te krople… chyba popadłaby w obłęd! Spojrzała w górę, przeniosła wzrok na sufit. Ten sam, mokry i brudny, na który można było tylko ponarzekać. Krople powoli spadały, jedna za drugą. Siedząc w ciszy, do uszu Pacynki zaczęły docierać ciche pluski. Spadały wyjątkowo rytmicznie. Ale nie! Ona nie zamierzała tak zmarnować swojego życia. Kiedy ponownie spojrzała na swoją siostrę, dostrzegła, że na jej pyszczku zagościło coś, co miało imitować uśmiech. Pokazała rządek swoich zębów, ale to wciąż nie było to. Jej uśmiech był sztuczny, udawany, nie taki! Tylko dlaczego Ballada wciąż siedziała cicho jak szara myszka? Kotka zmarszczyła brwi, ten jeden raz przestała się uśmiechać. — Czemu nic nie mówisz? I czemu tak niezdarnie się uśmiechasz? Języka w buzi ci brakuje? — mruknęła, szczerze zaciekawiona. Jej ton nie był złośliwy. Był po prostu... bezpośredni. Pacynka nie miała w zwyczaju owijania w bawełnę. Czasami nie zdawała sobie także sprawy z tego, że o niektórych rzeczach powinna nie wspominać. — Bo jeśli tak... to powiem Parareli! Może ona coś na to ma? — miauknęła, bardziej do siebie niż do siostry, wciąż wpatrując się w Balladę. Bura szylkretka przekręciła głowę na bok, a uszy jej drgnęły. Otworzyła pyszczek i oblizała go szybko, żeby pokazać siostrze, że posiada język, tak samo, jak ona. I potem wreszcie się stało. Ballada chrząknęła i odezwała się.
— Umiem mówić — powiedziała, głosem chrapliwym, jakby dopiero się obudziła. — Siostrzyczko.
Pacynka aż podskoczyła w miejscu. Na chwilę ją nawet zamurowało. Patrzyła na Balladę, jak na zjawę, z szeroko otwartymi oczami i rozdziawionym pyszczkiem.
— Ballada umie mówić! — wrzasnęła, jakby odkryła jakąś wielką tajemnicę. Jednak jej radość szybko ponownie do niej wróciła, rozpromieniła się, a jej serce zabiło szybciej. Skoro faktycznie siostra potrafiła mówić, to będą mogły częściej ze sobą rozmawiać! Wreszcie Ballada coś jej o sobie opowie, wreszcie Pacynka nie będzie się tu tak strasznie nudzić! — To, czemu siostrzyczka tak rzadko mówi, skoro język posiada? — zapytała szybko, jakby bała się o to, że szylkretka znowu zamilknie na wieki i że ponownie otuli ich cisza. Przechyliła głowę na bok, wbijając w siostrę spojrzenie pełne zniecierpliwienia mieszającego się z ciekawością. — Czy siostrzyczkę nie ciekawią historię o zewnętrznym świecie? — dodała. — Czy nie prosisz o nie Pararelę? A jeśli siostrzyczka nie prosi, to co robi, aby się całymi dniami nie zanudzić? — wyrzuciła z siebie, każde pytanie poprzedzone kolejnym przekręceniem głowy w bok. Ballada poruszyła uszami i spojrzała na siostrę spod półprzymkniętych powiek.
— Ciekawią — odparła cicho. — Nie proszę.
Pacynka powtórzyła jej gest, sama też marszcząc nosek. Jak można było nie prosić, a jednak wciąż się nie nudzić? — Patrzę, słucham — dodała Ballada. Pacynka westchnęła dramatycznie.
— Aha — mruknęła na słowa Ballady, niby próbując zachowywać się nonszalancko (proszę, zaśmiejcie się). Potem jej wzrok zaczął wędrować po piwnicy, analizując ją dogłębnie. — Ale tu już nie ma na co patrzeć i nie ma o czym słuchać! Ja już chce na zewnątrz, tam będzie tyle nowych i fajnych rzeczy! — uparła się, zatrzymując wzrok na oknie, z którego do piwnicy wpadały nieliczne promienie. Czasami można było też dostrzec beztrosko lecące po niebie ptaki. — Myślisz, że kiedy nas wypuszczą? — skoczyła w stronę swojej siostry, niezgrabnie siadając tuż obok niej i prawie opierając głowę na jej barku. — Ciekawe, kiedy przyjdzie Marionetka! — zaczęła się zastanawiać.

<Ballado?>