Kocur skrzywił się i mocniej wbił pazury w ziemię, jakby wyczekiwał odpowiedniego momentu. Jego ogon sam zaczął drżeć, wędrując od jednego boku do drugiego.
W międzyczasie kremowy kocur niczego nieświadomy zeskoczył z pnia na ziemię, gdy był już wystarczająco blisko podłoża. Wtedy momentalnie stracił jakąkolwiek przyczepność, przez co wylądował pyskiem prosto w zaspie.
Smok z trudem stłumiła śmiech, który cisnął jej się przez gardło. Widząc to, Borowik pacnął ją ogonem w grzbiet, przypominając jej, że musi pozostać cicho.
Po chwili Iskrzyk podniósł się z ziemi i gniewnie otrzepał śnieg z pyska. Ten jednak, jak na złość, miał dziś wyjątkowo zbitą strukturę i nie chciał się odkleić. Grudki białego puchu wciąż zwisały z futra na jego mordce. Wkrótce zaczął rozglądać się dookoła, wyraźnie zdezorientowany.
— Ugh! No dobra! Kto jest takim żartownisiem, co?! — warknął, coraz bardziej zirytowany.
Rozbawiony tą sytuacją bury zwiadowca przypadkiem wychylił głowę zbyt daleko z ich kryjówki. Gdy Iskrzyk niemal spojrzał prosto w ich stronę, Smok instynktownie poderwała się na dwie łapy i przednimi kończynami naparła na łeb Borowika, próbując zniżyć go do ziemi. Kocur parsknął, ale pozwolił szylkretce uratować się przed spojrzeniem kremowego zwiadowcy.
— Musisz baldziej uważać, Bolowiku! — syknęła mu do ucha, jednocześnie uderzając z frustracji końcówką ogona o podłoże.
— No... dobrze — odparł zwiadowca, po czym odsunął się od Smoka, uwalniając się spod jej łap.
Tak zajęci rozmową, nie zauważyli nawet, że Iskrzyk zmierzał prosto w ich stronę. Zorientowali się dopiero wtedy, gdy okrył ich czyjś masywny cień.
— Myśleliście, że was nie usłyszę? — zaczął, na co Smok i Borowik zamarli w bezruchu.
Szylkretka w pierwszej chwili wytrzeszczyła ślepia, jednak zaraz potem wystrzeliła do góry, prostując się na wszystkich czterech łapach i nieznacznie zadzierając brodę. Czy ta mysia papka myślała, że uczennica zamierza się przed nim kulić ze strachu? Jeśli tak, to głęboko się myliła.
— Skolo nie potlafisz nawet zejść z dzewa, to kto wie, czy wszystkie zmysły masz splawne! — odparła, marszcząc brwi.
— Ja przynajmniej potrafię normalnie mówić! — fuknął w odpowiedzi Iskrzyk.
— Widzę, że nie masz do czego się pzyczepić, więc wytykasz mi coś, czego nie potlafię zmienić, ty niedolajdo! — oburzyła się, jeżąc sierść na karku. Nienawidziła, gdy ktoś wytykał jej problemy z wymawianiem głoski “r”. Trochę się tego wstydziła, choć nigdy nie chciała otwarcie się do tego przyznać. Mimo wszystko wciąż wygłaszała swoje przemowy z podniesioną głową, choć za każdym razem denerwował ją fakt, że sepleni.
Gdy Iskrzyk i Smok mierzyli się zirytowanymi spojrzeniami, Borowik zdążył również się podnieść i przybrać nieco zmartwiony wyraz pyska.
— Powinniście przestać się kłócić — mruknął krótko.
Szylkretka zmierzyła go morderczym wzrokiem.
— No co ty nie powiesz, panie wielki mózgu! — warknęła. Po chwili, jak gdyby nigdy nic, odwróciła się od nich obu i ruszyła przed siebie. Nie zamierzała dłużej kłócić się z kremowym zwiadowcą, który najwyraźniej nie potrafił nawet wymyślić porządnej riposty.
Borowik i jego zachowanie też już zaczynało działać jej na nerwy. Zawsze wydawał się taki obojętny na wszystko i śmiertelnie poważny. Zachowywał się, jakby był od niej mądrzejszy! Znalazł się inteligent. Najpierw wymyślił z nią ten żart, a potem próbował zgrywać niewiniątko! To już było przegięcie. Kompletna przesada. Smok nie zamierzała tego tolerować! No... przynajmniej na razie. Zapewne jutro już jej przejdzie i wszystko wróci do normy.
Sajgon jak zwykle nie kwapił się do rozpoczęcia treningu na czas. Smok zdążyła już dawno wstać, wyczyścić futerko i nawet się porządnie rozciągnąć, a on wciąż spał jak zabity. Kto to widział, żeby uczeń wstawał wcześniej od swojego mentora? Przecież zwykle było na odwrót. Nieraz widziała już, jak któryś ze starszych kotów wspinał się do legowiska uczniów tylko po to, by pacnąć swojego podopiecznego łapą i zaciągnąć go na trening. Może ona też powinna zrobić to samo? Co prawda czuła, że czarnofutry chciałby ją za to udusić, ale czy miała jakieś inne wyjście? Wolała dostać burę, niż spędzić choćby uderzenie serca dłużej w tej okropnej nudzie.
Podniosła się z miejsca i ruszyła w stronę legowiska wojowników, gdy nagle drogę zastąpił jej znajomy bury kocur — Borowik. Czego znowu od niej chciał? Może jemu Czereśnia powinien przydzielić ucznia, żeby przestał tak bez celu kręcić się po obozie.
— Co chcesz, Bolowiku? Nie widzisz, że jestem zajęta? — mruknęła, przewracając oczami.
— Och. Naprawdę? Czym zajęta? — zapytał, przekrzywiając głowę.
— Idę do Sajgonu! On cały czas śpi, a mi się nudzi! — oburzyła się, marszcząc nos.
Większość uczniów pewnie cieszyłaby się, gdyby ich mentor pozwalał im dłużej spać. Smok jednak do nich nie należała. Miała problem z usiedzeniem na miejscu dłużej niż kilka uderzeń serca. Lider naprawdę źle ich dobrał! O wiele bardziej wolałaby mentora, który wstawałby skoro świt, zamiast takiego śpiocha.
— Chcesz go obudzić? No… nie wiem. A nie będzie zły? — mruknął bury, przenosząc wzrok na łapy.
— Oczywiście, że będzie! Ale już wolę to, niż nudę — odparła, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. — Chyba że masz mi coś ciekawego do powiedzenia, to może pzemyślę obudzenie go. Ale musisz się postalać.
Wzruszyła ramionami.
— Och. Och... Nie wiem, Smoku. O czym mam ci powiedzieć? — wymamrotał zakłopotany.
— Jeju! Jaki z ciebie nudziaz! Kto był twoim mentolem? — zapytała nagle, mrużąc ślepia.
— Kurka... — odpowiedział bury.
Smok westchnęła ciężko.
— Nie wiem, jak on z tobą wytzymywał! — prychnęła i już miała wyminąć pręgowanego, gdy nagle przed nią pojawił się Sajgon.
Czarnofutry przeciągle ziewnął, po czym spojrzał na szylkretkę.
— Co ty tu robisz? Przecież trening jeszcze się nie zaczął. Dopiero co wstałem — mruknął ze zdziwieniem. Po chwili przeniósł wzrok na burego zwiadowcę. — Rozmawiasz z Borowikiem? Właściwie, jeśli chcesz, możemy dziś zabrać go ze sobą na trening. Jest zwiadowcą, więc pewnie zna jakieś ciekawe sposoby na szybsze wspinanie się po drzewach, a właśnie tego chciałem cię dziś nauczyć.
Żółtooka wytrzeszczyła ślepia. Przecież potrafiła się wspinać na drzewa! Gdyby tego nie umiała, spałaby na ziemi, a nie na swoim posłaniu wysoko w koronie drzewa.
— To nonsens! Ja umiem się wspinać na dzewa, nie jestem żadną wywłoką! — oburzyła się, mierząc mentora morderczym spojrzeniem.
— To, że potrafisz dostać się na swoje posłanie, nie oznacza jeszcze, że świetnie się wspinasz. Jeszcze nie widziałem cię w akcji, a muszę ocenić twoje umiejętności, zanim w ogóle pomyślę o poleceniu cię Czereśni — stwierdził stanowczo.
Smok tylko naburmuszyła się i odwróciła wzrok. Dalsza kłótnia nie miała sensu. I tak wiedziała, że z Sajgonem nie wygra.
Finalnie udało się im wyciągnąć ze sobą Borowika na trening. Smok dreptała zaraz obok niego, a przed nimi kroczył Sajgon. Szylkretka, mimo że przed chwilą pokłóciła się trochę ze swoim burym kolegą, teraz cieszyła się, że miała z kim rozmawiać. Zazwyczaj spędzała szkolenia w ciszy, ponieważ czarnofutry nie był zbyt chętny do rozmów o byle czym.
Nim jednak zdążyli się rozgadać na jakiś temat, wojownik przystanął przed jednym z drzew. Smok natychmiast ucichła i zostawiła swojego kolegę w tyle, podchodząc bliżej mentora. Była gotowa pokazać mu, że potrafi się wspinać tak dobrze, jak sama wiewiórka! A może i lepiej!
— W takim razie pokaż mi, co potrafisz — polecił Sajgon.
Szylkretka podeszła do pnia i napięła mięśnie. Po chwili wybiła się od ziemi i zaczęła zwinnie piąć się po drzewie, nie zwracając uwagi na to, co działo się wokół. Wspinała się coraz wyżej i wyżej, aż w końcu dopadło ją zmęczenie. Dopiero wtedy zatrzymała się, a gdy spojrzała w dół, zrobiło jej się trochę słabo. Była... naprawdę wysoko! I jak miała teraz zejść z takiej wysokości?
Udało jej się przedostać na jedną z gałęzi, gdzie przysiadła i odetchnęła.
— W-widzisz, Sajgonie? Umiem się wspinać! — krzyknęła do niego, marszcząc brwi.
W międzyczasie kremowy kocur niczego nieświadomy zeskoczył z pnia na ziemię, gdy był już wystarczająco blisko podłoża. Wtedy momentalnie stracił jakąkolwiek przyczepność, przez co wylądował pyskiem prosto w zaspie.
Smok z trudem stłumiła śmiech, który cisnął jej się przez gardło. Widząc to, Borowik pacnął ją ogonem w grzbiet, przypominając jej, że musi pozostać cicho.
Po chwili Iskrzyk podniósł się z ziemi i gniewnie otrzepał śnieg z pyska. Ten jednak, jak na złość, miał dziś wyjątkowo zbitą strukturę i nie chciał się odkleić. Grudki białego puchu wciąż zwisały z futra na jego mordce. Wkrótce zaczął rozglądać się dookoła, wyraźnie zdezorientowany.
— Ugh! No dobra! Kto jest takim żartownisiem, co?! — warknął, coraz bardziej zirytowany.
Rozbawiony tą sytuacją bury zwiadowca przypadkiem wychylił głowę zbyt daleko z ich kryjówki. Gdy Iskrzyk niemal spojrzał prosto w ich stronę, Smok instynktownie poderwała się na dwie łapy i przednimi kończynami naparła na łeb Borowika, próbując zniżyć go do ziemi. Kocur parsknął, ale pozwolił szylkretce uratować się przed spojrzeniem kremowego zwiadowcy.
— Musisz baldziej uważać, Bolowiku! — syknęła mu do ucha, jednocześnie uderzając z frustracji końcówką ogona o podłoże.
— No... dobrze — odparł zwiadowca, po czym odsunął się od Smoka, uwalniając się spod jej łap.
Tak zajęci rozmową, nie zauważyli nawet, że Iskrzyk zmierzał prosto w ich stronę. Zorientowali się dopiero wtedy, gdy okrył ich czyjś masywny cień.
— Myśleliście, że was nie usłyszę? — zaczął, na co Smok i Borowik zamarli w bezruchu.
Szylkretka w pierwszej chwili wytrzeszczyła ślepia, jednak zaraz potem wystrzeliła do góry, prostując się na wszystkich czterech łapach i nieznacznie zadzierając brodę. Czy ta mysia papka myślała, że uczennica zamierza się przed nim kulić ze strachu? Jeśli tak, to głęboko się myliła.
— Skolo nie potlafisz nawet zejść z dzewa, to kto wie, czy wszystkie zmysły masz splawne! — odparła, marszcząc brwi.
— Ja przynajmniej potrafię normalnie mówić! — fuknął w odpowiedzi Iskrzyk.
— Widzę, że nie masz do czego się pzyczepić, więc wytykasz mi coś, czego nie potlafię zmienić, ty niedolajdo! — oburzyła się, jeżąc sierść na karku. Nienawidziła, gdy ktoś wytykał jej problemy z wymawianiem głoski “r”. Trochę się tego wstydziła, choć nigdy nie chciała otwarcie się do tego przyznać. Mimo wszystko wciąż wygłaszała swoje przemowy z podniesioną głową, choć za każdym razem denerwował ją fakt, że sepleni.
Gdy Iskrzyk i Smok mierzyli się zirytowanymi spojrzeniami, Borowik zdążył również się podnieść i przybrać nieco zmartwiony wyraz pyska.
— Powinniście przestać się kłócić — mruknął krótko.
Szylkretka zmierzyła go morderczym wzrokiem.
— No co ty nie powiesz, panie wielki mózgu! — warknęła. Po chwili, jak gdyby nigdy nic, odwróciła się od nich obu i ruszyła przed siebie. Nie zamierzała dłużej kłócić się z kremowym zwiadowcą, który najwyraźniej nie potrafił nawet wymyślić porządnej riposty.
Borowik i jego zachowanie też już zaczynało działać jej na nerwy. Zawsze wydawał się taki obojętny na wszystko i śmiertelnie poważny. Zachowywał się, jakby był od niej mądrzejszy! Znalazł się inteligent. Najpierw wymyślił z nią ten żart, a potem próbował zgrywać niewiniątko! To już było przegięcie. Kompletna przesada. Smok nie zamierzała tego tolerować! No... przynajmniej na razie. Zapewne jutro już jej przejdzie i wszystko wróci do normy.
* * *
Podniosła się z miejsca i ruszyła w stronę legowiska wojowników, gdy nagle drogę zastąpił jej znajomy bury kocur — Borowik. Czego znowu od niej chciał? Może jemu Czereśnia powinien przydzielić ucznia, żeby przestał tak bez celu kręcić się po obozie.
— Co chcesz, Bolowiku? Nie widzisz, że jestem zajęta? — mruknęła, przewracając oczami.
— Och. Naprawdę? Czym zajęta? — zapytał, przekrzywiając głowę.
— Idę do Sajgonu! On cały czas śpi, a mi się nudzi! — oburzyła się, marszcząc nos.
Większość uczniów pewnie cieszyłaby się, gdyby ich mentor pozwalał im dłużej spać. Smok jednak do nich nie należała. Miała problem z usiedzeniem na miejscu dłużej niż kilka uderzeń serca. Lider naprawdę źle ich dobrał! O wiele bardziej wolałaby mentora, który wstawałby skoro świt, zamiast takiego śpiocha.
— Chcesz go obudzić? No… nie wiem. A nie będzie zły? — mruknął bury, przenosząc wzrok na łapy.
— Oczywiście, że będzie! Ale już wolę to, niż nudę — odparła, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. — Chyba że masz mi coś ciekawego do powiedzenia, to może pzemyślę obudzenie go. Ale musisz się postalać.
Wzruszyła ramionami.
— Och. Och... Nie wiem, Smoku. O czym mam ci powiedzieć? — wymamrotał zakłopotany.
— Jeju! Jaki z ciebie nudziaz! Kto był twoim mentolem? — zapytała nagle, mrużąc ślepia.
— Kurka... — odpowiedział bury.
Smok westchnęła ciężko.
— Nie wiem, jak on z tobą wytzymywał! — prychnęła i już miała wyminąć pręgowanego, gdy nagle przed nią pojawił się Sajgon.
Czarnofutry przeciągle ziewnął, po czym spojrzał na szylkretkę.
— Co ty tu robisz? Przecież trening jeszcze się nie zaczął. Dopiero co wstałem — mruknął ze zdziwieniem. Po chwili przeniósł wzrok na burego zwiadowcę. — Rozmawiasz z Borowikiem? Właściwie, jeśli chcesz, możemy dziś zabrać go ze sobą na trening. Jest zwiadowcą, więc pewnie zna jakieś ciekawe sposoby na szybsze wspinanie się po drzewach, a właśnie tego chciałem cię dziś nauczyć.
Żółtooka wytrzeszczyła ślepia. Przecież potrafiła się wspinać na drzewa! Gdyby tego nie umiała, spałaby na ziemi, a nie na swoim posłaniu wysoko w koronie drzewa.
— To nonsens! Ja umiem się wspinać na dzewa, nie jestem żadną wywłoką! — oburzyła się, mierząc mentora morderczym spojrzeniem.
— To, że potrafisz dostać się na swoje posłanie, nie oznacza jeszcze, że świetnie się wspinasz. Jeszcze nie widziałem cię w akcji, a muszę ocenić twoje umiejętności, zanim w ogóle pomyślę o poleceniu cię Czereśni — stwierdził stanowczo.
Smok tylko naburmuszyła się i odwróciła wzrok. Dalsza kłótnia nie miała sensu. I tak wiedziała, że z Sajgonem nie wygra.
* * *
Nim jednak zdążyli się rozgadać na jakiś temat, wojownik przystanął przed jednym z drzew. Smok natychmiast ucichła i zostawiła swojego kolegę w tyle, podchodząc bliżej mentora. Była gotowa pokazać mu, że potrafi się wspinać tak dobrze, jak sama wiewiórka! A może i lepiej!
— W takim razie pokaż mi, co potrafisz — polecił Sajgon.
Szylkretka podeszła do pnia i napięła mięśnie. Po chwili wybiła się od ziemi i zaczęła zwinnie piąć się po drzewie, nie zwracając uwagi na to, co działo się wokół. Wspinała się coraz wyżej i wyżej, aż w końcu dopadło ją zmęczenie. Dopiero wtedy zatrzymała się, a gdy spojrzała w dół, zrobiło jej się trochę słabo. Była... naprawdę wysoko! I jak miała teraz zejść z takiej wysokości?
Udało jej się przedostać na jedną z gałęzi, gdzie przysiadła i odetchnęła.
— W-widzisz, Sajgonie? Umiem się wspinać! — krzyknęła do niego, marszcząc brwi.
<Bolowiku? To telaz pomóż mi zejść>
[1230 słów + wspinaczka na drzewa]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz