Wszystko jednak zmieniło się, gdy został uczniem i zaczął trenować. Zobaczył, jak wiele miał wad. Nie mógł ich mieć. Wady oznaczały skazę, skaza oznaczała, że tak jak jego dawni przodkowie (do których on najchętniej by się nie przyznawał) mógł zostać zdrajcą. Nie mógł. Musiał być idealny. Żeby rodzice byli ze mnie dumni – tłumaczył sobie. Miał od nich tak wiele pojedynczych prezentów, które były jak odznaki. Tu kamyczek za to, że stanął w obronie matki, tu muszelka za to, jak szybko się uczył. Nie mógł ich olać. Musiał być jeszcze lepszy.
Więc trenował. Trenował, dopóki jego mięśnie nie były tak zmęczone, że Szałwiowe Serce musiał odnosić go za skórę na karku z powrotem do obozu. Gdy kończył jeden trening ze swoim mentorem, to szedł do Żabiego Oka (jednego z niewielu kotów, które szanował) na kolejny. To działało! Przynajmniej w pewien sposób, bo forsowanie swojego rosnącego ciała okazało się nie najlepszym pomysłem. Zakwasy odzywały się raz po raz, mięśnie odmawiały posłuszeństwa, a umysł wydawał się dziwnie przyćmiony. Nie, żeby Nurowa Łapa się tym przejmował, wręcz przeciwnie! Uważał to tylko za swoją wadę, defekt. Ignorował, wręcz próbował się tego pozbyć.
Aż jego ciało nie odmówiło mu współpracy – pewnego dnia, na dodatkowym treningu z Żabką po prostu już go nie posłuchało, a on znalazł się pod taflą. Na szczęście młoda wojowniczka wyciągnęła go w porę, a on tylko kaszlał przez następne kilka dni. Potem nie miał wyboru, musiał odpoczywać. Musiał nauczyć się jak słuchać swojego własnego ciała. To wcale nie było proste.
Pierwsze dni, w których obiecał, że odpocznie były dla niego katorgą. Jego ciało, chociaż zmęczone i obolałe, rwało się do ruchu. Jego umysł ciągle podsuwał mu słowa. Bezużyteczny. Wadliwy. Zdrajca. To było bardziej męczące niż wszystkie treningi. Jedzenie zaczęło ciążyć mu na żołądku, bo po posiłku nie szedł na kolejny trening, aby spalić kalorie. Najgorsze w tym wszystkim było jednak to, że Łabądka, jego siostra, została już wojowniczką. On miał zaledwie jeden i to na początku dość krótki trening w ciągu dnia, a ona była już pełnoprawną wojowniczką! To dobiło go jeszcze bardziej. Chciał trenować do zemdlenia, ale ani Żabie Oko, ani Szałwiowe Serce (który od Żabki dowiedział się o podtopieniu) nie brali go na zbyt długie i intensywne treningi, nieważne jak błagał. Trenował trochę na własną łapę, ale w obozie nie mógł nauczyć się zbyt wiele praktyki, a sam poza obóz wychodzić nie mógł. Był namiestnikiem, co by pomyśleli inni, jakby złamał zasady? Zdrajca – to było to. Na pewno od razu porównaliby go z jego przodkami. Mama by się chyba wtedy załamała! Nie mógł na to pozwolić. Więc czekał.
Zaczął rozumieć, kiedy jego ciało faktycznie było zmęczone, a kiedy było głodne. Kiedy wystarczyła chwila odpoczynku i mógł wrócić do treningu, a kiedy pora kończyć. Oczywiście zazwyczaj i tak je ignorował. Ale już nie pozwolił, aby jego ciało było ociężałe, a umysł działał wolniej. Jego stan się widocznie poprawił – miał więcej siły i znów zaczął pewnie podnosić głowę. Zaczął być tym nieznośnie pewnym siebie synem namiestników, którego koty znały.
– Szałwiowe Serce… – zaczął pewnego dnia, po treningu.
Właśnie skończyli kolejną serię nauki łowienia ryb. Okazało się, że była to najcięższa umiejętność, która potrzebowała cierpliwości. To raczej nie była cecha Nura, on chciał wszystko od razu. A przede wszystkim być od razu we wszystkim najlepszy…
– Tak, Nurowa Łapo?
– Mamy już treningi regularne od kilku księżyców… – przestąpił nerwowo z łapy na łapę. – Ale może pójdę kiedyś z tobą na patrol?
– To niebezpieczne. Nie po… ostatnim.
– Nic się nikomu nie stało. A ja nie mogę wiecznie siedzieć w obozie!
– Ale Trzcinowy Szmer…
– Ale ty jesteś księciem – przerwał mu. – I moim mentorem.
Szałwiowe Serce westchnął i ruszył w drogę powrotną. Nur nie naciskał, bo nie wypadało. Bał się, że jeśli będzie naciskać, to wyjdzie jeszcze gorzej. Po prostu poczeka. Tak, jak na rybę.
Na szczęście nie musiał czekać długo. Minęło zaledwie kilka dni, a rudy przestępował z łapy na łapę przy wyjściu. Czekali tylko na Liliową Łapę – ucznia Żabki. Lilia był młodszy od niego o jeden księżyc. Wychowywał się z nim i jego siostrą w żłobku, a Trzcinka traktowała go praktycznie jak drugiego syna. Nur na ogół go ignorował. Tym bardziej że jego mamą była Niezapominajkowa Nadzieja – ta kotka, która prawie zniszczyła ślub jego rodziców! Niestety, od kiedy został uczniem Żabiego Oka, to Nur znów został przymuszony do spędzania z nim więcej czasu, bo często po prostu razem trenowali. Lilia nie zdawał się jednak przejmować tym, że był ignorowany, więc po prostu egzystowali obok siebie. Teraz jednak się spóźniał i zabierał jego cenny czas, który mógł spędzić na patrolu!
– Gdzie twój uczeń? – praktycznie syknął na Żabkę.
Ostatnio zaczął chodzić jeszcze bardziej rozdrażniony. Może to przez wspólne treningi z jego wrogiem, może przez oczekiwania mamy, a może po prostu przez to, że naprawdę chciał już zostać wojownikiem. No ileż można czekać?! Nie chciał być jednak słabym wojownikiem, (chociaż według niego i tak był najlepszy ze wszystkich wojowników Klanu Nocy. Z pewnymi wyjątkami oczywiście) więc chciał się udoskonalić, póki jeszcze był uczniem.
– Nurze, daj mu jeszcze minutkę. – Głos wojowniczki był czuły, jak zwykle.
Rudy kocur zastanawiał się czasem, jakim cudem Żabka dalej z nim trenowała. Oczywiście, że jej słuchał i robił większość rzeczy, które mu mówiła, ale był też dla niej bardzo niemiły. Nie powinna się nim przejmować, powinna go olać i pozwolić mu być tak bezużytecznym, jaki był. To jednak były myśli, które nawiedzały go tylko w gorsze dni.
– Dobrze, my wyruszymy pierwsi – powiedział Szałwiowe Serce, gdy cisza zaczęła się przedłużać, a liliowego nadal nie było. – Dogonicie nas.
Wojowniczka kiwnęła głową, zerkając na Nura. Ten za to spojrzał w stronę legowiska uczniów i zaraz wszedł za swoim mentorem do wody.
Nurowa Łapa chyba po raz pierwszy był na granicy. Szedł za księciem bezszelestnie, wysłuchując niecodziennych odgłosów. Słyszał już, że na ogół patrole przebiegały spokojnie i nie działo się nic ciekawego. Sam nie wiedział, czy właściwie chciał, aby coś się stało, czy wolałby, aby było jak zwykle. Z rozmyślań wyrwał go szelest i zapach obcego kota. Uczeń od razu się zjeżył i zbliżył trochę do granicy.
– Jest tam kto? – powiedział tak głośno, że pytanie przez moment zawisło w powietrzu, odbijając się echem.
Usłyszał, jak Szałwiowe Serce zbliżał się do niego, niezaspokojony, ale odpowiedziała mu tylko cisza. Skrzywił się, jakby zjadł coś niedobrego. Mógłby przysiąc, że w okolicy był jakiś obcy kot!
– Wszystko w porządku? – zapytał półszeptem książę.
Rudy kiwnął głową, nadal jednak wpatrując się w krzaki. Po chwili ruszyli dalej. Przez moment znów było spokojnie, a potem znów ten szelest. Tym razem Nur nie czekał, od razu skoczył. Poczuł pod łapami coś miękkiego, a gdy spojrzał na złapaną rzecz, zobaczył pod sobą kotkę. Nie mogła być wiele młodsza od niego, chociaż wyglądała na bardzo drobną. Była szylkretką, przynajmniej nieczekoladową. No i nie była z Klanu Nocy! Kątem oka zauważył, jak jego mentor sztywniał, mimo to nie puścił nieznajomej. Spojrzał jej prosto w oczy i zapytał:
– Co tu robisz?
<Nieznajomo?>
[1201 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz