W głowie miałem mętlik. Więc poszedłem na ryby.
Nie pomagało też nieustanne, palące uczucie wstydu przetaczające się falami przez moje wnętrzności. W końcu wysoce prawdopodobne jest, że więcej niż jeden kot w obozie usłyszał naszą wymianę zdań. Nie, żeby mi to jakoś specjalnie przeszkadzało, ale raczej nie pomagało, nie, nie…
Muszę stąd wyjść. Teraz.
***
Opuściłem obóz w tempie ekspresowym. Dotarłem do rzeki, a następnie zacząłem podążać za jej biegiem, szukając odpowiedniego miejsca na łowisko. W międzyczasie postanowiłem całą sprawę przemyśleć od nowa.
Najpierw Świergotek mnie lubił. Gdy nie podejmowałem żadnych działań i nie robiłem, krótko mówiąc nic w celu pozyskania jego uwagi. Jedyne co to byłem miły. A jak zacząłem działać, to się zasmucił i mnie nie lubi już. Znaczy, że nie powinienem był tego wszystkiego…? Nie no, to bez sensu, przecież wtedy by mnie po prostu zignorował… Więc co powinienem był zrobić?
To nie ma sensu. Bez sensu. Co ja mówię w ogóle?
Przyspieszyłem nieco kroku, stał się on teraz bardziej nerwowy i mniej ostrożny. Zawsze starałem się poruszać się tak, by przypadkiem nie nadepnąć żadnego robaczka czy też kwiatka, teraz nie byłem już w stanie tego kontrolować.
Szkoda, że kotów nie wystarczy nie deptać, by być kimś dobrym…
Świergotek niby wyjaśnił mi, o co chodzi, ale ja nadal nie rozumiem. Nie rozumiem też, czemu to w ogóle zrobiłem. Dlaczego tak zawsze musi być, że wszyscy wszystko rozumieją i tylko ja muszę się domyślać i odkrywać po kolei pojedyncze elementy tej zbiorowej tajemnicy…? Jaki to ma sens?
Dobra. Nie ważne. Pożar już wybuchł ,a teraz muszę jakoś wymyślić, jak go ugasić…
Przynieść mu jedzenie…?
Nie, przecież nie chce mnie widzieć.
Może zostawię je w jego legowisku…?
Nie no, kazał mi się nie zbliżać…
To może pozostawię je bez zbliżania się za pomocą pośrednika lub też…
Momentalnie poczułem, jak serce podchodzi mi do gardła, a ciało zalewa fala adrenaliny.
Poczułem, jak moje łapy zsuwają się w dół, po mokrej ziemi, prosto do rzeki. Musiałem tak głęboko zatopić się w moich rozmyślaniach, że nie zauważyłem nagłego spadku terenu i… teraz sam fizycznie zatopię się głęboko… w wodzie.
– Oj, nie, nie. nie… – mruknąłem.
Desperacko próbowałem zatopić pazury w ziemi i wyhamować, ale niestety, miała ona zbyt rzadką konsystencję i już po chwili zaliczyłem porządne chlup.
Zobaczyłem, jak błękit nieba Pory Nowych Liści zamknął się nad moją głową, zastąpiony jego głębszym, ciemniejszym odcieniem wymieszanym z zielenią. Wszystkie odgłosy, irytujące szumy i szuranie ucichły. Gorąco pierwszych słonecznych dni zmieniło się w nagły chłód. Wszystko inne zniknęło. W tym moje myśli. Stały się mniej składne, bardziej płynne, mogły łączyć się z kategoriami, o których istnieniu wcześniej nigdy nie miałem pojęcia…
A może… zostanę tu? Tylko chwilkę… Przecież nie zaszkodzi… Nie musiałbym polować, chodzić na patrole, walczyć o przetrwanie w moim własnym umyśle… Może by tak… odpłynąć…?
Wynurzyłem gwałtownie głowę nad powierzchnię wody, łapiąc oddech. Prąd rzeki był spokojny, powolny, dlatego też poddałem się mu, stopniowo skręcając w stronę brzegu. W końcu udało mi się go złapać i wydostać się na suchy ląd...
Zrobiłem kilka chwiejnych kroków, po czym opadłem na ziemię z głośnym chlupnięciem, oddychając ciężko, cały pokryty błotem i wodorostami…
Już mi przeszła ochota na ryby.
Zimno. Mokro.
***
Wkroczyłem do obozu, od łap do czubka głowy oblepiony mułem i… innymi elementami składowymi środowiska bagiennego. Zignorowałem zdziwione spojrzenia innych i skierowałem się prosto w stronę legowiska zwiadowców. Wdrapałem się z trudem na drzewo, zostawiając za sobą długą smugę błota (nie zazdroszczę następnemu kotu, który postanowi zdrzemnąć się na swoim posłaniu, tam, na górze) i wlazłem na gałąź Świergotka.
Rudy kocur leżał tam, skulony i wyraźnie smutny… Oj, bardzo smutny…
Stanąłem przed nim bez wstydu, ociekając błotem.
Rudy kocur spojrzał na mnie zmęczonymi, przymrużonymi oczami.
– Co tu robisz? Wydawało mi się, że wyjaśniłem ci wszystko wystarczająco jasno... – mruknął ozięble.
– Świergotku. Przepraszam. Zachowałem się niedobrze, niedobrze i teraz ci przykro. – zacząłem szybko powtarzać formułkę, której wyuczyłem się na pamięć w drodze powrotnej. – Nie wiem, dlaczego się tak zachowywałem. Nigdy tak nie miałem, ale wiem, że przeze mnie ty smutny teraz jesteś, Świergotku. Wiem też, że z nieznanego mi bliżej powodu… jesteś dla mnie w jakiś sposób ważniejszy niż przeciętny kot tutaj. Powiedz mi, co mam robić a ja zrobię wszystko… no, może nie wszystko, bo to niemożliwe, ale… ale zrobię dużo, żeby… żebyś nie był tak przykry i smutny teraz, Świergotku. I żeby… żeby naprawić. Com zepsuł. Tylko powiedz, co, bo ja naprawdę nie wiem, nie wiem. Mówię teraz całkiem serio. Naprawdę nic nie wiem, nigdy. Przepraszam. Świergotku. – pokręciłem dynamicznie głową na boki.
Spojrzałem mu prosto w oczy, próbując bezskutecznie odczytać jego reakcję.
Powieki Świergotka nieco się rozluźniły, na jego pysku malował się teraz wyraz ciężki do sklasyfikowania, ale już nie to samo zmęczenie i smutek. Rudy westchnął, spojrzał w bok… i wtedy powiedział coś, czego się raczej nie spodziewałem.
– Być może ja… też nieco przesadziłem… – wydukał, prostując się na swoim posłaniu do siadu. – Nakrzyczałem na ciebie a przecież… wiedziałem, że nie zrobiłeś tego wszystkiego, by mnie zdenerwować. Chyba oboje popełniliśmy parę błędów…
Zamrugałem.
Oh?
– No… – zacząłem z zamyśleniem. – Być może… Ale ja więcej. Ja więcej błędów i tak.
Świergotek zaśmiał się.
– Nie. Nie, chyba… chyba nie. Nie słuchałem cię ani… ugh! Nie ważne… Ja… cieszę się, że do mnie przyszedłeś. Jeśli chcesz, to… możemy spróbować od nowa? Ale tym razem musisz mi obiecać, że zamiast się skradać czy szpiegować mnie, będziesz po prostu mówił, o co chodzi. O czym myślisz. A ja postaram się bardziej… ważyć moje reakcje. Próbować zrozumieć.
Pokiwałem głową energicznie.
– Tak! Tak, ja… ja powiem ci wszystko, zawsze. Przysięgam.
Świergotek skrzywił się lekko, gdy na jego rudym futerku wylądowało kilka kropel błota na skutek mojego gwałtownego ruchu.
– Okej… – kocur uśmiechnął się i wstał, robiąc parę kroków w moją stronę, decydując, że już chyba nie ma nic do stracenia, skoro błoto i tak wylądowało na nim. – To może spróbujmy teraz. Powiedz mi… jak to się właściwie na Wszechmatkę stało, że jesteś tak umorusany?
Zmarszczyłem czoło w nagłym przypływie świadomości co do mojego stanu. Błoto zdążyło już nieco zaschnąć…
– Oj. Sorki. – mruknąłem, podnosząc niepewnie ociekające brudem łapy. – No… no poszedłem… tego… uh… na ryby. Co nie?
Rudy uniósł lekko brwi i podszedł bliżej.
– Ryby, tak? I co? Gdzie masz te ryby? – spytał, strzepując grudkę błota z mojego futra za pomocą ogona.
Spojrzałem na niego z czystym przerażeniem, czując, jak mój mózg zamienia się w gotującą papkę, a temperatura mojego ciała wzrasta nagle o jakieś siedemdziesiąt trzy procent.
Głowa opadła mi na pierś.
– No… no nie ma. Bo… wpadłem do rzeki. I w błoto. I mi zimno było… Wróciłem szybciej… – dodałem niepewnie, nie mogąc zebrać myśli.
– Może w takim razie wybierzemy się na ryby jeszcze raz? Razem? Przy okazji zmyjesz z siebie to wszystko... – zaproponował, mrużąc oczy, dokładnie skanując wzrokiem mój pożałowania godny stan.
– Oh. Jasne, to… to dosyć racjonalne wyjście…
– Przypilnuję, żebyś nigdzie już więcej nie wpadł, hm? – dodał, zbliżając swój pysk to mojego.
Okej. Może… może to nie był taki zły dzień. W sumie to… to nawet to mi wyszło wszystko na dobre. Warto było z nim porozmawiać. Warto było tu wrócić. I nie utopić się.
Świergotek jest takim świetnym przyjacielem…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz