Cóż, mimo wszystko nie potrafiła władać czasem. To, co już się stało, nigdy się nie odstanie. Czas mijał, serce uderzało za uderzeniem, a ona mogła jedynie starać się o to, by nigdy nie być już tą pierwszą. Choć wciąż, czy tego chciała, czy nie, była pierworodną. To wręcz ironiczne, że los postanowił wypchnąć ją na świat jako pierwszą, wiedząc, że w przyszłości wyrośnie na kogoś, kto zrobi wszystko, by nigdy nie być na przedzie. Może zrobił to w formie nieśmiesznego żartu, chcąc uprzykrzać życie Słonce już od najmłodszych jej dni.
A czemu akurat los? A no temu, że szylkretka tak na dobrą sprawę nie wierzyła w to, że to Klan Gwiazdy mógł jakoś maczać w tym paluchy. Wierzyła w ich istnienie, co prawda, lecz nie sądziła, by mogli zbyt dużo zdziałać w świecie żywych. Wiedziała jedynie, że liderzy otrzymują dziewięć żyć, a medycy sny od Gwiezdnych Przodków, a to były niepodważalne dowody na ich istnienie. Słonka miała tylko nadzieję, że te umarlaki pozostają jedynie w swojej gwiezdnej krainie i nie mogą zstępować na ziemię. No bo w końcu, gdyby mogli, na terenach klanów nigdy nie działyby się rzeczy złe — a jednak się działy.
Uczennica słyszała już opowieści o legendarnej wojnie z Klanem Wilka. Słyszała o śmierciach, urazach, chorobach. Wierzyła też, że Klan Gwiazdy musi być dobry, skoro wszyscy tak dobrze o nim wspominają. Dlatego doszła do wniosku, że skoro był dobry, to chciałby dobrze dla wierzących. Nie chciałby żadnych wojen, żadnego bólu i cierpienia. A jeśli naprawdę mógł ingerować w życie żywych, i mimo wszystko nie powstrzymywał ich od mordowania siebie nawzajem, to czy naprawdę był taki miłosierny? Taki dobry? Pokojowy?
W końcu Słonkowa Łapa potrząsnęła głową, czując, że zaczyna ją boleć. Czy myślała zbyt dużo? W tym wieku powinna zająć się treningami, a zamiast tego wolała rozmyślać o wierze. Tak już miała. Od samych narodzin, wręcz. Zupełnie tak, jakby urodziła się do tego, by zostać myślicielką. Na co im jednak w klanie myśliciele, skoro piszczki same się nie upolują? Żółtooka powinna wreszcie zejść na ziemię i zająć się tym, co w życiu ważne. Powinna… w ogóle cała się zmienić. Choć była wciąż młoda, już nie podobało jej się to, w jaką stronę zmierza.
Była introwertyczką. Była niezwykle nieśmiała, a rozmowa z kotami, nawet tymi, które były jej bliskie, przychodziła jej z ogromnym trudem. Czuła się niezrozumiana za każdym razem, gdy wypowiadała jakiekolwiek zdanie. Miała wrażenie, że każdy patrzy na nią jak na dziwaka, mimo że zawsze starała się brzmieć jak najzwyczajniej. Nie miała przez to przyjaciół, a rodzeństwa także unikała. Choć, och… jak bardzo chciałaby mieć kogoś, kto by ją zrozumiał. Tak bardzo, jak chciałaby mieć świetną grupkę przyjaciół, którzy nawzajem by się wspierali! Wiedziała jednak, że nigdy do tego nie dojdzie. Nie była stworzona do tego, by mieć znajomych, a co dopiero przyjaciół.
Czy był więc sens w tym, by spróbować być bardziej rozgadaną? Bardziej entuzjastyczną? Miała wrażenie, że, tak czy siak, wszyscy będą na nią dziwnie patrzeć. Prawie tak, jakby ciążyła na niej jakaś klątwa, którą widzieli wszyscy poza nią samą. W końcu co sprawiało, że za każdym razem, gdy się odzywała, koty reagowały tak nietypowo? Czy miało to jakiś związek z jej tonem głosu? Z mimiką jej pyska? Z mową jej ciała?
— Słonkowa Łapo! — rozległ się nagle głos Jenociej Kufy, wyrywając szylkretkę z zamyślenia.
Uczennica szybko się ocknęła, po czym spojrzała w stronę mentorki, która stała tuż obok niej. W myślach podziękowała jej za interwencję i przerwanie spirali myśli, po czym szybko podniosła się na wszystkie cztery łapy.
— Tak, mentorko? — zapytała, przybierając nieco zmartwiony wyraz pyska. Czy Jenot zamierzała zabrać ją na trening? No, pewnie tak. Przecież to był jej obowiązek! Słonka nie przepadała jednak za wojowniczką. Widząc nastawienie Lśniącej Gwiazdy do rodziny Trójokiego Zająca, zaczęła przypuszczać, że lider specjalnie przydzielił jej tak specyficzną nauczycielkę. Nie była przecież na tyle głupia, by żyć w błogiej nieświadomości. Miała złe przeczucia co do przywódcy, lecz nie mogła wyrazić ich na głos. Nikomu nie ufała na tyle, by się z tym podzielić.
— Zbieraj się! Jeśli chcesz choć trochę mi dorównać, musisz się postarać! — oznajmiła, mrużąc ślepia. — Nie oczekuję od ciebie, że przewyższysz mnie umiejętnościami, gdyż to niemożliwe. Nie chcę jednak, byś wyglądała jak pokraka na tle swojego rodzeństwa. Choć… to akurat żaden wyczyn. Nie wyglądają oni zbyt obiecująco — fuknęła, przewracając oczami.
Słowa Jenociej Kufy raniły Słonkową Łapę prosto w serce. Nie mogła znieść tego, że mentorka obrażała jej rodzeństwo. Mimo wszystko nie chciała wywoływać żadnego konfliktu, więc siedziała cicho i niechętnie znosiła kolejne uwagi, którymi starsza plamiła honor jej rodziny. Wolała to niż konieczność radzenia sobie z napiętą atmosferą podczas każdego treningu.
Posłusznie skinęła głową, po czym wyszła z azylu zaraz za wojowniczką. Ciekawe, co tym razem wymyśliła. W końcu obeszły już wszystkie granice Klanu Klifu, odwiedziły wszystkie lokacje, a Jenocia Kufa zdążyła również opowiedzieć Słonce o Kodeksie Wojownika. Rozpoczęły także naukę walki, która dla Słonki była istnym utrapieniem. Nie chodziło nawet o to, że szylkretka jakoś szczególnie brzydziła się przemocą. Owszem — wolałaby jej unikać — lecz podczas sparingów z Jenocią Kufą nie miała problemu z tym, by czasem jej przyłożyć. Problem polegał jednak na tym, że w trakcie walki czuła się niezwykle niezręcznie. Nigdy nie wiedziała, kiedy nadejdzie odpowiedni moment na wykonanie ruchu, choć przecież w walce żadna kolejność nie istniała. I właśnie w tym tkwił problem. Słonkowa Łapa nie potrafiła wyczuć chwili, w której powinna zamachnąć się łapą czy obnażyć kły. Potrafiła jedynie w nieskończoność wykonywać uniki, co coraz bardziej irytowało jej mentorkę, która chciała wycisnąć z tych treningów coś więcej.
— Dzisiaj znowu spróbujemy walki — ogłosiła starsza.
Prawie tak, jakby czytała jej w myślach i robiła wszystko, by spełnić najgorsze koszmary Słonkowej Łapy. Może jeśli Słonka przestanie myśleć o tym, co ją martwi, Jenocia Kufa przestanie magicznie wykorzystywać jej obawy przeciwko niej?
— Dobrze… — odparła Słonka, wlepiając wzrok w łapy.
Rozmowy z nią były ciężkie. Uczennica zawsze jedynie odpowiadała, nigdy sama nie próbując kontynuować konwersacji. Zresztą, nawet nie widziała w tym większego sensu. Czuła się lepiej, gdy ograniczała się do półsłówek, bo dzięki temu miała mniej rzeczy, których później mogłaby żałować.
— Co ty taka spięta? — fuknęła wojowniczka, po raz kolejny sprawiając wrażenie, jakby potrafiła zajrzeć do głowy swojej uczennicy. — Nie lubisz mnie? — rzuciła żartobliwie, uśmiechając się zadziornie.
Słonka prawie zakrztusiła się własną śliną.
— Co? C-co? Nie… — odparła, czując, jak serce zaczyna jej przyspieszać. — Nic takiego nie mówiłam! — dodała, starając się zadrzeć brodę, by wyglądać nieco pewniej. Nie potrafiła jednak ukryć, że jej krok stał się chwiejny i nierówny, gdy z nerwów zaczęły drżeć jej łapy.
— No przecież cię nie obedrę ze skóry, jak się do tego przyznasz! Co najwyżej zrzucę cię z klifu — kontynuowała mentorka, drocząc się z młodszą.
Co za tragedia. Prawdziwy koszmar!
— Ja… nie… — wydukała żółtooka, zaraz krzywiąc się z powodu własnych słów. Czemu nie potrafiła sklecić niczego sensownego? Przecież po coś miała język! — Nie mam problemu… do ciebie, w sensie… — zaczęła tłumaczyć, czując, jak wręcz usycha jej w gardle.
“Losie! Czemu musiałeś uczynić ze mnie taką ciamajdę? Jenocia Kufa się załamie moim zachowaniem! I moją koszmarną dykcją! Czy to wina genów, że taka jestem? Jeśli tak, to nie mogłeś wybrać dla mnie nieco lepszych? Jeśli to zaś wina wychowania, to nie mogłeś sprawić, żebym urodziła się w innej rodzinie? Lub… nie urodziła się wcale?” — wysłała cichą modlitwę do losu, po czym przełknęła głośno ślinę.
— Meh, nieważne. Lepiej nie próbuj się tłumaczyć, bo twoje jąkanie się to udręka dla moich uszu! — oznajmiła bez skrupułów wojowniczka. Zupełnie jakby w ogóle nie brała pod uwagę tego, że jej słowa mogą zranić Słonkę.
— Mhm… — mruknęła Słonka pod nosem, nie chcąc męczyć starszej swoim głosem.
Wkrótce dotarły do lasu nad klifem, gdzie Jenocia Kufa zatrzymała się, postanawiając rozpocząć właściwą część treningu i przejść do walki. Jak zwykle kotki ustawiły się naprzeciwko siebie, po czym starsza od razu przeszła do ofensywy, atakując Słonkę łapami bez wysuniętych pazurów. Szylkretka, choć w uszach wciąż dudniły jej słowa mentorki o tym, że musi zacząć ją atakować, nadal ograniczała się jedynie do wykonywania uników. W taki sposób minął im kolejny, niezbyt udany trening, aż w końcu Jenot zmęczyła się ćwiczeniem z uczennicą, która zachowywała się jak pień, i postanowiła wrócić wraz ze Słonką do obozu.
Uczennica wkroczyła do azylu, z trudem powstrzymując się od płaczu. Dlaczego ta nieszczęsna walka szła jej tak opornie? Już chciała udać się na swoje posłanie, by zwinąć się w kulkę i skryć przed resztą świata, gdy Jenot się odezwała:
— I zanieś karmicielkom coś do jedzenia! A oprócz tego weź też coś dla najstarszych kociąt, gdyż powinny one już przyjmować stały pokarm.
Słonka pociągnęła nosem, zatrzymując się w bezruchu. Przez moment obserwowała starszą kotkę, która kierowała się do swojego legowiska, a gdy ta zniknęła jej z oczu, podeszła do stosu ze zwierzyną.
Wybrała z niego kilka piszczek. Takich, które nie były ptakami. Nie chciała w końcu mieć styczności z martwymi skrzydlatymi stworzonkami, do których szacunku od narodzin uczyli ją Kukułczy Wdzięk i Trójoki Zając.
Powoli zaczęła zanosić pokarm do kociarni, robiąc to w kilku turach. Nie byłaby przecież w stanie unieść śniadania dla tylu kotów za jednym razem. Pod koniec wzięła niewielką mysz, a także ryjówkę, i ruszyła do żłobka po raz ostatni, by wręczyć je Cisce i Dymówce.
Ryjówkę podrzuciła burej koteczce, natomiast z myszką podeszła do niebieskiej młódki, która siedziała nieco oddalona od swojej matki. Położyła przed nią piszczkę.
— Hej… Co porabiasz? — zapytała nieśmiało, przekręcając głowę. Liczyła na to, że rozmowa z kotką młodszą od niej o pięć księżyców przyniesie jej choć odrobinę pocieszenia po tym, jak bardzo zepsuła swój trening.
Uczennica słyszała już opowieści o legendarnej wojnie z Klanem Wilka. Słyszała o śmierciach, urazach, chorobach. Wierzyła też, że Klan Gwiazdy musi być dobry, skoro wszyscy tak dobrze o nim wspominają. Dlatego doszła do wniosku, że skoro był dobry, to chciałby dobrze dla wierzących. Nie chciałby żadnych wojen, żadnego bólu i cierpienia. A jeśli naprawdę mógł ingerować w życie żywych, i mimo wszystko nie powstrzymywał ich od mordowania siebie nawzajem, to czy naprawdę był taki miłosierny? Taki dobry? Pokojowy?
W końcu Słonkowa Łapa potrząsnęła głową, czując, że zaczyna ją boleć. Czy myślała zbyt dużo? W tym wieku powinna zająć się treningami, a zamiast tego wolała rozmyślać o wierze. Tak już miała. Od samych narodzin, wręcz. Zupełnie tak, jakby urodziła się do tego, by zostać myślicielką. Na co im jednak w klanie myśliciele, skoro piszczki same się nie upolują? Żółtooka powinna wreszcie zejść na ziemię i zająć się tym, co w życiu ważne. Powinna… w ogóle cała się zmienić. Choć była wciąż młoda, już nie podobało jej się to, w jaką stronę zmierza.
Była introwertyczką. Była niezwykle nieśmiała, a rozmowa z kotami, nawet tymi, które były jej bliskie, przychodziła jej z ogromnym trudem. Czuła się niezrozumiana za każdym razem, gdy wypowiadała jakiekolwiek zdanie. Miała wrażenie, że każdy patrzy na nią jak na dziwaka, mimo że zawsze starała się brzmieć jak najzwyczajniej. Nie miała przez to przyjaciół, a rodzeństwa także unikała. Choć, och… jak bardzo chciałaby mieć kogoś, kto by ją zrozumiał. Tak bardzo, jak chciałaby mieć świetną grupkę przyjaciół, którzy nawzajem by się wspierali! Wiedziała jednak, że nigdy do tego nie dojdzie. Nie była stworzona do tego, by mieć znajomych, a co dopiero przyjaciół.
Czy był więc sens w tym, by spróbować być bardziej rozgadaną? Bardziej entuzjastyczną? Miała wrażenie, że, tak czy siak, wszyscy będą na nią dziwnie patrzeć. Prawie tak, jakby ciążyła na niej jakaś klątwa, którą widzieli wszyscy poza nią samą. W końcu co sprawiało, że za każdym razem, gdy się odzywała, koty reagowały tak nietypowo? Czy miało to jakiś związek z jej tonem głosu? Z mimiką jej pyska? Z mową jej ciała?
— Słonkowa Łapo! — rozległ się nagle głos Jenociej Kufy, wyrywając szylkretkę z zamyślenia.
Uczennica szybko się ocknęła, po czym spojrzała w stronę mentorki, która stała tuż obok niej. W myślach podziękowała jej za interwencję i przerwanie spirali myśli, po czym szybko podniosła się na wszystkie cztery łapy.
— Tak, mentorko? — zapytała, przybierając nieco zmartwiony wyraz pyska. Czy Jenot zamierzała zabrać ją na trening? No, pewnie tak. Przecież to był jej obowiązek! Słonka nie przepadała jednak za wojowniczką. Widząc nastawienie Lśniącej Gwiazdy do rodziny Trójokiego Zająca, zaczęła przypuszczać, że lider specjalnie przydzielił jej tak specyficzną nauczycielkę. Nie była przecież na tyle głupia, by żyć w błogiej nieświadomości. Miała złe przeczucia co do przywódcy, lecz nie mogła wyrazić ich na głos. Nikomu nie ufała na tyle, by się z tym podzielić.
— Zbieraj się! Jeśli chcesz choć trochę mi dorównać, musisz się postarać! — oznajmiła, mrużąc ślepia. — Nie oczekuję od ciebie, że przewyższysz mnie umiejętnościami, gdyż to niemożliwe. Nie chcę jednak, byś wyglądała jak pokraka na tle swojego rodzeństwa. Choć… to akurat żaden wyczyn. Nie wyglądają oni zbyt obiecująco — fuknęła, przewracając oczami.
Słowa Jenociej Kufy raniły Słonkową Łapę prosto w serce. Nie mogła znieść tego, że mentorka obrażała jej rodzeństwo. Mimo wszystko nie chciała wywoływać żadnego konfliktu, więc siedziała cicho i niechętnie znosiła kolejne uwagi, którymi starsza plamiła honor jej rodziny. Wolała to niż konieczność radzenia sobie z napiętą atmosferą podczas każdego treningu.
Posłusznie skinęła głową, po czym wyszła z azylu zaraz za wojowniczką. Ciekawe, co tym razem wymyśliła. W końcu obeszły już wszystkie granice Klanu Klifu, odwiedziły wszystkie lokacje, a Jenocia Kufa zdążyła również opowiedzieć Słonce o Kodeksie Wojownika. Rozpoczęły także naukę walki, która dla Słonki była istnym utrapieniem. Nie chodziło nawet o to, że szylkretka jakoś szczególnie brzydziła się przemocą. Owszem — wolałaby jej unikać — lecz podczas sparingów z Jenocią Kufą nie miała problemu z tym, by czasem jej przyłożyć. Problem polegał jednak na tym, że w trakcie walki czuła się niezwykle niezręcznie. Nigdy nie wiedziała, kiedy nadejdzie odpowiedni moment na wykonanie ruchu, choć przecież w walce żadna kolejność nie istniała. I właśnie w tym tkwił problem. Słonkowa Łapa nie potrafiła wyczuć chwili, w której powinna zamachnąć się łapą czy obnażyć kły. Potrafiła jedynie w nieskończoność wykonywać uniki, co coraz bardziej irytowało jej mentorkę, która chciała wycisnąć z tych treningów coś więcej.
— Dzisiaj znowu spróbujemy walki — ogłosiła starsza.
Prawie tak, jakby czytała jej w myślach i robiła wszystko, by spełnić najgorsze koszmary Słonkowej Łapy. Może jeśli Słonka przestanie myśleć o tym, co ją martwi, Jenocia Kufa przestanie magicznie wykorzystywać jej obawy przeciwko niej?
— Dobrze… — odparła Słonka, wlepiając wzrok w łapy.
Rozmowy z nią były ciężkie. Uczennica zawsze jedynie odpowiadała, nigdy sama nie próbując kontynuować konwersacji. Zresztą, nawet nie widziała w tym większego sensu. Czuła się lepiej, gdy ograniczała się do półsłówek, bo dzięki temu miała mniej rzeczy, których później mogłaby żałować.
— Co ty taka spięta? — fuknęła wojowniczka, po raz kolejny sprawiając wrażenie, jakby potrafiła zajrzeć do głowy swojej uczennicy. — Nie lubisz mnie? — rzuciła żartobliwie, uśmiechając się zadziornie.
Słonka prawie zakrztusiła się własną śliną.
— Co? C-co? Nie… — odparła, czując, jak serce zaczyna jej przyspieszać. — Nic takiego nie mówiłam! — dodała, starając się zadrzeć brodę, by wyglądać nieco pewniej. Nie potrafiła jednak ukryć, że jej krok stał się chwiejny i nierówny, gdy z nerwów zaczęły drżeć jej łapy.
— No przecież cię nie obedrę ze skóry, jak się do tego przyznasz! Co najwyżej zrzucę cię z klifu — kontynuowała mentorka, drocząc się z młodszą.
Co za tragedia. Prawdziwy koszmar!
— Ja… nie… — wydukała żółtooka, zaraz krzywiąc się z powodu własnych słów. Czemu nie potrafiła sklecić niczego sensownego? Przecież po coś miała język! — Nie mam problemu… do ciebie, w sensie… — zaczęła tłumaczyć, czując, jak wręcz usycha jej w gardle.
“Losie! Czemu musiałeś uczynić ze mnie taką ciamajdę? Jenocia Kufa się załamie moim zachowaniem! I moją koszmarną dykcją! Czy to wina genów, że taka jestem? Jeśli tak, to nie mogłeś wybrać dla mnie nieco lepszych? Jeśli to zaś wina wychowania, to nie mogłeś sprawić, żebym urodziła się w innej rodzinie? Lub… nie urodziła się wcale?” — wysłała cichą modlitwę do losu, po czym przełknęła głośno ślinę.
— Meh, nieważne. Lepiej nie próbuj się tłumaczyć, bo twoje jąkanie się to udręka dla moich uszu! — oznajmiła bez skrupułów wojowniczka. Zupełnie jakby w ogóle nie brała pod uwagę tego, że jej słowa mogą zranić Słonkę.
— Mhm… — mruknęła Słonka pod nosem, nie chcąc męczyć starszej swoim głosem.
Wkrótce dotarły do lasu nad klifem, gdzie Jenocia Kufa zatrzymała się, postanawiając rozpocząć właściwą część treningu i przejść do walki. Jak zwykle kotki ustawiły się naprzeciwko siebie, po czym starsza od razu przeszła do ofensywy, atakując Słonkę łapami bez wysuniętych pazurów. Szylkretka, choć w uszach wciąż dudniły jej słowa mentorki o tym, że musi zacząć ją atakować, nadal ograniczała się jedynie do wykonywania uników. W taki sposób minął im kolejny, niezbyt udany trening, aż w końcu Jenot zmęczyła się ćwiczeniem z uczennicą, która zachowywała się jak pień, i postanowiła wrócić wraz ze Słonką do obozu.
Uczennica wkroczyła do azylu, z trudem powstrzymując się od płaczu. Dlaczego ta nieszczęsna walka szła jej tak opornie? Już chciała udać się na swoje posłanie, by zwinąć się w kulkę i skryć przed resztą świata, gdy Jenot się odezwała:
— I zanieś karmicielkom coś do jedzenia! A oprócz tego weź też coś dla najstarszych kociąt, gdyż powinny one już przyjmować stały pokarm.
Słonka pociągnęła nosem, zatrzymując się w bezruchu. Przez moment obserwowała starszą kotkę, która kierowała się do swojego legowiska, a gdy ta zniknęła jej z oczu, podeszła do stosu ze zwierzyną.
Wybrała z niego kilka piszczek. Takich, które nie były ptakami. Nie chciała w końcu mieć styczności z martwymi skrzydlatymi stworzonkami, do których szacunku od narodzin uczyli ją Kukułczy Wdzięk i Trójoki Zając.
Powoli zaczęła zanosić pokarm do kociarni, robiąc to w kilku turach. Nie byłaby przecież w stanie unieść śniadania dla tylu kotów za jednym razem. Pod koniec wzięła niewielką mysz, a także ryjówkę, i ruszyła do żłobka po raz ostatni, by wręczyć je Cisce i Dymówce.
Ryjówkę podrzuciła burej koteczce, natomiast z myszką podeszła do niebieskiej młódki, która siedziała nieco oddalona od swojej matki. Położyła przed nią piszczkę.
— Hej… Co porabiasz? — zapytała nieśmiało, przekręcając głowę. Liczyła na to, że rozmowa z kotką młodszą od niej o pięć księżyców przyniesie jej choć odrobinę pocieszenia po tym, jak bardzo zepsuła swój trening.
<Dymówko?>
[1783 słowa]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz