Przeszłość, przed dołączeniem Wąsatki do Klanu Wilka
Wilczy Skowyt natychmiast znalazł się przy niej. Zasłonił ją częściowo swoim ciałem i delikatnie dotknął jej barku nosem, sprawdzając, czy nic jej się nie stało.
— Spokojnie — powiedział łagodnie. — To tylko korzeń. Nic groźnego.
Kobczyk podeszła bliżej, patrząc na siostrę z niepokojem. Wąsatka podniosła się chwiejnie i otrzepała futerko, prostując się z wyraźnym wysiłkiem.
— Każdemu się zdarza — mruknęła, bardziej do siebie niż do innych, po czym zrobiła kolejny, znacznie ostrożniejszy krok do przodu.
Nie rozumiała, dlaczego to akurat ona musiała się wywrócić. Dlaczego nie Kobczyk? Dlaczego każdy traktował ją tak, jakby była ledwie suchym, kruchym listkiem? Przecież była taka sama jak Kobczyk! Niczym nie różniła się od siostry. Prawda? To dlaczego mama i tata ciągle wypominali jej, że jest taką niezdarą? No, ale przynajmniej starali się to ukryć pod płaszczykiem słów otuchy. Wąsatka rozumiała jednak ich przekaz. Bardziej niż cokolwiek innego na świecie, jako że z rozumieniem miała nieznaczne problemy.
Wtem nagle coś jej odbiło. Gdy tylko wysunęła się delikatnie naprzód, napięła swoje mięśnie w niewielkich łapkach i zaczęła niezgrabnie biec przed siebie. Chwiała się na boki, o mało nie wywracając się przy każdym kolejnym susie. Obraz przed sobą miała rozmazany, przez co ciężko było jej stwierdzić, dokąd tak naprawdę zmierza. Wkrótce tuż za nią dobiegły ją krzyki, a potem ciężkie kroki. Nie zdołała uciec za daleko, nim za luźną skórę na karku złapały ją czyjeś zęby. Nie musiała zgadywać, do kogo należały.
— Puść mnie, tato! Ja chcę biegać! — oburzyła się, wymachując łapkami na wszystkie strony.
Czekoladowy jednak nie rozluźniał uścisku. Zabrał Wąsatkę wraz z Kobczykiem z powrotem do nory, odstawiając je przed Mewą.
— To chyba jednak nie był dobry pomysł… — mruknął, patrząc na czarno-białą koteczkę. — To mogło się bardzo źle skończyć, Wąsatko. Gdyby to twoja siostr-
Urwał nagle, po czym odchrząknął.
— Nieważne. Nie uciekaj już od nas więcej, dobrze? Świat na zewnątrz jest zbyt niebezpieczny dla takiego małego kociaka jak ty — oznajmił, po czym nachylił się nad Wąsatką i polizał ją czule po główce.
* * *
Zgromadzenie
Dotarli na zgromadzenie jako pierwsi i przez moment nie było nawet do kogo zagadać. Wąsatka nie zamierzała przecież konwersować z którymś ze swoich pobratymców, skoro miała okazję zamienić kilka słów z kimś z innego klanu! To było, według niej, o wiele ciekawsze. Usiadła więc cierpliwie, wyczekując, aż na wyspę wkroczą kolejne klany.
Drugi pojawił się Czereśnia wraz z Owocniakami, potem na wyspę wkroczyli Burzacy z Zawodzącą Gwiazdą na czele, a następnie przybyli jeszcze Klifiacy. Czarno-biała uważnie (choć tylko jednym zdrowym okiem) obserwowała przewijające się przed nią tłumy, aż w końcu jej uwagę przykuła szylkretowa koteczka o wyjątkowo krótkich łapach. Wzrostem nie przerastała nawet ucznia!
Wojowniczka natychmiast postawiła uszy i poderwała się z miejsca. Przecisnęła się przez inne koty, by dotrzeć do jasnofutrego niziołka.
— Ojej, nie uciekłaś przypadkiem z klifiackiego żłobka, myszeczko? — zagadnęła, zatrzymując się tuż przed kotką. Gdy zmrużyła oczy i przyjrzała się jej uważniej, dostrzegła, że pysk nieznajomej był już wyraźnie naznaczony czasem, co wprawiło ją w lekkie zakłopotanie. — Ile ty właściwie masz księżyców? Uch... nie jestem w stanie stwierdzić, czy sześć, czy sześćdziesiąt... — mruknęła, po czym uniosła łapę i podrapała się paluchem po brodzie.
Szylkretka zatrzymała się, wpatrując się w Wąsatkę zadziwiona.
— Och, mam ponad osiemdziesiąt. Już bliżej mi do legowiska starszyzny niż uczniów. — zaśmiała się lekko.
Wąsatka wytrzeszczyła oczy z niedowierzania. Jak to możliwe, żeby ktoś tak niski miał na karku osiemdziesiąt księżyców? To niemożliwe! Ten podły Klan Gwiazdy musiał maczać w tym palce. W końcu wszystko, co złe, było winą Gwiezdnych Przodków — przynajmniej tak mówili jej pobratymcy. A może szylkretka po prostu bezczelnie kłamała?
— Kłamiesz! — wypaliła nagle wojowniczka, wypinając dumnie pierś. — Próbujesz się wywinąć od konsekwencji za to, że nielegalnie przyszłaś na zgromadzenie! Zaraz pójdę i to komuś zgłoszę!
Zmarszczyła nos i jeszcze raz zmierzyła kotkę podejrzliwym wzrokiem.
— Pierwszy raz widzę, żeby osiemdziesięcioksiężycowy kot był taki drobny! Lepiej wracaj do żłobka i napij się dużo mleka, to może w końcu trochę urośniesz!
Jasnofutra zamrugała oczami ze zdumienia.
— Wiesz, jeśli chcesz, to nie zatrzymuję cię, ale raczej zaśmieją ci się w pyszczek. Wiele razy byłam już na zgromadzeniu, zapewniam cię, że każdy ci to potwierdzi.
Wojowniczka przewróciła oczami i z irytacją uderzyła ogonem o ziemię. Co za pyskaty, wyrośnięty kociak. Wąsatka mogłaby ją zgnieść jedną łapą bez najmniejszego problemu!
— W takim razie jak wyjaśnisz to, że masz takie krótkie łapy? Czy twój ojciec był jakimś żuczkiem? Bo do bólu je przypominasz — mruknęła, unosząc jedną brew. — A może ktoś ci je po prostu odgryzł, kiedy byłaś młodsza? W końcu to nienaturalne, żeby mieć aż tak krótkie łapy!
Przechyliła głowę, mierząc szylkretkę uważnym spojrzeniem.
— U mnie, w Klanie Wilka, nigdy nie widziałam takiego przypadku. To musi ci strasznie utrudniać wykonywanie wojowniczych obowiązków! Nie jesteś może medyczką? Albo nie trafiłaś od razu do starszyzny? Przecież gdybyś chciała pobić jakiegoś kota, który wtargnął na tereny Klanu Klifu, wystarczyłoby, żeby złapał cię za kark i bez problemu przeniósł w jakieś inne miejsce! A żeby go potem dosięgnąć, pewnie musiałabyś przebiec dwa razy większy kawałek drogi niż każdy normalny kot!
— Tak się składa, że księżyce temu walczyłam w wojnie pomiędzy Klanem Wilka i Klanem Klifu. Jak widzisz, nie ma na mnie zbyt wielu blizn, chyba znaczy to, że jakoś sobie dawałam radę. Choć nie jest łatwo, to przyznaję. Mój wzrost odziedziczyłam po matce. I nie, nie jestem medyczką, ani nawet starszyzną. Nadal jestem wojowniczką.
Czarno-biała uniosła jedną brew, a na jej pysku pojawił się zaczepny uśmiech.
— Ach, tak? Słyszałam o tej wojnie. Podobno to my ją wygraliśmy, więc nie byłabym taka pewna, czy rzeczywiście jesteś świetną wojowniczką. Jeśli u was jest więcej takich jak ty, to wcale mnie nie dziwi, że przegraliście! — zachichotała z wyraźną satysfakcją.
Przechyliła głowę i jeszcze raz zmierzyła szylkretkę kpiącym wzrokiem.
— Pewnie moi pobratymcy cię oszczędzili, bo wzięli cię za kociaka. Wilczacy są honorowi. Nie skrzywdziliby kogoś, kto nie dorasta im nawet do łokcia. Wasz przywódca musiał być wtedy nieźle stuknięty, skoro uznał, że taki niziołek nadaje się do walki z potężnymi, rosłymi wojownikami Klanu Wilka! Może powinien był cię posadzić z boku i kazać robić za wsparcie psychiczne, zamiast wysyłać na front!
Kotka napuszyła się na słowa Wąsatki.
— Wypraszam sobie. To, że przegraliśmy, nie znaczy, że nie walczyliśmy z całych swoich sił. Mogę cię zapewnić, że nikt mi wcale nie pobłażał, a ty powinnaś się nauczyć szacunku do starszych.
Czarno-biała zaśmiała się na słowa jasnofutrej, wyraźnie rozbawiona jej pewnością siebie.
— Doprawdy? W takim razie ilu was musiało walczyć z jednym Wilczakiem, skoro wyszłaś z tej wojny prawie bez szwanku? — zakpiła, mrużąc oczy. — Niech zgadnę. Pewnie musiałaś poprosić jeszcze dwóch rosłych wojowników o pomoc, żebyście razem dali radę jednemu Wilczakowi, co? — prychnęła, zadzierając lekko brodę. — Nie wmówisz mi przecież, że byłaś w stanie walczyć z kimś sam na sam! Szczerze mówiąc, nawet ja teraz bez problemu bym cię pokonała. Nie zdążyłabyś mnie nawet porządnie drasnąć! — dodała z rozbawieniem.
— Większość Wilczaków również walczyła w grupach — wycedziła przez zęby, a jej futro mimowolnie stanęło dęba.
— A co mieli zrobić? Zapewniam cię, że nie było takiej potrzeby, dopóki koty takie jak ty nie zaczęły zbierać sobie pomocników, bo same nie dałyby sobie rady! — stwierdziła, kiwając głową z pełnym przekonaniem. Ten niziołek z wybujałym ego coraz bardziej działał jej na nerwy!
* * *
Wiedziała, że Pustułkowy Szpon walczył na wojnie. Wiedziała też jednak, że nie miała ochoty z nim rozmawiać. Nawet trochę się do siebie zbliżyli po tym, jak Wąsatka znalazła i przygarnęła Tęczę, ale teraz znów było u nich krucho. Młodsza nie widziała już w zastępcy ojca. Nie był dla niej tym idealnym kotem, autorytetem. Teraz widziała go raczej jako kłamcę. Oszusta, który sprawił, że ośmieszyła się na oczach całego klanu. Była taka głupia, wierząc w to, że czekoladowy naprawdę był jej ojcem. Mogła się tego domyślić! Gdy skupiła się na tym bardziej, zauważyła, że futro i głos Pustułkowego Szponu różniły się od tych należących do jej biologicznego taty. Poza tym nawet jego zachowanie było zupełnie odmienne.
Nie chciała już dłużej o tym myśleć, bo w ten sposób jeszcze bardziej się dołowała. Nie potrafiła zapomnieć o tym, jak okrutny był zastępca. Dlatego, gdy dostrzegła przed sobą inną czekoladową plamę, postanowiła do niej podejść. Nie był to Pustułkowy Szpon, to wiedziała na pewno. Właściwie nawet nie do końca kojarzyła tego wojownika i nie miała pojęcia, kim mógł być, lecz wiedziała, że musi czymś zająć myśli.
— Dobry wieczór! — mruknęła na powitanie. — Walczył pan na wojnie z Klanem Klifu? Bardzo mnie ona zainteresowała, gdy o niej usłyszałam i chciałabym się dowiedzieć nieco więcej. Więc, czy walczył pan? A jeśli nie, to może zna pan kogoś, kto na pewno walczył? Tylko nie Pustułkowy Szpon! Nie chcę z nim teraz rozmawiać — westchnęła dramatycznie, na moment odwracając wzrok od cętkowanego kocura.
<Czekoladowy Wilczaku?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz