— Ostatnio z Lipieńkiem znaleźliśmy ślimaka, nazywa się… — podjął, chociaż nie mógł sobie przypomnieć imienia ich pupila. Zmarszczył brew, kręcąc po chwili głową. — Nie pamiętam… ale jakoś go nazwaliśmy! Znaleźliśmy go przy dziurze przed żłobkiem — uśmiechnął się do koteczki, która przez cały ten czas wyglądała tak, jakby miała ochotę mu przerwać w połowie zdania, ale powstrzymała się. Fiołek zastrzygła wąsami, wpatrując się w niebieskiego kocurka. Drzemlik uśmiechnął się do niej delikatnie, a ona odwróciła wzrok na uderzenie serca, wracając oczkami do jego mordki ponownie.
— Ach, tak? — zaczęła, kręcąc łbem i wydając przy tym charakterystyczny dźwięk: “tsk, tsk, tsk”... — Ja znalazłam większą dziurę i wyjęłam z niej dwa ślimaki bez problemu, nawet nie przylepiły mi się do palców. Moje mają dużo lepsze imiona! I w dodatku mają niebieskie muszle — powiedziała pewnie, a zwęglony zrobił duże oczka, nie podważając jej słów nawet na uderzenie serca. Całkowicie jej uwierzył, wręcz od razu. Była bardzo przekonująca, pewność siebie, z jaką się wypowiadała, również wpływała na prawdopodobieństwo, że drugi kot kupi to, co słownie sprzedawała.
— Naprawdę? Niesamowite…! Pokażesz? — poprosił, w jego oczkach zatańczyło jednocześnie tak wiele emocji, że miał wrażenie, że zaraz wyskoczy przed siebie i przebiegnie cały żłobek parę razy. Dech zaparło mu w piersiach, a wąsy zafalowały z rozemocjonowania. Niebieskie ślimaki? Nigdy takich nie widział! Skoro szylkretce udało się takie znaleźć, to ciekawe, czy mieli takie, które pachniały równie ładnie co lilaki? Może mamusi by się spodobały… Czy istniały również niebieskie owady, które znaleźli w tym samym dole? Skoro znalazła inną, większą dziurę, ciekawe co w niej się mogło kryć?
Koteczka pokręciła głową.
— Nie, bo mi jeszcze zabierzesz! One są tylko moje. — I zadarła pyszczek lekko ku górze, a Drzemlik widocznie spochmurniał. Bardzo chciał je zobaczyć. Jego uszka opadły, a ogon zawinął delikatnie wokół swojej tylnej łapy, jednak niezgrabnie.
— Proszę, nigdy nie widziałem takich… pokażę ci mojego — miauknął, nie tracąc jeszcze całej nadziei. Liczył na dobroć koleżanki z legowiska. Rozmawiali pierwszy raz, jednak widywali się każdego dnia. Zielonooka przewróciła oczami, ruchem ogona zachęcając go do tego, żeby za nią poszedł.
— Dobra, ale tylko chwilę. I masz ich nie dotykać! — postawiła mu warunki, a zwęglony pokiwał głową energicznie, tym samym “powracając do życia”. Ruszył pospiesznym krokiem za koteczką, zaglądając jej przez ramię czy przypadkiem daleko byli od jej legowiska. Byli tak naprawdę stosunkowo blisko. Gdy koteczka kazała mu zaczekać parę kroków dalej, przysiadł posłusznie i czekał, mimo że zaczynał się powoli niecierpliwić, coraz bardziej z każdym następnym szelestem wysuszoną paprocią, z której zbudowane było łoże. Rudaska wytrzeszczyła oczka, a na pyszczku pojawiło jej się coś na wzór złości. Drzemlik przechylił główkę.
— Co się stało? — zapytał, wyraźnie zmartwiony.
— Nie ma ich! Nie ma! Ktoś mi ukradł! — krzyknęła, rozglądając się jeszcze gorączkowo, zanim nie obrzuciła oskarżycielskim spojrzeniem jednego z kociąt. Niebieski również uchylił ślepia szerzej. Jak to “ukradł”?
— Może ci uciekły? Poszukajmy ich, chodź — próbował ją zachęcić, wyraźnie poruszony zaistniałą sytuacją. Bardzo chciał jej pomóc, w końcu jemu też byłoby smutno, gdyby jego i Lipieńka winniczek by ot tak zniknął. Nie wiedział jednak, że szylkretka nigdy tych ślimaków nie miała. Dla niego, z tego, co mu opowiedziano parę uderzeń serca temu, Fiołka miała aż dwa ślimaki, dlatego z pewnością musiały zostawić po sobie jakiś ślad, nawet najmniejszy. Nauczył się już, że istotki te zostawiały za sobą lepką ścieżkę prowadzącą szukających do miejsca, do którego udało im się przez czas nieobecności opiekunów odejść. Oczywiście o ile nie zdążył wyschnąć dzięki łatwo dostającym się do kociarni podmuchom wiatru…
<Fiołko, znajdziemy te ślimaki!>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz