Koniec i początek
CW/TW: samookaleczanie, próba samobójcza, intruzywne myśli, uzależnienie, proces pseudoumierania, derealizacja/halucynacje
Przeszłość
Biegł. Biegł najszybciej, jak tylko potrafił, na ile pozwalały mu jego słabe mięśnie i nieprzystosowane do takiego wysiłku płuca. Czuł w mordce charakterystyczny, metaliczny posmak krwi, a wszystko wewnątrz go paliło, piekło, jakby każdy wdech rozrywał go od środka. Przez rozdziawiony pysk oddychał prędko, chaotycznie, niemal panicznie, usilnie starając się zaopatrzyć swój głupi, słaby organizm w tlen — z miernym skutkiem. Wszystko słyszał jak gdyby przez wodę, pejzaże wokół niego rozmazywały się, upstrzone przez czarne mroczki, a wszelkie zapachy pozostawały gdzieś daleko w tyle, niezbadane, głęboko zignorowane. Jednocześnie czuł nic i wszystko, nieznośny ukrop Pory Zielonych Liści i przenikliwy, mrożący go aż do gołych kości chłód, pochodzący gdzieś z jego własnego rdzenia.
Nie miał przed czym uciekać. Nikt go nie gonił. Nikogo nie zdążyło jeszcze zaalarmować jego zniknięcie — nie wiedział, ile czasu minęło, od kiedy opuścił obóz, ale zdecydowanie nie tyle, aby jego nieobecność miała kogokolwiek zmartwić. Nikt również nie mógł się nawet domyślać, co planował — a nawet jeśli, to Lulkowe Ziele szczerze wątpił, że komukolwiek przyszłoby na myśl go powstrzymywać.
Bo… niby po co? W oczach rodziny był problemem, czarną owcą, bezużytecznym, niepasującym do ich misternej, idealnej układanki kawałkiem. Odstawał na każdy możliwy sposób — i pod każdym możliwym względem robił to negatywnie. Był słabszy. Wolniejszy. Mniej sprawny, głupszy, pozbawiony ambicji, nie dość bezwzględny, zbyt rozchwiany, zwyczajnie gorszy. Jak chwast zajmujący miejsce na grządce przeznaczonej dla pięknych, przydatnych ziół, których rozwój tylko spowalniał. Nie potrzebowali go. Jak zresztą cały Klan Nocy, był w nim wszak wyłącznie zbędnym balastem, bezużytecznym robakiem, dodatkową mordą do wykarmienia w najtrudniejszych czasach. Czuł na sobie ich wstrętne spojrzenia. Wiedział, że go oceniali. Gardzili nim. Obgadywali go za plecami. Nawet jego mentorka, Pierzasta Kołysanka, kotka, z którą niegdyś był tak blisko — po prostu go sobie zastąpiła. Wymieniła go na nowego ucznia, mniej kłopotliwego, prawdopodobnie zwyczajnie lepszego. Tak, jakby Lulkowe Ziele nigdy nie istniał. W czym Szepcząca Łapa był lepszy od niego?
Nie chciał nawet myśleć o młodym kocurze. Samo przywołanie jego obrazu w umyśle sprawiało, że żółć podchodziła mu do gardła. Nienawidził go, chociaż nie miał ku temu żadnych powodów. Jego towarzystwo wprawiało go w niewytłumaczalny gniew, a każde zadawane przez młodziaka pytanie sprawiało, że miał ochotę wypchać mu pysk piaskiem i glebą, żywcem zakopać wśród kwitnących w ogrodzie roślin, rzucić go na pożarcie nocnym drapieżnikom lub zwyczajnie utopić w płynącej nieopodal rzece. Unikał go jak ognia. Lulkowe Ziele czuł, jak wszystkie jego narządy wewnętrzne wywracają się na drugą stronę, gdy tylko Szept otwierał swój głupi pysk. Nie cierpiał go, a jeszcze bardziej nie cierpiał tego, że tak właściwie nie miał za co go nie cierpieć! To był bystry i grzeczny, uprzejmy, cichy kocurek. Idealny uczeń, który na pewno w przyszłości wspaniale odnalazłby się w swojej roli. Zawsze chętny do przyswajania wiedzy, zainteresowany tym, co robił. Przez to, cóż, starszy ogrodnik czuł się jeszcze gorzej. Och, kiedy on stał się taki? Taki mściwy, wstrętny, zawistny i zły, przegniły aż do szpiku, życzący jak najgorzej kompletnie niewinnej istocie. Obrzydzały go te myśli, swoją obecnością sprawiały, że mimowolnie zawsze się otrzepywał, jakby próbował pozbyć się z futra brudu. Próbował wszystkiego — i nic nie działało. Nie mógł spać, przerażony wizją nocnych mar, które wciąż nawiedzały go niemalże za każdym razem, gdy starał się odpocząć. Nocami wyrywał sobie kępki futra, drapał łapy, gryzł się w policzek czy język jedynie po to, by nie musieć przez to znowu przechodzić. To zawsze były te same obrazy — ale niezależnie od tego, ile razy je widział, nie potrafił do nich przywyknąć. Nasiona maku, których w ostatnich księżycach sobie nie żałował, kompletnie straciły już swoje cudowne właściwości. Ich działanie zanikło niemalże kompletnie, ta sama porcja wyłącznie na krótką chwilę potrafiła ukoić jego zszargane nerwy, a po jej upływie — czar pryskał, pozostawiając Lulkowe Ziele w punkcie wyjścia.
Dlatego czuł, że nie miał niczego do stracenia — bo w tej dziwnej, nieco strasznej i niepewnej przestrzeni zwanej przyszłością nic już na niego nie czekało.
Więc biegł. Biegł przed siebie, choć już dawno nie musiał. Opuścił tereny Klanu Nocy co najmniej kilkadziesiąt, kilkaset uderzeń serca temu. Z wielkim trudem, ale jednak przepłynął graniczny potok, starając się nie myśleć o otaczającym go chłodzie, o wodzie, która z każdej strony przylegała teraz do jego ciała, niekomfortowo przytulając się do jego skóry pod grubą warstwą białego futra. Wyczołgał się na brzeg. Nie był pewien, czy był zmęczony bardziej fizycznie, czy psychicznie. Szczerze, chciał poddać się już tutaj. Podczas przeprawy przez rzeczkę wielokrotnie przyszło mu to na myśl. A co gdyby tak odpuścił? Rozluźnił wszystkie mięśnie, dał się porwać przez prąd, wrzucić pod wodę. Opadałby powoli, stopniowo? Czy rzucałby się tak, jak podczas powodzi, gdy walczył z tym piekielnym żywiołem o każdy kolejny oddech?
Nie chciał się przekonywać. I nie chciał, aby jego ciało na wieki spoczęło pod wodą. Szczerze jej nienawidził, najbardziej na całym świecie. Przestał się jej bać, zamiast lęku pojawiła się jedynie odraza, zadra wobec tego żywiołu. Zdobywając się na kolejny wysiłek, powoli się podniósł i wznowił swoją wędrówkę, tym razem idąc już powoli. Z oddali słyszeć już mógł charakterystyczne dźwięki, tak wrogie, tak straszne — ale jednak to właśnie w ich kierunku zmierzał. Czuł, jak powoli łapy odmawiały mu posłuszeństwa, ale nie mógł teraz zawrócić. Nie mógł znowu przegrać z własnym, durnym mózgiem — parł więc do przodu, chociaż z każdym kolejnym krokiem lęk jedynie się pogarszał, dusząc go od wewnątrz.
Aż nie dotarł tam, gdzie miała zakończyć się jego podróż.
Droga Grzmotu. Głośna. Cuchnąca. Niebezpieczna. Przełknął ślinę. Widział nadciągające, złowrogie istoty, mijające go z ogromną prędkością, wydające z siebie te przerażające odgłosy. Nie mógł się wycofać.
Ostatnim, co zobaczył, były wielkie, rozżarzone ślepia czerwonego potwora. Potem zamknął swoje oczy, czując jedynie, jak jego ciało bezwładnie upadło kilka długości ogona dalej, odrzucone siłą uderzenia. Usłyszał wyłącznie przeraźliwy pisk, tarcie, a potem czyjś stłumiony krzyk.
Dalej pozostała jedynie kompletna ciemność i dudniąca w uszach, głucha cisza.
-ˋˏ ༻❁༺ ˎˊ-
Umarł. To był już jego koniec, ostatni rozdział, finałowa scena wieńcząca ten cały żałosny spektakl, inaczej znany jako jego marny żywot. Nareszcie. Pozostała po nim wyłącznie mokra, krwawa plama na Drodze Grzmotu. Czy jego ciało pożarł potwór? Nie miał pojęcia. Miał nadzieję, że tak — nie chciał, aby ktokolwiek je odnalazł. Nie chciał, aby ktokolwiek lamentował nad jego losem. Aby ktokolwiek cierpiał, przeżywał żałobę po takim odpadzie. Wątpił, aby kogokolwiek miało to obejść, ale nie chciał, aby istniała na to choćby najmniejsza szansa.
Już rozumiał, co inni mieli na myśli, mówiąc o życiu przelatującym przed oczami zmarłego w jego końcowych momentach. Początkowo nic z tego, co widział, nie miało najmniejszego sensu. Pojawiały się przed nim niewyraźne plamy, bezkształtne, jednowymiarowe, mieniące się wieloma barwami, płynnie przechodzące z jednego koloru w inny. Towarzyszyły im niezrozumiałe odgłosy, jak gdyby odległe, ciche i głośne jednocześnie, brzmiące jak głos, jak szum liści, jak ciche szepty lasu, jak dudnienie krwi w uszach i nostalgiczny śpiew ptaków o poranku — jak cichy szum rzeki i wzburzone morskie fale w czasie sztormu, cały świat w jednym, nonsensownym dźwięku. Czy tak się właśnie umierało? To było… przyjemne, na swój sposób piękne. Spokojne. Czuł się dobrze. Tak, jak od dawna nie potrafił. Opuściły go wszystkie lęki, cały gniew, każda zła, niepokojąca, obrzydliwa myśl — a on unosił się w tej pusto-pełnej przestrzeni, wśród fantazyjnych, abstrakcyjnych konceptów, jakby poza własnym ciałem, będąc tylko widzem rozgrywającej się przed nim chaotycznej sztuki. Do czasu.
Zupełnie nagle, w jednej chwili, wszystko się zmieniło. Bezkształtna wcześniej, barwna masa przybrała w końcu formę, przerażającą formę — formę ogromnej, ciemnej, gęstej fali, która bez żadnego wysiłku przykryła go i porwała ze sobą jego bezwładną świadomość. Dusił się, mimo że już przecież nie musiał nawet oddychać. Nie mógł się ruszać, nie miał czym ruszać, chociaż czuł, jakby ciało, którego został pozbawiony, wciąż odmawiało mu posłuszeństwa. Był więc bezbronny, zupełnie nieosłonięty przed brutalnym atakiem z najmniej spodziewanej strony. Czarna woda niosła go w nieznanym kierunku, miotała nim w górę, w dół. Nie pozwalała nawet na chwilę zaczerpnąć powietrza. Gdy tylko myślał, że zaledwie kilka odległości mysiego ogona dzieliło go od wynurzenia się na powierzchnię, bezwzględny żywioł wciskał go na ponów w grząskie, bagniste dno, aż to nie pochłonęło go w pełni.
Nagle wszystko się uspokoiło. Nastała kompletna cisza, jakby Lulkowe Ziele został odcięty od wszystkich zewnętrznych bodźców. Wszystko wokół było lepkie, gęste, ciemne. Przelewało się w tę i we w tę, a on bezwładnie przesuwał się zgodnie z ruchem bliżej niezidentyfikowanej substancji. W końcu gdzieś w oddali pojawiła się niewielka, jasna kropka. Skupił na niej swój wzrok. Czym była? Czy to była droga do Klanu Gwiazdy? A może jedynie ostatnie majaki konającego?
Niezależnie od tego, czym owa biała plama była (lub też nie), Lulkowe Ziele był nią żywo zainteresowany. Kręciło mu się w głowie, dziwny świat wirował dookoła, a obrazy rozmazywały się, ale on z uporem maniaka parł naprzód, w kierunku nieznanego obiektu. Kropka powiększała się stopniowo, ostatecznie swym jestestwem pokrywając całość obrazu malującego się przed biało-czarnym nocniakiem. Ostatecznie rozszerzyła się, pochłaniając go w całości, od każdej strony otulając ostrym, jasnym blaskiem. Lulkowe Ziele momentalnie stracił grunt pod nogami, spadając w białą przepaść, nieporadnie machając łapami w trakcie niezgrabnego lotu. Zatrzymał się na miękkim podłożu, niezwykle delikatnie, jak lekko opadające piórko.
Otworzył szeroko żółte ślepia. Przed nim jawiły się urywki z jego życia — z dzieciństwa, z czasów uczniowskich, całkiem niedawne, te stare, te smutne, te wesołe, te żałosne i te dumne — wszystkie. Niepewnym krokiem przechadzał się po białej przestrzeni, przyglądając się różnym scenom, mając wrażenie, że każda z nich znikała, gdy tylko padał na nią jego wzrok. Płynnie przekształcała się, prezentując jakiś inny fragment jego życiorysu. On mógł jedynie biernie się temu przyglądać, nie będąc w stanie w żaden sposób zmienić biegu przedstawianych wydarzeń — w końcu to była już wyłącznie przeszłość. Tak. Tylko przeszłość…
Sceny przeskakiwały między sobą nagle, krótko dając mu nacieszyć się przyjemnym wspomnieniem, ale i nie oszczędzając bólu związanego z oglądaniem własnych porażek.
Widział siebie w żłobku, wraz z całym rodzeństwem. Ich zabawy, ich sprzeczki i przepychanki. Chwile, które spędził wraz z Rosiczką na robieniu żabotek, na taplaniu się w błocie z (nie do końca chętną…) Wężynką czy zbieraniu muszelek pod czujnym okiem piastunki. Przypomniał mu się nawet moment, w którym jeden ze swoich skarbów podarował Tojadowi, który zupełnie omyłkowo zniszczył prezent, co przerodziło się w trwający wiele księżyców konflikt. Przyglądał się przyniesieniu przez Szałwiowe Serce “futrzastej ryby” do żłobka. Ich mianowaniu na uczniów, swojej radości z powodu przyznanej mentorki, możliwości zostania ogrodnikiem. Wspólnym treningom, pomaganiu medyczkom. To było takie ciepłe, takie miłe! A on sam był wtedy taki niewinny…
Później, cóż, wszystko się posypało jak kocięca budowla z patyków. Pierwsze zgromadzenie. Tocząca się, oderwana głowa. Śmierć tego dziwnego, pseudokociego stwora. Zapach krwi, śmierci, okropne wrzaski i wrzawa, grupa nieznajomych otaczająca tego potwora, praktycznie rozrywająca go na strzępy. Panika. Kłótnia z uczniem innego klanu, bójka z własną siostrą, kara. To wszystko rozgrywało się tuż przed nim, żywe, jakby wydarzyło się ledwo wczoraj. A potem, zaledwie kilka wschodów słońca później…
Nadeszła powódź. Przełknął ślinę nerwowo, wbił pazury w wyimaginowane podłoże i zaczął się trząść, gdy tylko zobaczył migawki z tej katastrofy. To było… przerażające. Tyle cierpienia, bólu, zmarnowanych istnień. Chwile, w których myślał, że umarł. Z perspektywy czasu, wiedział, że nie był aż tak bliski śmierci, jak wówczas mu się zdawało. Nie doświadczył wszak niczego podobnego do… tego, czymkolwiek ta dziwna przestrzeń, w której obecnie przebywał, była.
Wszystko, co wydarzyło się po powodzi, nawet w tych urywkach nie było spójne. Sceny przeskakiwały chaotycznie, chronologia była w nich zaburzona, wszystko się mieszało. Nawet nie był pewien, czy to wszystko naprawdę miało miejsce. Widział fragmenty odbudowy obozu, rozmowy z rodzeństwem, kłótnie ze Żmijowcem, moment swojego mianowania na pełnoprawnego ogrodnika — a potem, zupełnie znikąd, znowu przebijały się momenty z powodzi. Krzyk Rosiczki. Znalezienie ogona byłej mentorki jego brata. Perły, perły wszędzie! Przewrócił się nagle, choć sam nie wiedział czemu. Czuł, jakby jego ciało nagle stało się potwornie ciężkie, a jego mięśnie słabsze niż zazwyczaj. Krzyknął bezgłośnie. Nagle jednak wszystko się uspokoiło. Poczuł błogie ciepło, spokój rozchodzący się po całym organizmie, obezwładniającą senność — jak za pierwszym razem, gdy zażył mak. Serce mu spowolniło, a on sam zwinął się w ciasny kłębek, układając się jak do snu. Czy to już był koniec? Całe życie przeleciało mu przed oczami? Nadeszła pora na ostateczne pożegnanie?
Ten przyjemny stan lepszej świadomości opuścił go jednak tak szybko, jak się pojawił. Poczuł niepokój, stale rosnący, pochłaniający go od wewnątrz, jakby pożerał go od wewnątrz. Poderwał się na cztery łapy, panicznie rozglądając się dookoła. Serce biło mu jak oszalałe, jakby chciało wyrwać się mu z klatki piersiowej. Pocił się, drżał — i nie mógł wykrztusić z siebie słowa. Zataczał się, głowa mu pulsowała, a oddech nie chciał spowolnić. Potrzebował…
Maku? Nie, wcale nie. Wzdrygnął się na samą myśl. Chciał go, pożądał tych cudotwórczych, czarnych ziarenek, ale… coś w nich niezmiernie go odpychało. Podniósł wzrok, a przed nim zmaterializowały się sylwetki bliskich. Tojad, Rosiczka, Wężyna, Żmijowiec, matka, Pierzasta Kołysanka. Patrzyli na niego. Mówili coś, ale on nie słyszał. Ich słowa nie miały sensu, nic nie miało sensu. Czy umieranie miało być koszmarem, czy po prostu mściwi Gwiezdni ukarali go za celowe odebranie sobie życia? Sam już nie wiedział. Trząsł się, żałował. Wciąż ich nie rozumiał, ale Rosiczka płakała, siedząc skulona przy Śnieżnej Mordce. Srebrna wojowniczka też płakała… Czy umysł płatał mu figle? Czy teraz chciał wymusić na nim poczucie winy? Och, teraz… Teraz było już za późno!
Tojad śmiał się — przez chwilę. Następnie zastrzygł uszami i wielkimi oczyma spojrzał w dal, pochylając głowę smętnie. Jego mentorka zmarszczyła brwi, a Żmijowcowa Wić zgarbił się nieznacznie, a Trzcinowa Łapa objęła go nieśmiało ogonem. Co to w ogóle było? Czy tak sobie wyobrażał ich reakcje? Och, jaki on był w sobie zadufany — żeby myśleć, że ktokolwiek miałby za nim w ogóle zatęsknić!...
Przełknął ciężko ślinę. Nagle znalazł się po kostki w wodzie, ale jakimś cudem mu to nie przeszkadzało. Zrobiło się mu ciepło, bezpiecznie. Miękko. Poczuł czyjąś obecność. Wyimaginowane postaci bliskich stanęły bliżej, objęły go. Fala spokoju, radości rozlała się po jego ciele, momentalnie go uspokajając. A on?
On zaczął płakać. Chlipać, szlochać, ryczeć jak bóbr. Jakby wyrzucał z siebie całą gorycz, wszystko złe i podłe, wszystko, co go spotkało. Czuł, jakby się roztapiał, ale w dziwnie dobry sposób. Pochłaniało go coś przyjemnego. Ale w środeczku zaczął odczuwać niepokój, lęk, żałobę?
Nie chciał umierać. Naprawdę nie chciał umierać. Oddech na ponów mu przyspieszył, a pocieszające go sylwetki zniknęły, zamieniając się w kolorowe pyłki i odlatując wraz z nieistniejącym w tej przestrzeni wiatrem.
Nie chciał żyć, ale nie chciał też umrzeć. Co on najlepszego zrobił?! Dlaczego podjął taką decyzję?! Po co mu to w ogóle było? Teraz czuł się tak… nijako! Czuł wszystko na raz, z ogromnym natężeniem — rozpacz, euforię. Czuł, że odchodzi i czuł, że żyje. Kręciło mu się w głowie, dziwny świat dookoła zaczął wirować, a on skurczył się, spadając wraz z każdym jego artefaktem w czarną otchłań.
Po czym otworzył oczy, biorąc przy tym głęboki, choć chwiejny wdech.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz