Lato… piękny, kwitnący czas pełen tłustej zwierzyny, słonecznych dni oraz uśmiechów. Wartka rzeka przypominała o przepływie czasu. Woda nie stała, lecz była w ciągłym ruchu tak jak zresztą klanowe koty. Owocowy Las tętnił życiem, podniósłszy się po licznych tragediach, mający kocięta oraz wielu uczniów. Figa patrzyła na to wszystko swoimi zielonymi, gasnącymi oczami. Ich barwa nie była już tak intensywna, jak niegdyś, zbladły, zamgliły się nieco. Zastępczyni wychowała swoje dzieci na wspaniałe koty, a teraz mogła podziwiać ich sukcesy, ciężką pracę, oraz to jak dobrze sobie radziły w życiu. Z czasem przestała wahać się nad tym, czy ciąża była dobrym pomysłem. Dzięki Topoli i jego ogromnemu wsparciu Figa dużo lepiej zniosła wszelkie przeciwności losu, nie kończąc, nienawidząc własnych dzieci.
Teraz gdy codziennie patrzyła na siebie w tejże rzece, nad którą aktualnie siedziała, widziała siwe włoski na pyszczku. Pierwszy ślad, iż dopadała ją starość. Zawsze bała się tego stanu, niegdyś niepokonana, nieustraszona jak wojownik kotka stawała się zwykłą starszą. Za parę księżyców pewnie Czereśnia zacznie namawiać ją na odejście do starszyzny, czego na pewno mu odmówi. Póki może się ruszać, a jej umysł działał sprawnie, nie zamierzała oddawać posady, na której się sprawdzała. Nie chciała tego przyznać, lecz… gdyby odeszła na emeryturę, pogodziłaby się ze swym wiekiem. Nie potrafiła na razie zaakceptować takiego stanu rzeczy. Przecież wciąż była młodą, piękną Zwiadowczynią! Te siwe włoski na pewno znikną niebawem…!
Tak mijały jej dni. Widziała z każdym księżycem, jak Topoli jest ciężej wstać, więc codziennie mu w tym pomagała. Nie mogła pojąć, dlaczego tak mu padają stawy? Ona co prawda zaczęła odczuwać dyskomfort w kręgosłupie… ale nie na tyle duży, by przestać móc chodzić po drzewach (tyle, co wejść i zejść do spania) czy polować. Nawet odbywała sparingi z uczniami, czasem z własnymi dziećmi, by pozostać w dobrej formie. Jej mięśnie wciąż były wyrzeźbione, chociaż w porównaniu z młodzikami, wypadała nieco gorzej. Wciąż jednak miała doświadczenie, którego te wszystkie rozwydrzone kociaki i Uczniowie nie posiadali. Pokładała jednego z drugim, używając sprytnych technik zamiast czystej siły, jak to zawsze lubiła.
Tak właśnie spędzała swoje dni, a czas nieuchronnie leciał do przodu. Płynął jak rzeka, znad której pyszczek Figi wyglądał ryb. Gdy zauważyła jedną, napięła mięśnie, by zanurzyć się w płyciźnie i upolować zdobycz. Ociekającą, wciąż żywą, wyjęła na trawę. Bardzo ładna, dorodna rybka, jak na Porę Nowych Liści przystało. Zadowolona z siebie zaczęła wracać do obozu, sprawnym truchtem, by nie upuścić zdobyczy na piaszczystą drogę. Zamierzała podzielić się nią z Topolą, który niebawem powinien wrócić z patrolu.
Zastępczyni usiadła pod krzewem, czyszcząc swoje długie futro. Wciąż nie bardzo jej się chciało o nie dbać, ale obiecała partnerowi, że przynajmniej będzie wyjmować z niego listki i kamyczki. Tak więc w oczekiwaniu, ułożyła obok siebie stoisk wyciągniętych drobiazgów z ogona czy łap. Kiedy usłyszała powracający patrol, uniosła głowę, dostrzegając czarno białe futro. Topola rozmawiał chwilę z pozostałymi, nim zaczął szukać jej wzrokiem. Gdy to zrobił, jego pyszczek od razu się rozpromienił. Podszedł, a widząc rybę, jego mordka stała się jeszcze bardziej wesoła.
— Siadaj — Poleciła mu. — Świeża, sama ją upolowałam.
— Wygląda przepysznie. — Miauknął, a ślinka sama pociekła mu po brodzie.
Figa zgrabnym ruchem otarła mu pyszczek, a następnie wzięli się do wspólnego dzielenia języków, rozmawiając o swoich dzisiejszych przygodach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz