Wełnianka zachichotała pod nosem, prędko jednak powracając do swojej groźnej persony, szczerząc kiełki i wydając z siebie lekko nieudolny ryk. Kłapnęła zębami w powietrzu, pazurami orząc podłożę kociarni, po czym zjeżyła futro na karku. Tak właściwie nie wiedziała, jak wyglądały i zachowywały się prawdziwe borsuki. Z opowieści piastuna i niektórych starszych wiedziała jedynie, że były to straszne, ciężkie istoty o małych, złych oczach i potężnych szponiskach, za pomocą których przekopywały glebę i atakowały koty. Miała więc nadzieję, że jej imitacja wielkiego ssaka była wystarczająco przekonująca.
Nieco niezgrabnie ruszyła na niebieskiego kocurka, odbijając się od ziemi i skacząc na niego, znowu go przewracając. Tym razem jednak jej kolega spodziewał się ataku, prędko zadając jej cios łapą w brzuch, zrzucając ją z siebie zwinnie. Rzucił się do ucieczki, a gdy ona z pełnym przekonaniem ruszyła za nim, gwałtownie zawrócił, powalając ją na ziemię i przygniatając.
— Ha! Widzisz, borsuku? Dzielny wojownik właśnie cię pokonał! Poddaj się albo skończysz marnie! — miauknął dumnie, ledwo powstrzymując śmiech.
Zanim Wełnianka zdołała cokolwiek odpowiedzieć, Drzemlik pochylił się do przodu i postanowił odpłacić się pięknym za nadobne – zaczął również ją łaskotać, naśladując to, co koteczka zrobiła wcześniej. Młódka roześmiała się w głos, szamocząc się niezdarnie pod ciężarem drugiego kocięcia, chcąc odeprzeć ten brutalny atak.
— Nigdy, wojowniku! Raaaawr! — warknęła, powstrzymując kolejny wybuch śmiechu. Tak jak niebieski kociak próbowała wyglądać strasznie, ale im obojgu wychodziło to raczej kiepsko. Z boku wyglądali na nieporadne, urocze, kotokształtne kluski, a nie jak krwiożercze bestie, gotowe do rzucenia się sobie nawzajem do gardeł. — Nigdy mnie nie pokonasz!
Odepchnęła go tylnymi łapkami, odrzucając go w tył i wskakując na niego. Nie zdołała go jednak przyszpilić, przez co ten z łatwością znowu ją zrzucił – ale tym razem spodziewała się jego ruchu, prędko więc zareagowała, co skończyło się na ich wzajemnym wywracaniu się i toczeniu jak kula po podłożu kociarni. W końcu oboje opadli z sił, kładąc się obok siebie i łapiąc oddech. Wełnianka leżała rozpłaszczona na miękkim mchu, przypominając nieco solę, lub inną denną rybę. Uśmiechnęła się do kocurka szelmowsko, szczerząc białe kiełki, po czym pacnęła go delikatnie łapką.
— Fajnie się z tobą dzisiaj bawiło, wiesz? — mruknęła, mrugając koralikowymi oczkami, przechylając łebek w bok. — Chciałbyś to kiedyś powtórzyć? I w ogóle się zakolegować? Bo ja cię lubię i mam nadzieję, że ty mnie też!
< Drzemliku? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz