Przed mianowaniem
Jeszcze rano zdawałam próbę na zwiadowczynię. Wciąż pamiętałam dumę w oczach Rohan, kiedy oznajmiła, że poradziłam sobie ze wszystkim, czego ode mnie oczekiwała. Nadal trudno było mi uwierzyć, że już następnego dnia miałam oficjalnie dołączyć do grona zwiadowców Owocowego Lasu. Wydawało mi się, że minęła zaledwie chwila od momentu, gdy pierwszy raz niepewnie próbowałam wspiąć się na drzewo, a teraz potrafiłam bez zawahania przeskakiwać między gałęziami i rozpoznawać tropy pozostawione przez lisa. Wszystko wydarzyło się tak szybko… a mimo to największe emocje tego dnia wcale nie były związane z moją próbą. Były związane z rodzeństwem.
Kiedy tylko dotarliśmy na wyspę, odruchowo zaczęłam rozglądać się po tłumie. Wiedziałam, że szanse na szybkie odnalezienie znajomych pysków były niewielkie. Koty z czterech klanów mieszały się ze sobą, rozmawiały, śmiały się, wymieniały nowinki. Dla mnie wszystkie wydawały się wyższe. Co chwilę ktoś zasłaniał mi widok ogonem albo barkiem, przez co musiałam stawać na palcach i wyciągać szyję, próbując wypatrzeć biało-czarne futro Łzawej Łapy albo ciemniejszą sylwetkę Milknącej Łapy. Im dłużej szukałam, tym bardziej zaczynałam myśleć, że może żadne z nich nie przyszło. Wtedy natknęłam się na dwóch uczniów z innych klanów.
Kurza Łapa od razu wydał mi się sympatyczny, choć trochę zaskoczyła mnie jego powaga. Obok niego stał drugi kocur o imieniu tak długim i skomplikowanym, że chyba nigdy nie zapomnę własnego zakłopotania. Próbowałam je powtórzyć chyba trzy razy i za każdym razem wychodziło mi coś zupełnie innego.
“Frina…? Firanentowa…? Firankowa…?”
Na samo wspomnienie poczułam, jak uszy robią mi się ciepłe. Na szczęście Firmamentowa Łapa zareagował śmiechem i cierpliwie powtórzył swoje imię. Chyba nie obraził się za moją pomyłkę, a ja odetchnęłam z ulgą. Było mi trochę głupio, ale jednocześnie nie mogłam przestać myśleć o tym, jak niezwykłe było poznawanie kotów z innych klanów. Każdy miał inne doświadczenia, inne zwyczaje i nawet wierzył w coś innego. Kiedy wspomniałam o Wszechmatce, obaj słuchali z takim zainteresowaniem, jakbym opowiadała im najpiękniejszą legendę świata. To było… miłe.
Najbardziej jednak zapamiętałam moment, gdy zapytałam Kurzą Łapę o moje rodzeństwo. Serce niemal wyskoczyło mi z piersi, kiedy potwierdził, że znał Milknącą Łapę i Łzawą Łapę. Każde jego kolejne słowo chłonęłam z ogromną uwagą. Dowiedziałam się, że Łza uczyła się bardzo szybko. Nie zdziwiło mnie to ani trochę. Zawsze była ambitna i chciała być najlepsza. Potem wspomniał o Zewie… a właściwie Milknącej Łapie. Powiedział tylko, że “radzi sobie”. Niby nic wielkiego, ale przez resztę wieczoru zastanawiałam się, co dokładnie miał na myśli. Czy naprawdę wszystko było dobrze? Czy może ukrywał przede mną coś, czego nie chciał mówić obcej kotce?
Nie zdążyłam jednak długo nad tym rozmyślać. Nagle gdzieś za moimi plecami rozległ się głośny plusk. Odwróciłam się odruchowo i zobaczyłam coś, od czego aż zamarłam. Gronostaj zniknął pod powierzchnią wody, a chwilę później Alka próbowała wyciągnąć go na brzeg… tylko po to, żeby sama również wpaść do wody. Przez ułamek sekundy wszyscy patrzyli na nich w osłupieniu, zanim Kurka bez chwili zawahania rzucił się do wody.
Pobiegłam za nim, ile sił w łapach. Wiedziałam, że nie mogłam wskoczyć do rzeki, sama narobiłabym tylko więcej problemów. Gdy tylko Kurka wyciągnął Alkę na brzeg, od razu złapałam ją za kark i odciągnęłam dalej, robiąc miejsce na Gronostaja. Wszystko działo się tak szybko, że dopiero po chwili dotarło do mnie, jak niewiele brakowało do tragedii. Alka oczywiście próbowała uciec.
Dotąd nie wiem, skąd wzięłam odwagę, żeby zastąpić jej drogę. Była prawie mojego wzrostu, ale wyglądała tak, jakby za chwilę znowu chciała gdzieś pobiec. Zanim zdążyłam się zastanowić, zaczęłam ją strofować, a gdy próbowała mnie wyminąć, złapałam ją za ogon i odprowadziłam z powrotem do Kurki. Nawet teraz uśmiechnęłam się pod nosem na wspomnienie tego, jak oburzona wykrzykiwała, że sama kiedyś zostanie zwiadowczynią i na pewno nie będzie mnie słuchać.
Może rzeczywiście kiedyś nią zostanie. Oby tylko wcześniej nauczyła się nie wskakiwać do lodowatej wody. Dopiero po tym całym zamieszaniu odnalazł mnie Milknąca Łapa.
Na sam dźwięk jego głosu odwróciłam się tak szybko, że prawie wpadłam na przechodzącego wojownika. Nie widzieliśmy się od sześciu księżyców. To strasznie długo. Wystarczająco długo, żeby z drobnego kociaka wyrósł wyższy ode mnie uczeń. Wystarczająco długo, żebyśmy oboje zaczęli podążać zupełnie innymi ścieżkami.
Rozmawialiśmy chyba tylko kilka chwil, ale dla mnie mogłyby trwać całą noc. Opowiadałam mu o zdanej próbie zwiadowczyni, o Rohan i o tym, jak bardzo nie mogłam doczekać się ceremonii. On z kolei opowiedział mi o swoim treningu, o Klanie Burzy i… o Łzawej Łapie.
To właśnie ta część rozmowy najbardziej utkwiła mi w pamięci. Nie spodziewałam się, że ich relacje staną się aż tak trudne. Zawsze wyobrażałam sobie, że skoro trafili do jednego klanu, będą mogli wspierać się każdego dnia. Tymczasem z jego słów wynikało coś zupełnie odwrotnego. Słuchałam go uważnie, próbując znaleźć odpowiednie słowa pocieszenia, ale jednocześnie czułam, jak robi mi się zwyczajnie smutno. Rodzeństwo powinno być dla siebie oparciem. Najbardziej zabolało mnie jednak coś zupełnie innego. Nie zobaczyłam Łzawej Łapy ani przez chwilę.
Przez całe zgromadzenie wypatrywałam jej sylwetki. Kiedy rozmawiałam z Kurzą Łapą. Kiedy pomagałam Kurce ratować Gronostaja i Alkę. Nawet wtedy, gdy żegnałam się z Milknącą Łapą, mimowolnie rozglądałam się po wyspie. Może właśnie rozmawiała z kimś po drugiej stronie. Może była zajęta obowiązkami uczennicy medyczki. A może po prostu nasze ścieżki tego wieczoru ani razu się nie przecięły.
Bardzo chciałam wierzyć, że następnym razem będzie inaczej. Zanim dotarliśmy do obozu, podniosłam wzrok ku rozgwieżdżonemu niebu. Zastanawiałam się, czy Wszechmatka specjalnie pozwoliła mi spotkać tylko jednego z rodzeństwa. Może chciała przypomnieć mi, że nawet jeśli nasze drogi się rozeszły, więzi między nami wcale nie zniknęły. Nadal byliśmy rodziną. Nadal tęskniliśmy za sobą.
Wtuliłam nos głębiej w puszystą kryzę i uśmiechnęłam się do własnych myśli. Jutro miałam zostać zwiadowczynią Owocowego Lasu. Chciałam wierzyć, że gdzieś daleko Milknąca Łapa zasypiał z myślą o naszej rozmowie, a Łzawa Łapa, nawet jeśli się nie spotkałyśmy, również była bezpieczna. To wystarczyło, by tej nocy zasnąć z odrobinę lżejszym sercem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz