Wczesne popołudnie, kilka dni przed mianowaniem kociąt
. ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁⋆.𐙚 ̊ . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁
Buraska wpatrywała się w ścianę, czując pustkę.
— Coś się stało? — spytała zatroskana Poziomka, na co błękitnooka po prostu westchnęła, nie wiedząc jak ubrać odpowiedź w słowa i to najlepiej tak, żeby jej nie martwić, ani nie okłamać.
— Czy… ty też tęsknisz...? — spytała w końcu, nie odwracając spojrzenia w jej stronę.
Po dłuższej chwili szylkretka, zawinąwszy ogon wokół łap, odparła:
— Oczywiście. Tak samo, jak i Porzeczka. Może nie aż w takim stopniu, ale ona też na pewno za nią tęskni. Choć może to i dobrze, że jej z nami nie ma.
— Nie lubię tu być… Tu jest tak… ciasno — wyszeptała Malinka, w końcu spoglądając na siostrzyczkę, pierwszy raz podczas całej rozmowy.
— Wiem.
Między kociętami zapadła chwila niewymownej ciszy.
Nagle kątem oka istotka ujrzała kształt zbliżający się do Poziomki. Wstała, gwałtownie przesuwając czarną za siebie, a po uderzeniu serca poczuła świst powietrza tuż przy swoim pyszczku.
— No eejjjj, już byłam tak blisko jej ogona! — pisnęła, jak się okazało Porzeczka, podczas gdy bura zmieniła postawę z obronnej na wystraszoną.
— Przepraszam cię, myślałam, że ktoś próbuje ją zaatakować…
— Nie no, luz — odparła kotka z uśmiechem. Po chwili odezwała się najmłodsza z sióstr dodatkowo:
— Miałaś już nie skakać na mój ogon z pazurami! Kiedyś ci oddam!
— Ta? No to złap mnie, jeśli potrafisz i to zrób! — krzyknęła Porzeczka, machając zaczepnie swoją kitą.
Kotki pobiegły w dalszą część żłobka, śmiejąc się w najlepsze, gdy Malinka zwinęła się w ciasną kuleczkę, postanawiając pójść spać wcześniej niż zazwyczaj, a w jej głowie zaczął tworzyć się pewien plan...
Bardzo późny wieczór, niemal środek nocy
. ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁⋆.𐙚 ̊ . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁
Malinka powoli otworzyła jedno oko, sprawdzając, czy wszyscy wokół już spali. Następnie najdelikatniej jak mogła, zeszła z żywego kociego materaca, jakim była wieża z jej sióstr i niej samej (a teraz tylko z szylkretek). Miała plan. Wyjdzie z tej przydługiej zapchlonej dziury i w końcu zobaczy niebo. Tak dawno go nie widziała. Chciała odetchnąć świeżym, nocnym powietrzem. Poczuć trawę pod lampami i się w niej wytarzać. Pozbierać kwiaty dla swoich sióstr i wpleść je w ich szylkretowe szaty, aby później móc patrzeć na ich szczęśliwe pyszczki. Błękitnooka wyszła ze żłobka, kierując się do miejsca, z którego w ciągu dnia wychodziły starsze koty, kiedy poczuła za sobą przewiew powietrza.
— Dokąd to? — usłyszała niski głos, należący do mało znanego jej kocura, tym samym zatrzymując się w miejscu.
— Ja… Chciałam tylko iść zobaczyć niebo.
— Jesteś Malinka, prawda? — zapytał kronikarz, na co błękitnooka pokiwała energicznie głową.
— Tak… Proszę, nie mów nic Zawodzącej Gwieździe, nie chcę mieć kłopotów… Ja po prostu…
— Już nic nie mów. Zmykaj do żłobka, zanim się rozmyślę.
— A-... — zająknęła się szylkretka, jednak po dwóch uderzeniach serca popędziła z powrotem w stronę swoich sióstr i ich opiekunki, zatrzymując się jeszcze z poślizgiem przed wejściem, jakby sobie coś nagle przypomniała.
Zanim tam jednak weszła, obróciła się za siebie, chcąc podziękować kocurowi. On jednak już zniknął w jednym z legowisk, a jako że kocię nie chciało krzyczeć w środku nocy, to stwierdziło, że odwiedzi go następnego dnia i mu podziękuję. W końcu tak by wypadało, czyż nie?
Dzień po mianowaniu…
. ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁⋆.𐙚 ̊ . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁
Nieboskłonna Łapa miała zamiar wykorzystać ten dzień najefektywniej, jak się tylko dało. Dryfujący Fluoryt nie chciała się zgodzić na to, aby odszukać nieznajomego burasce kota, kiedy ta jeszcze była pod jej opieką. Wtedy jedynym, co mogła zrobić, było położenie po sobie uszu z frustracją i poczuciem niezrozumienia, oraz braku wysłuchania. Dziś jednak zamierzała odwiedzić nieznajomego. Jednak zanim przyszedł na to czas, postanowiła wpaść na chwilę do żłobka, aby zabrać swoje klamoty, które inne starsze koty przynosiły jej i jej siostrom z patroli okazyjnie. W ciągu całego tego dnia, do żłobka zawitały trzy nowe kocięta, okrzyknięte dziećmi Ostatniego Pożaru oraz Złotej Wydmy. Szylkretka, szukając swoich rzeczy, obserwowała ich z daleka, nie spuszczając z nich wzroku ani na chwilę. Nawet jeśli kocięta oddalały się od siebie, istota była w stanie objąć je wszystkie swoim czujnym spojrzeniem. Po niedługim czasie uznała, że chyba nie przepadała za innymi kociętami. Były dla niej zbyt hałaśliwe i wymagające wielu rzeczy.
“Mam nadzieję, że ja nie byłam takim… Takim utrapieniem dla Zawijas… Ani dla Dryfującego Fluorytu” — pomyślała, kiedy jedno z kociąt, dymny kocurek, podbiegł tuż pod jej łapki.
— Cześć, przyszedłem zaszczycić cię moim urokiem osobistym! — miauknął młodziak, zadzierając głowę wysoko, do Malinki. — Chcesz popatrzeć jak ja, wybranek samego wielkiego Klanu Gwiazdy, odbieram od nich prywatne wiadomości moimi jakże idealnymi pędzelkami? — dodał zadziornie, na co ona strzepnęła delikatnie ogonem, odsuwając się o dwie długości myszy. Nie lubiła naruszania jej przestrzeni osobistej, która właśnie została naruszona.
— Nie, raczej niekoniecznie… — mruknęła, czując się trochę… przytłoczona przez energię nieznanego jej, czarnego kocurka.
<Zwiastunku? Przedstawiłbyś się chociaż, czy coś…>
[743 słowa]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz