Jakiś czas temu
TW: poruszany temat śmierci
Starała się ignorować obecność lisa, który podążał za nią już od jakiegoś czasu, jednak ciężko jej było pogodzić się z możliwą śmiercią z jego łap. Ostatnimi czasy kocice nawiedzały wizję, dzięki którym ponownie mogła spotkać się ze swoją matką i wtulić pysk w jej szylkretowe futro. Przyczyny jej odejścia były różne, jednak jedna z nich była najbliższa sercu kocicy. Śmierć ze starości w legowisku medyków, otoczona przez bliskie jej koty, braci oraz członków ich rodzin, które na pewno do tego czasu udało im się założyć oraz zioła, których woń utuliła ją do wiecznego snu.
Co jakiś czas zatrzymywała się, przenosząc zmęczone spojrzenie na rudego kata, który nie spuszczał z niej spojrzenia nawet na chwilę. Jego kroki z każdym kolejnym uderzeniem serca stawały się pewniejsze, coraz śmielej pokonywał dzielącą ich odległość, by zaraz ponownie wycofać się, dając złudne poczucie bezpieczeństwa. Nim zada ostatni cios, nim zakończy jej żywot, zadba o to, aby wcześniej pozostała po niej tylko pusta skorupa.
Z opóźnieniem zarejestrowała pojawienie się czterech kotów, które w jednej chwili stanęły między nią a lisem. Zgarbiła się, mając nadzieję, że nie zostanie spostrzeżona przez grupę nieznajomych i uda jej się po cichu wycofać z ich terenów.
Chwila, nieznajomych?
Poruszyła nosem, zbierając zapach nowo przybyłych. Słodki owocowy zapach mieszał się z zapachem liści, deszczu oraz spalin. Na ich tle wyróżniała się woń kocura, która mimo podobieństwa do współbratymców, miała słaby zapach czegoś znajomego. Nieśmiało podniosła spojrzenie na patrol.
Powoli postawiła krok naprzód, wpatrując się w czarnego kocura, tak dobrze jej znanego. Od ich ostatniego spotkania minęło tyle czasu. Założyła najgorsze, gdy nie udało jej się go spotkać na granicy w umówionym miejscu, jak i na terenach niczyich, w miejscu, które musiało najprawdopodobniej służyć za obóz Świetlików.
— Mglisty Śnie… — powiedziała ochrypłym głosem, omal nie rzucając się kocurowi na szyję.
— Wełnista Mszyco? Jednak żyjesz! — mruknął uradowany. — Co ci się stało… Wyglądasz na niedożywioną i potrzebujesz pomocy medycznej.
Wełnista Mszyca nie miała siły nawet odpowiedzieć mu na to pytanie.
— Musimy ją zaprowadzić do Gołąbka — mruknął Hiacynt.
— Jesteś w stanie iść, Wełnista Mszyco? — zapytał białej.
Kotka z trudem wstała na trzęsących się łapach i kiwnęła głową. Rohan i Śnienie podparli ranną, Hiacynt wyszedł na prowadzenie, a Wrona popędziła do obozu, by przekazać ważne informacje dla Gołąbka oraz Czereśni.
Początkowo bez problemu udało jej się kroczyć po trawie przy pomocy czarnego kocura oraz zwiadowczyni, zmierzając w stronę obozu Owocowego Lasu, jednak łapy w końcu odmówiły jej posłuszeństwa, a świat spowił mrok.
~~~
Purchawka, Mistral, Gołąbek oraz Gończyk co noc czuwali na zmianę przy niej, monitorując jej funkcje życiowe, podobnie jak sam zresztą Śnienie, który pomimo pełnienia obowiązków wojownika, w przerwach między snem decydował się towarzyszyć kocicy w procesie leczenia.
Rany, które zdobiły jej ciało, zostały profesjonalnie opatrzone, podobnie, jak jej tylna łapa. Ku uldze Wełnistej Mszycy, dzięki jej szybkiej na wpółprzytomnej reakcji, udało się uratować łapę przed amputacją. Dzięki uzdrowicielom pozbyła się również pcheł, które musiała złapać od któregoś z samotników spotkanego na terenach niczyich. Jej sierść, mimo że wciąż pozostawiała wiele do życzenia, prezentowała się lepiej niż przy pierwszym spotkaniu patrolu.
Zaciągnęła sobie ogromny dług wdzięczności wobec społeczności Owocowego Lasu.
Problem stanowił jej pogarszający się wzrok wskutek życia na lodowych połaciach, na którego nie było lekarstwa. Ostrożnie przejechała ogonem po grzbiecie Mglistego Snu, a właściwie Śnienia. To właśnie takie miano nosił teraz były Wilczak w Owocowym Lesie. Czarnofutry kocur spał głębokim snem tuż obok pacjentki z głową opartą o jej legowisko.
— Wełnista Mszyca, tak? Dobrze zapamiętałam? — zapytała Mistral, lustrując spojrzeniem pacjentkę. Albinoska skinęła głową. — Jeszcze kwadra lub dwie, dla pewności, i będziesz mogła opuścić lecznicę. Masz szczęście, naprawdę, dużo szczęścia...
To prawda, miała dużo szczęścia w tym nieszczęściu, które jej się przytrafiło. Korzystając z okazji, zasięgnęła języka Gołąbka oraz Modrogończyka na temat sytuacji w Klanie Burzy. Podobno zamach mimo dojścia do skutku został stłumiony w zalążku, a klanem władał teraz Zawodząca Gwiazda. Jak się okazało w trakcie rozmowy, Modrogończyk był jednym z dzieci nowego lidera klanu i szamanki, pod której opieką się znalazła.
Chwila, skoro klanem rządził Zawodząca Gwiazda, istniała szansa, że jej bracia również byli cali i zdrowi. Tak, jak i pozostali członkowie. Wełnista Mszyca była uradowana, słysząc, jak brązowy młody kocur wspominał, że na terenach Klanu Burzy widział kocura łudząco podobnego do niej, tylko mającego czerwone oczy.
Czy to znaczyło, że mogła bezpiecznie wrócić do domu? Jednak czy na pewno mogła, tym bardziej po tym, jak bez zająknięcia opuściła teren, obawiając się śmieci z łap Tańcującego Pierza? Czy jej bracia byli jej w stanie to wybaczyć?
— Biały Strumieniu... jesteś cały i zdrów... — mówiąc to, uroniła kilka łez, na co Modrogończyk użyczył jej końcówki swego ogona.
— Wełna... — zamruczał Śnienie, otwierając oczy i wpatrując się w pacjentkę oraz młodego szamana, który nieco spiął mięśnie, gdy poczuł na sobie spojrzenie wojownika. — Co ty wyprawiasz... Trzymaj swój ogon przy sobie, a nie wsadzasz go chorym prosto w pysk! — fuknął, na co złotooki odsunął się od Wełnistej Mszycy — Przed chwilą pewnie trzymałeś w nim zioła, która mogą podrażnić jej oczy.
— Wycierałem tylko łzy... — prychnął na swoją obronę uczeń, tłumacząc, że jego ogon jest czysty, jak łza. — Wiem, że sam byś pewnie wolał to zrobić, ale z tym kikutem za wiele nie zdziałasz... — zaśmiał się kocur, jednak momentalnie zamilkł i przełknął ślinę. — Co mówiłaś, mamo? Już idę!
Gołąbek westchnął, odprowadzając spojrzeniem młodego szamana, który znalazł się już po chwili u boku czarnej kocicy, po czym podsunął na liściu dzienną dawkę ziół, które albinoska przyjmowała.
Ból mięśni oraz głowy zniknął, jak łapą odjął. Nie była już otumaniona, słyszała własne myśli, a głosy kotów nie trafiały do niej z opóźnieniem.
— Dziękuję — skinęła głową buremu, który oddalił się w głąb lecznicy, zanosząc porcję lekarstw kolejnemu z pacjentów, który zamieszkiwał w lecznicy, podobnie, jak Wełna. — Mglisty Śnie... — urwała — Śnienie.
— Możesz używać mojego starego imienia. Prawdę mówiąc, nie lubię tych Owocniakowych imion. — Uśmiechnął się. — Wyglądasz dużo lepiej. Zdrowiej... Słyszałem o tym, co się stało w Klanie Burzy.
Po grzbiecie kocicy przeszedł niekontrolowany dreszcz. Najwidoczniej jej ciało było przeciwne temu, aby poruszać ten temat. Nie chciała o tym rozmawiać. Jeszcze nie teraz. Na razie chciała dowiedzieć się więcej na temat Owocowego Lasu, jak i sytuacji w Klanie Burzy. Czy jej bracia wiedzieli, że żyje? Że żyje i przebywa w sojuszniczej społeczności?
— Wełnista Mszyco? — Na pysku kocura pojawiło się zatroskanie.
— Śnienie... podoba mi się brzmienie twojego nowego imienia. Jest równie ładne, jak Mglisty Sen, ale mogę je szybciej wymówić — miauknęła, mrużąc lekko oczy przed promieniami słońca wpadającymi przez dziurę w drzewie. — Ja również powinnam zmienić swoje imię na krótsze, przynajmniej do czasu, aż nie zakończy się moja rekonwalescencja w Owocowym Lesie. — Zamyśliła się. Nie chciała sprawiać dodatkowo problemu Owocniakom swoim dwuczłonowym imieniem. Tylko co wybrać? Wełna? Mszyca? Nie... — Wróżka. To imię wybrali dla mnie moi rodzice, w dniu, w którym się urodziłam. Oboje byli samotnikami, więc pewnie znają prawdziwy sens jego brzmienia, ale podobno miało nawiązywać do rośliny... Co o nim sądzisz?
<Śnienie?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz