Nie rozumiałem, dlaczego niektórzy dorośli tak dziwnie patrzyli na moją mamę. Z początku myślałem, że po prostu coś ich zainteresowało. Może jej futro? Czekoladowe, miękkie i zawsze trochę potargane, szczególnie w miejscu, gdzie sama nie mogła sięgnąć językiem. A może brak ucha? Dla mnie było to przecież coś zwyczajnego. Odkąd pamiętałem, mama miała tylko jedno ucho i nigdy nie pomyślałem, że przez to wygląda gorzej od innych. Wręcz przeciwnie. Jej sylwetka była dla mnie tak znajoma, że kiedy patrzyłem na inne koty z dwiema uszami, wydawały mi się przez to jakieś dziwne. Dopiero niedawno zacząłem zauważać te spojrzenia. Krótkie, ukradkowe, czasem pełne czegoś, czego nie potrafiłem jeszcze nazwać. Jedne koty odwracały wzrok, kiedy mama na nie spojrzała, inne przeciwnie — patrzyły na nią zdecydowanie za długo. Czasem szeptały między sobą, a kiedy przechodziłem obok, nagle milkły. Nie lubiłem tego. Nie wiedziałem nawet, dlaczego, ale czułem w brzuchu nieprzyjemne kłucie, ilekroć ktoś tak robił.Któregoś dnia siedziałem przy brzegu obozu, obserwując wodę przesuwającą się leniwie między trzcinami. Słońce odbijało się w jej powierzchni tak mocno, że musiałem mrużyć pomarańczowe oczy. Przypomniało mi się wtedy coś, co opowiadał mi kiedyś jeden ze starszych kotów. Nazwał tę historię legendą, ale powiedział ją takim tonem, jakby była najprawdziwszą rzeczą na świecie. Według niej na początku istniała tylko Wieczna Noc, a z kawałków nieba powstały pierwsze koty. Czarne zrodziły się z czarnego nieba, białe ze Srebrnej Skórki, srebrne i szynszylowe z księżyca oraz gwiazd. Potem pojawiły się kolejne maści, aż w końcu cynamonowe i czekoladowe. I właśnie te ostatnie miały powstać z błota i mułu. Pamiętam, że starszy kot prychnął wtedy i powiedział, że to durnowata opowieść, ale zaraz potem zaczął tłumaczyć, że niektórzy naprawdę wierzą, że przez to czekoladowe koty są gorsze. Że są nieczyste. Że ciągną innych do bagna. Wtedy nie bardzo wiedziałem, co o tym myśleć. Teraz chyba zaczynałem rozumieć.
Spojrzałem na swoje łapy. Były bure, poprzecinane ciemnymi pręgami. Takie same jak u wielu innych kociąt. Podniosłem głowę i rozejrzałem się po obozie. Widziałem czarne futra, białe, rude, niebieskie, kremowe, srebrne… i czekoladowe. Tylko że nagle dotarło do mnie coś bardzo prostego. Jeśli moja mama miała czekoladowe futro, to przecież nie sprawiało, że była mniej mamą. Nie czyniło jej głupszą, słabszą ani gorszą. To było po prostu jej futro. Tak samo, jak moje pręgi były moje. Tak samo, jak pomarańczowe oczy. Tak samo, jak brak jednego ucha był częścią jej wyglądu.
Właśnie wtedy zobaczyłem ją kawałek dalej. Stała przy wejściu do kociarni i rozmawiała z jednym z dorosłych. Jej czekoladowe futro lśniło delikatnie w słońcu, a pojedyncze ucho poruszyło się, gdy usłyszała coś za sobą. Zrobiłem krok w jej stronę, ale zatrzymałem się, kiedy dostrzegłem kolejne spojrzenie. Ktoś patrzył na nią z ukosa, a potem szybko odwrócił głowę. Zmarszczyłem nosek. Tym razem jednak nie poczułem w sobie tego samego zagubienia co wcześniej. Poczułem złość.
— Przecież ona nic złego nie zrobiła… — mruknąłem pod nosem.
Legenda nagle wydała mi się jeszcze bardziej durnowata niż wtedy, gdy usłyszałem ją po raz pierwszy. Jak można było oceniać kota po tym, z czego rzekomo powstało jego futro? Przecież nikt nie wybierał, czy urodzi się czarny, biały czy czekoladowy. Nikt nie wybierał też, ile będzie miał uszu. Mama nie była błędem. Jej brak ucha nie był czymś, co powinno się przed nią ukrywać albo czego należało się wstydzić. Był czymś, co wyróżniało ją spośród innych. Czymś, co sprawiało, że rozpoznawałem ją nawet z daleka.
I chyba właśnie dlatego tak bardzo ją lubiłem.
Podniosłem się z ziemi i ruszyłem w jej stronę, zadzierając wysoko ogon. Kiedy znalazłem się przy jej boku, bez zastanowienia wtuliłem się w czekoladowe futro. Mama spojrzała na mnie z lekkim zaskoczeniem, ale po chwili pochyliła głowę i polizała mnie między uszami.
— Wszystko w porządku, Lipieńku?
Pokręciłem głową, wciskając pyszczek jeszcze głębiej w jej sierść.
— Tak. Po prostu chciałem być przy tobie.
Nie powiedziałem jej, o czym myślałem. Byłem jeszcze za mały, żeby umieć dobrze ubrać to w słowa. Ale wiedziałem już jedno. Jeśli ktoś kiedyś spojrzy na moją mamę krzywo tylko dlatego, że jest czekoladowa albo ma jedno ucho, to nie będę udawał, że tego nie widzę. Bo dla mnie nie była żadnym błędem, żadną plamą na historii Klanu Nocy ani kotem zrodzonym z jakiegoś przeklętego błota. Była po prostu moją mamą. A to było dla mnie znacznie ważniejsze niż jakakolwiek durnowata legenda.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz