— Może ci uciekły? Poszukajmy ich, chodź — miauknął zachęcająco.
Na te słowa Fiołek cała się zjeżyła, a jej oczy zapłonęły dzikim gniewem. Jak on śmiał!? Czy ten lisi oddech słyszał samego siebie? Jej ślimaki miałyby uciec? Za kogo on miał ją i jej kochane mięczaki? Wbiła pazury w paprocie i poczuła, jak liście rozrywają się na drobne kawałki pod naciskiem. Nie będzie pozwalać tej zapchlonej świerzbowej skórze na takie poniżanie. W ogóle jej nie szanował! Myślał sobie, że jest najlepszy w całym żłobku, ale to jego problem, że nie docenił Fiołki. Zaraz mu pokaże!
— Jak ty śmiesz… — Jej źrenice się zwęziły, a ogon wściekle przecinał powietrze, kiedy gniewnie machała nim na boki. Chyba jeszcze nigdy nie była tak zła. — MOŻE UCIEKŁY? MOJE ŚLIMAKI UCIEKŁY!? — splunęła wściekle. — Moje ślimaki nigdy by nie uciekły. Były tresowane i się mnie słuchały. Potrafiły robić wszystko, o co je poprosiłam — wysyczała prosto w pysk Drzemlika. — Ale nie wiem, czy taki ptasi móżdżek jak ty byłby w stanie to pojąć, przecież ty nigdy nie miałeś takich cudownych, tresowanych ślimaków. I nigdy nie będziesz miał, bo nie potrafisz ich nauczyć tego wszystkiego, czego ja nauczyłam moje dwa piękne niebieskie ślimaki. A teraz ich nie ma! Ktoś je musiał ukraść, rozumiesz!?
Patrzyła ze wściekłością na zdezorientowany pyszczek Drzemlika, który chyba nie wiedział co odpowiedzieć. Pewnie nikt nigdy tak na niego nie nakrzyczał. A szkoda, bo już dawno mu się należało! Nigdy też pewnie nie widział Fiołki w takiej furii. No cóż, pewnie zapamięta ten widok na długo i następnym razem pomyśli trochę, jeśli w ogóle potrafi, zanim coś powie!
— Fiołko, Drzemliku! Co się stało? Wszystko w porządku? — Nagle nie wiadomo skąd przybiegła Senna Łza ze zmartwioną miną i trąciła swoje kocię nosem. Pewnie obawiała się, że zaraz dojdzie do bójki, co wcale nie byłoby takie dziwne, patrząc na porywczy temperament szylkretki.
Fiołek spojrzała na matkę i na chwilę oprzytomniała, przypominając sobie, że te niebieskie tresowane ślimaki istnieją tylko w jej głowie. Przecież nie miała żadnych zwierzątek. Co jednak miała powiedzieć Drzemlikowi, kiedy ten opowiedział jej o swoim pupilu? Nie mogła być gorsza od niego! Może na razie te mięczaki były wymyślone, ale niedługo znajdzie sobie jakieś prawdziwe, a na razie musiała improwizować.
Zauważyła, że coraz więcej kotów w obozie ma oczy skupione na dwójce młodych kociąt i z zaciekawieniem obserwuje tę kłótnię. Powstrzymała uśmiech satysfakcji, ale poczuła przyjemne ciepło rozchodzące się po jej ciele od nosa aż po końcówkę ogona. Tylu wojowników miało swoją uwagę skupioną na niej! Skupiła się na tym, żeby przybrać smutną, zrozpaczoną minkę i żeby mówić wystarczająco głośno, aby cały obóz ją słyszał.
— No bo ja znalazłam dwa niebieskie ślimaczki. I były przepiękne, takie z niebieskimi muszlami. I były też bardzo mądre, więc wpadłam na super pomysł, żeby je wytrenować. I mi się udało! I one się mnie słuchały i znały bardzo dużo słów i... i… I teraz ich nie ma! — Spojrzała oskarżycielsko na Drzemlika. — One by nie uciekły, mamusiu, bo one były tresowane! Ktoś musiał je ukraść albo… — przerwała na chwilę, jakby nie chciała dopuszczać do siebie tej strasznej myśli. — Albo coś je zjadło! Może nawet ktoś! Kto wie, czy drzemliki nie jedzą przypadkiem ślimaków. Pewnie nie bez powodu Świteziankowe Jezioro nadała mu takie imię, pewnie przeczuła coś albo Klan Gwiazdy zesłał jej znak!
Kompletnie nie przejmowała się tym, jakie głupoty gadała. Najważniejsze, aby ściągnąć na siebie jak najwięcej uwagi i doprowadzić do takiego stanu, gdzie każdy będzie jej współczuć, a Drzemlik niech ma za swoje. Obraził jej ślimaki i nigdy mu tego nie wybaczy!
<Drzemliku?>

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz