BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nastroszone Futro x Błotnista Plama. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nastroszone Futro x Błotnista Plama. Pokaż wszystkie posty

15 sierpnia 2023

Od Nastroszonego Futra CD. Błotnistej Plamy

 Machnął zirytowany ogonem na te jej jęki. Nie zamierzał się przed nią tłumaczyć. Chciał zobaczyć swoje dzieci i koniec kropka. Czy musiał mieć do tego jakiś powód? Nie. To była tylko zwykła chęć ujrzenia tych małych istot, którym dał życie. Zresztą... Matka mu gderała nad uchem, że powinien zacząć interesować się rodziną, no to... tu był. A co dostawał? Pretensje i wściekłą partnerkę, która wyglądała tak, jakby miała się rozryczeć i jednocześnie mu przywalić. Eh... Co to się z nią porobiło. Normalnie oszalała od tych bachorów. 
— No to co? Złaź mi z drogi — zasyczał na nią. 
Czekoladowa zjeżyła się, nie zamierzając ustąpić. Już unosiła łapę, by go odstraszyć, ale był na to teraz lepiej przygotowany. Uskoczył w ostatnim momencie. 
— Zwariowałaś! Zobaczysz, że zapłacisz za to! Zapłacisz! — zagroził jej, a następnie odwrócił się i odszedł. 
Co za głupia baba. Nie rozumiał jej. Była siebie warta. Aż żałował, że zmarnował na nią swój czas. Liczył, że będzie cierpieć. Że te dzieci przyniosą jej sam ból, a nie radość. 

***

Całkowicie zapomniał o Paskudzie, bo życie jakie teraz wiódł było o wiele lepsze niż te, które przeżył w Klanie Nocy. Imprezy do białego rana, szacunek na dzielni, no i panienki. Ah ileż on miał kotek. Codziennie bajerował inną i chociaż nie każda była chętna na zaloty, to większość widząc jego znamię, które wskazywało na przynależność do gangu Entelodona, ich nie odrzucała. Znał Rebece, Pietruszkę, Ważkę, Aramenie, Świetlik, Awangardę, Samante, a nawet Elizabeth. O tak... Dziwne imiona, których w większości nie umiał wypowiedzieć, ale żył niczym król. Prawdziwy lider otoczony wspaniałymi kobietami. One były w stanie zrobić dla niego wszystko. Nie były wadliwe jak Paskuda, były... niezwykłe i cudowne. I kochał każdą w takim samym stopniu. A co najlepsze... Nie miały pretensji, że umawiał się na boku z innymi. Kochał to miejsce. Kochał Betonowy Świat i już nigdy nie zamierzał powracać do swojego starego życia. 

17 lipca 2023

Od Błotnistej Plamy CD. Nastroszonego Futra

 Od momentu kiedy dzieci się urodziły, jej życie obróciło się do góry nogami. Nie bałą się o swoje dobro. Ona i tak była już upokorzona i pokonana przez Nastroszonego. Teraz po prostu chciała, by jej dzieci miały lepsze życie od niej. Jej cały żywot był już zmarnowany, nie miała nawet szans na znalezienie tego światełka w tunelu, a oni?... Jeżeli odziedziczyli choć trochę charakter po Nastroszonym (ale nie za bardzo), to… Na pewno sobie poradzą. Przynajmniej o nich mogła zadbać.
O resztę jej kociaków już nie mogła.
Nawet nie miała sił przychodzić na ich grób, musiała siedzieć z pozostałą trójką i uważać, by nikt im nic nie zrobił. Nawet obce dzieci wydawały się być wielkim zagrożeniem, każde spojrzenie w ich stronę wydawało się je ranić, na co nie mogła pozwolić. Wiedziała, że separuje je od świata zewnętrznego, ale jak inaczej zapobiec niebezpieczeństwu? Mieli siebie nawzajem, nie potrzebowali jakichś obcych… Jak na przykład ich ojca. Nastroszony który był tak bardzo dwulicowy, mógł im najbardziej zaszkodzić. Już na samym początku pokazał jak mało obchodzą go losy rodziny. Dzieci nie były dla niego ważne, więc każde jego wtargnięcie do żłobka mogła uznawać za chęć zrobienia im krzywdy. Już na samym początku groził, że je zabije. Mógł się do tego posunąć, dlatego… Musiała je chronić. Za wszelką cenę. Szare futro w wejściu do żłobka to był przerażający widok. Przyszedł by coś im zrobić, była tego pewna. A jak skończy z dziećmi, to na pewno skrzywdzi również ją… Spojrzała na niego jak na potwora z ciemności, który przyszedł ją pożreć.
- A c-co t-ty t-tu r-robisz?- wypiszczała, z paniką osłaniając dzieci, gdyby chciał się do nich dobrać.
- To co widzisz. Jestem w końcu ojcem. Przyszedłem zobaczyć dzieci, a ty rzucasz we mnie mchem jak jakiś kociak! - prychnął oburzony, podchodząc bliżej. Nie, nie! Nie mógł być tak blisko maluszków! Była pewna, że sama jego obecność mogła zaszkodzić kociakom. 
- Cz-czy m-mógłbyś n-nie p-podchodzić b-bliżej?- siliła się na miły ton, wlepiając w niego wytrzeszczone gały. Wolała się jak na razie powstrzymać od agresji. Na tyle ile mogła. Ale to było oczywiste, że bez przemocy się nie obejdzie. Nastroszony nie miał dobrych intencji.
- Bo co? Czego się boisz, Paskudo? - wbrew jej słowom, zbliżył się tak, że był jedynie króliczy skok od niej i dzieci. Szybko ugryzła go w łapę, chcąc, by się odsunął od śpiących maluchów. Co on zamierzał zrobić?! Wypatroszyć je i zjeść na surowo czy co?! Jeżeli rzeczywiście przyszedł popatrzeć, to mógł je obserwować z odległości dwóch długości ogonu lisa!
- Co ty robisz?! Zwariowałaś?! Paskudo! - zasyczał na nią, machając łapą. Szybko spojrzała na dzieci czy przypadkiem się nie obudziły. Westchnęła z ulgą widząc, że wszystko z nimi dobrze. Przez takie hałasy, jeszcze zaczną za chwilę płakać!
- C-ciszej... Ś-śpią... A t-ty się o-odsuń. Z-zrobisz im k-krzywdę.
- Wcale im nie zrobię. Chce tylko je zobaczyć. - skrzywił się. - Ja rozumiem, że włączył ci się ten cały instynkt macierzyński, ale nie przesadzaj. Chroń je przed prawdziwym zagrożeniem jakim jest Sroka i Zając, a nie ja.
- Z-zrobisz i-im krzywdę. M-mi robiłeś- stwierdziła twardo, dalej udając mur. Sroka i Zając… Nie chciała, by miały styczność z jej dziećmi, ale była pewna, że nawet gdyby do tego doszło, to nic im by się nie stało. W przeciwieństwie do szarego, nie objawiały zainteresowania krwią i bólem w różnej postaci.
- Bo ty na to zasłużyłaś. Nie udawaj, że nie pamiętasz - prychnął, po czym znów spróbował podejść do dzieci. - Uderz mnie, a pożałujesz.
Jebnęła go mocno w pysk. Nie mogła się powstrzymać. Już raz dostał i to było ostrzeżenie. Czemu on dalej naciskał?! Okłamywał, że nie chce nic im zrobić! On miał jakiś niecny cel! Wiedziała, że go zaskoczyła, ale nie na długo. Była pewna, że się zemści, ale nie przejmowała się tym. Dzieci były ważniejsze.
- O ty... Już nie żyjesz Paskudo. Nie żyjesz! - szybko do niej dopadł, chcąc ją uderzyć.  Z sykiem się na niego rzuciła, próbując jak najbardziej go unieszkodliwić by nie zrobił krzywdy maluchom. Jeśli go pokona, to… Już się do nich nie zbliży. Poczuła ugryzienie w łapę, po czym kopnięcie w brzuch. Przeturlała się trochę na bok z piskiem. Co ona wyczyniała... Nie powinna była się na niego rzucać, ale... Zawsze mógł coś zrobić jej kociętom. Był przecież okrutny. Powoli przysunęła się do dzieci i jedyne co zrobiła, to nastroszyła futro i zaczęła syczeć.  Nastroszony również się podniósł i zasyczał. Widziała jaki był zły. Trochę ją to przerażało.
- Jak wyjdziesz ze żłobka to popamiętasz
Położyła po sobie uszy. No to miała przechlapane...
- J-ja t-tylko b-bronię dzieci.
- Przede mną?! Zwariowałaś już do reszty - prychnął, machając ogonem. - Podniosłaś na mnie łapę. Na mnie! Swojego Pana! Ojca tych bachorów. Ja ci je dałem, więc trochę szacunku!
- D-dałeś, b-bo mnie z-zmusiłeś. N-nie chcę, b-by t-te dzieci cierpiały z t-twojego p-powodu- mruknęła, patrząc troskliwie na małe kulki.- J-jesteś o-okrutny i k-kto wie c-co b-byś im zrobił...
- Nic! To ty się nimi zajmujesz. Chce tylko zobaczyć czy rosną i tyle.
- R-rosną- odburknęła tylko.- Cz-czemu się t-tak nimi i-interesujesz? P-przecież ciebie t-to nie o-obchodzi. Ch-chciałeś mnie t-tylko z-zamknąć w ż-żłobku.

<Nastroszony?>

27 marca 2023

Od Nastroszoengo Futra CD. Błotnistej Plamy

 Stało się. Jego dzieci właśnie wychodziły na świat. Musiał przyznać, że się z tego wręcz cieszył. Nie było to jednak szczęście spowodowane wizją rodzicielstwa. Ten aspekt życia odłożył jak najdalej w niepamięć, wręcz go wypierając. Bardziej chodziło o fakt, że Błotnista Plama cierpiała. Tak więc, gdy usłyszał jej krzyki, na pysku pojawił mu się podły uśmieszek. Nie dał się wygonić medykom, przekonując ich, że jako ojciec chciał być przy swojej "partnerce". Jego upór się oczywiście opłacił, bo był świadkiem tego cudu natury. 
Szczerze? To było to nieco obrzydliwe. Wytrzymał jednak dzielnie, pokazując się przed klanem ze strony tego troskliwego ojca, który interesuję się swoją "rodziną". Ha! Gdyby tylko wiedzieli...
— Gdzie one są? — rozległ się głos Tulipanowego Płatku, która musiała zasłyszeć wieści o porodzie. 
Nastroszył się na jej widok tylko bardziej, szybko wypychając ją na zewnątrz, co spotkało się z jej niezadowolonym spojrzeniem. 
— Później, daj nam czas! — Strzepnął uchem, po czym nie patrząc na oburzone spojrzenie kocicy, wrócił do Paskudy, obserwując wijące się gluty. W zasadzie nie wszystkie się wiły, ale to chyba było normalne. 
— J-jak j-je na-nazwiemy? — pisnęła cicho wymęczona porodem czekoladowa. 
— A bo ja wiem? To twoje dzieci. Na pewno coś wymyślisz — stwierdził przyglądając się sceptycznym okiem każdej kulce. — Nie zawiedź mnie. Bądź dobrą matką, bo inaczej... jedno z tych dzieci nie dożyje świtu. — Posłał jej uśmieszek. 
Widział jak strach maluje się na jej pysku. To było takie wspaniałe uczucie. Ta władza nad życiem tych małych istot oraz to co prezentowała sobie wojowniczka, czyli totalne dno. 
— Odwiedzę cię później. Uważaj tylko na moją matkę, bo je porwie i zrobi świrów od Klanu Gwiazdy — parsknął pod nosem, zostawiając "partnerkę" samą. 

***

Strzyżykowy Promyk zachęciła go, aby zajął się swoimi dziećmi. Jakoś nie ciągnęło go do tego. Bachory śmierdziały mlekiem i tym drugim niezbyt przyjemnym zapachem. Był jednak ciekaw jak wyrosły. Już musiały mieć co najmniej księżyc. Wkroczył do żłobka i na dzień dobry przywitał go wrogi syk Błotnistej Plamy. A jej to co? Owsiki wlazły w tyłek? 
— To ja — ogłosił, po czym poczuł jak kawałek mchu ląduje na jego pysku. Zacisnął zęby, mordując wzrokiem tą wronią strawę, która osłaniała młode swoim ciałem. — Co ty do cholery wyprawiasz?! 

<Błoto?>

13 marca 2023

Od Błotnistej Plamy CD. Nastroszonego Futra

 Skrzywiła się nieco. Rozumiała, że te mądre poglądy mamy mogły być dla innych dziwne, ale… Musiała tak zrobić. Kontynuować to czego nauczyła ją Arielka i o co tak dbała podczas wychowywania jej. Przyzwyczaiła się do bycia gorszą, więc jeżeli urodzi czekoladowe dzieci… Urodzi… Z obrzydzeniem myślała o tej całej ciąży i jej przymilaniu się do Nastroszonego. Tak ją przeraził, że bała się zachowywać źle. Nie chciała by ktoś cierpiał przez jej głupstwo, dlatego robiła wszystko to czego chciał. Jej umiejętności w tej dziedzinie były marne tak jak we wszystkim, ale musiała chociaż spróbować udawać taką chętną na czułostki i inne obrzydliwe rzeczy.
- A-ale... N-no w-wiesz... N-na p-przykład t-ten c-cały Rybka, j-jest czekoladowy... I n-nie j-jest d-dobrym k-kotem... P-proszę N-nastroszony... P-po prostu b-będę się n-nimi... G-gorzej o-opiekować, n-nic się nie stanie a j-ja b-będę szczęśliwa...
- Rybka jest zdrajcą. W klanie jest więcej czekoladowych kotów i nikt po nich nie jedzie. Ale jak uważasz. To twoje kocięta i ty je wychowujesz. Ja będę tylko sprawdzać, czy nie wyrastają na gejów i zdrajców. Jak umrą, to... zrobi się kolejne - wymruczał. Otworzyła na chwilę pysk, jednak zamknęła go skruszona. Kolejne… Powiedziała mu, że jej się podobało ostatnim razem, ale czuła się obrzydzona samą sobą i tym, że tak mu uległa. Przez to była w ciąży, a mogła poczekać te dwa księżyce… Może w ogóle by do tego nie doszło. Może przynajmniej da jej spokój jak odchowa dzieci?
- T-tak... A-ale n-nie umrą! U-urodzę j-je z-zdrowe i n-nie z-zostaną g-gejami i z-zdrajcami!- przekonała go, nerwowo machając ogonem.
- Mam taką nadzieję. - usiadł na plaży, wpatrując się w falujące morze. - Patrz jak tu pięknie.
Usiadła obok niego i oparła swój łeb na nim. Na Klan Gwiazd, jak ona nie chciała go dotykać. 
- T-tak... J-jest t-tu ślicznie...- wyszeptała mu do ucha, po czym polizała go. Fuj, czemu to robiła. Była taka głupia. Nie potrafiła inaczej go usatysfakcjonować jak głupim mruczeniem i lizaniem. Nastroszony objął ją ogonem. Zamruczała cicho, chociaż w rzeczywistości marzyła o tym, by się od niego odsunąć.
- J-już nigdy cię nie z-zawiodę... U-urodzę dzieci i b-będziesz j-jeszcze z-ze mnie dumny...
- Obym był skarbie, obym był - otarł się o nią pyskiem z mruczeniem. Wymiotować jej się chciało od tych gestów (no i poza tym miała trochę nudności podczas ciąży).  
- J-jeżeli b-będzie ich z-za mało... T-to m-mogę n-nawet u-urodzić d-drugi miot... I t-trzeci...
- Och tak... Chciałbym byś dobrze się spisała i będę miał to na uwadze, gdy już urodzisz skarbie.
Zamruczała cicho i “zadziornie” skubnęła go pod brodą. Niech to się już kończy. Niech to się po prostu skończy, chciała pójść do legowiska i w spokoju się położyć oraz wypłakać. Miała dość tej karuzeli spierdolenia.
- Niegrzeczna jesteś... Tak skubać mnie? - uśmiechnął się do niej. Zachichotała cicho i objęła go ogonem, nie mówiąc ani słowa. To wszystko było takie obrzydliwe. Chciałaby przyspieszyć czas, żeby było po tej całej randce. 
- Chcesz tutaj spędzić resztę dnia? - zapytał.
Pokiwała delikatnie głową. Nie, nie chciała. Chciała stąd iść, spróbować coś zjeść by mieć co zwrócić po tym wszystkim. 
- Chcę tutaj być... Z tobą…
Potem popełniła poważny błąd. Przez swoją niezdarność zamiast po prostu przytulić kocura, popchnęła go przez przypadek na ziemię, co oczywiście mu się nie spodobało, bo nie dość że rąbnął o ziemię, to nie lubił z pewnością mieć takiego okropieństwa na sobie.
- Paskudo... - wydał z siebie warkot, podnosząc się i kładąc łapy na jej karku i głowie. - Chyba się zapominasz. Nie rób tak więcej. Tylko ja mogę cię powalać na ziemię.
Pisnęła cicho zawstydzona. Myślała, że mu się później spodoba! Ale była głupia! Czemu musiała przez przypadek go tak popchnąć, chciała doprowadzić tą całą randkę do końca i mieć spokój, a teraz cały jej postęp poszedł na marne.
- P-przepraszam...- zaszlochała cicho, zanosząc się łzami.- J-ja... N-nie w-wiedziałam...
- Nie rycz - puścił ją. - Nie lubię, gdy ktoś mnie zbija z łap. Zapamiętaj to skarbie. To ja tu jestem górą, nie ty. I nigdy nie będziesz.
Schowała pysk łapach i zaczęła się trząść. Dopiero po chwili wstała, czując nudności. Skrzywiła się nieco. Znowu ją brało na wymioty, akurat w takiej chwili, kiedy miała ochotę zapaść się pod ziemię z tą swoją niezdarnością i ciapowatością. A co dopiero będzie z wielkim brzuchem…
- No i co się trzęsiesz? - rzucił, patrząc na nią krytycznym wzrokiem. Szybko pobiegła za jakiś kamień i zwymiotowała, głośno kaszląc. Ledwo co jadła, przez co zwróciła całe śniadanie. Nie lubiła jeść przy innych, bo wiązało się to z wyciąganiem czyjejś zdobyczy, kiedy nawet nie powinna jeść.  Wróciła zapłakana i jeszcze trochę brudna, ledwo co trzymając się na łapach. 
- B-brzuch m-mnie b-boli...- pisnęła cieniutko, nie mogąc nawet spojrzeć kocurowi w oczy.- B-boję się, ż-że t-to coś z dziećmi...
- Wracajmy do obozu. Medyk cię obejrzy. - zarządził, wstając. Pokiwała delikatnie głową. Może tak będzie lepiej? Zbadają ją i zobaczą, czy z dziećmi wszystko dobrze. Mimo tego jak bardzo nie chciała być w ciąży, to bała się o te maluchy, bo ta cała tragedia w jej życiu to nie była ich wina. Chciałaby, żeby mieli dobre dzieciństwo i nie urodzili się zdeformowali, bo ona coś zepsuła.
- M-mogło im się c-coś stać?- zapytała z paniką w głosie.- J-ja... N-nie chciałam! P-powinny się p-przecież z-zdrowe urodzić! N-na p-pewno się okaże, ż-że t-to zwykła niestrawność... T-tak...- próbowała samą siebie przekonać, nerwowo machając ogonem.
- Nie panikuj. Nic im nie będzie, ty przesadzasz. A jak tak, to znów ci zrobię kocięta, co za problem - prychnął. Zwiesiła łebek. Może mówił nawet mądrze? Przesadzała tylko i wszystko będzie z nimi dobrze, urodzą się zdrowe… I może nawet będą szczęśliwe?
- T-tak... M-masz rację... Ale... N-nie chciałabym, ż-żeby z m-mojej winy u-umarły... R-robię coś źle? P-powinnam się inaczej p-przy ciąży z-zachowywać?
- Tak. Nie powinnaś mnie zrzucać na ziemię. To twoja wina. Wracajmy - ruszył w kierunku obozu. Pisnęła cichutko i z pokorą szła obok niego, wyrzucając sobie w myślach, że wszystko zepsuła. Ona naprawdę nie chciała… Próbowała być taka jak chciał!

***

Ciąża była coraz bardziej nie do zniesienia. Była jak wielka beczka. Ledwo co potrafiła ustać na łapach, a teraz musiała nieść te wszystkie kocięta, które rosły coraz bardziej. Powstrzymała się od piśnięcia, kiedy kocur do niej podszedł i się o nią otarł. Ten to miał dobrze. Mógł obserwować jak ją zniszczył i pewnie go to bawiło.
- Witaj kochanie. Jak nasze kocięta?
Skuliła się lekko i odwróciła wzrok.
- Ch-chyba d-dobrze... A-ale... S-strasznie r-rośnie m-mi b-brzuch... P-przecież ostatnio p-prawie nie b-było widać!
- To dobrze, że rośnie. Bardzo dobrze - wymruczał, przyglądając się jej. Czemu go tak intrygował ją brzuch? - Połóż się na boku. Chcę sprawdzić jak tam moje dzieci się miewają.
Przechyliła lekko łebek zdziwiona. Jak to? Nie był przecież medykiem i niezbyt chciała by ją ugniatał, ale… Musiała to zrobić, by nie był zły.
- Oh... Skoro chcesz...- wymamrotała i powoli położyła się na boku. Nie spodziewała się, że kocur położył się tuż obok i położył łeb na jej brzuchu. Wyglądał na strasznie zaintrygowanego rosnącymi w niej maluchami. Miała tylko nadzieję, że nic im nie zrobi. Zachichotała cicho przez to, że tak dziwnie się do niej zbliżył. 
- Słyszysz je? T-twoje dzieci? R-ruszają się t-tam?
- Tak. Czuje ich małe łapki na policzku. Słyszę bulgotanie. A ty? Wyczuwasz jak się w tobie wiją? - zapytał. To było strasznie dziwne. Czemu on się pytał, czy czuła płody w swoim brzuchu? Miał jakąś dziwną obsesję na punkcie ciąży, co ją przerażało.
- Ch-chyba t-tak... Cz-czasem j-jak się g-gwałtowniej ruszają... B-będą z nich urwisy....
Dla Nastroszonego wydawało się to być najwyraźniej bardzo zabawne i zaśmiał się pod nosem. Jej nie było tak do śmiechu z takim ciężarem.
- Poradzisz sobie. Uwielbiam to jak cię wydęło... pewnie jest ich tam spora grupka.
- T-tak... B-bo p-powoli mi jest ciężko się p-poruszać... A one d-dalej rosną... T-to j-jest trochę dziwne...
- Dobrze to słyszeć. Bardzo dobrze się spisujesz moja droga. Właśnie tak. Daj mi dużo potomstwa.
- Uh... N-nastroszony? N-nic im n-nie z-zrobisz?- zapytała zmartwiona, widząc jego poczynania.- Chcę, ż-żeby się wszystkie z-zdrowie urodziły... T-ty t-też tego chcesz, s-skoro t-tak ich dużo t-tam jest...
- Jeżeli nawet umrą, to zrobimy sobie kolejne. - rzekł z lekkością, przytulając się do jej brzucha bardziej. - Łaskoczą te ich małe łapki.
Zaśmiała się nerwowo, patrząc na jego działania. Czuła się coraz gorzej i chyba wolała, żeby przestał zachwycać się nad dziećmi. To było chore. Bardzo chore.
- Uh... T-tak... A-ale m-mógłbyś się j-już o-odsunąć? P-proszę...
Uniósł łeb. 
- Nie podobają ci się tulaski?
- P-podobają, t-tylko... T-trochę się b-boję t-teraz o t-te dzieci...
- Nie bój się. Nawet jeśli coś się im stanie, zrobimy sobie kolejne - polizał ją w policzek. Zignorowała go i spróbowała podnieść się na łapach, co jedynie skończyło się niepowodzeniem i dalej leżała na ziemi. Westchnęła ciężko i ponowiła próbę, jednak przez kruche łapy ledwo co udawało jej się utrzymać równowagę. Spojrzała błagalnym wzrokiem na Nastroszonego, chcąc by jej pomógł. Chciała gdzieś pójść, a nie leżeć tuż przy nim. To było strasznie niekomfortowe. Nastroszony zamiast zlitować się nad nią, uśmiechnął się jakby to było zabawne.
‐ Co kochanie? Niewygodnie ci?
Pokiwała delikatnie głową zawstydzona.
- T-tak... P-pomożesz m-mi?
- Musisz się przekręcić na boczek, skarbie - zamruczał, nie ruszając się o krok. - Ależ twój brzuszek jest cudowny. 
Chciałaby mu powiedzieć, żeby przestał, ale bała się, że będzie na nią zły. W końcu, skoro czegoś chciał, to nie mogła się stawiać. Ze stęknięciem próbowała się jakoś przekręcić, ale brzuch jej w tym strasznie przeszkadzał. Zaskomlała smutno. Będzie tak leżeć do końca dnia aż ktoś jej nie pomoże? Przecież na tych słabych łapach nie wstanie, a położyła się w strasznie niekomfortowej pozycji. Powinna się zapytać medyków, czy musi iść do żłobka, bo w takim stanie na pewno niczego nie upoluje.
- N-nie j-jest c-cudowny, l-ledwo się m-mogę z nim p-poruszać! P-pomóż mi, b-bo nie w-wstanę!
- A dokąd chcesz iść? - zapytał. - Czujesz jak się ruszają w tobie? Mocno uciskają? Boli cię?
- R-ruszają, ale nie b-boli- zbyła go, próbując dalej cokolwiek wskórać. Nie chciała dalej tak leżeć, a pewnie jej wyczyny wyglądały po prostu komicznie!
- Nie odpowiedziałaś na moje pytanie - zauważył, dalej siedząc przy niej. - Dokąd chcesz iść skarbie?
- G-gdzieś- pisnęła, wijąc się jak jakiś robak. Chciała pójść daleko od niego! Jak najdalej się dało! Choćby do innego klanu! Patrzenie na tą jego obsesję było dziwne!
- A gdzie jest to gdzieś? Zmęczysz się tylko.
- N-nie chcę p-po p-prostu t-tak leżeć... T-to dziwne.
- To nie jest dziwne. Jesteś kotką. Tym się zajmujesz. Leżeniem, rodzeniem i karmieniem kociąt. 
Zwiesiła łebek. To była prawda, ale niezbyt chciała siedzieć w żłobku bez życia. Wolała korzystać jeszcze z tego, że mogła udawać wojownika.
- A-ale j-jeszcze t-to nie t-ten czas. Chciałabym s-sama m-móc coś s-sobie wziąć d-do jedzenia... I n-nie l-leżeć t-tylko w ż-żłobku.
- Jesteś nieporadna jak kocię, to prawda, jednakże tak musi być - poklepał ją po łebku. - Medyk mówił ile nosisz w sobie kociąt?
Pokręciła głową. Nie pytała się o to, bo po co? Po co jej była wiedza jak wiele kociąt Nastroszonego urodzi?
- N-nie p-pytałam się o t-to, a-ale chyba d-dużo...
‐ To dobrze. Jestem z ciebie dumny Paskudo. Na pewno ci się spodoba rodzenie tylu kociąt... Podobno to boli... Myślisz, że będę mógł być przy tobie w tym wielkim dniu?
Zadrżała na myśl, jakie to będzie bolesne. Nawet wolała sobie nie przypominać o tym, że kiedyś będzie musiała wypluć dzieci. Zawsze jak kotki rodzą, to strasznie krzyczą i chyba niezbyt chciała być na miejscu takiej karmicielki.
- M-mam n-nadzieję... Ż-że b-będziesz... T-trochę się t-tego b-boję, b-bo to  t-takie... P-przerażające... J-jeszcze coś zepsuje...
- Nawet jak ci coś nie wyjdzie to musisz wydać je na świat. Podobno to jak zatwardzenie. Przesz a samo wyjdzie z czasem. A ja wierzę, że sobie poradzisz... I zaśpiewasz dla mnie i naszych dzieci piękną pieśń - zamruczał jej do ucha. Skrzywiła się nieco. Wrzaski nie były fajne. Oznaczały jedno- ból. Nie chciała, by ją bolało. 
- T-tak... P-piękną pieśń...- wymamrotała, znowu próbując wstać.- Ch-chciałabym, ż-żeby się już urodziły... B-bo t-tak t-to mnie t-tylko w-wypełniają od ś-środka...
- To cudownie. Jesteś pełna, grubiutka, a przez to taka piękna - dał jej całusa w policzek. - Uwielbiam jak jest cię tak dużo. Ciekawe czy urośnie ci jeszcze większy...
- P-pewnie t-tak... B-bo n-nawet nie j-jestem j-jakoś długo w tej ciąży... N-najwidoczniej b-będę m-mieć d-dużo dzieci cz-czy coś w t-tym stylu... A c-co j-jeżeli b-będę t-taka g-gruba, ż-że ledwo b-będę stać?- zapytała z przestrachem. Wolała nie dotrzeć do takiego etapu ciąży.
- To będziesz leżeć. A ja przy tobie - zamruczał zadowolony.
W tym momencie się już poddała. Nie mogła nic zrobić, była po prostu na niego zdana. Musiała urodzić te kocięta, odchować… Przynajmniej się postara być dobrą mamą.

***

Tak bardzo nie chciała by ten dzień nadszedł, ale stało się. Wrzaski rozdzierały ciszę w całym obozie. Nie potrafiła przestać krzyczeć z bólu. Coś szło nie tak, była tego pewna. Zepsuła coś. Coś jej nie wyszło. Przynajmniej Nastroszony był tu przy niej, chociaż wydawał się być bardziej zainteresowany tym kiedy wypluje dzieci niż tym, że potrzebowała pomocy. Ciężko oddychała próbując znieść kolejną falę bólu, która przepłynęła przez jej brzuch. Medycy nie mogli nic wskórać na jej darcie mordy i jedynie próbowali doprowadzić do tego, by wszystko poszło dobrze. Zacisnęła oczy, czując jak kolejne łzy spływają z jej powiek, po czym spojrzała zamglonym wzrokiem na szarego. Czemu nic dobrego się nie działo? Czemu nie mogła mieć tego za sobą i po prostu pozbyć się dzieci z brzucha? 

<Nastroszony?>

26 lutego 2023

Od Nastroszonego Futra CD. Błotnistej Plamy

Miał nadzieję, że uda jej się zajść w tą ciążę. Czekał na te dzieci tylko z jednego powodu. Chciał zobaczyć jak ta będzie wyglądać, gdy już zaciąży. To będzie zabawne oglądać to jak się męczy z tymi smrodami. Spełni się jako kotka i może przestanie beczeć co krok. Robił jej tylko przysługę.  
— No ja myślę. Jak będziesz w ciąży, nie zrobię ci tego. Będę za to obserwował jak rosną w tobie nasze kocięta. — Polizał ją po policzku.
Czekoladowa skrzywiła się na ten gest z jego strony. 
— M-możemy wrócić? J-ja... P-pójdę tym r-razem wcześniej d-do m-medyka, b-by cię nie t-trzymać w niepewności...
— Dobrze. — Wstał, kierując się w stronę obozu z kotką u swojego boku.

***

Leżał i odpoczywał w legowisku, gdy przylazła do niego zaryczana Paskuda. Co się znowu stało? Powoli te jej zapłakane ślepia zaczynały go męczyć. Ciągle tylko zwodziła i zwodziła. Uszy przy tym mu odpadały. 
—N-nastroszony... B-bo... Z-znowu się nie udało — wymamrotała zmieszana.
Słysząc to przybrał bardzo niezadowolony wyraz pyska. Co? Czy coś robił nie tak? A może to była wina kotki? Otaksował ją wzrokiem, jakby zastanawiając się nad jej dalszą użytecznością. Nie powinien tak szybko się poddawać. Z nim na pewno było w porządku! To coś w czekoladowej najwidoczniej zawadzało, przez co ta nie mogła dać mu potomstwa. Wziął ciężki wdech, wydychając głośno powietrze. 
— Do trzech razy sztuka... — mruknął, wbijając w nią wzrok. 
Tym razem postanowił nieco inaczej podejść do kotki. Gdyby wydarł się na nią w obozie, znów wiele oczu zwróciłoby się w ich stronę. Po ostatnim razie wolał być ostrożniejszy. Nikt nie mógł dowiedzieć się, że wojowniczka wcale nie chciała z nim dzieci. Trzeba było zgrywać pozory dobrego partnera. 
Ujrzał jak Paskuda skuliła się lekko przez jego spojrzenie i odwróciła łebek. Bała się? Miała czego. Był zirytowany, to fakt, lecz dzięki temu, że ta nie biadoliła mu nad uchem i nie uciekała powodowało, że jego złość była na nią mniejsza. 
— A-ale... J-ja m-może... N-nie j-jestem g-gotowa cz-czy c-coś w t-tym rodzaju... M-może muszę b-być starsza?
Zastanowił się nad jej słowami. W zasadzie... Mogła mieć rację. Co jeśli to przez to, że była za młoda? Nie znał się na tych sprawach. Do matki przecież nie pójdzie się o takie rzeczy pytać, bo ta da mu od razu po łbie. Nie miał co liczyć na jej wsparcie. Doskonale pamiętał jak mówiła, że nie marzy jej się zostanie tak szybko babcią. 
— Dam ci dwa księżyce, a potem spróbujemy — zaproponował, godząc się już nieco poczekać, skoro w tym mógł być problem.
Błotnista Plama uśmiechnęła się szeroko i do niego przytuliła, co było… zaskakujące. Tak sama inicjowała kontakt? 
— Dz-dziękuję! Cz-czyli zrobisz mi t-to dopiero za d-dwa księżyce? J-jak się cieszę!
— Tak... Ale nie później. — zamruczał, liżąc ją po policzku.
Usłyszał jak ta zaczęła głośno mruczeć, a zaraz wyczuł jej język na swojej szyi. Ohohoho… No tego to się po niej tym bardziej nie spodziewał. Zdawało mu się, że nie chciała powtórki, a tu sama się do niego przymilała. Nie wiedział jak miał to interpretować. 
— Widzę, że mimo tego, jesteś chętna na pieszczoty — zauważył, obejmując ją łapą.
Pokiwała nieśmiało głową, liżąc go za uchem.
— P-powiedziałeś... Ż-że g-gdybym b-była g-grzeczniejsza, to b-byłbyś d-delikatny, t-tak? — zapytała cicho.
— Owszem. Byłbym. A co? — spojrzał na nią pytająco. — Co tam sobie wymyśliłaś w tym łebku?
Akurat był tego ciekaw, bo pierwszy raz widział takie oblicze kotki. Zwykle to musiał się dopraszać o jakąkolwiek uwagę od niej. Ciągle tylko ryczała i uciekała. Dlatego też ta zmiana w jej zachowaniu bardzo go zainteresowała. A jeszcze bardziej fakt, że ta musnęła go ogonem po policzku. 
— M-może... B-byłoby m-milej gdybyś b-był delikatniejszy... I nawet g-gdyby z tego n-nie m-miały w-wyjść kocięta... — powiedziała mu cicho do ucha.
Uśmiechnął się do niej, owiewając oddechem jej małżowinę. 
— A chcesz się o tym przekonać? — szepnął, mile zaskoczony, że kocica wychodzi z inicjatywą. Mu to odpowiadało. Chociaż naprawdę chciał poczekać te dwa księżyce, by dać jej jakąś szansę na naprawienie swojego wadliwego ciała. 
Wojowniczka pokiwała delikatnie głową, ocierając się o niego.
— Ch-chyba t-tak...
— No dobrze... To chodź skarbie — Wstał, kierując kroki poza obóz, by spełnić jej marzenie. Było to dziwne, ale zamierzał z tego skorzystać, skoro kotka sama pchała mu się do krzaków.

***

— I jak było? — zapytał, kierując kroki w stronę obozu. Pohamował swoją żądzę i nie skrzywdził jej brutalnie. Była cała. Żadnych ran, żadnej krwi. Skończyło się to tylko na kilku całusach. Był z siebie dumny. Może naprawdę ta dziwna terapia ze Strzyżykową Łapą coś dawała?
Partnerka zamruczała i otarła się o niego. 
— B-bardzo miło — powiedziała cichutko, a z jej pyszczka wydobył się cichy chichot. 
No, no… To było… Inne. Czuł się tak jakby ktoś mu podmienił partnerkę. Nie wykluczał opcji, że mogła pójść do medyka i co nieco dziabnąć z jego zbiorów. Czekoladowa wyglądała mu na taką… desperatkę. Nie mniej… Podobała mu się ta nowa odsłona wojowniczki. 
Gdy dotarli do obozu, ułożyli się obok siebie na mchu. Na pysku wciąż błądził mu zadowolony z siebie uśmieszek. 
— Lubię tą nową Paskudę — skomentował jej na ucho. 
Błotnista Plama zamruczała cicho, przytulając się do niego tak bardzo, że czuł się tak, jakby został przez nią oblepiony. Było to jednak przyjemne. Jej miękkość futra była znacznie lepsza od mchowego posłania. Zaczął oczyszczać jej sierść z drobnych igiełek i źdźbeł trawy, szykując się do snu. 
— J-ja l-lubię t-to, że m-mnie nie bijesz... I j-jest m-miło... M-mogłam od r-razu b-być grzeczna... T-twoja... — usłyszał jej słowa. 
Na pysk cisnął mu się pełen satysfakcji uśmieszek. No i to lubił. Szkoda tylko, że gejostwo szerzyło się tak w Klanie Nocy, bo z chęcią wyrwałby jeszcze jakąś samicę, by dotrzymywała mu towarzystwa, tak jak Paskuda. 
— Mówiłem ci to, to nie chciałaś mnie słuchać. — miauknął pomiędzy liźnięciami jej sierści.
— P-przepraszam... B-byłam głupia... A-ale t-teraz jestem dla ciebie w c-całości... J-już się nie b-będę bać...
— Cieszy mnie to. I bardzo dużo dla mnie znaczy — zamruczał jej do ucha.
No bo może i ją zmuszał do tego całego związku, ale jak miał postąpić inaczej? Gdyby stracił i czekoladową, ta najpewniej skończyłaby pod wpływem Zajęczej Troski lub swojej świrniętej siostry. Mając ją obok siebie, pokazywał tym pseudofeministką, że Błotnista Plama była po jego stronie. I to się nigdy nie zmieni. Nigdy! Nie pozwoli jej sobie odebrać, nawet jeśli oznaczałoby to życie z jej jęczeniem nad uchem. Widział właśnie teraz, że dało się ją nieco naprawić, by mniej ryczała, a częściej wychodziła sama z inicjatywą. Potrzebowali tylko czasu… 
— Cz-czyli... J-jesteś szczęśliwy? — zapytała. 
— Tak. Jestem szczęśliwy. I to bardzo — przyznał, chowając pysk w jej sierści. 
Paskuda zamruczała i otarła się o niego.
— Cieszę się... — powiedziała cicho po czym ziewnęła zmęczona.
— Dobranoc skarbie — przymknął oczy, wtulając swój nos głębiej w jej sierść.

***

Nadchodził wieczór, a on gapił się tępo na te głupie gwiazdki. Skończył niedawno modlitwę, do której przymuszała go co dzień matka. Nie rozumiał dlaczego dalej go do tego zmuszała. Był już dorosły! Nie potrzebował jej gderania nad uchem! 
Nagle poczuł jak coś się o niego otarło. Czując znajomy zapach, spojrzał zaskoczony w stronę partnerki, uśmiechając się pod nosem i mrucząc do niej przywitanie. 
— Witaj kochanie. Jak samopoczucie? 
— B-bardzo d-dobre — wymamrotała kocica, przytulając się do niego. — Chciałbyś... G-gdzieś p-pójść?
Zastanowił się nad tym pytaniem dość… mocno. No, no, no… Naprawdę zaczynał wierzyć, że być może to mu się tylko śni. Co się stało z Paskudą?! Naprawdę wychodziła ponownie z inicjatywą? Tak sama z siebie? Nie mieściło mu się to w głowie. 
— Zapraszasz mnie na randkę? No, no, nie spodziewałem się tego po tobie. A jak twój brzuch? — Spojrzał na niego. — Będą kocięta?
Miał nadzieję, że tak… To już kolejny raz. Kolejny! Mieli przeczekać te dwa księżyce, ale przez tą nagłą zmianę nastawienia kotki, mogli liczyć na rozwiązanie tej sprawy znacznie wcześniej. 
Wojowniczka przekrzywiła łeb. 
— J-ja... J-jeszcze n-nie wiem... A-ale m-może... M-może t-tak...
Może tak, niezbyt go zadowalało. Dotknął łapą jej brzucha, próbując wyczuć kocięta. Nie za bardzo wiedział jak to się robiło, bo nie był medykiem, ale wizja, że ta niedługo będzie gruba jak beczka, była satysfakcjonująca. Nie będzie mogła się ruszać. Zostanie uziemiona w żłobku i nareszcie zrozumie, że to miejsce było jej pisane. Wierzył w to, że będzie dobrą matką, nawet jeśli ta sama w to wątpiła. 
— Jak się dowiesz to mi powiedz — odparł. 
Wojowniczka zamruczała na to i polizała go po szyi. Uniósł wyżej brodę, nadstawiając się jej bardziej. Stop. Dlaczego tak zareagował? To on chyba powinien inicjować takie kontakty jako samiec alfa! Nie potrafił jednak się temu oprzeć. Sprawiało mu to przyjemność. 
— T-tobie p-powiem pierwszemu, jako ich t-tacie. M-może... M-może j-już t-tam są t-takie m-malutkie? — zasugerowała. 
— Nic nie wyczuwam, ale oby były. — Przysunął ją do siebie bliżej, całując w policzek. — Dobrze. To chodźmy skarbie. Przejdziemy się na spacer.
Błotnista Plama zamruczała na to cicho i wstała z podłoża. Również się uniósł, kierując swoje kroki ku wyjściu z obozowiska. 
— N-na pewno j-już tam są... Ciekawe i-ile ich będzie... — myślała na głos partnerka. 
— Może szóstka? — zasugerował. — Pewnie będziesz pięknie wyglądać taka duża... — rzucił rozmarzonym tonem głosu. 
Tak! Już nie mógł się tego doczekać. Chciał już móc upewnić się co do tego, że wojowniczka była w ciąży, a nie snuć tylko spekulację. Ah, czemu to musiało tyle trwać? To było bardzo irytujące. 
— W-wiesz... M-mi t-trochę ostatnio b-brzuch urósł... T-to m-może ich zasługa? T-taka d-duża gromadka... Z-za niedługo p-pewnie b-będziesz m-mógł poczuć jak się ruszają! — mruknęła przylgnąwszy do niego. 
— Mam taką nadzieję. Na to właśnie czekam — powiedział, idąc. — Chce poczuć jak się w tobie wiją... To musi być ciekawe uczucie.
— P-pewnie t-tak... — odpowiedziała niezbyt przekonana. — A-ale w-wolałabym, ż-żeby się j-już urodziły. B-bo j-jeżeli będzie ich d-dużo... T-to p-pewnie b-będzie mi ciężko chodzić.
Oh tak... Będzie się to wspaniale oglądać. Taka gruba, ledwo człapiąca, bo dzieciarnia wyżera ją od środka. Już nie mógł się tego doczekać. Oby się im nareszcie udało. 
— Mam nadzieję, że tak będzie skarbie. I właśnie dlatego skończysz w żłobku do czasu, aż ich nie urodzisz. Nie będziesz musiała chodzić.
— A j-jak j-już urodzę... T-to b-będziesz miał c-całą gromadkę wspaniałych dzieci... K-które b-będą dumne z t-tego, k-kto jest ich tatą... T-taki przystojny i m-mądry kocur...
Zamruczał gardłowo. Jak on uwielbiał jak go tak chwaliła. Podnosiła mu tym sposobem pewność siebie. Tak. Był mądry i przystojny. Nie wiedział co te kotki tak się od niego odganiały, skoro był boski. 
— Mam taką nadzieję. Musisz je wychować dobrze, bo nie będę miał w rodzinie żadnych słabiaków i beks. No i musisz wszczepić im nienawiść do gejów. — miauczał zadania, gdy ta już urodzi.
Paskuda pokiwała delikatnie głową.
— B-będą tak silne j-jak ty... I n-na p-pewno doczekasz się wnuków w swoim czasie...
— Jak będą córki, to wydamy je po skończeniu przez nie osiemnastu księżyców za jakichś kocurów. A synom też coś się znajdzie, no chyba, że sami sobie upatrzą zdobycze — zaśmiał się pod nosem.
Dziwnie było snuć takie wizję, ale tak. Jego dzieci to jego dzieci. Nawet jeżeli będzie je ignorował przez ich dzieciństwo, nie pozwoli by wyrosły na koty pokroju tych całych pseudofeministek czy też gejów. O nie! Jak się tylko dowie o takich destrukcyjnych zachowaniach, to rozora dzieciarni grzbiet! Paskudzie przy okazji też, bo to ona ma przecież je wychowywać. Była kotką. 
— Ah... T-tak... T-to świetny p-pomysł... — wymamrotała zmieszana wojowniczka. — A w-wolałbyś więcej s-synów czy córek?
— Mi to obojętnie. Byle nie przynieśli mi wstydu — powiedział, spacerując z nią po terenie.
— N-nie p-przyniosą... W-wychowam j-je d-dobrze, b-by w-wyrośli na d-dobre k-koty... A-ale... B-boję się, ż-że urodzę... K-kociaki, które w-wyglądają jak ja... — ściszyła głos.— M-moja m-mama od zawsze m-mówiła, ż-że czekoladowe k-koty są gorsze... W-więc... N-na p-pewno nie mogłyby m-mieć t-takich samych praw, j-jak reszta...
— Czemu nie? — prychnął. — Twoja matka nagadała ci bzdur. Jakiś rasizm. Nawet jak będą czekoladowe, to będą lepsze od każdego kota w Klanie Nocy, wiesz czemu? Bo to będą moje dzieci. No i spójrz. Jesteśmy razem. Ja i ty. Myślisz, że zainteresowałbym się tobą, gdybyś mi się nie podobała?
Tego to się po niej nie spodziewał. Dziwne miała przekonania. Ale co się dziwił? Była siostrą Sroczego Lotu, a ta miała także nie po kolei we łbie. 

<Paskudo?>

16 lutego 2023

Od Błotnistej Plamy CD. Nastroszonego Futra

 Odsunęła się do tyłu przerażona. Przecież nie powinien tak agresywnie zareagować! To była po prostu informacja dla niego… Próbowała go unikać, ale bała się, że im później powie tym bardziej będzie zły. Jak widać było, gniewu i tak nie uniknęła… Przynajmniej mogła żyć teraz normalnie skoro nie mogła mieć dzieci, tak? To tak działało?
- N-no... J-ja p-po p-prostu... N-nie b-będę miała dzieci... P-pytałam się m-medyka... I nie wyszło…
Poczuła na sobie jego wzrok, który dosięgał jej aż do serca i kilkukrotnie go przebijał. Nie chciała, żeby był nią zawiedziony, ale… Tak było lepiej.
- Och i się z tego cieszysz? Nie doceniłaś moich starań, głupia wronia strawo! Miałaś dac mi kocięta, jedną rzecz i byś miała spokój, a tak? Chyba prosisz się o powtórkę - oblizał pysk, przejeżdżając po niej wzrokiem.  Rozpłakała się, wbijając w niego oniemiałe spojrzenie. Powtórka?! Na samą myśl chciało jej się wymiotować. Nigdy wcześniej nie spotkała się z taką agresją i bólem a on chciał, żeby to powtórzyli?! Chyba w koszmarach… Przez kilka nocy śniło jej się to nieprzerwanie. Upokorzenie, rany… Nie chciała tego już nigdy przeżyć.
- J-ja nie chcę t-tego p-powtarzać! J-już nigdy więcej! N-nie b-będziemy m-mieli dzieci i t-tyle, c-co się stało to się n-nie odstanie! M-mi się nie p-podobało, d-dlatego nie chcę z-znowu p-próbować! Chcę b-być wojownikiem i ż-żyć jak ty!
Nastroszony nagle warknął, podchodząc do niej blisko. Aż zastygła bojąc się, czy nic jej nie zrobi, a jego słowa jeszcze bardziej przekonały ją, że już nie było ratunku.
- Buntujesz się?! Znowu? Co ja mówiłem? Jesteś... okropną partnerką! Wciąż mi się stawiasz i szykujesz sobie gorsze doświadczenie. 
Ze strachem próbowała uciec, jednak potknęła się i przyrąbała pyskiem w ziemię. Nie! Nie chciała, żeby to było jeszcze gorsze, a wiedziała, że był do tego zdolny. Mógł jej wypruć flaki, wydrapać oczy… Mógł zrobić wszystko. 
- A-ale j-ja już nie chcę! K-kto inny da ci k-kocięta!- szybko próbowała wstać.- M-mogę ci się przydać... W cz-czymś innym?
- Teraz za późno na negocjacje - warknął. - zdenerwowałaś mnie i za to zapłacisz. A tylko zacznij krzyczeć to nie żyjesz  - momentalnie chwycił ją za kark i wywlekł poza obóz. Zaczęła wrzeszczeć o pomoc, próbując się mu wyrwać. Nie chciała powtórki, to było straszne i wbrew jej woli! Tak cholernie się bała, nie chciała, żeby znowu ją dotykał! Żeby ją dalej ranił! Czemu nie mogło być tak jak wcześniej?! To cało mianowanie wszystko zepsuło! Ku jej uldze jacyś wojownicy do nich podeszli. Może ją uratują?...
- Znów wpadła w panikę - nagle palnął Nastroszony. - Zabieram ją stąd, by wam nie psuła dnia.
- Ugh... Byle prędko - rzucił kocur, patrząc na nią ze wzgardą. Co?... Co takiego mu zrobiła?! Czemu uwierzył temu potworowi?! Przecież właśnie ją zaciągał siłą do lasu!
- Chodź Paskudo. Nie bój się już
Popatrzyła na niego zdumiona. Uwierzyli mu? Naprawdę? Jednak przymknęła się i zaczęła cicho płakać. Nic jej nie pomoże. Będzie to musiała znowu przeżyć. Będzie jeszcze bardziej agresywny i ostry. Szary podszedł do niej, otulając ogonem. 
- Ciii. Nie płacz. Już spokojnie. To był tylko cień. Twoja wyobraźnia- udawał, że starał się ją uspokoić. Powstrzymała się od jakiegoś przytyku i szybko mu się wyrwała, próbując uciec w las. Tylko... Co będzie jak wróci? On będzie tam dalej czekać... Albo już teraz ją dorwie! Płacząc niezgrabnie biegła przed siebie. 
Próbowała przedłużyć tą chwilę. Próbowała uciec od tego co i tak ją spotka. Stres przejął całe jej ciało. Każdy skrawek jej futra stał dęba a wytrzeszczone oczy patrzyły z jednego punktu na drugi, jakby wyszukując Nastroszonego w jakimś krzaku. On… On tam gdzieś był. Czekał na nią. Żeby się na nią rzucić, przygnieść do ziemi i…
Wywaliła się przez wystający korzeń i przeturlikała się z płaczem, leżąc na plecach cała drżąc, bez sił by wstać. To był koniec. Znowu to zrobi. Tym razem będzie jeszcze gorzej bo go rozzłościła. Najgorsze było to, że nic nie słyszała. Żadnych kroków ani nic, może to przez głośne bicie jej serca albo ciężki oddech. Zobaczyła go nagle i nim się spostrzegła, już była przytrzymywana przy podłożu.
Nie zdążyła zareagować i jedynie znowu musiała przeżyć to piekło, wylewając całe strumienie łez.
Czemu ci wojownicy nie mogli po prostu zareagować?...

*** 

- No i po wszystkim. Trzeba było się mi nie sprzeciwiać słońce - mruknął zadowolony kocur już po robocie. Rozryczała się na dobre, drżąc na całym ciele i ledwo co wytrzymując z bólu. To było… Straszne. Potworne. Każdy skrawek jej ciała płonął. Czuła się kilkukrotnie gorzej niż ostatnim razem. 
- Cz-czemu m-mi t-to r-robisz?!- wydusiła ledwo co, nie mając nawet sił się podnieść. Tylne łapy całkowicie jej zdrętwiały a sama nawet nie chciała wracać do obozu. Zbyt się bała w takim stanie. Jeśli by naskarżyła, byłaby w niebezpieczeństwie… Ale te męki by się skończyły.
- Mówiłem ci dlaczego. Chcę mieć z tobą kocięta, a ty zamiast po dobroci, odwalasz jakieś sceny. - syknął. - Mogłaś zajść w ciążę, to twoja wina, że odrzuciłaś młode.
- A-ale t-to nie b-była m-moja wina!- jęknęła, chowając pysk w łapach.- B-byłam w stanie j-je w-wychować i w o-góle, t-tylko się n-nie u-udało i t-ty nie p-potrafiłeś się z t-tym p-pogodzić! A teraz... Z-znowu to z-zrobiłeś- zadrżała na całym ciele, nie mogąc wyrzucić tych chwil z pamięci. To było... Straszne.- W-wszystko p-powiem Sroce! Ż-że mi t-to zrobiłeś! I w-wszyscy się dowiedzą j-jakim j-jesteś p-potworem!
- Co takiego?! Skąd nagle ta odwaga Paskudo? Jeżeli to zrobisz to zrobię krzywdę twojej siostrze. Na pewno podziękuje ci za to, bo ty nie potrafiłaś zamknąć swojego pyska. To dopiero wstyd. A jak teraz wyjdą kocięta to co? Będziesz je wychowywać wraz ze Sroką? Naprawdę tego chcesz? A może mam cię tu uwięzić? W tym lesie? A może zabić skoro gardzisz darem jaki ci daje? Wiesz dobrze, że lepiej mnie nie wkurzać, bo budzi się potwór. Jeżeli chcesz bym był spokojniejszy, nie podskakuj, bo słono za to zapłacisz.
Rozszerzyła z przerażenia oczy, panicznie zaczynając piszczeć. Nie, nie! Jej myśli były w bezładzie. Nie była w stanie się jakkolwiek uspokoić. Uwięzić?! Zadrżała ledwo widocznie. Nie mógł jej tego zrobić! Ani postąpić tak ze Sroką! Gdyby jej się coś przez nią stało, czarna… Znienawidziłaby ją. Zamordowała bez wyrzutów sumienia. Wcześniej rozszarpywałaby po kawałeczku. Nie mogła pisnąć ani słowa, bo skaże je obie na cierpienie!
- N-nic jej nie r-rób! P-proszę! N-nie! M-możesz m-mnie g-gwałcić n-nawet c-codziennie, t-tylko j-jej n-nie d-dotykaj! P-przepraszam, j-już n-nie b-będę t-tak m-mówić, p-proszę t-tylko n-nic j-jej n-nie rób!- poprosiła błagalnie, wlepiając w niego załzawione ślepia. Miała nadzieję, że będzie łaskawy. Była gotowa zrobić wszystko byle to się nie stało. Kocur machnął zdenerwowany ogonem, podchodząc do niej powoli, a następnie siadając naprzeciw niej.
- Ja myśle, Paskudo. Jeżeli mnie wydasz, komukolwiek, to sprawię, że będziesz patrzeć jak morduje twoją siostrę, jasne? 
- N-nie w-wydam! P-proszę, n-nie r-rób t-tego!- zaszlochała, jakby już sobie to wyobrażając.- O-ona n-na to nie z-zasłużyła! T-to wszystko m-moja w-wina, n-na mnie się w-wyżyj! Z-zrób c-cokolwiek, t-tylko j-jej nic nie rób!
Złapał jej podbródek, kierując zapłakane ślepia w swoją stronę. Nienawidziła tego ruchu, bo przypominało jej to jak bardzo słaba jest. Chciałaby uciec od tej złej części Nastroszonego, a z kolei ta druga ją do niego ciągnęła. To było… Za bardzo skomplikowane.
- Już cię należycie ukarałem, nie sądzisz?
Kiwnęła delikatnie głową, próbując odwrócić wzrok. Nie mogła patrzeć w jego usatysfakcjonowane oczy. Był taki z siebie dumny. Po raz kolejny ją przeleciał i zranił.
- T-tak...- pisnęła, czując ból na całym ciele. Jakikolwiek najmniejszy ruch powodował, że czuła się jakby płonęła z bólu.
- No to sobie odpowiedziałaś na to pytanie. - przyjrzał jej się krytycznie. - Nie płacz już skarbie - itarł jej łzy z policzka. - Robię to dla twojego dobra
Pokręciła głową. Jakie znowu dobro?! Dla jej dobra ją bił, ranił i jeszcze zmuszał do takiego czegoś?
- N-nie! R-robisz t-to, b-by m-mnie j-jeszcze b-bardziej zranić!- załkała, ledwo łapiąc oddech,
- Spokojnie. Oddychaj. Pamiętasz co ci mówiłem? Gdy jestem zły to krzywdzę. Wcześniej byłaś grzeczna i musisz przyznać, że było nam miło. Oznacza to, że sama skazujesz się na ten los, przez swoje prowokacje.
Zamknęła ślepia, próbując się w jakiś sposób uspokoić, a słowa kocura wbiły się w nią jak igły. Czy… Miał rację? Kiedy była grzeczna, był dla niej bardzo miły… A kiedy była niegrzeczna, był bardzo wściekły i agresywny. Odpowiedź była prosta.
- T-tak... T-to wszystko m-moja wina, w-wybacz mi…
- Jak chcesz możesz się przytulić i wypłakać. Obiecuję, że już nie będę cię gryzł - miauknął, puszczając jej podbródek. Przylgnęła szybko do kocura, łkając mu w futro na klatce piersiowej, cała się trzęsąc. Czemu musiał to zrobić?! Był takim dobrym kotem a robił takie złe rzeczy!
- No już, już kochanie - otulił ją. - Już po wszystkim.
- T-to n-nie j-jest p-po wszystkim... J-jeżeli znowu n-nie wyjdzie... T-to z-znowu t-to zrobisz... I znowu i znowu...- pisnęła cichutko, czując jak dalej szczypią ją rany. Musiała być w tej ciąży. Jeżeli znowu się nie udało, to… Miała wielki problem. Nie chciała dzieci, ale potrzebowała ich do bezpieczeństwa.
- Prawda. Zrobię to póki nie dasz tego czego pragnę. - przyznał jej rację. - Lecz jeżeli będziesz grzeczna i pójdziesz wtedy ze mną, bez krzyków i płaczu, to nie będę zły.
- A-ale... I t-tak się b-boję... T-teraz m-muszę b-być w ciąży, b-bo t-tego nie p-przeżyję... N-nie d-dam j-już rady...

<Nastroszony?>

08 lutego 2023

Od Nastroszonego Futra CD. Błotnistej Plamy

Nareszcie jego marzenie się spełniło. Paskuda należała do niego, bezwzględnie i niezaprzeczalnie. Może i obiecał Strzyżykowej Łapie, że będzie nad sobą panował i nie skrzywdzi żadnej kotki, lecz to uczucie było zbyt silne. Władza nad życiem tej małej Błotnej Plamy, którą tak nazwał ich lider, była satysfakcjonująca. Czerpał z tego ogromne pokłady radości. Jej ból, płacz… To wszystko było muzyką dla jego uszu. Jak miał w takiej sytuacji się powstrzymać? Jego życie było pozbawione takich miłych chwil. To chyba dobrze, że zapewniał sobie poczucie szczęścia, prawda? 
Widząc przestraszoną partnerkę, którą tak naprawdę gardził, ale i jednocześnie nie był w stanie się jej pozbyć ze swojego życia, ponieważ wtedy straciłby jedyną formę rozrywki, tylko się skrzywił. Jak to nie chciała powtórki? Tylko ją lekko zadrasnął, a ta panikowała jak gdyby rozerwał jej trzewia i bawił się jej flakami! Wizja kusząca… Musiał ją jednak odsunąć gdzieś na bok, aby nie kusić losu. 
— Nie podobało ci się? Przecież... będziemy mieć kocięta. To mój prezent dla ciebie — mruknął jej do ucha.
Tak jak obiecał matce, że nie będzie młodocianą babcią, tak też dotrzymał słowa. On i Paskuda byli w końcu już dorośli. Mogli sobie „układać” życie. A wizja bólu jaki będzie mógł oglądać na pysku czekoladowej, gdy zajdzie w ciążę, była bardzo, bardzo kusząca. 
Kotka zadrżała lekko, dalej siorbiąc nosem.
— A-ale... T-to b-było s-straszne... T-to nie b-była n-nagroda, b-byłam dla ciebie n-niemiła, ż-że mnie ukarałeś? — jęknęła żałośnie.
Ugh. Te jej piski czasami doprowadzały go na skraj. Czemu musiała wydawać je prawie co chwila? Po co pytała, skoro wiedziała, że nie dostanie od niego żadnej, konkretnej odpowiedzi? Powinna pogodzić się z tym co zaszło. A zresztą zgodziła się na to. Gdyby było inaczej, to nie mówiłaby o sobie, że jest jego partnerką. 
— To nie była kara, tylko nagroda za zostanie wojownikiem. Pamiętasz? Obiecałem ci, że dam ci kocięta, gdy lider cię mianuje — przypomniał jej o tym, bo najwidoczniej w jego interesie było odsłanianie klepek z oczu wojowniczki, która czerpała na jakąś formę amnezji. To właśnie w niej go najbardziej irytowało. Że mówił coś, a ta w ogóle nie słuchała, przez co musiał powtarzać się prawie co chwila, co go dość skutecznie męczyło. 
Paskuda zaskomlała smutno, próbując opanować drżenie łap, czym oczywiście się nie przejął. Jak zawsze przesadzała. I w tym nie było inaczej. 
— T-to... P-podobało ci się? Cz-czerpałeś z t-tego r-radość? N-naprawdę? — zapytała niedowierzając.
— Owszem. Było cudowne — przyznał z rozmarzonym wzrokiem. — Zostałaś dzisiaj prawdziwą kotką. Mam nadzieję, że maluchy wdadzą się we mnie — Posłał jej szeroki uśmiech.
Nawet jeśli na świat przyszłyby jakieś miernoty, które ryczałyby co krok, jak tu obecna, to niezbyt by się tym przejął. Dla niego dzieci były tylko narzędziem, aby pokazać Paskudzie, gdzie było jej miejsce. Dalej podtrzymywał tezę, że samice powinny zajmować się wychowywaniem kociąt, a nie wojownikowaniem. Im dłużej żył w Klanie Nocy tym dostrzegał, że większość kotek wymigiwała się od swojego obowiązku i zamiast szukać sobie dobrego partnera, jakim oczywiście był on, to wolały się lizać między sobą. Gejostwo się szerzyło w tym klanie, a on nie mógł nic z tym zrobić, bo nie miał żadnej władzy. Nie cierpiał tego. Nienawidził tych lesb… Czy czasy, gdy kotki wreszcie zaczną być posłuszne kocurom kiedyś zaistnieją? Powoli tracił w to wiarę. 
— M-maluchy?! J-ja nie j-jestem n-na t-to gotowa! N-nie cieszę się, t-tylko się b-boję! — zaskrzeczała przerażona.
— Jesteś, jesteś. Będę przy tobie, więc się nie martw. Nie zamierzam przegapić tego jak rozwijają się w tobie te małe pasożyty, a potem jak wydajesz je na świat. To będzie piękne widowisko — Uśmiechnął się sadystycznie. 
Zamiast jednak się przerazić na jego wyszczerzone kły, Błotnista Plama nagle się do niego zbliżyła, próbując się uspokoić. Wciąż go to zadziwiało, że pomimo tego jak ją traktował, ta zachowywała się, jakby nie miała poza nim nikogo innego na tym świecie. 
— A-ale j-ja ich nie chciałam! B-bo b-boję się t-tego wszystkiego! P-proszę, b-bądź wtedy przy mnie... B-bo t-to b-będzie straszne!
Wziął głęboki oddech, bo znów jego „partnerka” wykazywała się umysłem na poziomie kocięcia. A co on wcześniej mówił? Co z nią było nie tak, że jego słowa odbierała z takim opóźnieniem? Może jak ją walnie w ten jej pusty łeb, to jej się przestawi i zacznie bardziej skupiać uwagę nad tym co do niej mówił?
— Przecież przed chwilą ci powiedziałem, że będę przy tobie. Jak urodzisz, to jednak ty będziesz się nimi zajmować i wychowywać, bo jesteś kotką. Ja nie mogę jako kocur — przypomniał jej o tym. —No i nie rycz, bo się już stało, czasu nie cofniesz. Jesteś prawie już mamusią.
Rozpłakała się głośno, co było dla niego niepojęte. Powinna się cieszyć, a nie rozpaczać! Widać było po niej jak te samice się staczały. To już jego matka lepiej przyjęła fakt, że będzie miała potomstwo! Był pewien, że skakała aż do niebios, dziękując temu swojemu zasranemu Klanowi Gwiazdy za ten dar. 
— J-ja nie chciałam b-być m-mamą! N-nie nadaję się d-do t-tego! N-nie chcę ich, nie chcę! — wrzasnęła, ledwo co łapiąc oddech. 
Dał jej po pysku, widząc że ta zaczyna za bardzo szaleć. Jeszcze mu brakowało, by zeszła tu na zawał. Nie chciał się tłumaczyć z trupa swojej byłej…
— Uspokój się! Będziesz matką, bo tak chcę. Należysz do mnie! Nie masz wolnej woli, więc przestań panikować, bo inaczej zostawię cię całkiem samą i będziesz marzyć bym cię przytulił! — zagroził warkotliwie. 
Paskuda z piskiem upadła na ziemię, kuląc się i chowając pysk w łapach.
— P-przepraszam... P-po prostu się b-boję t-tego... B-bo... T-to b-będzie... Trudne b-bardzo... W-wychowywanie dzieci... — wymamrotała cicho, powoli się uspokajając.
— Mam to gdzieś. To twoja przyszłość i przywyknij do tej myśli. Będziesz przynajmniej mieć dużo kulek do tulenia — prychnął.
Nie widziała w tym pozytywów? Chciała uznania, tego poczucia bezpieczeństwa i by ktoś ją w końcu pokochał. Dzieci jej to dadzą i jeszcze będą uważać ją za najważniejszą osobę na świecie! Ale co się dziwić… Paskuda myślała bardzo prostoliniowo. On tu dawał jej szansę wykazania się i udowodnienia sobie, że nadawała się na wspaniałą matkę, ale nie… Gardziła tą jego pomocą. Jak zresztą każdy. 
Czekoladowa spuściła wzrok.
— P-przepraszam z-za m-mój wybuch... — wymamrotała cicho. — J-ja... P-przywyknę do t-tego, t-tylko p-potrzebuję czasu...
— No ja myślę — Machnął ogonem. — Zawsze odstawiasz taki cyrk. Sądziłem, że już cię naprawiłem. Najwyraźniej nadal jesteś wadliwa.
Trudno było temu zaprzeczyć, gdy ta zachowywała się jak dziki oszołom, rycząc i miaucząc te swoje rację, które wychodziły mu drugim uchem. Tyle już księżyców byli ze sobą. Powinna zrozumieć, że nie obchodziło go jej zdanie. Skoro dalej przy nim była, to uważał, że poczynił znaczne postępy w tym zakresie, ale się mylił. 
— N-nie jestem wadliwa! — pisnęła szybko. — P-przepraszam! Ja n-naprawdę nie chciałam, j-jestem n-naprawiona!
— Tak? Jesteś naprawiona? To udowodnij. Pokaż mi jak się cieszysz na wieść, że będziesz mamą. No? — Wbił w nią uważne spojrzenie.
Odwróciła wzrok skrępowana. Prychnął. Wiedział. To było widoczne jak na łapie, że nie była do tego zdolna. Miała na sobie skazę. Jednak po chwili usłyszał jej cichy głos. 
— J-ja... B-bardzo cię cieszę...
— A gdzie uśmiech radości? — rzucił jej ponaglające spojrzenie, aby lepiej podeszła do granej przez nią roli. 
Ta zamiast uśmiechnąć się i udowodnić mu, że to był najszczęśliwsza chwila jej życia, jeszcze bardziej się zasmuciła.
— Uh... Ja... N-nie p-potrafię się uśmiechnąć...
— Dlaczego? Co w tym trudnego? Skoro będziesz mamą, powinnaś się cieszyć i uśmiechać, a nie. Uznam jeszcze, że kłamiesz — wbił na jej emocje, powoli się odsuwając, by pokazać jej swoje niezadowolenie z jej zachowania. 
Kotka ku jego radości zrobiła wymuszony uśmiech, lecz skuliła się jeszcze bardziej.
— No... Od razu lepiej. Ładnie ci z nim. — Musnął łapą jej policzek. — Chodź. Musisz odpocząć.
A raczej to on musiał. Już nie miał sił, aby się z nią męczyć. Już i tak nie zmieni swojej przyszłości. Stało się. 
Wojowniczka krzywiąc się ze zmęczenia wstała powoli z podłoża.
— Cz-czy... M-możesz ze mną spać dzisiaj? B-bo... Chciałabym m-mieć ciebie b-bliżej t-teraz... A od t-tak d-dawna t-tego nie robiliśmy.
Udał zastanowienie, patrząc gdzieś w niebo. Akurat to go bawiło. To jej pragnienie, aby przy niej był, pomimo tego, że traktował ją niczym rzecz. Ah… Czemu każda kotka nie mogła przynajmniej w połowie tak do niego lgnąć, jak to czekoladowe chuchro? Tulenie się do większej ilości ładnych panienek, to było wręcz jego marzenie. 
— No nie wiem... nie wiem... — Spojrzał na nią. — Nie chcę cię aż tak rozpieszczać... Lecz... Byłaś grzeczna, zostałaś wojowniczką i matką moich kociąt, więc dzisiaj możemy spać razem. We dwoje — Objął ją ogonem.
Zamruczała cicho, przybliżając się do niego najbardziej jak mogła.
— Dziękuję! — powiedziała cicho szczęśliwa.
Udali się dalej przed siebie, aż na horyzoncie nie pojawił się obóz Klanu Nocy. Tam od razu skierowali kroki do legowiska wojowników, gdzie ułożył się na swoim posłaniu, czekając aż kotka położy się obok. Gdy już to zrobiła, poczuł jak wtula się w jego ciepłe ciało. Otulił ją swoim ogonem, zadowolony. Położył łeb obok, mrucząc. Zasnęli. 

***

— Nastroszony... B-bo j-ja nie j-jestem w ciąży — Usłyszał jej radosny głos, który starała się przed nim ukryć. 
Przestał wylizywać łapę, wbijając w nią wzrok. Jak to nie była w ciąży?! No w zasadzie obserwował jej brzuch, śpiąc z nią codziennie zadowolony z faktu, że nosi w sobie pasożyty i nie widział widocznych zmian, a teraz... mówiła mu, że nie wyszło?! Od razu wstał, strosząc sierść. 
— Co takiego? — wysyczał wściekły.
No bo jak to nie wyszło? Czy ona sobie z niego żartowała? Nie potrafiła zrobić czegoś raz a porządnie?! Była… bezwartościowa! Jako wojownik oraz jako kotka.

<Paskudo?>

07 stycznia 2023

Od Paskudnej Łapy (Błotnistej Plamy) CD. Nastroszonej Łapy (Nastroszonego Futra)

 Lubiła to uczucie, że ktoś ją lubi oraz ciepło, gdy ktoś się do niej przytulał. Była... Wniebowzięta. Przytulasy były o wiele lepsze od tych obrzydliwych całusów! Czuła się bezpieczna w czyichś objęciach. Gdy Nastroszony był tak blisko niej, wcale się go nie bała. Na pewno by ją ochronił przed całym złem!
- A-ale t-tutaj j-jest b-bardzo mięciutka…
- Tak, jest. Możesz się tulić ile chcesz - poinformował ją z zadowolonym uśmieszkiem. Z pomrukami radości wierciła się lekko, chcąc być cała otulona jego miękką sierścią. W końcu położyła pysk tuż przy jego łapach i przymknęła oczy. Poczuła po chwili jak ją jeszcze bardziej obejmuje. Tak… Był taki miły i troskliwy… Lekko liznęła go w odstający skrawek futra, by zobaczyć, czy to miłe, jednak trochę się zawiodła. Wolała tulasy, a nie wylizywanie futra. Do tej pory myła go tylko dlatego bo jej rozkazywał, a takie robienie to z powodu bycia partnerką... Nie. Obśliniła go i tyle, dlatego wolała tego nie powtórzyć. Albo może jednak? On to w końcu lubił.
- Nie wstydź się. Jeżeli chcesz dać mi całusa, to proszę bardzo - przymknął oczy, zachęcając ją do tego. Skrzywiła się nieco. Nie chciała dawać mu całusów! Ale skoro już tak chciał... Polizała go po pysku, mrużąc oczy. Przynajmniej wydawał się być zadowolony, a na tym najbardziej jej zależało.
- Cieszy mnie to, że się do mnie przekonujesz. Chciałabyś tak ze mną spać codziennie? Tak... blisko mnie?
Zdziwiła się nieco. Spać z nim? Przytulona do niego w takim ciepłe? 
- Ch-chyba t-tak...- pisnęła cicho. W końcu, to było lepsze od spania w pojedynkę…
- Dobrze. Tak więc będzie. - powiedział, spokojnie oddychając. Patrzyła się na niego jeszcze przez chwilę, po czym zmrużyła oczy i również zasnęła. To było… Miłe uczucie. Była tak blisko niego. Czuła, że w końcu komuś na niej zależy.


***


Ten poranek był chyba najlepszym w jej życiu. Spała całą noc wtulona w ciepłego partnera, bezpieczna i szczęśliwa. Dlatego nie miała zamiaru wstawać na trening. Chciałaby tak całą wieczność… W półśnie poczuła jak ciało obok niej zaczyna się lekko ruszać.
- Paskudo - mruknął kocur, próbując ją wybudzić. - Już rano.
Ziewnęła i jedynie poprawiła się na legowisku. Nie chciała jeszcze wskazać… Kocur polizał ją w ucho.
- Paskudna Łapo... skarbie moje... czas wstawać.
Otworzyła zaspane oczy i spojrzała na niego rozkojarzona. Czas wstawać? Naprawdę nie chciała… Teraz było jej tak dobrze…
- C-co? J-jeszcze chwilkę…
- Już wystarczy ci chwil, bo zaraz przyjdzie po ciebie mentorka - znów ją polizał.
Ziewnęła jeszcze raz i powoli wstała z legowiska. Cóż, to był jej obowiązek… Musiała się uczyć walki i innych głupich rzeczy…
- N-nie chcę iść n-na trening…
- Musisz iść. Musisz zdać ten głupi test, bo inaczej jak ja zostanę wojownikiem, to nie będziemy mogli już razem spać. Dlatego postaraj się minimalnie. I tak nie będziesz lepsza ode mnie - przeciągnął się. Spojrzała z niepokojem na niego. Wizja tego testu brzmiała strasznie… Była pewna, że go zawali. Przecież… Niczego nie potrafiła.
- A j-jeżeli mi się n-nie uda? I t-tutaj b-będę p-przez c-całe życie?
- To cię wywalą z klanu i umrzesz z głodu. Nikt nie trzyma tu nikogo na randze ucznia do końca życia - powiedział. Spuściła łebek. To było przykre. Naprawdę nie mogła robić czegoś innego? Może by się komuś przydała? Sama już nie wiedziała co sądzić o tym klanowym systemie.
- Oh... Cz-czyli m-muszę się b-bardzo p-postarać... Ż-żeby mnie nie w-wywalono... R-rozumiem- powiedziała cicho i spojrzała w wejście do legowiska.- T-to... M-muszę j-już iść, t-tak?
Skinął łbem, co kiedyś byłoby dla niej ulgą, a teraz była smutna. Wolała tu zostać, a nie taplać się w błocie…
- Moja mentorka pewnie zaraz też po mnie przyjdzie - strzepnął uchem. - Ale nie martw się. Jak skończysz trening, będę na ciebie czekał.
Spojrzała na niego, jednak nie zdążyła nic powiedzieć, bo Makowe Pole już na nią czekała. Szybko poszła w stronę mentorki na trening. Nie mogła się spóźnić, bo dostanie jeszcze od kotki. Naprawdę wolałaby być w legowisku…


***


Zmęczona położyła się na mchu, po wyczerpującym treningu. Tak jak powiedziała Nastroszonemu, bardziej się starała, ale to było dalej za mało i Makowe Pole wciąż była na nią zła. Naprawdę dawała z siebie wszystko! Była wykończona każdego dnia i robiła wszystko, by sprostać wymaganiom kotki. Potrafiła już podstawy, ale dalej popełniała wiele błędów. Miała nadzieję, że przynajmniej Nastroszony się na nią nie wścieknie… Kocur wszedł po jakimś czasie do legowiska i musnął ją ogonem po grzbiecie.
- I jak tam? Upolowałaś coś?
Pokręciła głową i wlepiła w niego zmęczony wzrok. Nie. Znowu nic. Nie potrafiła chyba.
- Nie? Szkoda. - usiadł obok ze stęknięciem. - A ja upolowałem dziś bardzo dużo piszczek - powiedział. Jak zawsze… Najlepszy we wszystkim. A ona bezużyteczna. Do niczego.
- Oh... G-gratulacje... Jesteś naprawdę utalentowany...
- Wiem - uśmiechnął się szeroko. - Chcesz się przytulić?
Pokiwała głową i przybliżyła się do niego. To zawsze pomagało. To ciepło… Było takie miłe… Chciała jeszcze bardziej się w niego wtulić. Partner objął ją troskliwie ogonem.
- Lepiej?
Zamruczała głośno. Oczywiście, że było lepiej. Była bezpieczna, czuła się naprawdę przez niego kochana…
- T-tak...
Dziabnął ją lekko w ucho. Skrzywiła się lekko. Chyba nie potrafił się powstrzymać, co… Nie było zbyt miłe.
- Masz siły na jakiś spacer?
- Ch-chyba... Ch-chyba t-tak.
- To chodź - miauknął dziwnym tonem, podnosząc się na łapy i pazurem przejeżdżając jej pod brodą. - Nie pożałujesz.
- D-dobrze...- powiedziała cicho i wstała.
Jak zawsze ruszyli poza obóz. Nie rozumiała dlaczego. Miał zamiar zrobić coś złego czy jak? Przytulać się mogli w końcu w obozie… Chyba, że stresował się blisko siostry czy jakoś tak… To też była opcja. Robiła wszystko, by nawet nie myśleć o tym, że znowu ją zacznie gryźć. Rany już się zagoiły, ale… Dalej to pamiętała. Dreptała powoli ze spuszczonym łbem. Powinna zapytać wprost. Jeżeli znowu ją będzie bić… To musiała się przygotować.
- T-to... C-co b-będziemy robili?
- Bawili się. Tak jak ostatnio - oblizał pysk. - Pośpiewasz dla mnie - wytłumaczył, szukając odpowiedniego miejsca na zatrzymanie się. Zaskomlała cicho. Znowu. Naprawdę miała dość… Czemu nie skupiał się na miłych rzeczach, tylko ciągle ją bił? Chyba była niedobrą partnerką w ostatnim czasie, skoro tak tego chciał… Znowu coś zepsuła?
- Oh... A b-będziesz d-delikatny?
- Będę... Ale masz krzyczeć. Lubię jak to robisz. 

tw przemoc krew gore

28 grudnia 2022

Od Nastroszonej Łapy (Nastroszonego Futra) cd Paskudnej Łapy

Cieszył się, że Paskudna Łapa w końcu się przemogła i do niego przekonała. Uzależnienie jej od siebie to był jego cel. Nie mogła uciec do Zajęczej Łapy i wyznawać jej chorych ideologii. Nie pozwoli na to. Ona była jego! Jego i nikogo innego! Chociaż musiał przyznać, że czasem jej głupota go powalała na ziemię. Może to dlatego poszło mu z nią tak łatwo? 
- Dla mnie jesteś piękna - mruknął jej do ucha. - Najlepsza i cudowna - słodził jej. 
Teraz myślał tylko o jednym, lecz jego słowa były prawdziwe. Czekoladowa była ładna. Nie wyglądała jak taki Zdradziecka Rybka, który swoją szpetnością odstraszał tłumy. Uczennica nie miała blizn, czasem była brudna od błota, ale na jej sierści było to mało widoczne. No i co uwielbiał w niej, to ta miękkość. Była idealnym mchem. 
Kotka spaliła pod sierścią buraka, pesząc się na jego słowa. 
- Dz-dziękuję... A-ale n-nie m-musisz m-mnie okłamywać... J-jestem g-gorsza i t-tyle.
- Mówię całkowicie szczerze. To, że kolorem przypominasz błoto nie oznacza, że jesteś brzydka. Twoja sierść jest taka nietypowa, milusia i pachnąca. Nie widać na niej za bardzo krwi... Lśni w promieniach słońca. - mruczał. - Gdybyś była brzydka, pewnie bym na ciebie nie spojrzał.
Czy to była prawda? No w zasadzie tak. Nie tuliłby się przecież do jakiejś szkarady. Chciał w końcu mieć to co najlepsze. Dawna pieszczoszka najwyraźniej miała przez swoją siostrę zaniżone spojrzenie na siebie, a przecież była od niej lepsza! Pokazywała całą sobą, jak powinna zachowywać się prawdziwa kotka, a nie jak te dzikuski głosić te bzdury o niezależności. 
Czekoladowa spięła się lekko zawstydzona.
- Oh... Dz-dziękuję ci...- jedynie wydukała, trochę bardziej się kuląc.- N-nie s-spodziewałam się... Ż-że t-tak o mnie s-sądzisz...
- Powiedziałbym ci wcześniej, ale byłaś niegrzeczna. A ja nie lubię, gdy się stawiasz i ode mnie uciekasz, bo gdy cię nie ma... jest mi smutno i źle. Ale gdy już jesteś... To jest cudownie.
Zaskoczona wytrzeszczyła oczy.
- Cz-czyli... L-lubisz j-jak k-koło ciebie j-jestem? W-wtedy j-jesteś m-miły.
- A nie jestem miły w tej chwili? - zapytał, chcąc ruszyć jej ten móżdżek do myślenia.
Wymagał tylko jednego. Posłuszeństwa. Wiele razy to jej wspominał, ale najwyraźniej musiał to robić częściej. Trochę to było męczące, ale wierzył, że ta w końcu zrozumie o co mu naprawdę w tym wszystkim chodziło. 
- J-jesteś... B-bo nie gryziesz m-mnie t-tak j-jak ostatnio...
- No widzisz. Masz odpowiedź na swoje pytanie. - Otarł się o nią brodą.
Zamruczała cicho, klejąc się do niego, co było dobrym znakiem. W końcu widział efekty swojej ciężkiej pracy.
- J-jesteś b-bardzo miękki... - miauknęła, a on się uśmiechnął na te słowa. 
- Owszem, jestem. Chociaż moja sierść na grzbiecie jest sztywniejsza - powiedział, otulając ją bardziej.
No i co? Było jej tak z nim źle? No właśnie nie! Nie musiała tak panikować... 

<Paskudo moja żono?>

11 grudnia 2022

Od Paskudnej Łapy Cd Nastroszonej Łapy (Nastroszonego Futra)

 Zamruczała cicho. Zaczęło jej się to nawet podobać... Bo było jej ciepło. Przytulona do Nastroszonego... Była bezpieczna, dopóki była grzeczna. Taki sposób myślenia powoli zaczął w niej kiełkować. W końcu… Kiedy stawiała się, on zachowywał się strasznie. Był na nią wściekły i bił. A jak była posłuszna, to był wobec niej delikatny i był nawet troskliwy… Oczywiście, miał jakąś dziwną fascynację krwią, ale to się dało przeżyć… Więc w takim razie, mądrzejsze było siedzenie cicho, czyż nie? Kocur polizał ją delikatnie po szyi, oblizując pysk i kładąc łeb na jej ciele z błogim westchnieniem. To zaczynało być całkiem przyjemne. Zamknęła oczy, mrucząc jeszcze głośniej. 
- A... J-jak t-tam t-trening?
- Dobrze sobie radzę. Moja mentorka jest beztalenciem i muszę jej wszystko pokazywać. Ale to kotka. Lider zgłupiał, że zrobił ją wojowniczką.
- M-może zgłupiał... A-ale t-to p-przykre, ż-że k-ktoś taki j-jak t-ty m-musiał ją dostać...
- Prawda? Cieszę się, że mnie rozumiesz. Mimo to nie cofam się w rozwoju. Mam inne koty, bardziej godne, które pokazują mi co i jak.
Nie rozumiała tego, ale przynajmniej mogła udawać, prawda? Gdyby mu jawnie mówiła o swojej głupocie, jeszcze byłby na nią zły… A tego tak bardzo nie chciała. Musiała chociaż trochę próbować zachowywać się jak ktoś normalny.
- J-jakie k-koty?
- Różne kocury. Prawdziwi wojownicy, a nie żałosne imitacje, jakimi są kotki. Zapamiętaj. Żadna z was nijak się ma do nas. Nie posiadacie takiej siły jak my i zdolności.
- Oh... T-tak... B-bo t-ty jesteś t-taki silny... I m-mądry... Z-zapamiętam…
Tak naprawdę tak nie sądziła. W jej umyśle jedyny podział wśród kotów to był ten wykreowany przez matkę. Ona mówiła prawdę, a Nastroszony… Może po prostu to była jego opinia? Wolała się trzymać tego, że czekoladowe koty są gorsze, bo pogodziła się z tym, a gdyby kotki wrzucić do jednego wora… To Sroka byłaby uznana za gorszą? Nie, to nie mogło być prawdziwe.
- Otóż to skarbie - polizał ją po uchu. Zamruczała cicho, jednak nie z samego faktu, że lubiła lizanie, tylko on jej teraz nie gryzł ani nie drapał. A to było już coś. Jeżeli był radosny, to nie musiała się bać o swoje zdrowie.  Kocur wtulił nos w jej futerko. Nie wiedziała po co to zrobił, wąchał ją czy jak?
- Jesteś taka piękna...
- Dz-dziękuję- wymamrotała speszona.- T-ty t-też j-jesteś piękny... N-najwspanialszy...
- Wiem to - znów ją polizał. - Powiedz jeszcze, że należysz do mnie. Powiedz Paskudo, a uszczęśliwisz mnie.
Nagle wytrzeszczyła oczy. Nie spodziewała się tego. Gdyby to powiedziała... Byłaby już całkowicie jego zabawką. Ale nie mógł być zły. Wymyślał coraz to dziwniejsze sposoby okazywania sobie tej miłości. Należała do niego? Niby tak, ale… Naprawdę spodoba mu to się, jak potwierdzi te przekonania?
- N-należę d-do ciebie...- powiedziała cichutko.
Wydał z siebie pomruk zmieszany z śmiechem, a następnie przytulił ją do siebie bardziej. Sama już nie wiedziała czy ma się go bać, czy zgadzać się na takie tarmoszenie. 
- Tak. Tak jest i zawsze będzie - skubnął ją delikatnie w ucho. Pisnęła cicho. A już miała nadzieję, że nie będzie jej gryzł... Przynajmniej przytulił ją mocniej, a to jej się podobało. Chociaż ból dalej w niej pozostał.  Uczeń jeszcze kilka razy przejechał jej językiem po uchu, opierając z powrotem łeb na jej ciele. Czemu mu tak zależało na mizianiu się? Wiedziała, że nigdy nie zrozumie tych pieszczot, jej wystarczały przytulasy, bo to było darmowe ciepło.
- Wygodnie ci?
Pokiwała delikatnie głową, moszcząc się na legowisku. 
- B-bardzo... B-bo się d-do mnie przytulasz.
- Lubisz jak się do ciebie tule? - mruknął jej do ucha. - Kiedyś uciekałaś.
- P-przemogłam się... I t-teraz j-już l-lubię... B-bo nikt i-inny mnie nie tuli…
Przemogła się, to prawda, ale… To nie znaczyło, że przestała się go bać. Po prostu nikt inny nie zbliżał się tak do niej ani nie był tak miły.
- Przykro mi. To oznacza, że nikt cię nie kocha... Prócz mnie - znów dał jej całusa.
- T-tak... A-ale m-moja siostra t-też mnie k-kocha... Ch-chyba...
- Czy ja wiem... Nie wydaje się szczęśliwa, gdy się do niej tulisz. Wręcz... obrzydza ją twój widok. A ja? Ja zawsze się uśmiecham, gdy jesteś blisko mnie. Nie odpycham, nie przeganiam, cieszę się, gdy jesteś obok.
- M-może... M-może m-mnie nie k-kocha. B-bo w k-końcu j-jestem b-brzydka. M-mam futro j-jak błoto.
Nastroszony wydawał się naprawdę nie rozumieć tego, że przecież zachowanie Sroki było oczywiste! Dlaczego miałaby ją lubić? Dlaczego w ogóle szary się nią zainteresował, skoro była do niczego?

<Mój ukochany?>

[przyznano 5%]

03 grudnia 2022

Od Nastroszonej Łapy (Nastroszonego Futra) cd Paskudnej Łapy

*dawno temu*

Był niezadowolony... wszedł do legowiska, kładąc się obok Paskudy, która zdawała się tam leżeć od samego rana. Czy była na treningu ze swoją mentorką? A może olała to i wolała dzisiaj dłużej pospać? Nie wiedział i w zasadzie go to nie obchodziło. Bardziej martwił go fakt, że wciąż i wciąż słyszał w głowie te słowa. Te okropne słowa, które powodowały w nim skręt żołądka. Musiał się dowiedzieć od swojej partnerki prawdy. Na pewno nie mógł być podobny do tych obrzydliwych istot! 
- Powiedz mi szczerze, Paskudo. - zaczął, a widząc, że ta udaję sen, kontynuował. - Nie śpij, bo wiem, że tego nie robisz. Wyglądam ci na geja? - Wbił w nią stalowe spojrzenie, oczekując zaprzeczenia. Jeżeli przytaknie, to oderwie jej głowę. Albo lepiej... zabierze ją na krwawą randkę i nauczy się, że nie należało sobie z niego drwić. 
Widząc jak ta przekrzywia łeb i rzuca mu pytające spojrzenie, powtórzył. 
- Czy wyglądam ci na geja?
No rozumiał, że miała problemy z mózgiem i przyswajaniem informacji, no ale bez przesady! Niech nie zmienia bardziej jego opinii na jej temat!
- Uh... N-nie w-wiem - powiedziała cicho, zachowując się tak, jakby nie wiedziała o co mu chodzi.
To go tylko podirytowało. 
- Powiedz: nie - zażądał, widząc że musiał jej w tym najwyraźniej pomóc.
- N-nie...
Uśmiechnął się do niej zadowolony. No. Nareszcie. Czyli wystarczyły krótkie polecenia i jej umysł na powrót zaczął prawidłowo funkcjonować. 
- No. Jedyna mądra. Dobrze. Bardzo dobrze - Polizał ją w policzek. - Nie będzie mnie wyzywać, przeklęta wariatka - prychnął pod nosem. Zanikające Echo jeszcze zapłaci za te porównanie go do tych świrów. Sama katalogowała się w tych ramach, więc jej słowa nie powinny aż tak na niego wpłynąć. Ale jakimś cudem przejął się faktem, że może rzeczywiście za bardzo dbał o swoją sierść, co mogło skutkować takim... wrażeniem. Ugh! 
Zauważył jak kotka skrzywiła się lekko, przez co przeniósł na nią wzrok. A jej o co znowu chodziło?
- A c-co t-to g-gej?
Spojrzał na nią zaskoczony. Nie wiedziała?! To co ona właśnie... Ugh! Miał ochotę dać jej po pysku, bo czuł, że jeszcze chwila i oszaleję. Ale... Może to i dobrze, że nie wiedziała? Jeszcze by przytaknęła albo zaczęła głupio powtarzać słowa jego mentorki. Jej głowa była tak bardzo upośledzona, że mógł się spodziewać po niej wszystkiego. 
- Nieważne co to jest. To obraza. Masz nigdy nie wypowiadać tego słowa, jasne? Jest zakazane w tym klanie. Koty cię powieszą na drzewie, jak tak się do nich zwrócisz - skłamał, chcąc ją nastraszyć. Musiał mieć pewność, że uczennica będzie obawiać się mówić takie słowa i nigdy nie zwróci się nimi w jego stronę. 
Czekoladowa zaskoczona wytrzeszczyła oczy.
- J-ja-jak t-to p-powieszą...
- Normalnie. Za ogon lub jelita - Wzruszył ramionami. - Dlatego to zapamiętaj.
Rozpłakała się głośno, przerażona tą wizją. Nie ruszyło go to. Gapił się na nią beznamiętnym wzrokiem, słysząc jej coraz bardziej irytujące zwodzenie. 
- J-ja nie chcę b-być p-powieszona! A-a j-jak p-przez p-przypadek p-powiem?
- Wtedy żegnaj, Paskudo. Przypadkiem zafundujesz sobie śmierć. Dlatego kontroluj to co mówisz, jeżeli chcesz żyć - warknął w jej stronę, podsycając tylko jej strach. Możliwe, że on zadziała zbawiennie i pohamuje w niej taką chęć, by dzielić się z wszystkimi tym, czym nie powinna. 
- T-to j-jest straszne! - Wtuliła się w niego z płaczem.
- Dlatego najlepiej nie odzywaj się do nikogo dla swojego dobra. Rozmawiaj tylko ze mną - Otulił ją ogonem, powoli się rozluźniając. Tak. Jeżeli ją od siebie uzależni, to na pewno nie będzie niszczona przez koty, pokroju Zajęczej Łapy. Wiedział, że liliowa vanka rozmawia z jego partnerką. Nie mógł pozwolić, by odwróciła przeciwko niemu kolejnego kota. Paskuda była jego. 
- A-a z-z m-moją siostrą? - wychlipiała. 
- Twoja siostra przejęła nasze zachowania. Pewnie już wie jak pozbywać się kogoś, kto powie takie okropne słowa do innej osoby. Nie zdziwiłbym się, gdyby cię powiesiła sama na drzewie. Pamiętaj Paskudo. Nie mów jej o tym co robimy razem w lesie - przestrzegł ją. Srocza Łapa stanowiła tutaj również problem, ale sam fakt, że nie lubiła swojej siostry, działał na jego korzyść. Była mniejsza szansa, że czekoladowa palnie coś czego nie powinna, tak jak to było w przypadku Mglistej Łapy. 
Uczennica zadrżała lekko.
- D-dobrze... N-nie b-będę j-jej m-mówić...- wyszeptała cicho.
- I prawidłowo - zamruczał zadowolony, muskając pyskiem jej futro.
I tak właśnie miało być.

<Paskudo?>

10 listopada 2022

Od Paskudnej Łapy Cd Nastroszonej Łapy

 Nienawidziła tego uczucia. Rany paliły żywym ogniem i pulsowały, a ona nie mogła nic z tym zrobić. Musiała po prostu wytrzymać z tym. Czy w takim razie miała to za złe Nastroszonemu? Nie. Nie była na niego zła, tylko bardziej zawiedziona. Zawiedziona, bo niby się nią opiekował a tak ją zranił dla własnej zabawy. Przytuliła się mocno do niego, mając nadzieję, że ból przejdzie. Ten polizał ją po sierści, zmywając powoli ślady zbrodni z jej futra. Czuła dotyk jego szorstkiego języka i miała nadzieję, że już nie będzie cała czerwona. 
- Zaraz nie będzie krwawić - zapewnił ją. Nie wierzyła w to. Dalej się z niej lało przecież!
- A-a c-co j-jeżeli b-będzie?- zaskomlała cicho, płacząc mu w futro.
- Nie będzie. Ja wiele razy krwawiłem i po jakimś czasie przestawało - wytłumaczył. Rozpłakała się głośno, wbijając pysk w jego sierść. Na pewno nie miał racji, przecież… Lało się i lało, bez przerwy!
- A-ale d-dalej mnie b-boli! B-bardzo b-boli!
Zamruczał uspokajająco, liżąc ją po głowie. Lubiła to, jak był taki bliski i opiekuńczy, tylko, że nie potrafiła przestać myśleć o ranach, które straszliwie ją piekły.
- To właśnie piękne jest w bólu. Trzyma długo, rany się goją i odchodzi. Dzięki temu, że cię boli, ja nie skrzywdzę cię póki nie przestanie. Więc powinnaś cieszyć się, że boli.
- A-ale n-nie cieszę się... B-bo t-to b-bardzo b-boli... B-boli... B-bardzo... A-a j-jak b-będzie t-tak długo b-boleć....
- Przyzwyczaisz się - mruknął tylko. - Pachniesz teraz cudownie...
- Cz-czyli... J-jak?
Nie rozumiała jego obsesji na punkcie krwii. Czemu mu się tak podobało to? Może w końcu to ogarnie?
- Tak... krwiście, słodko, metalicznie i po prostu ładnie - wymruczał. - Czerwień pasuje ci do futra
- N-naprawdę?- pisnęła cicho. Jak to pasowała jej czerwień? To brzmiało dziwnie… Tak nienaturalnie. Kto normalny się tak wyrażał? Przecież krew nie była niczym ładnym.
- Tak. - potwierdził, dalej ją oczyszczając i zmywając jakikolwiek dowód. Pisnęła cicho, czując jak rany lekko szczypiąc.
- Cz-czemu m-mnie liżesz?
- Bo się pobrudziłaś. Jako moja partnerka nie możesz chodzić po obozie w takim stanie - miauknął. No w sumie racja… Jeszcze by był na nią zły, że ją ośmiesza czy coś w ten deseń. 
- Oh... A-a t-to n-nie j-jest obrzydliwe? M-mnie lizać?
- Nie jest. Lubie cię - wymruczał, opierając swoje czoło na tym jej. - Nawet bardzo. Pociągasz mnie.
- C-co t-to znaczy p-pociągać?- zapytała się, nie rozumiejąc słów jakich używał. To było coś takiego… Nowego. 
- To znaczy, że bardzo cię lubię. Lubię się do ciebie tulić i być przy tobie.
- Oh... D-dobrze... T-to cz-czemu m-mnie p-poraniłeś s-skoro m-mnie l-lubisz?
- To z miłości. Wtedy jeszcze bardziej mnie pociągasz. Jak będziemy starsi, to wiesz co się stanie? Zrobię ci dzieci. Owoc naszej miłości - polizał ją ponownie. To już miała totalny mętlik w głowie! Pociąganie to tulenie się do siebie a potem się ma dzieci? Czyli pociąganie to miłość czy co? Poza tym, jaki znowu owoc miłości? Tak zawsze było w związku?
- A-ale j-ja m-mówiłam ci j-już... N-nie b-będę d-dobrą m-mamą... N-nie w-wiem, cz-czy chcę m-mieć dzieci...
- Będziesz dobrą mamą, wiesz czemu? Bo to masz we krwi. Jesteś kotką. Teraz myślisz, że nie jesteś na to gotowa, ale gdy tylko je urodzisz... to ci się odblokuje. To będą nasze małe skarby.
Zaszlochała cicho. Bała się dzieci przecież! Były takie małe i kruche, jeszcze by coś zrobiła im! Byłaby najgorszą i do tego czekoladową mamą!
- A-ale j-ja nie chcę... N-nie poradzę s-sobie...
- Poradzisz. - zamruczał jej do ucha. - Jesteś bardzo odważna.
- N-nie j-jestem odważna!- pisnęła do niego, kuląc się mocno.- N-nie chcę m-mieć dzieci!
- I tak na razie nie będziesz ich mieć. Może jeszcze zmienisz zdanie - powiedział, wylizując ją dalej z krwi. Nie nudziło mu się to? 
- N-nie zmienię zdania. M-możesz... M-możesz mieć dzieci z-z inną k-kotką, a nie z-ze mną...
- Tak będzie. - mruknął. - Będę miał ich więcej, jak ci już o tym wspominałem. Każda z nich da mi kocięta. Ale ty... ty będziesz moją ulubioną... W końcu jesteś moją pierwszą.
- N-nie m-masz innej u-ulubionej? J-jakiejś... M-mniej s-strachliwej? L-lepszej?
- Na razie nie. Ale jak mi znajdziesz... To się nie obrażę. Tylko nie mów im, że gryzę. Trzeba je delikatnie do tego przygotować skarbie - mruknął. Zadrżała lekko i wsunęła nos w jego futro. Gryzł. Bardzo mocno. Zamierzał też krzywdzić tak innych? Jej siostrę też ranił na poboczu, bo go to bawiło?
- M-możesz mnie rz-rzadziej g-gryźć?
- Będę gryzł delikatnie - musnął ją zębami w ucho. - A mocniej jak będziesz mi się stawiać. Pasuje?
Pokiwała delikatnie głową z lekką ulgą. Czyli nie będzie źle. Będzie łagodniej. W końcu, przecież była grzeczna! A takie mocne gryzienie to było jak kara…
- I b-będziesz s-słabiej d-drapał? B-bo t-to b-bardzo b-bolało...
- Będę robił tak, by ci się podobało. - polizał ją. - Tak, że będziesz mnie błagać o więcej
- D-dobrze... - powiedziała cicho.- J-jesteś... W-wspaniały.
- Wiem to - posłał jej uśmiech. Leżeli jeszcze tak chwilę, nim się nagle podniósł. - Wyliż mnie teraz, bo lepiej nie wracać do obozu w takim stanie - wskazał na swoje zakrwawione futro. Przerażona spojrzała na tą krew. Była... Jej? Musiała się na niego przenieść, kiedy się tak ocierał. Ale było tego… Dużo! Miała to lizać?! Wypływało to z niej, czyli… Tak jakby lizała siebie.
- A-ale... T-tu j-jest... K-krew...
- Tak. Twoja kochanie. Piękna jest prawda? Ale musimy ją ze mnie zmyć. Ty jesteś już czysta.
Przywarła do niego i powoli zaczęła zlizywać brud z jego futra. Nie lubiła zbytnio tego robić, ale… Przyzwyczajała się powoli. Było to dla niej dość normalne.
- Fuj...- wydukała cicho, czując dziwny posmak czerwonej mazi.
- Tak smakujesz. - mruknął zadowolony. Skończyła go lizać i odsunęła się. Był… Czysty. On chyba też tak uznał, bo kiwnął łbem. Czyli nie będzie zły?
- Możemy wracać
Pospiesznie wstała, czekając aż da znak, że może wrócić. Koniec męki! Nareszcie! Skinął jej głową i wrócili do obozu.

<Mój bf?>

[przyznano 5%]

09 listopada 2022

Od Nastroszonej Łapy cd Paskudnej Łapy

*Uwaga! Krew!*

O tak. Czekał na to tak długo. Chciał znów usłyszeć ten jej cudny krzyk. Wystarczyło tylko sięgnąć, wysunąć łapy i zatopić kły w jej ciele. Niby nic... A tyle dawało mu radości. Miał nadzieję, że kotka nie przerazi się i nie ucieknie. 
- Tak. A teraz... - Wbił jej pazury w sierść. - Daj mi swój ból. 
Przymknął oczy, rozkoszując się tym krzykiem. Dobrze, że byli poza obozem, skryci przed ciekawskimi spojrzeniami. Kilka razy upewnił się, że nikogo nie było w pobliżu, by ich nakryć. Byli tu sami. On i ona... 
- N-nie t-tak m-mocno! - wyskomlała, wyrywając go z tego letargu w jaki wpadł. 
- Wybacz... - Polizał ją po ranie, zlizując jej krew z pomrukiem. - Postaram się delikatniej...
Tak naprawdę tego nie chciał. Pragnął, by krzyczała głośno, aż zedrze sobie gardło. Smak jej krwi... Był na dodatek taki dobry. Musiał przyznać, że była całkiem smaczna. Nie zamierzał jednak jej zjeść... Nie był aż tak nienormalny. Raczej mięsa kota by nie tknął, wolał... Jej krew. Tą posokę, która spływała z jej barku. Moczyła sierść, sklejając ją i wabiąc metalicznym zapachem. Oblizał kły, widząc jak ta pokiwała głową na jego słowa. 
- N-na p-pewno?
- Tak... - zapewnił, po czym wbił jej jeden pazur w inne miejsce, z niespotykaną dla siebie delikatnością. Zagłębił się jednak dość głęboko, by uwolnić spod jej powłoki krew. - Lepiej?
- T-tak - pisnęła, wylewając łzy.
Oblizał pazur ze szkarłatną cieczą, po czym powtórzył czynność, przejeżdżając łapą po jej barku. Ta zawyła z bólu, zaczynając się wyrywać. Ah! Jak on tego nie cierpiał! Tego buntu z jej strony! Czemu nie mogła dać mu tego czego tak pragnął? Wystarczyła mu chwila. Przecież to nie było nic strasznego! 
- Stój! - rozkazał, depcząc jej ogon. - To nie takie straszne, co pękasz? Dodaje ci to kolorów - Tak, to była prawda. Kocica w czerwieni wyglądała przepięknie. Z taką tulić się mógł już zawsze. 
Krzyknęła i jedynie wbiła pysk w ziemię.
- T-to j-jest s-straszne! B-boli! B-boli!
- Ma właśnie boleć - Nachylił się do jej ucha. - O to w tym chodzi. Nie widzisz tego piękna? Tej cudownej muzyki, jaka wychodzi z twego gardła? - zapytał. 
Nie doceniała tego. A to było właśnie w tym wszystkim najlepsze. 
Pokręciła głową, głośno szlochając. To go obrzydziło. Jak mogła się z nim nie zgadzać? Przecież... Nie czuła tego szczęścia? Tej radości i satysfakcji? Lubiła przecież ból. Mówiła mu to. Najwyraźniej musiał jej to ukazać na nowo. Odkryć te zatarte przez jej zapominalski umysł szczęście na nowo. 
- Nie? Na pewno? - Ponownie wbił jej pazury w sierść. - A teraz? Słyszysz ją? Wychodzi z twego pyska.
Wrzasnęła głośno, wysuwając w panice pazury.
- S-słyszę! A-ale b-boli b-bardzo!
Otarł się o nią tak, że jej krew wsiąkła w jego futro. 
- Patrz. Teraz jesteśmy oboje kolorowi. Prawda, że pięknie wyglądamy? - zadał pytanie retoryczne. 
Wiedział, że pokręci głową, że zacznie się z nim spierać. Była... okropną partnerką. Powinna być mu wdzięczna! Dostawała coś wyjątkowego, coś co łączyło ich ze sobą bardziej. 
- B-boli... M-mnie... B-bardzo...
- A mnie raduje. Ten twój ból - zamruczał jej do ucha. - Dalej... możesz się do mnie poprzytulać - zaproponował, chcąc by poczuła się swobodniej. Może w taki sposób przekona ją do tego, że to co robił nie było wcale takie okropne i złe? Chciał tylko jej krwi, jej krzyków, nic więcej. A ten zapach... Odbierał mu aż zmysły. 

<Paskudo?>

[przyznano 5%]

04 listopada 2022

Od Paskudnej Łapy Cd Nastroszonej Łapy

 Zadrżała i spojrzała na mech. Nie chciała żeby tu był. Wolała być bezpieczna, skulona w swoim posłaniu, a nie męczącego ją Nastroszonego. Był… Straszny. Uczepił się niej i nie chciał puścić. Ten wziął jej pysk w łapę i sprawił, że ta zmuszona była na niego spojrzeć. Nie lubiła jego wzroku. Ale zdecydowanie wolała to, niż jakieś rękoczyny. 
- Mówię coś do ciebie, Głucha Łapo. - zadrwił. Z paniką spojrzała na niego, ledwo co potrafiąc patrzeć mu się w oczy. Nie potrafiła tego. Był zbyt... Przerażający. Bała się go na każdym kroku, a z drugiej strony… On jedyny się tak nią interesował…
- C-co m-mówiłeś?
- Byś na mnie spojrzała. - powtórzył. Zbliżył pysk, uważnie obserwując jej oczy. Ledwo powstrzymała się, by odwrócić wzrok. - Nie wydajesz mi się zmęczona.
- A-ale... J-jestem z-zmęczona- pisnęła, patrząc z przerażeniem na bliskość jego pyska.
- Ty zawsze mówisz, że jesteś zmęczona - stwierdził. - Nie pamiętam kiedy ostatnio razem się bawiliśmy, tak wiesz... Normalnie. Zdajesz się bardziej popsuta niż na początku odkąd zostałaś uczniem.
-P-po prostu się m-męczę t-treningiem... I t-tyle... N-nie p-popsułam się…- powiedziała, nie chcąc by pomyślał o niej źle. Gdyby uznał ją za zepsutą… To jeszcze by ją porzucił! I całkowicie przeczyło to z jej nastawieniem jak się go boi, ale… Był jedynym kotem, który chciał być z nią tak blisko… I to było całkiem miłe.
- No ja myślę. Powinnaś mieć więcej energii - pacnął ją łapą w bok. Skuliła się lekko. Mógł sobie darować i zostawić ją w spokoju…
- A-ale n-nie m-mam skąd j-jej m-mieć... W-więc śpię.
- A więc ją znajdziemy. Koniec spania, wstawaj. Idziemy cię rozbudzić - znów ją trącił. Wstała powoli, ziewając przeciągle. Nie domyślała się o co mogło chodzić z tym rozbudzaniem. Miała nadzieję, że może sobie po prostu pójdą gdzieś. Odetchnie świeżym powietrzem… I wróci.
- G-gdzie idziemy?
- Gdzieś, gdzie będziemy mieli prywatność - miauknął, kierując kroki poza wyjście z obozu. - Tylko szybko, nikt nie może nas zauważyć.
Skierowała się za nim ze spuszczoną głową. To było dziwne, czemu nie chciał, żeby ktoś ich widział? Czy… Planował coś strasznego? Ona najchętniej by się zdrzemnęła i dała sobie spokój z tymi głupstwami, ale skoro Nastroszony jej kazał… Wyszli z obozu i dotarli w miejsce, gdzie było kilka drzew. 
- No dobra. To pobawimy się w rozkazy. Zobaczymy ile pamiętasz.
Zadrżała lekko i usiadła na ziemi, dalej ziewając. Nie wymyślił nic nowego. To samo co za kocięcych czasów. Nie lubiła tego, ale wiedziała, że to lepsze od jakichś innych niefajnych rzeczy jak lizanie czy bicie.
- To coś na rozbudzenie. Kłaniaj się i chwal mnie - rozkazał, siadając i patrząc na nią z uśmiechem pełnym zadowolenia. Niemalże położyła się na ziemi i spuściła głowę.
- N-najwspanialszy... J-jesteś... N-niesamowity…- wymamrotała, nie widząc tego jak Nastroszony na te słowa jeszcze bardziej się szczerzy. 
- A lubisz ból?
Pokręciła głową. Co to w ogóle było za pytanie nagle? Miała go chwalić i wypełniać rozkazy, a nie odpowiadać na coś tak oczywistego… W końcu kto lubił to, że go bili?
- N-nie...
- Zła odpowiedź - przybliżył się, nachylając do niej pysk. - Przecież w żłobku mówiłaś, że nie bolało cię nic. I że ci się podobało - wymruczał. Spaliła ze wstydu buraka. Skłamała wtedy, bo bała się jego reakcji… I tak jakoś wyszło. To nie było fajne przecież.
- J-ja... B-bolało m-mnie...
- Bolało? To czemu mówiłaś mi co innego? - zapytał zaciekawiony. Nie lubiła tego jak wypytywał, bo oczekiwał, że będzie mówić o każdym szczególe. 
- B-bo się b-bałam... Ż-że będziesz zły...
- Bo będę. Teraz też będę, jeśli nie przyznasz, że to lubisz - powiedział. Co? Czemu miała znowu kłamać? Nie rozumiała jego intencji, czemu chciał usłyszeć te słowa?
- A-ale... T-to n-nie j-jest p-prawda... Cz-czemu m-mam to powiedzieć?.
- Bo nie chcesz przecież mnie zdenerwować, prawda? A żeby to zrobić, musisz się do tego przyznać, bym był szczęśliwy.
- N-no... D-dobrze... T-to... T-tak, l-lubię...- powiedziała skrępowana. Ten poszerzył uśmiech. To nie zwiastowało niczego dobrego. Skoro coś tak dziwnego go cieszyło…
- Lubisz? A jak bardzo lubisz? - musnął ją pazurem pod brodą. Powstrzymała się od zareagowania na to jakimś głośnym piskiem. Kocur stawał się coraz większą zagadką. Jego ruchy, gesty, mimika… Zmieniły się od czasu kiedy był kocięciem. 
- J-ja... U-uh... T-trochę...
- Tylko trochę? - zamruczał sugestywnie. Pokiwała delikatnie głową, próbując się od niego odsunąć. Coraz bardziej przestawało jej się to podobać. Do czego zmierzał tymi dziwnymi pytaniami?
- A ja sądzę, że lubisz bardzo - przysunął się. - Może pobawimy się ponownie w twoje krzyki? To takie cudowne je słyszeć.
- P-proszę n-nie!- pisnęła błagalnie, próbując pozostać na miejscu. Nie mogła uciec, nie mogła! Ale nie chciała tego, żeby ją bił! To bolało i nie było zbyt ciekawe… Bo tylko cierpiała.
- Czemu nie? Przecież lubisz ból, a ja lubie twe krzyki. Przecież to idealny układ.
- J-ja... N-nie chcę... T-tego... B-bo t-to n-nie f-fajne...
- Jak to nie fajne? Przed chwilą mówiłaś co innego. Oj... nie kłam kochana, nie kłam - skubnął ją w ucho. Wrzasnęła i z paniką spróbowała się odsunąć do tyłu, jedynie plącząc się o swoje łapy i upadając na ziemię. Nie chciała żeby ją jadł ani gryzł! Nie zrobiła niczego złego, czemu znów miała zostać ukarana?!
- P-proszę, j-ja n-nie chcę!
Podszedł do niej z tym samym dziwnym uśmiechem. Nie mogła już dłużej na niego patrzeć. Kiedy widziała jego wyszczerzony z radością pysk, bała się jego zamiarów.
- Nie wiem co oznacza słowo nie. Musisz inaczej zaśpiewać.
Przerażona zaczęła się wić, nie mogąc jednak z paniki prawie że się ruszyć. 
- Z-zostaw mnie! 
Leżała tak w miejscu, a on się zaczął skradać. Jak myśliwy po zwierzynę. Powoli, czujnie… Czuła się jak ofiara, którą czekał straszny koniec. Ból i kolejna dawka strachu.
- Nie mogę. Jesteśmy razem, zapomniałaś?
Szlochając spróbowała wstać, jednak znowu wywaliła się na ziemię. Była strasznie niezdarna, co nie poprawiało jej obecnej sytuacji.
- N-nie z-zapomniałam, a-ale... N-nie chcę!
- Ale ja chcę. Jesteś bardzo niemiła. Ranisz moje serce, a tak się staram, by było nam dobrze - dalej się zbliżał. A jej przerażenie wzrastało z każdym momentem. Rozumiała, że chciał dla nich jak najlepiej, ale… To nie było przecież nic fajnego. Nie chciała go zranić odmową przecież, to nie było celowe!
- P-przepraszam, j-ja... N-nie w-wiedziałam... Ż-że cię r-ranię...
- To teraz wiesz. Smutno mi z tego powodu. A tyle dla ciebie robię. Daje ci szczęście, ochronę i pragnę byś nie została wygnana z klanu - wymieniał. Położyła po sobie uszy. Miał rację. Dawał jej wszystko to na co nie zasługiwała. Dawał jej to ciepło, troskę… I czasem był dla niej niemiły, ale… To było najwyraźniej w dobrym celu…
- J-ja... P-przepraszam, t-to n-nie t-tak... N-nie chciałam ż-żebyś b-był s-smutny...
- To zechcesz mnie uszczęśliwić Paskudo? Dasz mi to czego chcę?
Spuściła wzrok. Chciał jej krzyków. Cierpienia. Płaczu. Czemu tak to lubił?
- T-tak...
Uśmiechnął się szeroko, siadając obok niej. Mogła się nie zgadzać, ale… Tak było lepiej. Robiła to dla niego, kota, który się nią tak opiekował w końcu…
- Cieszę się, że zmieniłaś zdanie. Wiele dla mnie to znaczy - polizał ją w policzek. Skrzywiła się, trochę bardziej się kuląc. Miała nadzieję, że się przyzwyczai do tych całusów. 
- T-tak... M-mam nadzieję, ż-że n-nie b-będziesz smutny...
- Z tobą nigdy nie jestem, o ile jesteś grzeczna - zamruczał, łasząc się o jej sierść. Położyła łapy na pysk, zaczynając się lekko trząść w obawie, co będzie chciał robić Nastroszony. Znowu lizać? Nie… Chciał bólu. Ale wolała już to niż jakieś rękoczyny. Może zmieni zdanie?
- T-to... D-dobrze... Ch-chyba.

<Nastroszony?>

[przyznano 5%]

31 października 2022

Od Nastroszonej Łapy cd Paskudnej Łapy

Och tak... te słowa łechtały mu wspaniale ego. Zamruczał zadowolony, liżąc ją w policzek. Była jego. Cała jego. Nie zamierzał jej już wypuszczać ze swoich łap. Na dodatek ta krew, która zaczęła spływać z jej ran... Dalej czuł ten metaliczny posmak na języku. A te jej krzyki... No normalnie poezja. Nic tylko pragnęło się, by to trwało i trwało. Wspaniała randka. Wiedziała jak zrobić nastrój. 
- Nie będziesz już sprawiać mi problemów? - zapytał, oczekując właściwej odpowiedzi. 
- P-postaram się... - pisnęła cicho, krzywiąc się lekko.
Na te słowa odsunął się od niej, dając jej przestrzeń. Tak jak jej obiecał, już nie kontynuował kąsania, chociaż bardzo go kusiło to kontynuować. Jednak... Wtedy kotka dowiedziałaby się, że jego słowa były nic nie wartę. 
- Proszę bardzo. Widzisz? Dotrzymuje obietnic. - miauknął, obserwując jak ta łapie szybkie oddechy, strosząc z przerażeniem futro. 
Zerwała się od razu do biegu, zostawiając go. 
Nie gonił jej, wylizując łapy z zadowolonym pomrukiem. I tak przed nim nie ucieknie. Jeszcze to powtórzą.

***

Wszedł do legowiska, rozglądając się po nim zmęczonym wzrokiem. Treningi dawały mu w kość. Bardziej jednak pod postacią psychiczną a nie fizyczną. Wtoczył się do środka, dostrzegając Paskudę i kierując ku niej swoje kroki. Dojrzał jak bardziej się skuliła, próbując go oszukać, że spała. Podszedł do niej, wisząc nad nią niczym sęp. Przyglądał się jej chwilę, a potem usiadł obok z ciężkim westchnięciem. Nie uszło jego uwadze jej lekkie wzdrygnięcie, a tym bardziej odsunięcie. Dojrzał jak kotka kładzie swój ogon na pysku, jakby to miało sprawić, że będzie niewidzialna. 
- Paskudo. Wiem, że nie śpisz - powiedział do niej, kończąc ten jej cyrk. 
- Ś-śpię...- wydukała, nie zdając sobie sprawy ze swojej głupoty.
- Właśnie potwierdziłaś, że nie śpisz - prychnął, kręcąc głową. Mysi móżdżek. - Wiesz... Niedługo będę wojownikiem - pochwalił się jej. - Wiesz co to znaczy? 
Pokręciła głową.
- N-nie...
Jak to nie wiedziała? Widać było jak interesowała się klanem. Wojownik w końcu to był ktoś! Uwolni się raz na zawsze od Zanikającego Echa i będzie robił co chcę! 
- Że będę w końcu kimś ważnym! Nikt nie będzie mną pomiatał i rozkazywał. Ale to będzie wolność... - powiedział, lekko się uśmiechając. Ah... Już chciał, by Rudzikowy Śpiew go mianował. Polepszył się od ostatniego razu i polowanie mu wychodziło, więc... Nadawał się. To i tak cud, że nie skonał tam jako beztalencie, skoro uczyła go taka wronia strawa. 
- T-to t-teraz n-nie b-byłeś k-kimś ważnym? - wymamrotała zdziwiona. 
Co?! Co ona insynuowała? Oczywiście, że był! I nadal jest! 
- Byłem! - warknął, tupiąc łapą. - Znaczy nadal jestem. Tylko będę dzięki temu jeszcze bardziej ważny! Będę rozkazywał młodszym od siebie i mógł ich karać za błędy. Dostane też własnego ucznia do przeszkolenia - wymieniał jej profity jakie z tego były. 
Kiwnęła łbem.
- R-rozumiem...- powiedziała cicho - T-to... D-dobranoc...- wyszeptała, próbując uniknąć dalszych rozmów z kocurem.
- Już idziesz spać? Taka jesteś wymęczona? - prychnął, odsuwając jej ogon z jej pyska. - Spójrz na mnie. - zażądał. 

<Paskudo?>

[przyznano 5%]