Przeszłość
Ryk wodospadu niósł się echem za plecami dwójki, która właśnie wyszła jednym z tuneli, tym samym rezygnując z chłodnej posadzki pod poduszkami. Świeża, rześka bryza nadchodząca prosto znad morza uderzyła w pysk Trójokiego Zająca, a on w odpowiedzi zmrużył jedynie oczy z zadowoleniem. Lubił ciepło, ale teraz zaczął jeszcze bardziej doceniać każdy najmniejszy podmuch, nawet jeśli niekiedy targały jego krótkimi kłosami. Zefirek napierał na jego wąsy, tarmosząc futro na piersi. Przez parę chwil między dwójką braci panowała cisza, dopóki nie oddalili się wystarczająco od serca. Pod poduszkami uginała im się wysoko sięgająca trawa, zroszona lekką dawką porannej rosy, która jeszcze się ostała. Łąki pokryły się pierwszym, białym kwieciem, a ptaki śpiewały w najlepsze swoje melodie. Ciepłe promienie słońca grzały kremowe grzbiety braci bliźniaków. W Klanie Klifu stale zachodziły pewne zmiany, na większość z nich nie mieli nawet najmniejszego wpływu. Kocięta rodziły się, a starsi odchodzili w ramiona gwiezdnych przodków, czuwających nad wszystkimi ze Srebrnej Skóry. Zając spojrzał na Króliczka. Kocur wyglądał tak, jakby rozmyślał nad tym, czy coś powiedzieć, czy może zrobić miejsce rozmówcy, bo nie odzywał się już jakiś czas.
— Bukowa Korona został wojownikiem szybciej, niż my — zauważył zielonooki, na co bursztynooki pokręcił lekko głową, uśmiechając się w konkretny sposób.
— To raczej dobrze. To… bez różnicy, kto został doceniony szybciej. Klan rośnie w siłę i oto wszystkim chodzi — powiedział Króliczek, wyraźnie niezadowolony z podjętego tematu. Westchnął. — Mam wrażenie, że muszę cię ciągnąć za język, żebyśmy rozmawiali. Głównie to ja się odzywam. Czemu mi czegoś o sobie nie opowiesz, Zajączku? Jak się czujesz? — kontynuował, zwieszając delikatnie łeb. — Mimo że jesteśmy blisko, rzadko kiedy siebie pytamy o takie rzeczy.
Trójoki Zając po niedługim namyśle pokiwał głową, zgadzając się. Co prawda, nawet jeśli nie była to rutynowa część ich rozmów, to nie czuł się tak, jakby przez to oddalał się od brata. Sam fakt, że rozmawiali codziennie, o czymkolwiek tak naprawdę, wywoływał w nim przekonanie, iż nie było wcale pomiędzy nimi tak źle. Jednak skoro pręgus czuł się w ten sposób, wojownik musiał zrobić co w jego mocy, żeby mu nie doskwierały nieprzyjemne myśli. Martwił się o niego i nie chciał, żeby chodził smutny. Otarł się delikatnie o jego bok.
— Króliczku, nie obwiniam cię o nic, wracając do twoich słów, zanim wyszliśmy. Jesteś moim bratem. Zawsze będziesz dla mnie najważniejszy, nieważne co — zapewnił go, utrzymując odgórnie narzucone tempo spaceru. Królicza Prawda speszył się odrobinę.
— Czy nie mówiłeś tak samo, wtedy? — zapytał, wbijając niewidzialną szpileczkę w serce kocura. Nie sądził, że bursztynooki będzie to pamiętał, z jakiegoś powodu. Czemu przyjął odgórnie, że nie będzie mu to krążyło po pamięci i ot tak o tym zapomni? Trójoki Zając, wtedy jeszcze Zajęcza Łapa, niedługo przed swoją ceremonią zaczął unikać brata w celu częstszych interakcji z Kukułką. Nie było mu łatwo pogodzić jednocześnie codziennych konwersacji z bratem, wspólnych treningów, wraz z chęciami dowiedzenia się więcej o liliowej szylkretce. Spanikował i ucieczka wydała mu się wtedy dużo łatwiejszym wyborem. Przełknął nerwowo ślinę.
— Mówiłem, ale tym razem naprawdę mam to na myśli. Wtedy też miałem, tylko… postąpiłem niczym mysi móżdżek. Przepraszam, Króliczku. Nie chciałem cię nigdy zranić — wymruczał, robiąc chwilę przerwy. — Myślę, że nasza podróż do Betonowego Świata, mimo że niezwykle trudna i która kosztowała nas tak bardzo, bardzo dużo nerwów, czasu i wszystkiego, z powrotem pozwoliła nam odbudować naszą relację. Chciałbym, żebyś mógł w pełni cieszyć się naszym powrotem i tym, że przyjęto nas w szeregi Klanu Klifu. W końcu tutaj się urodziliśmy. — Spojrzał na kocura, szukając na jego pyszczku wszelkiego rodzaju wątpliwości lub chęci zaprzeczenia, jednak nie spotkał się z niczym takim. Ta rozmowa nie była absolutnie łatwa, nigdy by jej nie nazwał najprostszą i tak naprawdę, prawdopodobnie nadal stroniłby od tego tematu, ponieważ nie był najlepszy w pocieszaniu kotów. Czuł się tak, jakby wszystkie jego słowa brzmiały sztucznie od ilości obietnic, których później nie potrafił się utrzymać, mimo danego słowa. Nie ze wszystkimi, ale był to już któryś raz z kolei, co było samo w sobie już dosyć wymowne.
***
Teraźniejszość
Bukowa Korona doczekał się rzekomo kociąt z Rozżarzoną Pieśnią, co wywołało oburzenie u Foczej Fali, zresztą nic dziwnego. Czy Trójoki Zając spoglądał na sprawy szerzej, szczególnie do tych, do których podchodził lekkomyślnie? Chciał wierzyć, że tak. Że zrobił postęp jako członek Klanu Klifu. Słowa Judaszowcowej Gwiazdy od czasu do czasu przelatywały mu przez umysł, niczym przypominajka, że każda sytuacja posiadała drugie dno, które możliwe, że przeoczył. Nawet jeśli czekoladowy kocur dawno trafił w objęcia ich gwiezdnych przodków, pamięć o nim nie zaginęła. Nadmierne rozmyślanie nad tym jednak również nierzadko prowadziło do przykrości, których wojownik starał się unikać, stronić od nich, tak, jak od uzależniającej kocimiętki. Mało kto pamiętał o ich zdradzie, tak dawnej.
Trójoki Zając był kłamcą. Czuł się kłamcą, który nie miał ze swoich kłamstw nawet ziarna zysku, a jedynie masę wyrzutów sumienia, które potem gryzły jego umysł niczym robaki owoce drzew porastających tereny Owocowego Lasu. Wraz z nadejściem Pory Opadających Liści, był to już któryś z kolei sezon, gdzie nie było u jego boku już Króliczej Prawdy, jego kochanego braciszka. Znowu go okłamał, jego również nie był w stanie uchronić przed nieprzychylnością Klifiaków i niedogodnościami losu. Zamiast tego skupił się na Kukułczym Wdzięku, w rzeczywistości raz jeszcze zaniedbując brata. Nie mógł go nawet winić za to, że w pewnym momencie musiał mieć… dość. Kto chciałby przebywać w takim miejscu, bez jakiegokolwiek wsparcia od swojego jedynego członka rodziny? Po tym wszystkim, przez co przeszli wspólnie lub osobno? Westchnął pod nosem, zastanawiając się, czy żyło mu się lepiej, gdziekolwiek teraz był. Gdyby tylko mógł, chciałby go ponownie ujrzeć i jeśli tylko Klan Gwiazdy byłby łaskawy, zamienić z nim, chociażby parę słów. Dlaczego nie doceniał jego obecności wcześniej, bardziej? Nie rozmawiał z nim częściej? Może gdyby tylko zadbał o to bardziej, to teraz nie musiałby za nim tęsknić i cierpieć z tego powodu? Sam sobie zgotował taki los… Był takim głupcem.
Jagnięcy Ukłon musnęła go delikatnie w bok, kładąc przed jego łapami dawkę różowo zabarwionych łodyżek. Myślał, że ta, którą podała mu nie tak dawno temu, była ostatnią, a jednak jego kurowanie się nie dobiegło końca. Nie potrafił nie odwiedzać Firletkowej Łapy, dlatego też każde wygonienie go z legowiska kończyło się jego przygnębieniem tak wielkim, iż nie wiedział, co ze sobą powinien zrobić. Czuł się zagubiony w nowej rzeczywistości i gdyby tylko mógł, porozmawiałby o tym z Króliczą Prawdą. Nie było to jednak możliwe w żaden sposób. Czy nie myślał w sposób egoistyczny? W końcu kremowy również miał swoje problemy, wiele z nich. Zawsze, gdy Trójoki Zając widział kocięta jego i Srebrzystej Łuny, myślał o bracie. Wzburzony Kormoran, Oszroniony Kieł… powinien z nimi porozmawiać. Jego życie od dłuższego czasu wyglądało tak samo; rozmowy z dziećmi, partnerką, rutynowe patrole lub łowy, a potem kończył to odpoczynkiem w legowisku, czasami u boku swojej ukochanej, a czasami z chłodem panującym w ich powiększonym posłaniu.
— Zjesz i będziesz miał to z głowy. Obiecuję, że to nie kocimiętka — mruknęła do niego kobaltowooka, a kremus pokiwał pokornie głową. Wierzył jej. Apetyt mu nie dopisywał i na widok ziół nie odczuwał naturalnej potrzeby spożycia ich, tak samo zresztą ze zwierzyną. Musieli robić zapasy na nadchodzącą mroźną porę, która przecież nikogo nie oszczędzi. Nie oznaczało to jednak, iż pożywienia nie wystarczyło dla niego – zawsze było tyle, żeby nawet i on mógł coś skubnąć. Musiał o siebie dbać, ale było to tak ciężkie…
— Dziękuję, że mi tak pomagacie — powiedział, po czym wreszcie spożył łodyżkę. Korzenny, miodowy posmak ponownie zabarwił jego podniebienie, a pręgowana odetchnęła z wyraźną ulgą. — Nie chcę was wiecznie tym kłopotać. Ciężko mi zrozumieć, że nie mam już odporności dziesięcioksiężycowego ucznia — wyznał jej, a zielarka poruszyła nieznacznie łapą.
— Przed tobą jeszcze tak wiele księżyców, Trójoki Zającu. Nie możesz się teraz poddać, po tym wszystkim. Tak zaciekle walczyłeś. Masz rodzinę i przyjaciół, którym na tobie zależy — odparła słusznie. Przemijanie dotykało każdego, nie tylko jego. Widział to po każdym, jednak po sobie chyba najbardziej – łapy męczyły mu się dużo szybciej, niż kiedyś, a umysł nierzadko przyćmiewała swego rodzaju mgła, co tak swoją drogą absolutnie go nie cieszyło. — Zresztą, nie masz za co dziękować. To obowiązek każdego medyka, żeby dbać o pobratymców swojego klanu i o koty w potrzebie. Jak tylko twoje drogi oddechowe się oczyszczą, a ty nie będziesz kichać więcej razy, niż masz palców u jednej łapy, będziesz mógł odwiedzić Firletkową Łapę. — Posłała mu aksamitny uśmiech. Zauważywszy jednak, że nie odwzajemnił go, poruszyła się nieznacznie. — Co ci doskwiera, przyjacielu?
Pokiwał głową. Jagnięcy Ukłon zawsze wiedziała, jak go uspokoić. Jej pysk porastały siwe włoski, sama zdawała się zgarbiona i taka, jakby nadgryzł ją ząb czasu. Na ten widok kocur posmutniał widocznie. Nie chciał, żeby odeszła. Starość jednak nie była dla nikogo litościwa i musiał się z tym pogodzić, nawet jeśli nie było to absolutnie, w żaden sposób, proste. Strata nigdy nie była łatwa, a pewna dawka żałoby zostawała z każdym do końca życia. Nos mu się z każdym dniem coraz sprawniej odtykał, a ciało wypoczywało lepiej w nocy. Spał dużo porządniej, niż w dzień, w którym wydarzył się wypadek. Oczy nie szczypały go tak, jakby wgapiał się całymi dniami w słońce od momentu wyłonienia się z jaskini. Mimo że zioła mu pomagały, nadal czuł wyrzuty sumienia, iż musiał je spożyć.
— Ja… bardzo tęsknię za moim bratem. Czuję, że nie powinienem, ale nie potrafię z tego zrezygnować. Mam wrażenie, że nie doceniałem wystarczająco jego obecności, gdy był tu jeszcze z nami — miauknął jej cichutko, uprzednio rozglądając się, czy ktokolwiek podsłuchiwał. Kremowy nie miał dobrej opinii w klanie, odkąd rządy obrał Mirtowe Lśnienie. Trójoki Zając długo próbował wmówić sobie, że tak właśnie musiało być. Że nie tęsknił za nim i taka była kolej rzeczy, nie potrafił jednak wiecznie trwać w takim nastawieniu. Było ono okrutne i niezgodne z tym, co czuł. Jagnięcy Ukłon otuliła go ogonem. Przy niej czuł się tak, jak kocię przy swojej matce. Prawdopodobnie było to spowodowane jej podobieństwem, przynajmniej częściowym, szaty, do jego matki, Pikującej Jaskółki. Za nią również tęsknił, mimo że nie był nigdy idealnym synem. W pewnym momencie zaczął nawet zastanawiać się, czy zasługiwał na miano spokrewnionego z nią.
— Królicza Prawda musiał się dużo męczyć, zanim odszedł. Myślę, że możesz za nim tęsknić, w końcu jesteście rodziną, a rodziny się nie wybiera. Pamiętaj jednak, że twoja lojalność musi pozostać klanowi — powiedziała mu, a wojownik zastanawiał się przez jakiś czas, czy faktycznie tak mu poradziła, czy jedynie sobie to wymyślił, wyobrażając sobie głos matki. Ona nigdy nie była aż tak troskliwa, jednak jej obraz, jaki zapamiętał, został nieco zniekształcony z biegiem czasu. — Straty nigdy nie są proste, trzeba jednak wiedzieć, że życie przeszłością nigdy nie zapewni ci spokoju. Oczywiście, wymaga to sporej pracy nad sobą… dlatego też dobrze, że się tym ze mną dzielisz. Jako twoja przyjaciółka i medyczka, powiem ci, że jest to pierwszy krok do polepszenia — każde słowo wypowiadała delikatnie. Wiedziała, że to był ciężki temat i Trójokiego Zająca wiele kosztowało, żeby się przed kimś otworzyć w ten sposób. Odczuwał jednocześnie wyrzuty sumienia, bo może nie powinien nikomu o tym mówić? W końcu co, jeśli przez takie myśli był nielojalny klanowi? Nie chciał dorzucać kotom ewentualnych powodów, dla których mogliby go znienawidzić. — Możesz mieć pewność, że ze mną twoje słowa będą bezpieczne. Dziękuję, że mi na tyle ufasz.
— Odkąd zostałem ojcem, mam wrażenie, że nie mam prawa czuć się źle. Nie chcę nikogo kłopotać, a w szczególności mojej rodziny — szepnął jeszcze, nie mając pewności, czy kobaltowooka to usłyszała. Oczy zaczęły go delikatnie szczypać, dlatego też przetarł jedno z nich łapą i przełknął ślinę, próbując się uspokoić.
Koniec sesji
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz