Czuł jak energia coraz bardziej uchodzi z jego ciała. Z każdym wschodem słońca stawał się coraz słabszy. Dzień w większości przesypiał. Jak nie spał to rozmyślał. O swoich kociętach, o mamie, o Berberysowej Gwieździe. Myśli kłębiły się pod liliowym futrem. Nadzieja na wyzdrowienie już dawno zgasła. Siedział tu za długo, by móc znów zobaczyć Srebrną Skórkę. Uśmiechnął się słabo, przypominając sobie jak pokazywał Pójdźce i Myszkowi gwiazdy. Ich przodków obserwujących ich bacznie. Patrząc na jego losy chyba nie za bardzo go lubili na górze. Nie tak dużo księżyców temu odnalazł w końcu dom, tracąc jedynego przyjaciela, a już umierał. Przez jego łeb przeszła myśl, że gdyby został z Wrzosem nadal by żył i miał się dobrze. Posmutniał na wspomnienie o czarnym kocurze, odrzucając tą wizję. Cieszył się, że mógł wrócić. Nawet jeśli kosztowało go to życiem. Przynajmniej poznał swoich dwóch synów, przygłupiego, ale kochanego Zimorodka, który na szczęście do ciotki nie był podobny, oraz ciągle złego Sroczka, który tak bardzo przypominał mu matkę. A Zroszona Łapa tak wdała się w Pójdźkowy Sen i Jarzębinowy Strumień. Żywiczna Mordka nie mógł się na nią napatrzeć. Mimo wszystko miała coś z niego i Berberysowej Gwiazdy. Może ten uroczy uśmiech, którym obdarzała go witając. Zakasłał cicho, kładąc łeb na łapach.
Czuł, że ma już niewiele czasu, ale czy zdąży się pożegnać?
Miał nadzieję.
* * *
Odwrócił się pospieszne, by ujrzeć Jarzębinowy Strumień. Kotka uśmiechała się do niego ciepło. Niepewnie podszedł do niej.
— Ja n-naprawdę nie żyję...? — miauknął cicho, jakby nie chciał znać odpowiedzi.
— Tak. Ale teraz w końcu spędzisz z nami czas, co? — szturchnęła go lekko. — Wszyscy tam na ciebie czekają. Pójdźkowy Sen prawie przyszła tu ze mną, nawet mama przyznała się zawstydzonym głosem, że się trochę stęskniła. — miauknęła wesoło Jarzębinowy Strumień.
Zupełnie jakby śmierć nie była taka zła.
— Ale... a-ale co z moją r-rodziną?
— A my już ją nie jesteśmy? — syknęła, marszcząc brwi.
— No chodź, poradzą sobie. Może niektórym to wyjdzie na dobre.
Zerknęła znacząco w stronę Omszonej Łapy. Żywiczna Mordka smutno spojrzał na syna. Pewnie w duchu Sroczek się cieszył, że jego stary pierdoła i nawet nie kocur umarł. Ze spuszczonym łbem podążył za siostrą. Ta wesoło prowadziła go do przodu. Opowiadała mu przygody jakie przeżyła w Klanie Gwiazd, spotkanie z ojcem, że znalazła kogoś, kto trochę skradł jej serce. Żywiczna Mordka słuchał jej uważnie. To wszystko brzmiało tak spokojnie i beztrosko. Na myśl ojcu jednak się skrzywił. Miał nadzieję, że to Wilcze Serce go powita zamiast tamtej liliowej wywłoki. Dotarli na miejsce szybciej niż się spodziewał. Na widok znajomych pysków nieśmiało się uśmiechnął. Może śmierć nie była taka zła.