BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Żywiczna Mordka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Żywiczna Mordka. Pokaż wszystkie posty

19 listopada 2020

Od Żywicznej Mordki

Czuł jak energia coraz bardziej uchodzi z jego ciała. Z każdym wschodem słońca stawał się coraz słabszy. Dzień w większości przesypiał. Jak nie spał to rozmyślał. O swoich kociętach, o mamie, o Berberysowej Gwieździe. Myśli kłębiły się pod liliowym futrem. Nadzieja na wyzdrowienie już dawno zgasła. Siedział tu za długo, by móc znów zobaczyć Srebrną Skórkę. Uśmiechnął się słabo, przypominając sobie jak pokazywał Pójdźce i Myszkowi gwiazdy. Ich przodków obserwujących ich bacznie. Patrząc na jego losy chyba nie za bardzo go lubili na górze. Nie tak dużo księżyców temu odnalazł w końcu dom, tracąc jedynego przyjaciela, a już umierał. Przez jego łeb przeszła myśl, że gdyby został z Wrzosem nadal by żył i miał się dobrze. Posmutniał na wspomnienie o czarnym kocurze, odrzucając tą wizję. Cieszył się, że mógł wrócić. Nawet jeśli kosztowało go to życiem. Przynajmniej poznał swoich dwóch synów, przygłupiego, ale kochanego Zimorodka, który na szczęście do ciotki nie był podobny, oraz ciągle złego Sroczka, który tak bardzo przypominał mu matkę. A Zroszona Łapa tak wdała się w Pójdźkowy Sen i Jarzębinowy Strumień. Żywiczna Mordka nie mógł się na nią napatrzeć. Mimo wszystko miała coś z niego i Berberysowej Gwiazdy. Może ten uroczy uśmiech, którym obdarzała go witając. Zakasłał cicho, kładąc łeb na łapach. 
Czuł, że ma już niewiele czasu, ale czy zdąży się pożegnać? 
Miał nadzieję. 

* * *


Otworzył ślipia. Ze zdziwieniem odkrył, że nie jest w legowisku starszych. Rozejrzał się zaskoczony. Był na zewnątrz. Członkowie jego rodziny stali wokół niego. Na ich pyskach malował się smutek. Mysi Krok opierał się o Szczawiowy Liść, a Rumianowa Pręga cicho łkała w futro Miodowej Chmury. Daliowy Pąk siedziała w ciszy, a mała Zroszona Łapa tuliła się do niej obsmarkując futro siedzącego koło niej Zimorodka. Nawet Omszona Łapa pomimo niezadowolenia zdawał się być jakiś zmartwiony. Ale serce ścisnęło mu się z bólu dopiero, gdy ujrzał płaczącą Berberysową Gwiazdę. Zawsze tak bardzo bolał go jej płacz. Zupełnie jakby ktoś przekrajał mu serce na dwie części. Podszedł do kotki, lecz ta zdawała się go nie widzieć. Wpatrzona była za coś za nim. Odwrócił się i przerażony odkrył, że to był on. Zimny i sztywny. Martwy. Liliowa sierść zmierzwiona i zakurzona wyglądała źle. Zlękniony zamarł. W głowie pojawiły się sprzeczne myśli. 
Umarł czy to sen?
— Obawiam się, że to pierwsze. — usłyszał spokojny głos za sobą. 
Odwrócił się pospieszne, by ujrzeć Jarzębinowy Strumień. Kotka uśmiechała się do niego ciepło. Niepewnie podszedł do niej. 
— Ja n-naprawdę nie żyję...? — miauknął cicho, jakby nie chciał znać odpowiedzi.
— Tak. Ale teraz w końcu spędzisz z nami czas, co? — szturchnęła go lekko. — Wszyscy tam na ciebie czekają. Pójdźkowy Sen prawie przyszła tu ze mną, nawet mama przyznała się zawstydzonym głosem, że się trochę stęskniła. — miauknęła wesoło Jarzębinowy Strumień. 
Zupełnie jakby śmierć nie była taka zła. 
— Ale... a-ale co z moją r-rodziną? 
— A my już ją nie jesteśmy? — syknęła, marszcząc brwi.
Położył uszy, chcąc przeprosić, ale Jarzębinka uśmiechnęła się po chwili. 
— No chodź, poradzą sobie. Może niektórym to wyjdzie na dobre. 
Zerknęła znacząco w stronę Omszonej Łapy. Żywiczna Mordka smutno spojrzał na syna. Pewnie w duchu Sroczek się cieszył, że jego stary pierdoła i nawet nie kocur umarł. Ze spuszczonym łbem podążył za siostrą. Ta wesoło prowadziła go do przodu. Opowiadała mu przygody jakie przeżyła w Klanie Gwiazd, spotkanie z ojcem, że znalazła kogoś, kto trochę skradł jej serce. Żywiczna Mordka słuchał jej uważnie. To wszystko brzmiało tak spokojnie i beztrosko. Na myśl ojcu jednak się skrzywił. Miał nadzieję, że to Wilcze Serce go powita zamiast tamtej liliowej wywłoki. Dotarli na miejsce szybciej niż się spodziewał. Na widok znajomych pysków nieśmiało się uśmiechnął. Może śmierć nie była taka zła.

04 listopada 2020

Od Żywicznej Mordki

Leżał z zamknięty ślipiami. Był słaby. Choroba coraz bardziej go wykańczała. Poczuł jak kolejna fala kaszlu się zbliża. Instynktownie się skulił. Chropowaty kaszel wydobył się z jego pyska. Flegma z krwią splamiła podłogę legowiska starszych. Żywica szybko przykrył ją mchem. Sokolemu Skrzydłu na pewno to się nie spodoba. Utknął tu najdłużej z Klifiaków. Koty opuszczały izbę chorych w ciągu paru wschodów lub księżyca. On gnił już tu zdecydowanie za długo. A jego stan się nie polepszał pomimo ziół medyków. Zmartwiony spuścił łeb. Tak dużo się działo, a on tu gnił. Lisia Gwiazda umarł. Czuł rosnącą w pobratymcach radość. Widział radosne uśmiechy, ciche szepty pełne podekscytowania. Wszyscy wierzyli, że teraz gdy Berberysowa Gwiazda stała się liderką nastanie lepszy czas. Uśmiechnął się lekko na tą myśl. Jeszcze nie przywykł do tego, że Berberys, jego partnerka, niegdyś urocza i drobna kotka o łapiącym za serce uśmiechu, stała się liderką. Chciał móc pogratulować kotce. Przytulić i miauknąć, że na pewno sobie poradzi.
— Wszystko w porządku? 
Blekotkowe Futro spoglądała na niego niepewnie. Musiał naprawdę żałośnie wyglądać skoro cicha bratanica do niego podeszła.
— T-tak. Po prostu jest d-duszno. 
Jak zmrużyło się ślipia przypominała nawet Pójdźkowy Sen. Cicha i niewielka. Żywica westchnął cicho. Zastanawiał się czasem, czy siostra spoglądała na niego teraz z gwiazd. Otulił się ogonem, unosząc na marne wzrok do góry. Tutaj nie było widać Srebrnej Skórki. 
— Myślisz, że Klan G-gwiazd się jeszcze od nas nie odwrócił całkowicie...? — zapytał słabym głosem. 
Słowa Lisiej Gwiazdy na pewno mogły ich obrazić. Żywica miał nadzieję, że przodkowie nie odrzucili ich. To by ich zgubiło. Już teraz znajdowali się w fatalnej pozycji. 
— Nie wiem. Mam nadzieję, że nie. — wręcz szepnęła szylkretka.
Żywiczna Mordka nie odpowiedział. Nie wiedział jak. Przypominając sobie swój ostatni sen, skulił się jeszcze mocniej. Ile by dałby znaleźć się w sennej fikcji podobnie. Tęsknił za ciepłem słońca. Za wiatrem targającym sierść. A przede wszystkim za swoją rodziną. Już tak niewiele mu jej zostało. Chciał móc spędzać z nimi każdy wschód słońca najlepiej jak się dało, lecz uwięziony był tu. Za słaby by wyjść czy uciec.
— Nie martw się. — miauknął się Miodowa Chmura. — Będzie dobrze. 
Żywiczna Mordka skrzywił się lekko. Dziwnie było myśleć o dawnym towarzyszu kocięcych zabaw jako obecnym partnerze jego córki. Miodek z Orzechem spędzali tak dużo czasu z Jarzębinowym Strumieniem, że czasem zdawali się być niczym przybrane rodzeństwo dla kociąt Sroczego Żaru. Gdzie się nie spojrzało ta trójka niosła chaos. Teraz natomiast patrzył na dorosłego kocura, który skradł serce jego córki. Spłodził z nią kocię. Bursztynka. Żywiczna Mordka czasem zastanawiał się, jak wygląda jego wnuk. Uśmiechnął się mimowolnie na samą myśl o tym. O małych uroczych łapkach i ciekawskich ślipiach, które pewnie teraz zwiedzały zakątek kociarni. Chciał móc go poznać, lecz wiedział, że nie mógł ryzykować zdrowia malca. Położył smętnie łeb na łapach. Czekało go długie popołudnie. 

Od Żywicznej Mordki

Gnał przez zieloną polanę. Słońce przyjemnie prażyło go w grzbiet. Był piękny dzień. Wszystko zdawało się być takie żywe i intensywne, wręcz trochę nienaturalne. Odwrócił się za siebie. W gromadzie kwiatów dojrzał szylkretowe futro. Wytężył wzrok. Wysoka trawa zaszeleściła. Znajomy pysk wyłonił się z niej, uśmiechając pogodnie. 
— Co tak stoisz, Żywiczna Mordko? — miauknęła Berberys z zawadiackim uśmiechem. 
Z jej żółtych ślip biło ciepło, którego dawno już nie widział. Wyglądała zdrowo. Tak spokojnie. Płatki kwiatów oraz drobne liście powplątywały się jej w sierść. 
— N-nie musimy wracać do klanu...? —  spytał niepewnie.
Jako liderka przecież była zapracowana. 
— Dziś Lwia Grzywa się pomęczy. Chodź. 
Plątała delikatnie ich ogony. Żywica nie opierał się jej. Podążył za kotką. Parę kroków i ujrzeli bawiących się beztrosko koty. Ich kociaki. Szczawiowy Liść z Mysim Krokiem dogryzali zawstydzonej Rumianowej Prędze, Daliowy Pąk z dumą opisywała swoją ceremonię na wojownika Zimorodkowej Łapie i Zroszonej Łapie, a Omszona Łapa siedział trochę dalej, udając że wcale nie słucha historii siostry. Lecz jego czujnie nasłuchujące uszy mówiły coś innego. Na ich widok parę z nich uniosło wzrok. 
— Tata! — miauknęła radośnie Rumiankowa Pręga. 
Uroczy uśmiech, tak podobny do tego Berberys, wkradł się na jej pysk. 
—  Gdzie byłeś? 
—  Parę lisich ogonów stąd. Znów gdzieś się zawieruszył. —  oznajmiła Berberysowa Gwiazda, szturchając lekko kocura. — Tylko nie oddalaj się za daleko, co? 
Żywica nieco zawstydzony spuścił łeb. 
— P-postaram się. 
— Ehhgg... a wy nadal razem. —  pełen wstrętu głos pojawił się jakby znikąd. 
Żywiczna Mordka prawie podskoczył na sam jego dźwięk. Odwrócił się, choć dobrze wiedział kto tam stał. Sroczy Żar przyglądała się im ze skrzywionym pyskiem. Berberys uśmiechnęła się wrednie i liznęła czule partnera w polik. 
— Przestańcie, bo zrzygam. — syknęła niebieska, spinając się coraz bardziej. 
Jej futro zjeżyło się, lecz przez swój niski wzrost wyglądała bardziej śmiesznie niż groźnie. Ominęła ich, mamrocząc coś pod nosem o wyrzyganych kłakach i usiadła niedaleko Omszonej Łapy. Tak oto dwie niezadowolone niebieskie kupy futra mierzyły ich zniesmaczonym wzrokiem. Berberysowa Gwiazda natomiast zdawała się nie przejmować naburmuszoną teściową. Przyległa do jego boku i wspięła się na palcach, by zetknąć się z partnerem nosem. Zestresowany Żywica znieruchomiał. Wolał nie irytować swojej matki. Udawany odgłos rzygania rozległ się niedaleko ich. Liliowy nie był pewny czy jego autorem była Sroczy Żar czy Omszona Łapa. Stłumiony śmiech nastąpił zaraz po nim. 
— Zachowujesz się, jakbyś była kociakiem. — stwierdził lekko zachrypnięty głos. 
Żywiczna Mordka oderwał się jak poparzony od kotki i spojrzał w kierunku, z którego dochodził głos.  Przetarł ślipia, nie wierząc kogo widzi. Wyłysiały kocur zdawał się jednak taki realny. 
— Wilcze Serce...? —  zapytał zdumiony. 
Potężny kocur wykrzywił pysk w czymś co miało przypominać uśmiech.
—  Witaj, Żywiczna Mordko. Dobrze cię widzieć. 
Liliowy skinął łbem. Sroczy Żar fuknęła obrażona. 
— Stoisz po jego stronie? — burknęła zła, otulając się szczelnie zjeżonym ogonem. 
Wilcze Serce usiadł obok kotki, pysk wyszczerzył w krzywym uśmiechu, na co kocica uniosła pysk dumnie, oczekując czegoś. Żywica odwrócił wzrok, uznając, że woli tego nie widzieć. Coś poruszyło się w krzewie niedaleko ich. Coś mu mówiło, że to nie był zbłądzony ptak. Wytężył wzrok. Cynamonowe futro było ledwie widoczne. Uśmiechnął się lekko, gdy zorientował się do kogo ono należy. Przeprosił Berberys i podbiegł do krzaka. 
— W-widzę cię. — miauknął cicho. 
Pójdźka powoli wynurzyła się z krzewu. Jej duże brązowe ślipia spojrzały na niego niepewnie. 
— Dużo tu kotów — stwierdziła niemal szeptem. 
— Ale jest mama i tata. 
Kotka uniosła uszy i rozejrzała się. Na ich widok na jej pyszczek wkradł się ledwo widoczny uśmiech. Wyszła sprawnie z krzewu z zamiarem skierowania się w ich stronę. Żywiczna Mordka coś sobie przypomniał.
— Czekaj. 
Kotka spojrzała na niego zdziwiona. 
— C-chciałem zapytać o coś. Czy... czy ty...
Coś szturchnęło go mocno. 
— Wstawaj! — wrzask wypełnił jego uszy, odganiając całkowicie senną wizję. 
Otworzył gwałtownie ślipia. Bluszczowy Poranek zdawał się być zły. 
— Znowu przespałeś czas rozdawania ziół. — burknął, kładąc zjeżone futro. 
Żywiczna Mordka spojrzał na niego nieprzytomnie. 
— Nie gap się tak na mnie, kupo futra. Masz je zjeść. — syknął, podsuwając pod jego legowisko rośliny. 
— D-dzięki. — miauknął cicho, znów zamykając oczy. 
Chciał jeszcze wrócić do swojego snu. 
— Masz je zjeść teraz. — oznajmił Bluszczowy Poranek, szturchając go. 
Żywiczna Mordka zjeżył się mimowolnie. 
— Są podejrzenia, że tego nie robisz. — widząc zaskoczony wzrok liliowego, dodał. — Coś długo tu siedzisz, nie prawda? 
Żywiczna Mordka położył uszy. Nie dość, że był tu uwięziony to jeszcze dostał własną niańkę. 


21 października 2020

Od Żywicznej Mordki CD. Omszonej Łapy

Obserwował ze smutkiem odchodzącego syna. Nie potrafił ukryć, że jego słowa były niczym cierń w serce. Poczuł jak łzy wypływają mu mimowolnie. Odczekał chwilę i wyszedł z legowiska starszych. Łapy skierował w stronę legowiska wojowników, by tam się skryć i wypłakać na dobre. 
— Żywiczna Mordko, co się stało? — usłyszał za sobą znajomy głos. 
Lwia Grzywa przyglądał mu się z troską. Żywica szybko starł łzy i uśmiechnął się słabo na widok dawnego ucznia. Był jednym z niewielu kotów, z którymi utrzymywał kontakt.
— Wiesz j-jakie są nastolatki... Wszystkich n-nienawidzą — próbował zażartować. 
Rudy wojownik westchnął. 
— Wiem o co chodzi. Srebrna Grzywa zawsze zdawał się mną jakoś zirytowany — miauknął smutno, spoglądając w niebo. — Ale myślę, że kiedyś doceni moje starania. Z Omszoną Łapą będzie podobnie. — dodał pocieszająco. 
Żywica spuścił łeb. Czyli inne koty były już świadome nienawiści jego syna do niego. Pokręcił łbem. Nic dziwnego. Meszek ani trochę się z tym nie skrył. 
— M-mam nadzieję. N-naprawdę c-chciałbym móc t-to jakoś n-naprawić. — wyznał cicho. 
Lwia Grzywo spojrzał na niego smutno.
— Pewnego dnia na pewno. Teraz musi przejść swoją fazę buntu. Żywiczna Mordko, byłeś dobrym mentorem i ojcem dla swojego pierwszego miotu. Moim zdaniem nie ma ci nic do zarzucenia — stwierdził. — Pewnego dnia mysi bobek zmądrzeje — dodał żartobliwie. 
Żywica kiwnął łbem bez przekonania. Wątpił, że Omszona Łapa się zmieni. Z tego co mówiła mu Berberysowa Bryza od samego początku były z nim problemy. Westchnął cicho. 
— D-dziękuję, Lwia Grzywo. M-myślę, że ty też... t-ty też jesteś do-dobrym wojownikiem i ojcem. 
Rudy wojownik uśmiechnął się lekko. 
— A spróbowałbyś coś innego powiedzieć, kupo futra — mruknął, szturchając Żywicę. 
Liliowy nieco zdezorientowany tym, kiwnął jedynie łbem niepewnie. Czasem nie rozumiał zachowań Lwiej Grzywy. Był typowym kocurem, jak większość Klifiaków płci męskiej. Żywica spoglądając na rudzielca, zamyślił się nad tym. Może gdyby był prawdziwym twardzielem z krwi i kości, Meszek potraktowałby go trochę inaczej? 

* * *
*przed epidemią*

Pora Nagich Drzew powoli ustępowała. Na suchych gałęziach pojawiało się coraz więcej niewielkich zielonych pączków. Żywica lubił wiosnę. Zima za bardzo przypominała mu o śmierci matki. Rozejrzał się, wypatrując syna. Ten pełen niezadowolenia wkroczył pewnym krokiem do obozowiska. Miętowy Strumień zaraz koło niego. Na drżących łapach podszedł do niebieskiego. 
— C-chcesz sprać p-parę rybojadzkich zadów? — ledwo to z siebie wypiszczał, próbując chociaż trochę brzmieć jak Bluszczowy Poranek. 


<Meszek?>

Od Żywicznej Mordki CD. Szczawiowego Liścia

Żywica spuścił smętnie łeb. Wiedział, że będzie musiał odpowiedzieć i na to pytanie. Było to nie uniknione. Tym bardziej, że chciał, żeby rodzina wiedziała, iż ich nie porzucił. Że to wszystko było cholernym niefartem. Że jakby mógł to odmieniłby tą całą historię. 
— J-ja... ja wpadłem w sidła Dwunogów — wyznał ze położonymi uszami. 
Szczawik otworzył szerzej ślipia. 
— I jak? Udało ci się ich pokonać? W końcu im uciekłeś! 
Żywiczna Mordka spuścił wzrok. 
— U-udało mi się, ale zdążyli za-zabrać mnie do dziwnej jaskini, g-gdzie... gdzie coś mi zro-zrobili — miauknął cicho. — A-ale uciekłem i-im, spotkałem Wrzosa i-i... i on mi po-pomagał wrócić do k-klanu. Z-zajęło nam t-to parę k-księżyców, ale w k-końcu t-trafiliśmy na terytorium Klanu Wilka. 
Na samo wspomnienie tego wszystkiego ślipia Żywicy zaszkliły się. Brakowało mu kocura. Był jego towarzyszem przez tak długi czas, że liliowy nie mógł sobie wyobrazić co zrobi, gdy ich drogi się rozejdą. Niestety Klan Gwiazd doprowadził, do tego szybciej niż myślał. Poczuł jak pojedyncza łza zakręciła mu się w ślepiu. Pośpiesznie ją starł. Nie chciał wyjść na beksalale przy synu. 
— I gdzie jest Wrzos? — zapytała Berberys, przysuwając się lekko do partnera. — Chciałabym mu podziękować za to, że ci pomógł. Mało kto, by porzucił wszystko, by odprowadzić nieznajomego. — miauknęła, uśmiechając się lekko.
Żywica wziął głębszy oddech, starając się nie rozryczeć na dobre. 
— O-on nie żyje. N-nocna P-puszcza go zabił — wyznał cicho. 
Berberysowa Bryza zaskoczona, znieruchomiała. 
— On żyje? Co on tu robi? Przecież Lisia Gwiazda dawno go wygnał. Przeklęty lisi bobek! — syknęła zła. 
Żywica skulił się. Nie chciał zdenerwować szylkretki. Może niepotrzebnie o tym wspominał. Znów pewnie komuś narobił problemy.
— Dobrze, że wróciłeś — miauknął Szczawik, podchodząc do niego bliżej. — Nawet nie wiesz jak się cieszę, że wróciłeś tato — dodał z uśmiechem. 
Żywica przytulił się do syna. 
— J-ja też się c-cieszę — mruknął słabo. — O-opowiesz m-mi o swoim szkoleniu? M-musisz być naprawdę d-dobry, skoro Lisia Gwiazda j-już ci dał ucznia. 
Młody wojownik wypiął się dumny. 
— No jasne. W końcu jestem najlepszym wojownikiem Klanu Klifu. Zapytaj Lisią Gwiazdę, a sam ci to potwierdzi. O i musisz poznać Zimordkową, Omszoną i Zroszoną Łapę. Tyle czekaliby cię poznać!
Żywica przekręcił łeb w dziwieniu, nie rozumiejąc czemu czekali na niego tak jacyś przypadkowi uczniowie. Zadrżał mimowolnie, gdy zorientował się, że jeden z nich ma imię niczym jego surowa ciotka. Nie wspominał jej najlepiej. Była zbyt wymagająca i straszna. 

* * *
*przed epidemią*

Księżyce mijały jakoś w Klanie Klifu. Żywiczna Mordka powoli wracał do klanowego życia. Chodził na patrole i polowania ze współklanowiczami, po nich zwykle starał się spędzać czas ze swoimi pociechami. A miał ich siódemkę, więc nie było to łatwe. Próbował każdemu poświęcić jak najwięcej czasu, lecz czasami dziwne teorie Zimorodkowej Łapy niepokoiły go. Kocurek ani trochę nie przypominał jego strasznej ciotki i miał wrażenie, że Zimorodkowa Pieśń przewraca się w grobie, widząc poczynania swego rówieśnika. Omszona Łapa natomiast wcale się do niego nie odzywał. Jak już to go obrażał. Żywicznej Mordce było smutno, że zbudził tyle nienawiści u syna. Chciał móc to jakoś naprawić, lecz niebieski już jasno dał mu znać, że nie może. Żywica czasem spoglądał w niebo zastanawiając się, czy gdyby był bardziej jak jego matka dogadałby się z Meszkiem. Z drugiej strony nie dziwił się młodemu. Musiał być dla niego jak Zlepiona Łapa dla Żywicy. Pogarda i nienawiść była zrozumiała. Wojownik wbił smutno wzrok w łapy. Musiał wreszcie wziął się w garść, a nie użalać. W końcu smęcenie do niczego nie prowadziło. 
— Co robisz, tato? — mruknął Szczawik, zerkając na niego. 
Żywica podskoczył zaskoczony jego naglą obecnością, po czym położył uszy zażenowany. Nadal tak łatwo dawał się podejść. 
— Obserwuję klan — wymyślił na szybko. — T-tyle się zmieniło. 
Szczawik usiadł obok niego. Ich wzrok powędrował ku niebieskiej, cętkowanej kupie futra przy Czerniecu. Omszona Łapa słuchał uważnie kocura. 
— D-dobrze, że cho-chociaż z kuzynem się do-dogaduję — miauknął smutno Żywica. 
Nadal pamiętał, jak syn wyzywał go przy rudym, a ten zadowolony obserwował tą całą scenę. 

<Szczawik?>

16 września 2020

Od Żywicznej Mordki CD. Omszonej Łapy

Słysząc słowa syna, łzy zabłysły w jego oczach. Ciężka gula w gardle pojawiła się znikąd w jego gardle, boleśnie drapiąc. Jedynie obecność pozostałej dwójki malców sprawiła, że nie zaniósł się głośnym płaczem. Nie dziwił się Meszkowi. Sam był na siebie zły. Zły na los jaki go spotkał. Zły, że sam był niczym Zlepiona Łapa, którym tak gardził. Stał się nieświadomie gorszy od własnego ojca. Ale... ale przecież to nie była jego wina. Oddałby wszystkie łapy, żeby móc cofnąć czas. Nie wleźć w to cholerstwo Dwunogów i być przy Zimorodku, Rosie i Mchu od małego. Cisza zapanowała pomiędzy czwórką kotów. Żywica chciał uciec gdzieś daleko, lecz mocno trzymający go ogon Berberys, która splotła ich kity, nie pozwalał mu na to. 
— Naprawdę nie jesteś kotką? — miauknął Zimorodek, przyglądając się mu z zaciekawieniem. 
Żywica ledwo zmusił się do pokręcenia łbem i wbił ponownie wzrok w łapy. 
— J-ja... ja naprawdę chciałbym być z w-wami... — miauknął żałośnie, pozwalając pierwszym łzom wypłynąć ze zaszklonych ślip. — N-nie... nie pla-planowałem tego... Dwu-dwunogi m-mnie p-porwały... ja, ja... naprawdę nie chciałem... prze-przepraszam was. T-tak b-bardzo was prze-przepraszam — załkał z rozpaczą, rozklejając się zupełnie. 
Berberysowa Bryza przytuliła go lekko, dając ogonem znać maluchom, żeby zostawili ich samych. 
— Wiem, Żywico... wiem — miauknęła spokojnie, przytulając go mocno. — Nam... nam po prostu też było ciężko. Musisz dać im czas. — próbowała jakoś wyjaśnić zachowanie Meszka. 
Żywica kiwnął lekko łbem. Miał taką nadzieję. Znienawidziłby się jeszcze bardziej, gdyby jego kocięta mu nie wybaczyły tego. Sroczek... znaczy Meszek już go nienawidził. Widział pogardę w jego pomarańczowych ślipkach tak bardzo podobnych do jego matki. Nieprzyjemny dreszcz przebiegł przez jego grzbiet. Przynajmniej Sroczy Żar byłaby dumna z wnuczka. 

* * *

Od tamtego czasu unikał syna jak mógł. Gdy tylko niebieskie futerko w cętki pojawiało się na horyzoncie skręcał gwałtownie gdziekolwiek byle nie naruszyć żądania syna. Aczkolwiek nie mógł przyznać, że ten wzbudzał w nim nostalgie. Podobieństwo malca do jego matki nie kończyło się na wyglądzie. Wybuchowy z niewyparzonym językiem uczniak, kręcił się po obozie niczym Sroczka dawniej. Żywica lubił go obserwować z daleka. Cieszył się, że przyjaźni się z kuzynem. Lubił patrzeć jak puszy się przed starszym rodzeństwem, czy pyskuje Berberysowej Bryzie. Choć tego ostatniego nie powinien pochwalać. Miał jedynie nadzieję, że ten nie wpadnie w tarapaty przez swoje zachowanie. 
Znów jak zwykle kręcił się bezwładnie po obozie. Nie miał przyjaciół wśród Klifiaków za bardzo, a Berberysowa Bryza zazwyczaj pochłonięta pracą nie miała dla niego zbyt wiele czasu. Niemiłe uczucie samotności powróciło do niego z dwojoną siłą. Już dawno nie spędzał tyle czasu sam, będąc jednocześnie w takim tłumie. Najczęściej siedział gdzieś w zakamarkach obozowiska, by nie stać niezręcznie przy tłumie kotów. Z opustoszałego legowiska starszych wydobył się dawno nie słyszany przez niego dźwięk. Płacz. Zaskoczony zastrzygł uszami. Nie pamiętałby mieli kogokolwiek w starszyźnie. Niepewnie zajrzał do środka i ujrzał niebieskie futerko w cętki. Nieprzyjemny dreszcz przeszedł mu po grzbiecie. Musiał się szybko wycofać. Jednak coś zakuło go w sercu na widok płaczącego w samotności syna. Może jeśli nawiązałby z nim rozmowę odzyskałby trochę w oczach Meszka?
— O-h... n-nie wie-ed-działem, ż-że t-tu jes-steś S-srocz-czku.... — wypowiedzenie tych słów okazało się trudniejsze niż wyznanie miłości Berberysowej Bryzie. 
Skarcił się szybko, gdy zorientował się, że znów przekręcił jego imię. Maluch pośpiesznie wytarł łzy, mierząc go ostrym wzrokiem. 
— Omszona Łapo, jak już, kretynie. Powiedz komuś o tym, co widziałeś a przysięgam, że będziesz rzygać dalej niż widzieć — zagroził.
Żywica nieco zdezorientowany tą groźbą położył uszy. 
— N-nie zamierzam — obiecał niebieskiemu, podchodząc powoli do niego. — C-co... co się stało? — zapytał cicho. 
Omszona Łapa zjeżył się. 
— Nie twój interes, mysi bobku — burknął zły, zrywając się na łapy. — Nie zamierzam z tobą gadać. 
Żywica nie ukrywał, że zabolały go te słowa. Spuścił smutno łeb, schodząc z drogi synowi. 
— W-wiem, że jesteś na mnie zły. I nie dziwię się ci — zaczął niepewnie, widząc zbliżającego się do wyjścia Sroczka. — A-ale uwierz m-mi, ja... ja naprawdę n-nie chciałem w-was zostawić — miauknął licho, czując jak ślipia się mu szklą. 
Omszona Łapa prychnął. 
— To trzeba było nas nie zostawiać, beksalalo — warknął na niego, wychodząc. 
Żywica otulił łapy resztką tego co zostało mu z ogona. Chciał, żeby to wszystko było takie proste, jak widział to Meszek.
— C-czy... czy kiedykolwiek m-mi wybaczysz...? — zapytał, oddalającego się już kocurka. 

<Mech?>

15 września 2020

Od Żywicznej Mordki

Ponowne zaaklimatyzowanie się w klanie było trudniejsze niż myślał. Przez prawie osiem księżyców wędrówki jedynie z Wrzosem zapomniał jak to jest żyć w tłumie. Stał przed wejściem do obozu, bojąc się do niego wejść. W środku było zbyt wiele kotów. Klan Klifu tętnił życiem, a gdzie się nie spojrzało leżał czy siedział jakiś kot. Głośne rozmowy zlewały się w szum, a jedynie krzyki kociąt służyły jako przerywniki. Na razie stał niezauważony, lecz z każdym uderzeniem serca mogło to się zmienić. Cichy pomruk uświadomił go, że ktoś go spostrzegł. Zielone ślipia wbiły w niego niezadowolone spojrzenie. Bluszczowy Poranek poderwał się i ruszył w jego stronę. Jego puszyste futro dodawało mu centymetrów. 
—  To ty...? — syknął na niego. —  Nie pachniesz jak kocur —  dodał ze skrzywieniem na pysku. 
Kiwnął łbem jedynie. Niemal zapomniał już, że musiał zadzierać głowę, by spojrzeć mu prosto w oczy.
— Dwunogi mi coś zrobiły... — wyznał cicho, kładąc uszy. — Ale to ja — dodał ciszej.
Brat mruknął jedynie coś pod nosem i odwrócił się na pięcie.
— Zajmowałem się twoimi bachorami, gdy cię nie było — rzucił na pożegnanie. — Liczę, że się odwdzięczysz mi jakoś.
Żywica nie rozumiejąc o co mu chodzi, obserwował odchodzącego kocura.
— Postaram się — mruknął, rozglądając się za Berberysową Bryzą.
Kotka obiecała mu dziś spotkanie rodzinne. Niespokojnie drżał na myśl o nim. Widział się już ze Szczawikiem i Dalią zeszłego wschodu słońca. Myszek podobno zmęczony zasnął tuż po powrocie z patrolu, a Rumianek nadal nie wróciła z polowania. Podobno lubiła czasem znikać na dzień. Żywica przez to uświadomił sobie, jak bardzo nie znał swoich kociąt. Ich pyski były znajome, lecz zachowywanie takie inne. Nic w sumie dziwnego, w końcu wszystkie już były wojownikami. Zaraz znajdą własnych partnerów, doczekają się kociąt, a później wnuków. Liliowemu nie chciało się wierzyć, że czas aż tak pędzi. Sam jeszcze do niedawna był młodym wojownikiem, a zaraz może zostać dziadkiem...? Na tą myśl potrząsnął łbem. Miał nadzieję, że jego kociętom nie spieszy się do rozmnażania.
— Zimorodku! — na głos imienia ciotki, wręcz podskoczył.
Dawno nie słyszał imienia wymagającej mentorki. Odwrócił się w stronę Tańczącej Pieśni i jej ucznia uderzająco podobnego do Bluszczowego Poranku. Ciarki przeszły po grzbiecie liliowego. Nie sądził, że brat zdążył się dorobić kolejnych kociąt. Ciekawe z kim.
—  Żywico! —  zawołała go Berberysowa Bryza. — Ty Zimorodkowa Łapo też chodź —  miauknęła do kocurka.
Spojrzeli po sobie i ruszyli w stronę kotki.
—  A ty kto? — zapytał malec, zerkając na niego. —  I czemu tak śmierdzisz?
—  Żywiczna Mordka — odpowiedział szybko. —  A to drugie to... to długa historia.
Berberysowa Bryza chrząknęła, zwracając na siebie uwagę obydwóch kotów. Tuż obok niej siedział niezadowolony, niebieski kocurek uderzająco podobny do Sroczego Żaru i liliowo-kremowa kotka. Żywica spojrzał niepewnie na partnerkę. Nie wiedział czemu ich tutaj zebrała. Chciała mu przedstawić jego bratanków? To czemu tu nie było Bluszczowego Poranka?
— Żywiczna Mordko, poznaj Zimorodkową Łapę, Omszoną Łapę i Zroszoną Łapę — przedstawiła mu całą trójkę.
Zimorodek spojrzał na niego zdziwiony, a Rosa wbiła w niego wzrok. Jedynie Sroczek Junior pokazał mu język, przez co dostał kuśtańca od zastępczyni.
— Kochani, to... to wasz tata — ogłosiła trójce uczniów.
Żywica zastrzygł uszami, myśląc pierw, że się przesłyszał. Gdy jednak dotarły do niego słowa kotki, wybałuszył oczy.
— Co...? — padło jedynie z jego pyska.

<któreś z gówniaków?>

14 września 2020

Od Żywicznej Mordki (Koniczynki) CD. Szczawiowego Liścia

Uniósł lekko łeb, słysząc pytanie syna. Marny uśmiech wkradł się na pysk liliowego.
— N-nawet nie wiesz j-jak bardzo — miauknął. — Z-za młodu wszystko wy-wydawało się t-takie proste — stęknął. 
Szczawik jedynie mruknął. 
— Cie-ciesz się młodością, Szczawiowy Liściu — dopiero, gdy wypowiedział te słowa, zrozumiał, że zabrzmiał jak stary dziad. Zażenowany spuścił uszy. — Do-dobry z ciebie kot, wie-wiesz? 
Szczawik uśmiechnął się dumnie. 
— Wiem — odparł, klepiąc ojca pocieszająco po grzbiecie. — Z ciebie też nie najgorszy tato — dodał. 
Żywica zareagował słabym uśmiechem na komplement syna. 
— Dzięki, Szczawiku. 

* * *

Wędrował w kółko już kolejny księżyc. Błąkał się przy lesie koło granicy jego klanu. Niemały zagajnik, w którym zginęła jego matka stał się domem Żywicy przez ostatnie dwa księżyce. Gdyby nie częste patrole jego klanu pewnie zostałby tu na zawsze. Lecz kręcący się zbyt długo samotnik w końcu zostanie wygoniony. 
Zerknął w stronę obozowisko. Skalna półka była niemal niewidoczna przez gęstwinę gałęzi. Był już tak blisko domu, a wciąż daleko. Dopiero niedawno odkrył, jak bardzo obawiał się powrotu. Zawodu na pyskach najbliższych. Pogardy. Nienawiści. Głuchej ciszy. Przez całą podróż tak bardzo marzył o powrocie do domu, że zapomniał o tym, że nikt nie wiedział co mu się przydarzyło. W oczach klanowiczów porzucił ich. Zostawił, gdy zrobiło się ciężko. Zwiał, jak ostatni tchórz. Pysk Berberys pełen pogardy na jego widok nawiedzał go w snach. Zawiedziony Szczawik, nienawidzący go Myszek, czy nieodzywająca się do niego Rumianek także pojawiały się w koszmarach wymęczonego i zagłodzonego Żywicy. 
Liliowy nie umiał zadbać o siebie po nagłej śmierci przyjaciela. Tak strasznie brakowało mu czarnego kocura. Jego żartów, zawadiackich uśmiechów, czy wygłupów na poziomie kociaka ze żłobka. Coraz bardziej więdnąca trawa boleśnie przypominała Żywicy o zwykle zażenowanych oczach towarzysza, które uraczały go kolejnym wywróceniem, gdy liliowy palnął jakąś głupotę. Wrzos także odwiedzał go w snach. W przeciwieństwie do partnerki pocieszał, zachęcał do powrotu do domu, składał błahe obietnice, że wszystko jakoś się ułoży. Żywicy tak potwornie go brakowało. Nienawidził Stwórcy, i jeszcze mocniej Lisiej Gwiazdy, za to co zrobił. Gdyby rude łajno nie wygoniło syna z klanu Wrzos nigdy by z nim nie walczył i nadal towarzyszyłby Żywicy w podróży. Wszystkiemu jak zawsze był winny Lisia Gwiazda. Całe zło tego świata w oczach liliowego sprowadzało się do tej rudej kupy gówna. Miał cichą nadzieję, że ten w końcu zdechł.
— Znów czuję tą samotniczkę — usłyszał znajome miauknięcie. 
Próbował sobie przypomnieć do kogo należał ten głos, lecz pamięć płatała mu figle. Wyjrzał za gęstej gałęzi sosnowej i ujrzał dwójkę Klifiaków. Kremowy kocur maszerował w towarzystwie rudego. Zapach obozowiska uderzył go w nos. Dorwała go lekka nostalgia.
— Ej, ty!   któryś z nich go zauważył. 
Żywica niepewnie wychylił łebek. Rudy kocur po nawiązaniu kontaktu wzrokowego zmrużył ślipia. 
— Złaź na dół  padł rozkaz. 
Liliowy przełknął nerwowo ślinę i zaczął niezgrabnie zjeżdżać z sosny Przez śmierć matki zawsze obawiał się schodzenia z wszelkich drzew. Wizja nabicia się na gałąź niechybnie chodziła mu po łbie. Ze spuszczonym wzrokiem i łbem usiadł pod pniem. Mięśnie miał spięte, by móc w razie czego uciec. 
—  Co tu robisz?  zapytał kremowy, podchodząc do niego.   To teren Klanu Klifu, a nie uwierzę, że nie poczułaś granicy zapachowej.   miauknął osądzającym tonem. 
Żywica położył uszy. 
— Ja... ja...   zaczął cicho, unosząc lekko łeb. 
Ujrzawszy brązowe oczy wojownika, zastrzygł uszami. Pamiętał je, szczególnie gdy radośnie błyszczały podczas zabawy z jego siostrą. Liliowy prawie nigdy się z nimi nie bawił. Miodek, Orzech i Jarzębinka zdawali się rozumieć bez słów w przeciwieństwie do zbierającego kamyczki Żywicy. Bał się kocurków w swoim wieku. Byli tak chaotyczni. 
— Moglibyście zaprowadzić mnie do Berberysowej Bryzy? —  poprosił nieśmiało, zdając sobie jak głupia była jego prośba. — Muszę się z nią zobaczyć. 
Miodowa Chmura zmarszczył brwi. Nie poznawał go, nic dziwnego, praktycznie ze sobą nie rozmawiali. W ciągu klanowego życia byli chyba na trzech wspólnych patrolach. 
— A ty kto niby?  mruknął gubiący się lekko kremowy. 
Jego rudy towarzysz szturchnął go lekko. 
— To nie jest Żywiczna Mordka...?   szepnął do niego.   No wiesz ten co zwiał...
Łzy pojawiły się w pomarańczowych ślipiach. Jego najgorsze obawy się spełniły. Faktycznie wszyscy myśleli, że ich porzucił. Czując rosnącą gulę w gardle, nie zaprzeczył. Za bardzo się bał, że jak otworzy pysk wydobędzie się z niego tylko żałosny jęk.
— Żywica był samcem nie pamiętasz? Ona zdecydowanie nie pachnie kocurem...
— Fakt, ale spójrz nawet podobni są do siebie — kontynuował Miętowy Strumień. 
Żywica jedynie niepewnie spoglądał na jednego i drugiego, modląc się do Gwiezdnych, by wzięli go do obozowiska. 
— Pro-proszę... — za jąkał jak ostatnia oferma. — Weźcie m-mnie... mnie do Berberysowej Bryzy — wbił błagalny wzrok w dwójkę kocurów. 
Miodek westchnął, zerkając na towarzysza patrolu. 
— Najwyżej skończy jako nowa poduszka Lisiej Gwiazdy — mruknął Miodowy Obłok, dając znać Żywicy, by poszedł za nimi. — A spróbuj coś kombinować. 
Liliowy przełknął nerwowo ślinę, ale kiwnął łbem. Nie miał nic do gadania. Ucieczka też mu nie wyjdzie na dobre. Drugiej szansy już nie dostanie. Maszerował posłusznie za dwoma wojownikami w ciszy. Kątem oka zauważył niewielką kępę wrzosu. Uśmiechnął się słabo. Jak źle pójdzie to najwyżej dołączy do niego. 

* * *

Czuł jak żołądek podchodzi mu do gardła. Stres go zżerał. Nerwowo oglądał się co chwilę, wypatrując z obawą trójkolorową sylwetkę. Miętowy Strumień poszedł po zastępczynie, a on siedział z Miodowym Obłokiem koło Orlego Drzewa. Nie zaprowadzili go do obozowiska. Nic dziwnego, woleli nie podpaść Lisiej Gwieździe.
—...ładna ta kotka i ma futro jak Żywica... — usłyszał strzęp rozmowy. 
Rozejrzał się bacznie, zrywając na łapy. Serce biło mu jak oszalałe, a żołądek zdawał pożerać samego siebie. Na widok trójkolorowego futra wstrzymał oddech. Łzy same napłynęły mu do ślip. Ona też się w niego wpatrywała. Na jej pysku malowało się tak wiele emocji. 
Zaskoczenie. Niedowierzanie. Ból. Tęsknota. Gniew. Smutek. Radość. Ulga. Znów Gniew. 
— Ży-żywica...? — jego imię było tak pełne bólu.
Przełknął ciężko ślinę. 
— Berberys... — zaczął niepewnie, uciekając wzrokiem od pełnych smutku żółtych ślip. — Ja... ja... ja prze-przepraszam... — łzy gorzko zaczęły wyciekać z jego ślip. 
Rozkleił się na dobre. Łkał żałośnie, przepraszając kotkę. Bał się podnieść pysk. Bał się znów spojrzeć w oczy. Nie chciał znów widzieć jak bardzo ją zawiódł. 
W końcu mieli być razem na zawsze. 
— Ży-żywiczna... Żywiczna Mordko — usłyszał jej głos tuż koło siebie. 
Niepewnie uniósł łebek. 
Spojrzał w jej równie zapłakane ślipia. 
— Tak... tak się cie-cieszę, że wróciłeś! — miauknęła przez łzy, przytulając się do niego mocno. 
Słowa kotki zaskoczyły go. Tak bardzo, że stał uderzenie serca oszołomiony. Nie tego się spodziewał. Nie taką ją pamiętał. Nawet pachniała inaczej. Coś się zmieniło, ale nie miał pojęcia co. 
— J-ja też — mruknął cicho, kładąc niepewnie łeb na barku. 
Berberys uścisnęła go mocniej i puściła. Ze smutnym uśmiechem spojrzała na niego nieodgadnionym spojrzeniem. Żywica nie miał pojęcia o co chodziło partnerce. 
— Chodź — miauknęła, ocierając łzy z polików i splątała z nim ogon niczym za czasów ich młodości. — Musisz kogoś poznać — uśmiechnęła się słabo. 
Niepewnie na trzęsących się łapach podążył za nią. Szli spokojnym krokiem w stronę obozu. Kotka trzymała go mocno za kitę, co chwilę zerkając na niego ukradkiem, zupełnie jakby miał zaraz znów zniknąć. 
— Mamo! — krzyk przerwał ciszę towarzyszącą im w drodze do obozu. 
Liliowa zgrabna sylwetka wyłoniła się na horyzoncie. Tuż za nim podążał niższy łaciaty kocurek. Żywica szybko domyślił się kim był ów wojownik. Szczawiowy Liść. Jego syn, którego także zawiódł. Stres znów uderzył go. Tym razem ze zdwojoną siłą. Równie mocno co nie mógł doczekać się spotkania ze swoimi kociakami tak samo mocno się go bał. Zawodu jakiego im sprawił. Gniewu. Że pewnie wolały to rude lisie łajno... znaczy "wujka" Lisią Gwiazdę. Zgarbiony, schował się za ciałem partnerki.  
— Mamo, o co chodziło z tą samotniczką... — urwał, zauważając, liliowe futro. 

<Szczawik surprise tata wrócił>

12 września 2020

Od Koniczynki

*podczas panowań Stwórcy w Klanie Wilka*

Zapach Klanu Wilka gryzł Koniczynkę nieprzyjemnie w nos. Był jakiś dziwny, ale myśli liliowego były już po drugiej stronie strumienia. Oczami już widział uśmiechniętą Berberysową Bryzę oraz ich piątkę smyków. Na pewno zostali już wojownikami, w końcu byli utalentowani po mamie. Przyspieszył kroku podekscytowany. Już za parę uderzeń serca ich zobaczy.
— Dawno nie byłaś tak uśmiechnięta — mruknął Wrzos, zerkając na niego. 
Liliowe łapy zwolniły, a pomarańczowe ślipia spojrzały ukradkiem na towarzysza podróży. 
— No wiesz... — zaczął lekko zawstydzony. — Dawno nie widziałam mojej rodziny — miauknął z szczerym uśmiechem, czując kręcące się w oku łzy radości. 
Wrzos zaśmiał się cicho.
— Ale z siebie mazgaj — stwierdził, szturchając go lekko. — Zamiast płakać przyspiesz to będziemy szybciej — dodał nieco ciszej. 
Żywica kiwnął łbem, ruszając do przodu. Myśli liliowego poleciały w stronę czarnego towarzysza. Czyżby Wrzosowi było przykro, że ich drogi się zaraz rozejdą? Przecież zaproponował mu dołączenie do Klanu Klifu. Mogliby mieszkać razem skalnym obozowisku i polować wieczorami. Sam, choć się do tego nie przyznawał, przywiązał się mocno do Wrzosa. W końcu po tylu wspólnych księżycach wędrówki to nie było nic dziwnego. Dbali o siebie na wzajem, spali koło siebie, opowiadali sobie przygody ze swojego życia. Świat pozbawiony czarnego kompana wydawałby się taki... samotny? 
— Czekaj —  burknął Wrzos, zasłaniając go ciałem. 
Za gęstwiny drzew wyszedł czarny kocur w towarzystwie innych znajomych pysków. Puszący się dumnie brązowooki wydawał się być najbardziej dziwnie znajomy. Żywica mógł przyrzec, że znał jego imię... 
— Nocek...? — miauknął niepewnie, wychylając łeb za Wrzosa. 
Czarny zjeżył się. 
— Nie mów tak o mnie! — syknął na liliowego, wysuwając pazury. — Jestem Stwórca i nie waż się inaczej zwracać!
— Znasz tego szaleńca? — szepnął do niego Wrzos. 
— To syn mojego lidera... — odpowiedział równie cicho Koniczynka. 
— Nie wiem co tu robicie żałosne lisie strawy, ale raczę ci szybko opuścić te teremy — warknął Stwórca. — No chyba, że chcesz zejść z tego świata — dodał, ukazując rząd ostrych kłów. 
Po czym odwrócił się dumnie na pięcie, by wraz z swoją ekipą odejść. 
— Żywiczna Mordko...? — usłyszał ciche miauknięcie. 
Spotkanie się z niebieskimi zaskoczonymi ślipiami było dla niego równie dziwne. Nie sądził, że rywalka jego matki będzie go pamiętać. Kotka lustrowała go uważnie. 
— Żywiczna Mordka — powtórzył głucho Stwórca, odwracając się do nich. — Skądś znam to frajerskie imię...
Koniczynka zamarł, gdy brązowe ślipia skrzyżowały się z jego pomarańczowymi. W duchu błagał Gwiezdnych by pomogli mu i Wrzosowi wyjść z tego cało. 
— Ojciec cię tu przesłał? — warknął tak szybko, że Żywicy trudno było stwierdzić, czy kocur jest zły i podekscytowany. — Zapytałem o coś. 
Liliowy położył uszy i pokręcił łbem. 
— Sorki, że się wtrącam — mruknął Wrzos, wchodząc pomiędzy dwa dawne Klifiaki. — Ale my chcemy tylko przejść, więc możesz sunąć swoje dupsko? 
Furia zabłysła w brązowych ślipiach. Żywica nawet nie zarejestrował, kiedy któryś z nich rzucił się na drugiego. Dwa czarne kocury złączyły się w jedną kulę syków i warknięć. Jedynie biel na pysku Stwórcy umożliwiała liliowemu rozróżnienie ich. Wrzos zdawał się wygrywać, przejechał pazurami po pysku syna Lisiej Gwiazdy, niefortunnie odsłaniając się. Błysk w brązowym oku utwierdził Koniczynkę, że kły Stwórcy zaraz zacisną się na gardle Wrzosa. 
— Uważaj...! — wrzasnął podbiegając do nich. 
Nim zdążył się zbliżyć Mglista Ścieżka rzuciła się na niego, przyciskając do ziemi. Wrzos odwrócił się w jego stronę zdezorientowany. Stwórca nie wahał się. Jednym szybkim ruchem zacisnął zęby na gardle przeciwnika. Stłumiony jęk rozległ się po lesie. Żywica nie mógł na to patrzeć. Bezskutecznie próbował się wyrwać kotce. Piszczał, jęczał, nawet błagał, byle móc podejść do żałośnie zwisającego z pyska Stwórcy Wrzosa. Musiał szybko udzielić mu pomocy. Odpowiednia mieszanka ziół i się z tego wyliże. Wrzos zawsze się wylizywał. Liliowy nie wierzył, że tym razem będzie inaczej. 
— Zjeżdżaj! — syknął Stwórca, spuszczając ciało Wrzosa na ziemię. — I nigdy się tu nie pokazuj! 
Żywica podbiegł szybko do Wrzosa. Jego oddech niemal niesłyszalny podsycił nadzieje liliowego. Złapał przyjaciela delikatnie za kark, zmierzając w stronę strumienia. 
Na pewno da radę go uratować. 

* * *

Nawet się nie zorientował kiedy Wrzos odszedł. Jego martwe zielone ślipia wpatrywały się w niebo, a pojedyncza łza utknęła na gęstym czarnym futrze. Żywica znieruchomiał. Cały jego umysł zaprzeczał temu co widział. Nie wierzył w śmierć Wrzosa. Szturchnął lekko czarnego. 
— No wsta-wstawaj... w-wstawaj de-debilu — tknął żałośnie w futro Wrzosa. 
Lecz czarny nie odpowiedział. Martwa cisza zdawała się wypełniać całą okolicę. Żywica nie zwracał uwagi na czające się niebezpieczeństwo w lesie. Płacz zupełnie przejął nad nim kontrolę.

18 sierpnia 2020

Od Koniczynki

Niepewnie wpatrywał się na rwący strumień. Woda złowrogo bulgotała, uderzając o kamienie. Spojrzał niepewnie na swojego towarzysza. Wrzos westchnął.
— Nie bądź mysim bobkiem, Koniczynko — mruknął kocur, szturchając go lekko. 
Żywica cofnął się do tyłu. 
— N-nie umiem pływać — przyznał. — A moja ciocia umarła przez taki strumień — dodał ciszej. 
Wrzos wywrócił teatralnie ślipiami. 
— No to czas się przemóc — stwierdził czarny, popychając go ku wodzie. — Dasz radę, możesz się mnie trzymać za ogon, jak tak się kitrasz — dodał z wrednym uśmiechem. 
Żywica spuścił wzrok. Droga na około pewnie zajęła by im kolejny wschód słońca. Podróżowali już razem trzy księżyce. Trzy cholerne księżyce. Żywiczna Mordka, który już praktycznie wcale nie reagował na stare imię, wciąż to w nie wierzył. Każdego dnia coraz bardziej tracił nadzieję na powrót do domu. Pyski Klifiaków coraz bardziej mu się zamazywały, a chęć podążania na przód nikła. W końcu nadal byli daleko. 
Ile jeszcze się okaże, że będą wędrować? 
Żywicy coraz głupiej było wykorzystywać biednego Wrzosa, który już całą Porę Nowych Liści prowadził go do domu. 
— Ej, to jak? — mruknął czarny. 
— M-możemy spróbować — miauknął Żywica, chwytając Wrzosa za ogon. — A-ale jakby mnie nurt porwał t-to mnie złapiesz? — upewnił się. 
Wrzos wyszczerzył się. 
— No jasne, głupolu — odpowiedział, wkraczając do strumienia. 
Liliowy podążył za nim. Zjeżył się czując zimną ciecz na łapach. Zadygotał mimowolnie. Czując, że się coraz bardziej zamocza, zamknął oczy. 
— Aż tak się boisz? — parsknął Wrzos. 
Żywica otworzył oczy niechętnie, by zobaczyć ten dumny z siebie pysk kocura. Nie wierzył, że ten mysi bobek niczego nie bał. Zacisnął mocniej zęby na ogonie czarnego, by odgryźć się na towarzyszu. 
— Ajć, przestań głupia — burknął, popychając go do wody. 
Poczuł jak zimna ciecz otacza jego ciało. Mimowolnie pisnął. 
— Lisi bobek! — wydarł się na kocura, czując cały nasiąka wodą. 
Wrzos zaśmiał się. 
— I czego się bałaś? Sama widzisz jak tu płytko — mruknął dumny. 
Żywica nie podzielał jego dobrego humoru. 
— Wronia strawa! — wrzasnął, chlapiąc czarnego wodą. 
— Osz ty! — zawołał Wrzos, uderzając łapą o powierzchnie strumienia. 
Wystarczyło parę uderzeń serca i obydwoje byli przemoczeni do suchej nitki. 
— Ale durnie wyglądasz — stwierdził Wrzos, przyglądając się przemoczonej Koniczynce. 
Żywica pokazał mu język. 
— T-to twoja wina, mysi bobku — burknął obrażony. 
Wrzos wzruszył ramionami. 
— Sama się prosiłaś o to — mruknął, pokonując pospiesznie strumień. — Chodź szybciej to jeszcze zdążymy wyschnąć na polanie — zawołał, przyspieszając. 
Liliowy podążył za kompanem, otrzepując się z nadmiaru wody. 

* * *

Spał wygodnie na kawałku mchu, który Wrzos skądś wytrzasnął. Śnił znów o swoim dzieciństwie. O wesołych zabawach z siostrą, o ślicznych kamyczkach i kwiatkach przed kociarnią. O swoich ukochanych dziadkach Słonecznej Polanie i Poplamionym Piórku, którzy opowiadali mu liczne bajki. Uśmiechnął się lekko na widok pary pointów. Tak strasznie mu ich brakowało. Mama po śmierci rodziców stała się jeszcze bardziej smutna. 
— Ej, Koniczynko — mruknął Wrzos, szturchając go. 
Żywica przegonił go, machnięciem łapy. Chciał spędzić jeszcze trochę czasu z dziadkami. 
— Wstań, a uwierz mi nie pożałujesz — nie odpuszczał czarny. 
Żywica niechętnie otworzył pomarańczowe ślipia. Rozejrzał dokoła siebie, ale oprócz pyska Wrzosa nie było nic do oglądania. 
— W-wiesz, że nienawidze g-głupich żartów — burknął zły, że porzucił sen dla niczego. 
Czarny westchnął. 
— Wstań, mysi móżdżku — rozkazał, ciągnąć lekko liliowego do góry. — Patrz, o tam — wskazał łapą północ. 
Żywica mrużył oczy wciąż nie do końca przytomny, wstał i spojrzał w kierunku wskazywanym przez Wrzosa. 
Góry. 
— Aaa! — pisnął szczęśliwy wręcz podskakując. 
Góry! Cholerne góry! W końcu do nich dotarli. W końcu był blisko domu. W końcu będzie mógł zobaczyć się z rodziną. 
— Dziękuję! — miauknął, prawie płacząc ze szczęścia i rzucając się Wrzosowi na szyję. — Tak stra-strasznie ci dzie-dziekuję! — czuł jak słony potok wypływa z jego ślipi. 
Czarny trochę znieruchomiały, poklepał go ogonem po grzbiecie.
— Jeszcze nie masz co dziękować, trochę nam zostało do przejścia, a znając twój fart, wolę cię odprowadzić do końca — mruknął kocur. — Jeszcze weźmiesz jakąś gałąź za węża — dodał. 
Żywica zignorował końcową uwagę i kiwnął łbem.
— Mo-może... może do-dołączysz d-do mojego klanu? — zaproponował niepewnie. 
Wrzos wybałuszył ślipia. 
— Co? — miauknął zdziwiony, niepewny o co chodzi liliowemu. — Czemu? 
Żywica spuścił uszy, nie wiedząc jak za bardzo to wytłumaczyć kocurowi. 
— Po pro-prostu bę-będzie... będzie m-mi ciebie brakować — mruknął szybko Żywica, uciekając wzrokiem. — Choć two-twojego paskudnego p-pyska nie — dodał. 
Wrzos zaśmiał się cicho. 
— Chyba mówiłaś o sobie — odgryzł się mu. — To nie ja zaryłem czołem o gałąź. 
Żywica napuszył się zły. Tłumaczył już kocurowi, że zdobył tą bliznę na wojnie. 
— Odnośnie twojej propozycji... — urwał nagle Wrzos, zamyślając się. — Może, zastanowię się, ok? 
Żywica kiwnął łbem. Miał nadzieję jedynie, że Lisia Gwiazda nie będzie miał nic przeciwko przyjęcia wojownika. 

06 sierpnia 2020

Od Koniczynki

Czuł jak łapy padają mu ze zmęczenia. Dawno już nie chodził tak długo. Lecz nic nie mówił. Bał się postawić Wrzosowi. Tym bardziej, że ten i tak już mu pomagał. Las z każdym krokiem zdawał się gęstnieć. Drzewa były coraz ciaśniej ustawione, a krzewy porastały każdą wolną przestrzeń. Żywica czuł ile zwierzyny kryje się w tych zakamarkach. Nic dziwnego, że Wrzos tak walecznie bronił swoich terenów. 
— Przerwa — zarządził Wrzos. 
Żywica zmęczony padł na ziemię. Leśne podłoże było przyjemnie chłodne. Liliowy pewnie rozkoszowałby się nim dłużej, gdyby nie to, że czarny się do niego przysiadł.
— Mogłaś powiedzieć, że jesteś zmęczona — mruknął Wrzos. 
Żywica zastrzygł uszami na formę żeńską. Czyżby i kocur wziął go za samicę? Liliowy coraz bardziej się zastanawiał co takiego zrobili mu Dwunogi, że nie było czuć, że jest kocurem. Może to przez nich smród? Już miał poprawić Wrzosa, lecz pewna myśl uderzyła mu do łba. Prawdopodobnie przez to, że czarny wziął go za kotkę był dla niego taki miły. W końcu kto by nie pomógł zagubionej panience w potrzebie? Na pewno już każdy szybciej niż jakiemuś samcowi. Przerażony myślą, że Wrzos go pogoni, gdy tylko wyjawi swoją prawdziwą płeć, Żywica kiwnął łebkiem. 
— N-nie chciałam c-ci prze-przeszkadzać — wymamrotał cicho. 
Wrzos pokręcił łbem. 
— Jak zemdlejesz nie będę cię ciągnąć, Koniczynko — ostrzegł go czarny. — Idę zapolować, zostań tu i się nie zgub.
Gdy tylko Wrzos oddalił się na kawałek Żywica podniósł się powoli, rozglądając po terenie. Miał nadzieję, że wkrótce dojdą do nieco bardziej znanych mu terenów. Czuł, że tu już niedaleko.

* * *

— Da-daleko jeszcze?
— Daleko — odpowiedział Wrzos. — Pytasz o to od połowy podróży — dodał, wywracając ślipiami.
Żywica nie odpowiedział, jedynie spuścił łeb. Nie sądził, że kocur mając na myśli daleką wędrówkę ma na myśli parudniową. Wiedział, że trochę przejdą, lecz to był już drugi wschód słońca wędrówki. Żywicę powoli ciągłe chodzenie zaczynało wykańczać. Tym bardziej, że gór jak nie było widać tak nic się nie zmieniło. Powoli tracił nadzieję. Westchnął ciężko, spoglądając w górę. Gwiazdy rozświetlały im drogę, lecz żadna z nich nie wyglądała znajomo.
Gdzie był Klan Gwiazd, gdy go potrzebował?
— Jak będziesz stękać tak to cię tu zostawię, Koniczynko. — ostrzegł go Wrzos.
Liliowy kiwnął łbem.
— Coś ucichłaś — mruknął czarny, spoglądając na niego zielonymi ślipiami.
Żywica zerknął na kocura po czym usiadł, owijając łapy ogonem. Wahał się przed zwierzaniem się Wrzosowi. W końcu ten mógł uznać, że za bardzo marudzi i go tu zostawić. Niepewnie otworzył pysk.
— My-myślałam, że szybciej dotrę do domu... — wyznał cicho, czując rosnącą gulę w gardle. — Ja... ja po-po prostu chce j-już wrócić do do-domu... — pisnął żałośnie, ledwo hamując łzy.
Wrzos westchnął.
— Trzeba było nie dać się złapać — prychnął, odrywając ślipia od Żywicy.
Liliowy skrzywił się.
— Trze-trzeba było nie dać się zła-złapać? Trze-trzeba... trzeba było nie dać się złapać?! — wrzasnął na kocura. — Myślisz, że specjalnie tam wlazłam, lisi bobku?! Że specjalnie zo-zostawiłam swo-swoją rodzinę?! — uniósł się, prawie zapowietrzając.
Wrzos nie odpowiedział.
— N-nawet nic nie odpowiesz?! Nic?! Ty i Dwunogi jesteście siebie wart! — krzyknął, odbiegając od Wrzosa.
Był zły na kocura. Był zły na Dwunogi. Był zły to wszystko co się zadziało. Nie rozumiał jakim prawem to go spotkało. Nawet wolał nie próbować zrozumieć. Chciał jedynie. Chciał jedynie być już w domu. Móc zapomnieć o tej całej przygodzie. O tych wszystkich napotkanych kotach. Chciał jedynie móc się przytulić do Berberysowej Bryzy, posłuchać przechwałek Szczawiowego Liścia, odwiedzić grób Fiołkowej Doliny, obserwować jak Rumiankowa Pręga zagaduje do Mysiej Łapy, czy Daliowa Łapa ćwiczy po treningu, aby zostać szybciej wojowniczką. Tak bardzo chciał już ich wszystkich zobaczyć. Tak cholernie za nimi tęsknił. Za ich głosami, zapachem, czy ruchami ciała. Nigdy nie sądził po śmierci matki i Pójdźkowego Snu, że tak prędko będzie mu równie mocno zatęsknić. Chciał po prostu już być w Klanie Klifu.
Tylko dlaczego Gwiezdni tak bardzo mu to uniemożliwiali?
Pierwsza łza wypłynęła z pomarańczowego ślipia, a za nią kolejna i jeszcze jedna. Nie minęło uderzenie serca, a Żywica płakał jak mały kociak. Zupełnie jak wtedy gdy przestraszył się unoszonego przez powietrze liścia. Zmęczony i zapłakany sam nawet nie wiedział kiedy zasnął.

* * *

Śniła mu się Jarzębinka. Bawili się piórkiem sroki, które dostali od babci. Siostra wesoło ganiała za podarunkiem od Poplamionego Piórka, nawołując go do wspólnej zabawy. Mały Żywica nie umiał jej odmówić. Przez ten beztroski sen prawie zapomniał o całej podróży. Jeszcze zaspany wtulił się do leżącego obok niego kota. Futro Berberys wydawało się dziwnie sztywne, lecz nie zwrócił na to uwagi. Coś mamrocząc pod nosem, wtulił się w ukochaną. Tak strasznie brakowało mu jej ciepła.
— Eee... Koniczynko? — rozległ się głos nad jego uchem.
Żywica nieco zdezorientowany otworzył oczy. Zamiast ujrzeć ślipia w kolorze letnich słoneczników przywitała go mocna zieleń. Przetarł sennie oczy łapą i ziewnął. Wrzos przyglądał się mu uważnie.
— Co?! Co t-ty tu robisz?! — pisnął Żywica, zorientowawszy się kto obok niego leżał.
Kocur zdawał się nie być przejęty tak bardzo jak liliowy. Przeciągnął się leniwie.
— Trzęsłaś się. — oznajmił. — Poza tym to ty zaczęłaś się do mnie kleić — dodał, wywracając oczami. — No nie gap się tak na mnie — warknął, jeżąc się.
Żywica obrażony jedynie odwrócił się. Nie zamierzał rozmawiać z tym głupim kocurem, który sam brał go za jakiegoś skończonego mysiego móżdżka. Nawet go nie przeprosił za wczoraj, a teraz jeszcze kleił. Aroganckie lisie łajno.
— Ruszajmy — mruknął Wrzos, widząc, że jego towarzysz podróży był w nie sosie. — Skoro masz energię na obrażanie się to dasz radę bez postoju — dodał z podłym uśmiechem.
Żywica trzepnął ogonem.
Czemu każdy kocur musiał prędzej czy później zacząć działać mu na nerwy?

05 sierpnia 2020

Od Koniczynki

Obserwował zachodzące słońce. Czuł jak jego żołądek skręca się z głodu w kolejne figury. Sam nie sądził, że spędzi na tym drzewie tak dużo czasu. Miał nadzieję, że obcy kocur odpuści mu do wieczora, lecz i ten uparcie czekał na dole i zdawał się nie najgorzej bawić. W przeciwieństwie do Żywicy. Ten nerwowo odliczał każde uderzenie serca, coraz bardziej żałując decyzji wdrapania się na drzewo. Na dodatek nie udało mu się ściągnąć ustrojstwa Dwunogów. Był w kropce. Czarnej i głębokiej jak noc. 
— Jak na Pieszczocha nie jesteś taką miękką mysią breją — burknął niespodziewanie czarny kocur. 
Żywica skrzywił się. 
— B-bo nim nie jestem — syknął, sam siebie zaskakując. 
Stres i zmęczenie robiło swoje i nawet zwykle lękliwy wojowniki miał już wszystkiego dość. Chciał jedynie wrócić do domu. Do swojej rodziny. Lecz los złośliwie kład kolejne przeszkody na jego drodze. Był przekonany, że po ucieczce od Dwunogów pójdzie prosto, a jednak musiał trafić na tego buca. Niezadowolony trzepnął ogonem. Gdyby tylko nie miał tego ustrojstwa Dwunogów na sobie!
— To kim niby jesteś? — prychnął kocur, unosząc brwi.
Żywica wahał się. Nie znał go, możliwe, że był szpiegiem któregoś z wrogich klanów. W końcu ostatnio każdy klan miał własnego! Pokręcił łbem nerwowo. Musiał przyjąć nową tożsamość. 
— Ko-koniczynka jestem — mruknął w końcu. 
Nadane przez Butle imię przydało się jednak na coś. 
— Wrzos — przedstawił się i widząc wzrok Żywicy dodał. — Sam go sobie nie nadałem, jasne — warknął na niego. 
Liliowy szybko kiwnął łbem. 
— Dobra, skoro nie jesteś pieszczochem to co tu robisz? Co robisz na moim terenie? — syknął Wrzos. 
— Szukam d-domu — miauknął niepewnie Żywica. — Dwunogi mnie p-porwały i próbuję odnaleźć moją rodzinę — wyjaśnił po chwili przeklinając się w myślach. 
Po co to robił? Po co się mu zwierzał? Przecież to nic nie zmieni. Kocur nagle się nad nim nie ulituje i nie pokaże mu gdzie jest jego dom. Życie nie jest aż tak piękne. Żywica spuścił smętnie łeb. Nigdy nie odnajdzie drogi do Klanu Klifu. 
— Zdarza się — mruknął obojętnie Wrzos, kładąc się na mchu. 
Ziewnął leniwie, po czym ułożył łeb na łapach. Żywica z szeroko otwartymi ślipiami przyglądał się mu. Czyżby właśnie Gwiezdni oferowali mu szanse na ucieczkę? Gdy tylko zielone ślipia zamknęły się liliowy mógłby przyrzec, że jego serce zabiło szybciej.
— Nie radzę uciekać. — mruknął niespodziewanie czarny, uchylając jedno ślipie. — Wierz mi, mam najlepszy nos w okolicy — dodał pewnie. — Wychyl łapę poza to drzewo, a znajdę cię i odniosę z powrotem Dwunożnym. 
Żywica kiwnął jedynie łbem. 
Czekała go długa noc. 

* * *

Sam wątpił w to, że w końcu zasnął. Otworzył niechętnie oczy. Widok kory nie zaskoczył go. Nadal tkwił na drzewie. Spojrzał w dół. Czarnego kocura nie było tam, ale mimo to, Żywica wolał chwilowo nie ryzykować ucieczką. Prawdopodobnie Wrzos go sprawdzał. Pewnie czaił się gdzieś w krzaku gotowy rozszarpać mu gardło i zanieś Dwunogom. Żywica poczuł jak żołądek coraz bardziej mu się skurczy, a towarzyszący ból głowy nasila. 
Może powinien skoczyć na gałąź i zginąć jak mama?
— Ej, Koniczynko, złaź — burknął Wrzos. 
Żywica zerknął na niego niepewnie. Czarny kocur trzymał w pysku mysz. Nie była ona duża, lecz zapewne nawet gryź wypełniłby żołądek liliowego. 
— A co z t-twoją groźbą? — mruknął niepewnie Żywica. 
— Jak nie chcesz śniadania, to nie, sam zjem — syknął jedynie Wrzos.
Zdezorientowany Żywica zaczął powoli schodzić z drzewa. Uważnie przyglądał się czarnemu, próbując rozszyfrować o co mu chodzi. Wątpił, że ten od tak postanowił mu nagle pomóc. Coś tu było na rzeczy. 
— No szybciej! — pospieszał go kocur. — Nie mam całego dnia dla ciebie Koniczynko. 
Żywica prawie przewrócił się, zeskakując z pnia. 
— D-dzięki — miauknął cicho. 
Kocur jedynie wywrócił ślipiami.
— Jedz zanim się rozmyślę.
Żywica niepewnie do Wrzosa i ugryzł kawałek myszy. Już prawie zapomniał jak smakuje prawdziwe jedzenie. Karma Dwunogów smakowała paskudnie.
— Jeśli nie chcesz uchodzić za Pieszczocha lepiej zdejmij to wcianko — mruknął Wrzos.
— N-nie umiem — przyznał cicho Żywica.
Kocur westchnął i podszedł do liliowego. Wojownik mimowolnie się spiął, gdy poczuł zęby czarnego koło swojego karku. Wrzos szarpnął szmatkę, warcząc na nią. Żywica szczerze wątpił, czy to pomoże, ale wolał nie krytykować go. Silna łapa kocura przycisnęła jego łeb do ziemi.
— Nie ruszaj się — burknął Wrzos.
Liliowy czuł się dość nie komfortowo w tej pozycji. W końcu kto by się czuł niemal wypięty zadem do obcego kota. Po paru uderzeniach serca poczuł jak ustrojstwo Dwunogów luzuje się, by po chwili spaść na ziemie. Żywica podniósł się pospiesznie.
—  D-dzięki — mruknął do Wrzosa.
— Dobra, teraz zjeżdżaj Koniczynko — warknął ten. — Dałem ci jeść i pomogłem z tym, więc możesz spadać z moich terenów. A postaw tu jeszcze raz łapę, a pożałujesz — zagroził mu.
Żywica kiwnął łbem i rozejrzał się po lesie.
— A wiesz g-gdzie są góry? — zapytał niepewnie.
Wrzos wywrócił ślipiami.
— Daleko stąd — burknął jedynie.
Liliowy wbił zmartwiony wzrok w łapy. Przed nim jeszcze długa wędrówka nim dotrze do domu. Miał nadzieję, że Gwiezdni bezpiecznie poprowadzą go do domu. Pewnie wszyscy w klanie mieli go za tchórza, który uciekł po paru śmierciach przerażony. Musiał wrócić nim wszyscy go znienawidzą. Łza niebezpiecznie zakręciła się w ślipiu Żywicy. Nie rozumiał czemu wszystko musiało się tak skomplikować. Chciał jedynie być dobrym wojownikiem. Nie chciał tej całej wycieczki.
— Ej no nie rycz — syknął Wrzos, wzdychając ciężko. — Odprowadzę cię kawałek, dobra? Ale nie rycz.
Żywica spojrzał z nadzieją na czarnego.
— Na-naprawdę? — zapytał sam w to nie wierząc.
— Nie spraw, żebym zaraz żałował tej decyzji — burknął Wrzos.
Liliowy kiwnął łbem. Czarny szybko zjadł pozostałość myszy i otrzepał futro.
— Idź za mną i nie waż się nigdzie skręcać — rozkazał kocur.
Ruszyli w stronę powalonej sosny. Żywica przyglądał się w ciszy nowym terenom, nawet nie śmiejąc zadać Wrzosowi jakiekolwiek pytanie. Przed nimi była długa podróż, a wolał nie denerwować kocura. Tym bardziej, że ten jakimś cudem postanowił mu pomóc. 

Od Koniczynki

Kolejny nudny wschód słońca mijał mu w Gnieździe Dwunożnych. Butla wciąż do niego zagadywał i nazywał go Koniczynką. Żywica nauczył się go ignorować z czasem. Jego ciało odzyskało siły, więc zaczął poznawać leże Dwunogów. Było dziwne. Pełne uciętych w dziwne kształty drzew i miękkich skał, zupełnie jakby pod kolorową powłoką skrywały mech. Żywiczna Mordka wciąż wypatrywał jakiejś szpary, by zwiać, lecz magiczne i przezroczyste bariery Dwunogów były nie do pokonania. Z czasem odkrył innych mieszkańców tego miejsca. Marchewke, miłą rudą kotkę, która uwielbiała opowiadać bajki najmłodszym, Muche i Komara, wesołych czarnych bliźniaków, Dęba, cichego staruszka i Puszka. Z całego towarzystwa ów Puszek zdawał się najciekawszym osobnikiem. Był to młody szczeniak. Jego białe futro pokryte było czarnymi plamami i różnił się on od psa Dwunogów z farmy. Nie ganiał kotów, prawie nie szczekał. Ba, nawet chciał się bawić z Żywicą, obśliniając mu przy tym samym futro. 
— Koniczynkooo — rozległ się głos Butli. 
Żywica szybko rozejrzał się po okolicy w poszukiwaniu kryjówki, lecz bury zdążył go już zauważyć. 
— Tu jesteś! — miauknął wesoło, podbiegając do niego. 
Żywica westchnął ciężko, okrywając łapy ogonem. 
— T-tak? 
— Chodź ze mną! — zawołał Butla, kierując łapy w stronę Dwunogów przyglądającym się im. — No co tak stoisz? 
— N-nie lubię Dwunogów — mruknął szybko Żywica, pospiesznie odchodząc jak najdalej od tych bestii.
Obraz wypatroszonej Kalinki skutecznie trzymał go z dala od tych potworów. Butla nie odpuszczając, pobiegł za nim.
— Nic ci nie zrobią, przyrzekam! No chodź! Im bardziej ci będą ufać tym szybciej uciekniesz, Koniczynko! — obiecał bury. 
To zainteresowało Żywice.
— To jak, Koniczynko? — miauknął Butla, szerząc się jak głupi. 
Liliowy niechętnie kiwnął łbem. Nie sądził, że ma inne wyjście. Niepewnie skierował łapy za Butlą, powoli zbliżając się do Dwunogów. Te radośnie ich nawoływały. Ich ślipia wpatrzone w nich zdawały się pożerać koty wzrokiem. Żywica czuł jak żołądek podchodzi mu do gardła. Ciężko przełknął ślinę. 



* * *

Gnał ile sił w łapach. Dziwne ustrojstwo na jego tułowiu założone przez Dwunogów niezręcznie plątało mu się pomiędzy kończynami, lecz nie przestawał biec. Wiedział, że uchylone drzwi to była jego jedyna szansa. Przyspieszył, wybiegając z groty porywaczy. Jasny blask słońca uderzył go po ślipiach. Był wolny. Chwilowo. Musiał szybko znaleźć drogę do domu. Do swojego klanu. Rozpaczliwie rozejrzał się po okolicy. Ciągnący się niedaleko lasek ani trochę nie przypominał znajomych terenów. Niepewnie skierował łapy w jego stronę. Wolał nieznane gęstwiny niż ponowne pojmanie. Krzyki Dwunogów rozległy się za nim. Musiał się spieszyć. 

* * *

Zmęczony opadł na mech, wdychając łapczywie powietrze. Płuca paliły go podobnie jak łapy. Zapomniał już prawie jak to jest pędzić przez las. Cisza wypełniała zagajnik. Była uspakajająca, lecz na swój sposób i zdradliwa. Las mało kiedy był tak cichy. Żywica, znany ostatnio jako Koniczynka, podniósł się powoli na łapach. Musiał ruszać dalej. Nie wiedział za bardzo gdzie, lecz miał nadzieję, że wkrótce natrafi na ślad leśnych klanów. 
— A kogo tu mamy? — mruknął rozbawiony głos. 
Wojownik rozejrzał się pospiesznie, będąc niemal przekonany, że zmęczony umysł pląta mu figle. Czarna sylwetka, która wynurzyła się z krzewu szybko przekonała go, że jest inaczej. Para zielonych ślip przyglądała mu się z zaciekawieniem.
— No proszę, Pieszczoch — wymamrotał ostatnie słowo, jak najgorszą obelgę. 
Żywica postawił sierść na karku.
— N-nie jestem pieszczochem — burknął w stronę kocura. 
Zielone ślipia odpowiedziały mu rozbawieniem. 
— Jasne, to dlaczego wyglądasz i śmierdzisz jak one — mruknął, przyglądając mu się uważnie. — Zjeżdżaj do swoich Dwunogów to mój teren! — warknął, jeżąc się.
Liliowy ostrożnie postawił łapę do tyłu, obserwując nieznajomego.
— Za-zaraz stąd zniknę — miauknął niepewnie. 
Czarny kocur nie zdawał się być przekonany. Wysunął pazury. 
— Zjeżdżaj, ale to już! 
Żywicy nie było trzeba dwa razy powtarzać. Bez zastanowienia rzucił się pędem przed siebie. Widząc, że kocur biegnie za nim przyspieszył. Po jego pysku jasno można było stwierdzić, że nieznajomy miał na myśli inny kierunek. Jednak liliowy nie miał zamiaru chociaż na długość drzewa zbliżyć się do jamy Dwunogów.
— Widzę, że szukasz problemów! — krzyknął do niego kocur, prawie łapiąc go zębami za kitę. 
— Na-naprawdę nie! — odpowiedział spanikowany Żywica, skręcając za sosną. 
Szmatka Dwunogów skutecznie uniemożliwiała mu zgubienie pościgu, krępując ruchy Żywicy. Gdyby tylko mógł ją zdjąć na pewno zdołałby uciec nieznajomemu. Lecz nie miał na to czasu. Tym bardziej, że czarny zdawał się już nie mieć cierpliwości do wysłuchania go. Żywicy pozostawało tylko jedno wyjście. Wbił pospiesznie pazury w pień pobliskiego drzewa i zaczął się wspinać. Łapa za łapą wchodził coraz wyżej, bojąc się nawet spojrzeć w dół. Wspomnienie wściekłych zielonych ślip wystarczająco go determinowało. Dopiero po parunastu uderzeniach serca się zatrzymał. Zdyszany wczłapał się na cienką gałąź. Ta nieprzyjemnie zadrżała pod jego ciężarem, lecz Żywica miał większe zmartwienie na głowie. Nieznajomy kocur przyglądał mu się pilnie z dołu, mierząc wzrokiem. 
— Mam czas Pieszczochu — krzyknął do niego, siadając pod drzewem. — Nie myśl, że mi uciekniesz, kupo mysich bobków! 
Nieprzyjemny dreszcz przeszedł po grzbiecie Żywicy. Był w dołku. 

19 lipca 2020

Od Żywicznej Mordki (Koniczynki)

Obudził się. Nie czuł nic. Czyli faktycznie umarł. Miał nadzieję, że wszyscy poradzą sobie bez niego. Nie, na pewno dadzą radę. W końcu Berberysowa Bryza była taka silna. Ich kocięta też. Musieli dać radę. Nie było innej opcji. Jazgot Dwunożnych znów uderzył do jego uszu. Zaraz przecież Dwunożnych nie było w Klanie Gwiazd. Zdezorientowany Żywica aż otworzył ślipia. Jasne światło zabłysnęło nieprzyjemnie. Zamrugał. Nadal znajdował się w jaskini Dwunogów. Teraz innej. Zauważywszy, że kraty go już nie ograniczają, zerwał się do biegu. To była jego szansa. Mógł nadal wrócić do rodziny. Niestety próba podniesienia skończyła się zatoczeniem się. Jego ciało było takie słabe. Zupełnie jakby nie spał parę wschód słońca. Rozejrzał się zdezorientowany. Poczuł, że nie był tu sam. Zapachy innych kotów otaczały go z każdej strony, pomimo że nie widział żadnego. Coś tu się nie zgadzało Żywicy. Chciał uciec stąd jak najszybciej mógł, ale ciało odmawiało mu posłuszeństwa. Dopiero teraz zauważył, że ma na sobie jakieś ustrojstwo Dwunożnych. Może to ono go tak osłabiało? Zaczął pierwszą próbę ściągnięcia go. 
— Nie radzę — mruknął tajemniczy głos. — Tylko sobie bardziej rozwalisz szwy.
Żywica przejrzał się za właścicielem głosu. Bury kocur spoglądał na niego bystrymi żółtymi ślipiami z dziwnego drzewa.
— Butla jestem — przestawił się. — a ty?
Żywica przyglądał mu się zaniepokojony. Kocur śmierdział Dwunożnymi. Nie ufał mu. Zignorował Butle.
— Ej no — nie odpuszczał bury.
 Zeskoczył z legowiska i podszedł do niego.
— Ży-żywiczna Mo-mordka — mruknął cicho wojownik. 
— Głupie imię 
— Zo-zostało mi ono na-nadane — przyznał nieśmiało Żywica po czym opieprzył się w myślach. 
Nie mógł się bratać z kotem Dwunożnych. Pewnie będzie chciał od niego wyłudzić gdzie jest reszta jego bliskich, by wszystkich zamknąć w metalowych klatkach. 
— To od dziś jesteś... hmm... Koniczynka — postanowił Butla. — Skąd jesteś, Koniczynko? Która dzielnica?
Żywica zastrzygł uszami, słysząc pytanie burego. Zignorował nowe imię na rzec "dzielnic". Czyżby pieszczochy miały własne klany? Może chciały przejąć las? 
— Koniczynka? Halo? — szturchnął Butla. — Nie mów, że ty nie stąd? O! Wiem, jesteś z tych leśnych gangów?
Żywiczna Mordka spojrzał na niego zaskoczony. Jakim cudem tak łatwo to rozpracował? Musiał faktycznie być dobry w swoim fachu. Kocur widząc jego minę, uśmiechnął się bystrze.
— Śmierdzisz lasem, Koniczynko — podpowiedział mu Butla.
Żywica westchnął. Miał dość kocura, który coraz bliżej do niego podchodził. W końcu przysiadł się do niego z szerokim uśmiechem. 
— To co? Może oprowadzę cię po okolicy? — zaproponował, szczerząc się.
Żywica fuknął na niego, zaskakując samego siebie. Bury zerwał się na szczęście z jego legowiska, odchodząc od niego na lisią długość.
— No proszę jaka agresywna — skomentował. — Z takim charakterkiem szybko nowych Dwunogów nie znajdziesz... — urwał, widząc zdziwienie na pysku Żywicy. 
Wojownika lekko zatkało, gdy usłyszał formę żeńską. W końcu był kocurem. Pachniał jak kocur. Jakim cudem Butla się pomylił. 
— Je-jestem kocurem... — wyznał cicho Żywica. 
Butla jedynie wzruszył ramionami. 
— Sorry, po zabiegu wszyscy pachniecie tak samo — mruknął, zerkając ukradkiem na Żywice. —Kocury też lubię — puścił mu oczko. 
Zirytowany Żywica westchnął, chowając pysk pod łapami. Musiał się stąd wyrwać jak najszybciej mógł. Nie trzyma kolejnego wschodu słońca z Butlą. 

cdn cn 

18 lipca 2020

Od Żywicznej Mordki


Każde uderzenie serca w niewoli dłużyło mu się w nieskończoność. Serce wojownika biło jak oszalałe, zagłuszając wszystko. Panika rosła z każdym oddechem. Czy także umrze? Czy oskórują go jak Kalinkową Łapę? Czy już nigdy nie zobaczy swojej rodziny? A może ktoś go uratuje? 
Pytania wypełniły łeb wojownika. Nerwowo szukał odpowiedzi. Próbował wyjść. Rzucał się jak głupi po metalowych kratach, lecz nic to nie dawało. Utknął. Nie wyjście już. Umrze. Umrze i nawet nikt o tym się nie dowie. Berberysowa Bryza i jego kocięta wezmą go za tchórza. Tchórza, który zostawił swoją rodzinę. Świadomość tego bolała Żywice bardziej niż śmierć. Z nią mógłby się pogodzić. Jednak świadomość zranienia Berberys była zbyt straszna. Nie do zniesienia. Zaczął płakać.
Czemu to musiało mu się przytrafić? Czemu akurat teraz?
Szmer przerwał jego rozmyślania. Klatka uniosła się niespodziewanie. Żywica zamarł w bez ruchu. Uderzyło go jasne światło, gdy cała konstrukcja została wyjęta z krzewu. Dwunogi. Przypatrywały się mu z zadowoleniem na pysku. Brzędląc coś do nosem, ruszyli. Mniejsze z nich przyglądało się mu z zaciekawieniem. Zupełnie jakby był jakąś zabawką. Czyżby morderstwo sprawiało im aż taką frajdę? Żywiczna Mordka zasklomlał żałośnie. Tak właśnie wyglądał jego koniec. Zamknięty i złapany przez Dwunogi, które będą się nim zabawiać aż padnie. Nie. Musiał walczyć. Jak nie dla siebie to chociaż dla swojej rodziny. Nie mógł tak łatwo dać się zabić. Zaczął się znów rzucać. Dwunog mruknął coś do niego spokojnym głosem, ale Żywica nie miał zamiaru dać sobie zamydlić oczu. Jego ataki na metalowe ustrojstwo przybrało na sile. Wił się w nim niczym zdychające zwierzę. Aż uderzył za mocno o metalowy haczyk. Zakręciło mu się w łbie. Obraz rozmył się nagle. Dwunogi zaczęły coś krzyczeć, lecz Żywica nic nie widział. Mroczki przysłoniły mu widok na świat. 

* * *

Uderzył go zapach strachu. Wypełniał powierzchnię, zataczając kręgi. Zaraz po nim pojawiła się woń innych zwierząt. Psów i kotów. Żywica zdezorientowany otworzył oczy. Pomieszczenie było białe. Wypełnione uciętymi drzewami i dziwnymi kamieniami. Pełne narzędzi tortur. Wojownik poczuł jak jego ślipia wypełniają się łzami. To był jego koniec. Dwunożny zauważywszy, że już nie śpi, podszedł do niego. Jego niezgrabne, łyse łapy złapały go. Żywica nie miał już siły walczyć. Pogodził się ze swoim losem. Miał nadzieję, że spotka się z bliższymi w Klanie Gwiazd. Uśmiechnął się smutno na myśl, że mama ochrzani go za tak głupią śmierć. Może i spotka Pójdźkowy Sen. Swoją małą, uroczą siostrzyczkę, która znikła pewnego dnia bez śladu. Dwunożny położył go na dziwnie płaskim kamieniu. Śmierdział gorzej niż Potwory. Nagłe ukucie nawet nie zaskoczyło Żywicznej Mordki. Czuł jak trucizna płynie w jego żyłach, zatruwając jego ciało. Czuł jak nagle słabnie. Jak umiera. Powieki powoli zaczęły się zamykać pod własnym ciężarem. Senność ogarnęła go do końca. 

cdn

Od Żywicznej Mordki

Żywica krążył niespokojnie po obozie. Nie potrafił usiąść. Nie po tym co zobaczył. Zmarniałe ciało syna wciąż wkradało się podstępnie w jego myśli. Wiedział, że koty umierają. W końcu doświadczył już tyle śmierci w swoim życiu. Ale nigdy nie sądził, że któreś z jego kociąt umrze przed nim. Fiołek, Fiołkowa Dolina, jego synek... miał jeszcze tyle życia przed sobą. Dopiero co został wojownikiem. Żywiczna Mordka wciąż pamiętał jego dumny uśmiech, gdy Lisia Gwiazda przywołał go i nadał nowe wojownicze imię. Wszyscy byli tacy radośni, tacy dumni. Pamiętał jak rozmawiał z Lwią Grzywą, że jego syn na pewno nadal będzie rozrabiał. A teraz go już nie było. Fiołkowa Dolina teraz wędrował z innymi zmarłymi. Żywica miał nadzieję, że dotrzyma towarzystwa kuzynce, Kalinkowej Łapie. 
Z każdą śmiercią Żywiczna Mordka podejrzewał, że Klan Gwiazd mści się na nich za medyczkę-szpiega. Przecież takie plagi nie biorą się znikąd! Śmierć nie zebrałaby takich żniw, gdyby nie kolejny pomysł Lisiej Gwiazdy! Rudy lider znów był wszystkiemu winny! Gniew gwałtownie wzrósł w na co dzień lękliwym wojowniku. Był zły. Tak strasznie zły. Fiołek nie powinien umrzeć tak młodo. Żywica westchnął ciężko, wbijając pazury w ziemię. Pozostała jeszcze sprawa Mysiej Łapy. Kocurek się zarzekał, ze wraz z bratem chcieli uszczęśliwić wujka Bluszczowy Poranek. Że chcieli tylko, żeby jego córka spoczęła tam gdzie powinna. Żywica wiedział, że jego kociaki miały dobrą intencję. Że chciały tylko pomóc. Ale przez brak doświadczenia i zrzędzenie losu stało się tylko gorzej. 
— Żywico? — usłyszał znajomy głos. 
Odwrócił się niechętnie w jego stronę. Lwia Grzywa przyglądał mu się smutno.
— Wiem co przeżywasz... — urwał, a łzy pojawiły się w niebieskich ślipiach. — Może... może chcesz się przejść? — zaproponował. — Jak kiedyś...? — dodał ze słabym uśmiechem. Żywica pokręcił łbem. 
— D-dzięki — miauknął. — Ale c-chce posiedzieć s-sam.

* * *

Niechętnie ruszył w stronę strumienia. Wolał się przejść niż być w klanie. Obozowisko za bardzo przypominało mu o zmarłym synie. Pomimo że wyszedł pod pretekstem polowania, kompletnie nie potrafił się skupić. Łzy znów cisnęły mu się na ślipia. Walczył z nimi, ale znów przegrał. 
Zapach myszy uderzył w nos wojownika. Żywica niechętnie podążył za wonią. Nie mógł wrócić do obozu z pustym pyskiem. Mysz zdawała się czaić w niewielkim krzewie. Żywiczna Mordka nie rozglądając sie za bardzo szedł za zapachem. Ku jego zdziwieniu mysz okazała się już martwa. Zdezorientowany wojownik się rozejrzał się w końcu. Ujrzawszy srebrne ustrojstwo Dwunożnych spanikował. Był w pułapce. Rzucił się w stronę wyjścia, ale nagły trzask zablokował wyjście. Kraty otaczały go z każdej strony. Nie miał jak wyjść. 

cdn



16 lipca 2020

Od Żywicznej Mordki

Kręcił się nerwowo przed wejściem do obozu z marnymi koniczynami w pysku. Chciał jakoś pomóc Berberysowej Bryzie. Dodać jej otuchy po tym trudnym okresie, ale bał się, że rozmową tylko jeszcze bardziej to schrzani. Dlatego przeczesał niewielką polankę w poszukiwaniu pierwszych kwiatów. Ujrzawszy dobrze mu znane trójkolorowe futro zadrżał mimowolnie. Kotka zauważyła go uderzenie serca później i zaczęła zmierzać w jego stronę. Spanikowany Żywica odkrył, że za bardzo nie wie co jej powiedzieć. Przełknął nerwowo ślinę, starając się nie za ślinić kwiatów. Wyczerpana zastępczyni uśmiechnęła się słabo. Wygasłe żółte ślipia zdradzały jej zmęczenie. 
— D-d-dla ciebie — miauknął cicho, kładąc kwiatki pod łapami kotki. 
— Dziękuję Żywico — mruknęła, siadając obok niego. 
Oparła łeb o jego bark, pokładając się na nim i westchnęła ciężko. 
— Myślałam, że wychowanie kociaków i bycie zastępcą to kawał roboty, ale teraz jak Klan Gwiazd się na nas uwziął... — urwała, mrużąc ślipia. 
Żywica jedynie wymownie mruknął. Nie wiedział za bardzo co odpowiedzieć. 
— T-teraz w-wiosna, b-będzie lepiej — miauknął w końcu. 
Berberys wywróciła ślipiami. 
— Powiedz to tym na górze — odparła. — Czasem mam wrażenie, że świat się kończy... — wyznała cicho.
Wojownik zastanowił się nad słowami kotki głębiej. Niby nie było aż tak źle, lecz w obozie faktycznie było ponuro. Koty, które potraciły swych bliskich chodziły z łbami nisko ziemi, a kocięta Borówkowego Nosa żałośnie popiskiwały za matką. Mimo to wszyscy czuli, że to jeszcze nie koniec. Że coś nadchodzi. Żywica miał nadzieję, że Sokole Skrzydło jakoś wyrobi się sam z tym wszystkim. 
— M-może przejdziemy s-się? — zaproponował niepewnie Żywica. 
Widząc zdziwiony wzrok kotki, dodał. 
— W-wyrwiemy się n-na chwilę, za-zapomnimy o-o t-tym wszystkim na t-trochę... n-nic się n-nie stanie j-jak znikniemy na k-krótki s-spacer... — urwał, czekając na reakcje Berberys. 
Zastępczyni zamyśliła się. Na pewno marzyła o chwili spokoju i nie zamartwiania się, lecz wiedziała, że jest też potrzebna w klanie. 
— No nie wiem — miauknęła po chwili namysłu. 
— P-proszę — mruknął żałośnie Żywica, wbijając pomarańczowe ślipia w partnerkę. — B-brakuje mi cie-ciebie — dodał ciszej. 
Te słowa sprawiły, że na pysk zastępczyni wkradł się niewielki uśmiech. 
— No dobrze, ale tylko na trochę — zawołała zadziornie, ruszając w głąb lasu.