Trening walki. Ahh, nawalanie z całej siły w osobę, której się nienawidzi jest tak relaksujące... chociaż mogłoby być fajniejsze. Mięśnie zapiekły go zabawnie, gdy znów zaszarżował na Szkarłatnego i udało mu się go oszukać. Wykonał zaczepisty manewr miszczuf rzycia i przewalił nauczyciela. Po tym spróbował uskoczyć, ale jasny kocur złapał go zębami za łapę i ściągnął do parteru. Jastrząb zdążył się odturlać i stanąć na wprost idioty, czekając na jego ruch, aby go wyminąć. Nie wyszło mu to jednak i skończył przyciśnięty do ziemi z brzuchem odsłoniętym. Wymierzył parę mocnych kopniaków w brzuch przeciwnika, jednak gdy ten wciąż zamiast odsunąć się starał go ugryźć, uderzył z całej siły i odrzucił zamroczonego kocura od siebie. Jego wygrana nie trwała jednak długo, bo ponownie wylądował na ziemi, kopany i gryziony przez przybłędę. Po tym starszy kocur odsunął się i trening na dziś się zakończył. Pięknie. Gdzie teraz? Cóż, Jastrząb nie miał zamiaru wracać do obozu, tak więc udał się na mały spacer... minęła pora górowania słońca, było już ono właściwie w połowie drogi od szczytu do horyzontu. Nie wiedział dokładnie, gdzie był, choć na pewno nie na terenie innego klanu. Wiedział jednak, jak wrócić, więc z tym problemu być nie powinno. Na pewno przeszedł przez Drogę Grzmotu, a potem...? Gdzieś poszedł. Podczas wędrówki w pewnym momencie zatrzymał się na chwilę, gdy usłyszał szelest. To nie brzmiało jak drapieżnik, ani tym bardziej jak zwierzyna. Inny kot? Tutaj? Po co? Skąd? Samotnik. Na pewno. Przecież koty z innych klanów tu nie przychodzą... prawda?
- Kto tu jest. - syknął obojętnie, rozglądając się i prostując. Chciał wyglądać na większego, choć już był ogromny.
<Rcafa, wink wink>
BLOGOWE WIEŚCI
BLOGOWE WIEŚCI
W Klanie Burzy
Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkęW Klanie Klifu
Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?W Klanie Nocy
Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?
W Klanie Wilka
Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).
W Owocowym Lesie
Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?W Betonowym Świecie
nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.MIOTY
Mioty
Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)
Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)
Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jastrząb (S). Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jastrząb (S). Pokaż wszystkie posty
02 listopada 2017
Od Jastrzębiej Łapy cd Dryfującej Łapy
Co tu robił? Był. Spacerował. Przebywał. Co za różnica, co robił. Nie musiał się tłumaczyć, to nie jego działka. Zaś co tu robił Dryfik? Cóż, z pewnością nie myślał, skoro zapuścił się tak daleko od obozu bez wojownika? A może nie był sam? Może był zasadzką? Nie, nie mógłby być. Nikt nie użyłby tego wątłego byle czego aby się zemścić na niewinnym Jastrzębiu. A już na pewno nie inny klan. Przecież Dryf prędzej by się popłakał, niż współpracował z kimkolwiek. Był zbyt głupi. Z resztą, po co miałby być przeciwko własnemu klanowi, skąd to w ogóle przyszło czarno-białemu do głowy? W końcu o ile on nie miałby problemu ze zdradzeniem tej głupiej grupki, tym bardziej po stracie Bobra, gdy nic go już tam nie trzyma, to dziwnouchy pewnie dał się zmanipulować i owinąć wokół łapy przywódczyni, która go przyjęła. A teraz przywódcy, który zastąpił tą słabą chodzącą porażkę.
Jastrząb wolnym krokiem podszedł do ucznia. Chciał nabrać epickości zanim przemówi. Przerastał tego frajera wzrostem, więc patrzenie na niego z góry, groźnym wzrokiem trudne nie było.
- Co tu robisz? Sam? - uniósł brew i usiadł, patrząc na kocurka chłodno. Ten pod jego spojrzeniem zadrżał. Słabeusz.
- J...ja... ja... - zająknął się i cofnął lekko, kuląc się. Żaden z nich tego nie zauważył, ale obserwujący z daleka mentor kocurka uśmiechnął się lekceważąco pod nosem i odszedł, zostawiając ich samych. Oh nie, tragedia, mały tchórz spotkał kogoś, kogo może się bać jak wielu innych kotów.
- Gdzie twój mentor? Inni wojownicy? Wiesz, co by się stało, gdyby dorwał cię obcy klan? - dalej mówił obojętnym głosem, nie patrząc już na Dryfa, a jedynie myjąc swoją łapę. Groooźnie, strach się bać.
- P...prze... przep-praszam... - dziwnouchy odwrócił wzrok.
- Ohh, nie przepraszaj mnie! Przepraszaj ją. - wskazał łapą na niebo, mając na myśli Malinową Gwiazdę, którą mały przegryw tak bardzo kochał. Prawdopodobnie trafił w punkt. - Na pewno się martwi... a ty tak po prostu wystawiłeś się na ataki samotników, lisów, innych klanów. - wstał i zaczął powoli obchodzić kocura do okoła, udając zawiedziony ton i kręcąc głową, jak matka, która zawiodła się na dziecku. - Jestem pewien, że jest tobą zawiedziona. Ale co ja tam wiem... - wzruszył barkami i ruszył powoli w stronę klanu, chcąc zostawić biedną beksę samą. Upsi.
<Dryf>
Jastrząb wolnym krokiem podszedł do ucznia. Chciał nabrać epickości zanim przemówi. Przerastał tego frajera wzrostem, więc patrzenie na niego z góry, groźnym wzrokiem trudne nie było.
- Co tu robisz? Sam? - uniósł brew i usiadł, patrząc na kocurka chłodno. Ten pod jego spojrzeniem zadrżał. Słabeusz.
- J...ja... ja... - zająknął się i cofnął lekko, kuląc się. Żaden z nich tego nie zauważył, ale obserwujący z daleka mentor kocurka uśmiechnął się lekceważąco pod nosem i odszedł, zostawiając ich samych. Oh nie, tragedia, mały tchórz spotkał kogoś, kogo może się bać jak wielu innych kotów.
- Gdzie twój mentor? Inni wojownicy? Wiesz, co by się stało, gdyby dorwał cię obcy klan? - dalej mówił obojętnym głosem, nie patrząc już na Dryfa, a jedynie myjąc swoją łapę. Groooźnie, strach się bać.
- P...prze... przep-praszam... - dziwnouchy odwrócił wzrok.
- Ohh, nie przepraszaj mnie! Przepraszaj ją. - wskazał łapą na niebo, mając na myśli Malinową Gwiazdę, którą mały przegryw tak bardzo kochał. Prawdopodobnie trafił w punkt. - Na pewno się martwi... a ty tak po prostu wystawiłeś się na ataki samotników, lisów, innych klanów. - wstał i zaczął powoli obchodzić kocura do okoła, udając zawiedziony ton i kręcąc głową, jak matka, która zawiodła się na dziecku. - Jestem pewien, że jest tobą zawiedziona. Ale co ja tam wiem... - wzruszył barkami i ruszył powoli w stronę klanu, chcąc zostawić biedną beksę samą. Upsi.
<Dryf>
07 października 2017
Od Jastrzębiej Łapy
Kolejne wstawanie rano, bo trening. Po kiego to komu? Nauczyłby się sam, nie potrzebuje pomocy ze strony tego Szkarłatnego pedałka. Był głupi i zachowywał się, jak najwspanialszy wojownik. Choć nie istniało coś takiego, jak ideał wojownika. Czym w ogóle był wojownik? Kotem z wypranym mózgiem, wpojonymi zasadami jakiegoś wyimaginowanego kodeksu, stworzonego przez koty, które widziały i słyszały ~rzeczy~. Czy takim wariatom można ufać? Z pewnością to wszystko był tylko system stworzony przez jednego, pragnącego władzy kota, który chciał, aby wszyscy byli mu posłuszni. No bo proszę... "Słowo przywódcy jest prawem.". Czy to nie brzmi jak słaba próba owinięcia sobie wokół łapy mniej inteligentnych kotów?
- Zaatakuj mnie. - powiedział stanowczo dziwnie pręgowany kocur. Jastrząb zmierzył go wzrokiem, oceniając swoje szanse i gdzie najlepiej byłoby uderzyć. Napiął mięśnie i stanął w bojowej pozycji. Oh tak, walka. To zdecydowanie było coś, co uwielbiał. Oczywiście dopóki miał przewagę. Zmrużył oczy, wpatrując się w pysk kocura i zaczął biec w jego stronę. Szkarłatny najprawdopodobniej spodziewał się ataku od przodu, więc odskoczył do tyłu, jednak na to czekał żółtooki. Odbił nagle w bok i skoczył na bok wojownika, przewracając go, przez co przeturlali się ze dwie długości lisa. Obaj upadli na bok. Ups, nie udało mu się przyszpilić przeciwnika do ziemi, ale przecież nie zawsze musiało mu się udawać. Odskoczył do tyłu.
- Nieźle. Ale będziesz coraz lepszy, jak będziesz ćwiczył. - skinął głową, po czym zaatakował czarno-białego. Ten nie uniknął ataku i upadł na grzbiet, gdzie Wicher wgryzał mu się w szyję. Odrzucił go silnym kopniakiem w brzuch, choć stracił trochę sierści. Ups. Rozpędził się i skoczył na zamroczonego mentora, który niestety uniknął bez problemu i zdzielił go łapą po mordzie. To aktywowało w nim bitewny szał. Uczeń skoczył na grzbiet przeciwnika, złapał go za kark i zaczął uderzać tylnymi łapami w jego grzbiet. Mocno, siniaki zostaną z pewnością. Gdyby nie fakt, że to tylko głupi trening, to Szkarłatny z pewnością skończyłby z rozległymi ranami na bokach. Jednak najwidoczniej nie podobało mu się to ustawienie, bo przewrócił się na bok, przyciskając grzbietem Jastrzębia do ziemi. Jeszcze chwilę trwała ta walka, aż w końcu oboje zmęczeni stanęli naprzeciw siebie. Wojownik zaczął czyścić swoje futro.
- Koniec treningu. - powiedział uczeń i odszedł, nie zważając na wszelkie możliwe nierozumiejące, bądź próbujące przywrócić go do porządku spojrzenia. Wybrał się na granicę wszystkich czterech klanów, do miejsca zgromadzeń. I czekał. A nuż się coś ciekawego wydarzy. Cokolwiek. Z pewnością będzie ciekawsze, niż siedzenie w obozie.
<ktokolwiek lol>
- Zaatakuj mnie. - powiedział stanowczo dziwnie pręgowany kocur. Jastrząb zmierzył go wzrokiem, oceniając swoje szanse i gdzie najlepiej byłoby uderzyć. Napiął mięśnie i stanął w bojowej pozycji. Oh tak, walka. To zdecydowanie było coś, co uwielbiał. Oczywiście dopóki miał przewagę. Zmrużył oczy, wpatrując się w pysk kocura i zaczął biec w jego stronę. Szkarłatny najprawdopodobniej spodziewał się ataku od przodu, więc odskoczył do tyłu, jednak na to czekał żółtooki. Odbił nagle w bok i skoczył na bok wojownika, przewracając go, przez co przeturlali się ze dwie długości lisa. Obaj upadli na bok. Ups, nie udało mu się przyszpilić przeciwnika do ziemi, ale przecież nie zawsze musiało mu się udawać. Odskoczył do tyłu.
- Nieźle. Ale będziesz coraz lepszy, jak będziesz ćwiczył. - skinął głową, po czym zaatakował czarno-białego. Ten nie uniknął ataku i upadł na grzbiet, gdzie Wicher wgryzał mu się w szyję. Odrzucił go silnym kopniakiem w brzuch, choć stracił trochę sierści. Ups. Rozpędził się i skoczył na zamroczonego mentora, który niestety uniknął bez problemu i zdzielił go łapą po mordzie. To aktywowało w nim bitewny szał. Uczeń skoczył na grzbiet przeciwnika, złapał go za kark i zaczął uderzać tylnymi łapami w jego grzbiet. Mocno, siniaki zostaną z pewnością. Gdyby nie fakt, że to tylko głupi trening, to Szkarłatny z pewnością skończyłby z rozległymi ranami na bokach. Jednak najwidoczniej nie podobało mu się to ustawienie, bo przewrócił się na bok, przyciskając grzbietem Jastrzębia do ziemi. Jeszcze chwilę trwała ta walka, aż w końcu oboje zmęczeni stanęli naprzeciw siebie. Wojownik zaczął czyścić swoje futro.
- Koniec treningu. - powiedział uczeń i odszedł, nie zważając na wszelkie możliwe nierozumiejące, bądź próbujące przywrócić go do porządku spojrzenia. Wybrał się na granicę wszystkich czterech klanów, do miejsca zgromadzeń. I czekał. A nuż się coś ciekawego wydarzy. Cokolwiek. Z pewnością będzie ciekawsze, niż siedzenie w obozie.
<ktokolwiek lol>
28 sierpnia 2017
Od Jastrzębiej Łapy
Był na ceremonii. Ze spokojem wpatrywał się w Malinową Gwiazdę, wręcz MAJĄC PEWNOŚĆ, że dostanie jakiegoś normalnego mistrza. Może Jagodowe Futro? Ten to podobno miał w przodkach tego, jak mu tam... Czarną Gwiazdę, o! A może Fiołkowy Podmuch? Brata? Starszego? Na pewno byłby lepszy od Wrzosa, nie był wcale taki zły. Tylko dziwny. A może jeszcze jakiegoś lepszego wojownika? Płomienną Pręgę? Ten to w sumie był beznadziejny, ale syn tego yyy Czarnucha Gwiazdy. Więc może i dobry, może byłby mądrym wyborem.
Szkarłatny Wicher. NO ŻESZ... Świetnie. Zamiast dobrego, mądrego wojownika dostał jakiegoś PRZYBŁĘDĘ, który z klanem ledwo miał coś wspólnego. I jeszcze jaki szpetny. Jastrząb nadal jednak nie zdradzał swoich emocji, stykając się nosami z przybłędą. W głębi szczątkowej duszy miał zamiar zwrócić śniadanie. Toż to samotnik, zakała świata, a nie wojownik! Pff. No ale cóż, musiał przeżyć. Skończyć trening, zostać wojownikiem i mieć totalnie wylane na wszystko i wszystkich.
- Spotkamy się jutro o wschodzie słońca. - powiedział ze swoim szpetnym uśmiechem.
- Dzisiaj. - to nie była prośba, to był rozkaz, nieznoszący sprzeciwu. Na obrzydliwą mordę Szkarłatnego Wichru wpełzło rozbawienie.
- Nie ty ustalasz zasady. - zaśmiał się. Na szczęście było już po ceremonii, bo mogłoby to wyglądać dziwnie.
- Ja. Czekałem na ceremonię za długo. Im szybciej zaczniemy, tym szybciej skończymy. - znowu rozkazał. Czuł się wyższy od jakiegoś byle samotnika z wojowniczym imieniem. I miał prawo.
- No dobra. - zaśmiał się pseudo-wojownik. - Jeśli tak bardzo ci zależy. Najedz się, zaraz idziemy.
- Nie. Teraz. - odparł i szybkim krokiem ruszył w stronę wyjścia z obozu. Nie zauważył, jak jego mentor syknął, jakby chciał przywołać go do porządku. W końcu tamten musiał pobiec za nowomianowanym kocurkiem. Mimo, że miał siedem księżyców, wyglądał na co najmniej dziewięć. I cały czas rósł! Za księżyc może będzie wyglądać jak wojownik, a za dwa może i przerośnie tego głupiego przybłędę! Jednak miał świadomość, że jakby nie rósł, nie będzie wyższy od Bobra - był on bowiem wysoki, ale za to chudziutki i słaby. Przynajmniej pod tym względem Jastrząb był lepszy - nie tylko wysoki, ale i masywny, silny, umięśniony. Jak na dzikiego kota przystało!
- No więc zacznijmy od podstaw... - zaczął pseudo-wojownik.
***Wiele, wiele chwil, mówienia i owijania sobie Szkarłatnego wokół łapy później...***
Teoria skończyła się. A przynajmniej częściowo. Oba koty obeszły granice dookoła, Szkarłatny poopowiadał o Gwiezdnym Klanie, jakby to nie były tylko bajki dla kociaków. Mówił też o rangach, przywódcach w innych klanach, zastępcach, medykach, rolach w klanie, bla bla bla... omówili też kodeks wojownika, coś co te Gwiezdne Bzdury dały kotom, żeby bezmyślnie się tego trzymały. Dla świętego spokoju starał się zapamiętać. Nie żeby go to obchodziło, po prostu chciał szybciej skończyć trening. A jak go skończyć jak najszybciej? Po prostu wkuwać. Jak koszmarnie i nudno by to nie brzmiało. Musiał się uwolnić. Po prostu musiał.
- No dobrze, skoro tak bardzo chcesz wszystko jak najszybciej, a mamy już teorię za sobą... nauczę cię więc podstaw polowania, bo uczniowie...
- Mają taki obowiązek. - przerwał Szkarłatnemu Jastrząb. W jego opinii "mentor" za wolno mówił, a każde uderzenie serca jest cenne. - Po prostu mnie naucz.
Starszy kocur przewrócił oczami i zacisnął zęby. Widać było, że bycie zdominowanym przez ucznia mu się kompletnie nie podobało i wolałby, żeby tak jednak nie było, ale duma nie pozwalała mu się poddać. Jak uroczo.
- Więc żeby w ogóle podejść do zwierzyny, musisz mieć odpowiednią postawę. - wycedził przez zaciśnięte zęby. - O tak. - dodał już normalnie, po czym przyjął prawidłową postawę łowiecką. - Łapy ugięte, brzuch nisko, ale nie szurać nim po ziemi. Ciężar ciała przeniesiony na tylne łapy. Ogon na równi z grzbietem. Musisz mieć oczy i uszy szeroko otwarte, uważać na każdy liść, każdy patyk, który mógłby cię zdradzić i wydać dźwięk. - w tym momencie Jastrzębia Łapa przyjął tę samą pozycję, co pseudo-wojownik, wykonując wszystko prawie bezbłędnie. Jedyne, co zepsuł, to... w sumie większość. - Niżej! Ugnij te łapy mocniej. Opuść ogon. Ciężar przenieś na tył. - warknął pręgowany. Ton głosu jego 'mentora' nie spodobał się synowi Czarnego Piórka, który od razu skarcił dorosłego jadowitym, wwiercającym się i przepełnionym wściekłością spojrzeniem. Mimo, że to było tylko spojrzenie, po ciele białego przeszedł niechciany dreszcz. Jego ogon uderzył w ziemię. A Jastrząb czytał z tego jak z książki! Przybłęda miał wielką ochotę przejąć dominację w tej sytuacji, ale czarno-biały nie dawał mu do tego nawet najmniejszej okazji, a jego spojrzenie mogło wręcz spalić kogoś żywcem. Nie było na tym świecie rzeczy, która mogłaby ucznia złamać, nie było krzyku, na który nie dałby rady odpowiedzieć. I to dawało mu wielką przewagę.
Posłuchał rad starszego, ale zaraz po tym zamiast zostać i słuchać dalej, poszedł powoli w inną stronę, szukając zwierzyny. Miał pecha, wiatr wiał trochę pod skosem, nie szedł więc pod wiatr, a prawie z wiatrem. I przez to nornica, którą przecież tak dokładnie widział na drodze uciekła mu. Przeklął pod nosem i spojrzał z wyrzutem na Szkarłatnego. Tym samym, wręcz bolesnym spojrzeniem.
- Nie dałeś mi dokończyć. Musisz iść POD wiatr, żeby wiał ci w pysk. Wtedy zwierzyna cię nie wyczuje. - zmrużył oczy pseudo-wojownik, a jego ogon kolejny raz przeciął powietrze. Czarno-biały kolejny raz skarcił go wzrokiem za ton, w jakim się odezwał, ale tym razem nie wyglądało, jakby pręgowany w ogóle się tym przejął. A przynajmniej na to nie wyglądało. Bo spojrzenie Jastrzębia paliło pod futrem, niczym ogień, którym niedługo zajmie się las. Tym razem syn Palącego Pioruna posłuchał jednak i ustawił się pod wiatr. Tym razem zdobycz prawie uciekła mu spod łap, jednak udało mu się ją dorwać. Ledwo.
- Brawo. Koniec na dziś. Zanieś tę popielicę na stos. - zarządził Szkarłatny, jednak było w jego głosie czuć niepewność. Nie dał rady być tak stanowczy, jak Jastrząb. Wspaniale. Uczeń spojrzał na swoją zdobycz. Chuda, ale może ktoś się tym naje. Wrócił więc do obozu, wyprzedzając 'mentora' i wybrał ze stosu małą, chudą myszkę. Susza bardzo doskwierała nie tylko kotom, ale i zwierzynie.
<Ktoś? tylko nie Szkarłat >.> >
Szkarłatny Wicher. NO ŻESZ... Świetnie. Zamiast dobrego, mądrego wojownika dostał jakiegoś PRZYBŁĘDĘ, który z klanem ledwo miał coś wspólnego. I jeszcze jaki szpetny. Jastrząb nadal jednak nie zdradzał swoich emocji, stykając się nosami z przybłędą. W głębi szczątkowej duszy miał zamiar zwrócić śniadanie. Toż to samotnik, zakała świata, a nie wojownik! Pff. No ale cóż, musiał przeżyć. Skończyć trening, zostać wojownikiem i mieć totalnie wylane na wszystko i wszystkich.
- Spotkamy się jutro o wschodzie słońca. - powiedział ze swoim szpetnym uśmiechem.
- Dzisiaj. - to nie była prośba, to był rozkaz, nieznoszący sprzeciwu. Na obrzydliwą mordę Szkarłatnego Wichru wpełzło rozbawienie.
- Nie ty ustalasz zasady. - zaśmiał się. Na szczęście było już po ceremonii, bo mogłoby to wyglądać dziwnie.
- Ja. Czekałem na ceremonię za długo. Im szybciej zaczniemy, tym szybciej skończymy. - znowu rozkazał. Czuł się wyższy od jakiegoś byle samotnika z wojowniczym imieniem. I miał prawo.
- No dobra. - zaśmiał się pseudo-wojownik. - Jeśli tak bardzo ci zależy. Najedz się, zaraz idziemy.
- Nie. Teraz. - odparł i szybkim krokiem ruszył w stronę wyjścia z obozu. Nie zauważył, jak jego mentor syknął, jakby chciał przywołać go do porządku. W końcu tamten musiał pobiec za nowomianowanym kocurkiem. Mimo, że miał siedem księżyców, wyglądał na co najmniej dziewięć. I cały czas rósł! Za księżyc może będzie wyglądać jak wojownik, a za dwa może i przerośnie tego głupiego przybłędę! Jednak miał świadomość, że jakby nie rósł, nie będzie wyższy od Bobra - był on bowiem wysoki, ale za to chudziutki i słaby. Przynajmniej pod tym względem Jastrząb był lepszy - nie tylko wysoki, ale i masywny, silny, umięśniony. Jak na dzikiego kota przystało!
- No więc zacznijmy od podstaw... - zaczął pseudo-wojownik.
***Wiele, wiele chwil, mówienia i owijania sobie Szkarłatnego wokół łapy później...***
Teoria skończyła się. A przynajmniej częściowo. Oba koty obeszły granice dookoła, Szkarłatny poopowiadał o Gwiezdnym Klanie, jakby to nie były tylko bajki dla kociaków. Mówił też o rangach, przywódcach w innych klanach, zastępcach, medykach, rolach w klanie, bla bla bla... omówili też kodeks wojownika, coś co te Gwiezdne Bzdury dały kotom, żeby bezmyślnie się tego trzymały. Dla świętego spokoju starał się zapamiętać. Nie żeby go to obchodziło, po prostu chciał szybciej skończyć trening. A jak go skończyć jak najszybciej? Po prostu wkuwać. Jak koszmarnie i nudno by to nie brzmiało. Musiał się uwolnić. Po prostu musiał.
- No dobrze, skoro tak bardzo chcesz wszystko jak najszybciej, a mamy już teorię za sobą... nauczę cię więc podstaw polowania, bo uczniowie...
- Mają taki obowiązek. - przerwał Szkarłatnemu Jastrząb. W jego opinii "mentor" za wolno mówił, a każde uderzenie serca jest cenne. - Po prostu mnie naucz.
Starszy kocur przewrócił oczami i zacisnął zęby. Widać było, że bycie zdominowanym przez ucznia mu się kompletnie nie podobało i wolałby, żeby tak jednak nie było, ale duma nie pozwalała mu się poddać. Jak uroczo.
- Więc żeby w ogóle podejść do zwierzyny, musisz mieć odpowiednią postawę. - wycedził przez zaciśnięte zęby. - O tak. - dodał już normalnie, po czym przyjął prawidłową postawę łowiecką. - Łapy ugięte, brzuch nisko, ale nie szurać nim po ziemi. Ciężar ciała przeniesiony na tylne łapy. Ogon na równi z grzbietem. Musisz mieć oczy i uszy szeroko otwarte, uważać na każdy liść, każdy patyk, który mógłby cię zdradzić i wydać dźwięk. - w tym momencie Jastrzębia Łapa przyjął tę samą pozycję, co pseudo-wojownik, wykonując wszystko prawie bezbłędnie. Jedyne, co zepsuł, to... w sumie większość. - Niżej! Ugnij te łapy mocniej. Opuść ogon. Ciężar przenieś na tył. - warknął pręgowany. Ton głosu jego 'mentora' nie spodobał się synowi Czarnego Piórka, który od razu skarcił dorosłego jadowitym, wwiercającym się i przepełnionym wściekłością spojrzeniem. Mimo, że to było tylko spojrzenie, po ciele białego przeszedł niechciany dreszcz. Jego ogon uderzył w ziemię. A Jastrząb czytał z tego jak z książki! Przybłęda miał wielką ochotę przejąć dominację w tej sytuacji, ale czarno-biały nie dawał mu do tego nawet najmniejszej okazji, a jego spojrzenie mogło wręcz spalić kogoś żywcem. Nie było na tym świecie rzeczy, która mogłaby ucznia złamać, nie było krzyku, na który nie dałby rady odpowiedzieć. I to dawało mu wielką przewagę.
Posłuchał rad starszego, ale zaraz po tym zamiast zostać i słuchać dalej, poszedł powoli w inną stronę, szukając zwierzyny. Miał pecha, wiatr wiał trochę pod skosem, nie szedł więc pod wiatr, a prawie z wiatrem. I przez to nornica, którą przecież tak dokładnie widział na drodze uciekła mu. Przeklął pod nosem i spojrzał z wyrzutem na Szkarłatnego. Tym samym, wręcz bolesnym spojrzeniem.
- Nie dałeś mi dokończyć. Musisz iść POD wiatr, żeby wiał ci w pysk. Wtedy zwierzyna cię nie wyczuje. - zmrużył oczy pseudo-wojownik, a jego ogon kolejny raz przeciął powietrze. Czarno-biały kolejny raz skarcił go wzrokiem za ton, w jakim się odezwał, ale tym razem nie wyglądało, jakby pręgowany w ogóle się tym przejął. A przynajmniej na to nie wyglądało. Bo spojrzenie Jastrzębia paliło pod futrem, niczym ogień, którym niedługo zajmie się las. Tym razem syn Palącego Pioruna posłuchał jednak i ustawił się pod wiatr. Tym razem zdobycz prawie uciekła mu spod łap, jednak udało mu się ją dorwać. Ledwo.
- Brawo. Koniec na dziś. Zanieś tę popielicę na stos. - zarządził Szkarłatny, jednak było w jego głosie czuć niepewność. Nie dał rady być tak stanowczy, jak Jastrząb. Wspaniale. Uczeń spojrzał na swoją zdobycz. Chuda, ale może ktoś się tym naje. Wrócił więc do obozu, wyprzedzając 'mentora' i wybrał ze stosu małą, chudą myszkę. Susza bardzo doskwierała nie tylko kotom, ale i zwierzynie.
<Ktoś? tylko nie Szkarłat >.> >
09 sierpnia 2017
Od Jastrzębia C.D. Mysiego Nosa
Wow, sama zaproponowała, że nikomu nie powie. Kociak ruszył więc w stronę obozu, ale... cóż, zaintrygował go ten cały Klan Burzy. Zawrócił więc, myśląc, że kotka wróciła do obozu. A tu - zaskoczenie! - nie dość, że nie wróciła, to jeszcze go śledziła i dopadła. Szamotał się chwilę, ale nie miało to sensu. Wiedział to. Dlatego przestał i wbił świdrujące, palące spojrzenie w kotkę. Trochę zaczęło brakować mu powietrza. W końcu był, no nie wiem, PRZYDUSZANY. Usłyszał, że chciała odpocząć od kociarni. Wpadł mu do głowy pomysł, bo wszystkie matki są tak samo głupie! Zaczął głośno i ciężko oddychać, zbierając powietrze w płucach, choć było trudno. W pewnym momencie wstrzymał oddech i zesztywniał, niczym trup. Wzrok odleciał mu gdzieś na bok. Podziałało, kotka go puściła. Przez chwilę jakby nie reagowała, wyczekując, aż znów odetchnie, ale nic takiego się nie stało parę uderzeń serca za długo. Płuca bolały go, ale było warto słyszeć ten pisk.
- Hej, wszystko w porządku? Halo? - pacała go łapą raz po raz. Powoli, niewidocznie wypuszczał powietrze. Czuł, że długo tak nie wytrzyma. W końcu przeturlała go na brzuch, a on wstał jak gdyby nigdy nic i wziął głęboki wdech. Aż go zamroczyło. Jednak stał na łapach pewnie, mimo zachwiania się. Kotka spojrzała na niego z oburzeniem.
- Nic ci nie jest? - spytała jednak. Cóż, jej wewnętrzna matka musiała się odezwać.
- Nie. - odparł krótko. Nie miał ochoty na dalszą wymianę zdań z kotką, ale zainteresowało go to, że spędza większość czasu w żłobku. - Masz kocięta? - spytał wręcz zbyt otwarcie. Przecież przed chwilą miał ją kompletnie gdzieś!
- A... a co cię to. - odpowiedziała, marszcząc czoło po chwili. Nie spodziewała się takiego pytania - to było bardziej, niż pewne.
- Odpowiedz. - nalegał tym samym, obojętnym głosem, wwiercając w kotkę swoje obojętne, irytujące, żółte oczy, przewiercające ją na wylot.
<Mysza?>
- Hej, wszystko w porządku? Halo? - pacała go łapą raz po raz. Powoli, niewidocznie wypuszczał powietrze. Czuł, że długo tak nie wytrzyma. W końcu przeturlała go na brzuch, a on wstał jak gdyby nigdy nic i wziął głęboki wdech. Aż go zamroczyło. Jednak stał na łapach pewnie, mimo zachwiania się. Kotka spojrzała na niego z oburzeniem.
- Nic ci nie jest? - spytała jednak. Cóż, jej wewnętrzna matka musiała się odezwać.
- Nie. - odparł krótko. Nie miał ochoty na dalszą wymianę zdań z kotką, ale zainteresowało go to, że spędza większość czasu w żłobku. - Masz kocięta? - spytał wręcz zbyt otwarcie. Przecież przed chwilą miał ją kompletnie gdzieś!
- A... a co cię to. - odpowiedziała, marszcząc czoło po chwili. Nie spodziewała się takiego pytania - to było bardziej, niż pewne.
- Odpowiedz. - nalegał tym samym, obojętnym głosem, wwiercając w kotkę swoje obojętne, irytujące, żółte oczy, przewiercające ją na wylot.
<Mysza?>
Od Jastrzębia C.D. Mysiego Nosa
Siedział w krzakach tylko chwilę, bo poczuł, jak jest łapany za kark i wyciągany. Siedział więc przed swoją kryjówką, naprzeciwko jakiejś kotki, od której... też waliło mlekiem. NO ŻESZ. Ogon zjeżył mu się, a futro na karku stanęło. Czuł mocny zapach Klanu Burzy, choć nie mógł go jeszcze rozpoznać. Zbyt młody i niedoświadczony był. No i nie wiedział, że ten zapach akurat oznacza ten klan. Problem potęgowało to, że teren ten był przesiąknięty i zapachem Nocnych, i Burzowych.
- Co tutaj robisz? - spytała, a Jastrząb wyczuł w jej głosie niepewność. Niby mógłby to jakoś wykorzystać, ale jeszcze tak inteligentny, żeby znaleźć sposób na to nie był.
- Jestem. - odpowiedział zirytowanym głosem. Wow, cóż za wspaniała odpowiedź!
- No jesteś. Na terenach Klanu Burzy. - odgryzła się, jakby zupełnie nie zaskoczyła jej ta odpowiedź.
- I co? - wzruszył barkami i przewrócił oczami lekceważąco. Miał to bardzo gdzieś. Nie obchodziło go, gdzie był tak długo, jak nie miał przez to jakiś ogromnych problemów.
- I to, że nie powinno cię tu być. - odparła pewnie. Oh nie, tragedia się stała! Kociak na terenach! To na pewno napad z bronią, wszyscy umrą!
- Trudno. - znowu wzruszył barkami, a sierść na ogonie i karku znów wróciła do normy. Jeśli ta kotka tutaj zamierzała mu matkować, to lepiej, żeby dała sobie spokój. Jastrząb nie jest z tych, którzy po prostu ślepo słuchają wszystkich, którzy im coś każą. Chyba, że ma z tego zysk. A ze słuchania jakiejś nieznajomej baby nie miał żadnych profitów, a tym bardziej żadnej kary mieć nie mógł. Jego żółte, wręcz denerwująco obojętne oczy wpatrywały się w Myszę z iście wyśmiewającym wyrazem, choć jego mordka ani drgnęła. Myszka nie była też jeszcze skreślona na jego liście. A to było dla niej dobrze. O ile teraz mały Jastrząb nie mógł nikomu nic zrobić, to niedługo duży Jastrząb będzie mógł zrobić wiele. Mimo, że już teraz malutki nie był - wyglądał już prawie jak uczeń. I z każdym dniem rósł.
<Mysza?>
- Co tutaj robisz? - spytała, a Jastrząb wyczuł w jej głosie niepewność. Niby mógłby to jakoś wykorzystać, ale jeszcze tak inteligentny, żeby znaleźć sposób na to nie był.
- Jestem. - odpowiedział zirytowanym głosem. Wow, cóż za wspaniała odpowiedź!
- No jesteś. Na terenach Klanu Burzy. - odgryzła się, jakby zupełnie nie zaskoczyła jej ta odpowiedź.
- I co? - wzruszył barkami i przewrócił oczami lekceważąco. Miał to bardzo gdzieś. Nie obchodziło go, gdzie był tak długo, jak nie miał przez to jakiś ogromnych problemów.
- I to, że nie powinno cię tu być. - odparła pewnie. Oh nie, tragedia się stała! Kociak na terenach! To na pewno napad z bronią, wszyscy umrą!
- Trudno. - znowu wzruszył barkami, a sierść na ogonie i karku znów wróciła do normy. Jeśli ta kotka tutaj zamierzała mu matkować, to lepiej, żeby dała sobie spokój. Jastrząb nie jest z tych, którzy po prostu ślepo słuchają wszystkich, którzy im coś każą. Chyba, że ma z tego zysk. A ze słuchania jakiejś nieznajomej baby nie miał żadnych profitów, a tym bardziej żadnej kary mieć nie mógł. Jego żółte, wręcz denerwująco obojętne oczy wpatrywały się w Myszę z iście wyśmiewającym wyrazem, choć jego mordka ani drgnęła. Myszka nie była też jeszcze skreślona na jego liście. A to było dla niej dobrze. O ile teraz mały Jastrząb nie mógł nikomu nic zrobić, to niedługo duży Jastrząb będzie mógł zrobić wiele. Mimo, że już teraz malutki nie był - wyglądał już prawie jak uczeń. I z każdym dniem rósł.
<Mysza?>
Od Jastrzębia
Nudziło mu się. Strasznie mu się nudziło. Tak strasznie, że miał ochotę po prostu rzucić to wszystko i po prostu uciec przez swój wspaniały tunelik. Nawet opracował sposób, żeby zablokować go od zewnątrz, żeby Bóbr i Paprotka nie mogli przez niego wyjść! Ale jakoś... nie chciało mu się znowu przeżyć tej samej przygody. Już i tak balansował na krawędzi niebezpieczeństwa, dopracowując swoją złą kreację. Czemu miałby ryzykować jeszcze bardziej? Bo to fajne? Bo to niezwykłe? Bo to łamanie zasad? Leżał chwilę w mchu, przewracając się z boku na bok i sumując plusy i minusy wycieczki. Minusem z pewnością byłoby to, że musiałby się stąd ruszyć. Ale cóż, trudno się mówi. Dźwignął się na łapy. Nikogo nie było w kociarni - rodzeństwo rozlazło się po obozie, a mama poszła załatwić swoje sprawy. Dlatego też szybko podniósł warstwy mchu i wsunął się pod nie, jednocześnie pilnując, żeby nie odsłoniły jego tuneliku, który i tak był ukryty jeszcze głębiej. Oj, teraz, gdy urósł ciężko było przecisnąć się, żeby do tunelu dojść, ale jeśli to miało zapewnić mu bezpieczeństwo, to musiał przeżyć. Przecisnął się więc do dużego korytarza i zapchał wejście do niego patykami, mchem i trawą. Czyli wszystkim, co dał radę znaleźć. Szybko zmył z siebie przytłaczający, mdły zapach mleka, którym zawsze wypełniona była kociarnia i wypruł do przodu. Byle szybciej, byle dalej.
Nagle napotkał jakieś koty. Z pewnością z patrolu. Wiatr wiał na jego korzyść, a koty szły w zupełnie inną stronę. Świetnie. Zmienił kierunek, w którym się udawał. Na mapie nie mógłby zaznaczyć, gdzie był, ale bardzo dobrze zapamiętał, jak trafić stąd do domu. Miał taką jakąś super zdolność, wspaniałą orientację w terenie. Czy coś takiego. Poza tym parę razy już łaził wokół swojego tuneliku, a mimo to jeszcze żaden drapieżnik się tym nie zainteresował. Bo żaden nie umiał go znaleźć, ha!
Dotarł do miejsca, w którym dwa różne zapachy ścierały się. Nie mógł ich zidentyfikować. Pachniały po prostu innymi terenami, innymi zwierzętami, innymi kotami. Kręcił się, parę razy przeszedł dziwnym tunelem pod taką czarną, dziwną ścieżką, teraz nawet nie miał pewności, po której stronie był. Mimo to wciąż był po stronie klanów, tylko tego nie wiedział. Do momentu, w którym nie natrafił na ponowny zapach swojego klanu. Pół dnia minęło mu na łażeniu gdzie popadnie. Ale był na tyle ostrożny, że wciąż go nic nie dorwało. Nagle jednak usłyszał szelest w krzakach... nie miał pojęcia, na co się przyszykować, więc sam schował się w jakiejś krzewince. Pilnował, żeby być niezauważonym.
<yyy ktokolwiek??? tylko nie Szkarłat >:C>
Nagle napotkał jakieś koty. Z pewnością z patrolu. Wiatr wiał na jego korzyść, a koty szły w zupełnie inną stronę. Świetnie. Zmienił kierunek, w którym się udawał. Na mapie nie mógłby zaznaczyć, gdzie był, ale bardzo dobrze zapamiętał, jak trafić stąd do domu. Miał taką jakąś super zdolność, wspaniałą orientację w terenie. Czy coś takiego. Poza tym parę razy już łaził wokół swojego tuneliku, a mimo to jeszcze żaden drapieżnik się tym nie zainteresował. Bo żaden nie umiał go znaleźć, ha!
Dotarł do miejsca, w którym dwa różne zapachy ścierały się. Nie mógł ich zidentyfikować. Pachniały po prostu innymi terenami, innymi zwierzętami, innymi kotami. Kręcił się, parę razy przeszedł dziwnym tunelem pod taką czarną, dziwną ścieżką, teraz nawet nie miał pewności, po której stronie był. Mimo to wciąż był po stronie klanów, tylko tego nie wiedział. Do momentu, w którym nie natrafił na ponowny zapach swojego klanu. Pół dnia minęło mu na łażeniu gdzie popadnie. Ale był na tyle ostrożny, że wciąż go nic nie dorwało. Nagle jednak usłyszał szelest w krzakach... nie miał pojęcia, na co się przyszykować, więc sam schował się w jakiejś krzewince. Pilnował, żeby być niezauważonym.
<yyy ktokolwiek??? tylko nie Szkarłat >:C>
08 sierpnia 2017
Od Jastrzębia cd Paprotki
Chciał zostawić rodzeństwo na pastwę wojowników... ale wtedy wydałoby się, że to przez niego wyszli, że on znalazł lukę i on wyszedł pierwszy. Dlatego też wyciągnął długie łapki przed siebie i zaczął biec. Jak najszybciej i najciszej umiał. Wojownicy na szczęście szli wolno, więc miał wystarczająco czasu. A to, że był od rodzeństwa większy tylko ułatwiało sprawę. Biegł, jakby od tego zależało jego życie, jednak zaczęło padać. Łapy ślizgały mu się w nowopowstałym błocie. Uh, nienawidził deszczu, nienawidził go całym sercem. Jak wielu, wielu innych rzeczy. W końcu się udało! Zauważył czarne, choć ubłocone futro brata wśród krzewów, więc skoczył na niego, przewracając go i brudząc jeszcze bardziej. Bóbr zastygł w bezruchu z szeroko otwartymi oczami, po czym - gdy tylko zauważył, co się stało - zaczął się drzeć.
- Jastrząb? Jak mogłeś uciec? Jak mOgŁeŚ NAs ZOSTAWIĆ, MAMA SIĘ MARTWIŁA, MY SIĘ MARTWILIŚMY! JAK MOGŁEŚ TAK PO PROSTU WYJ...
- Zamknij się. - czarno-biały uciszył go, kładąc mu łapę na nosie. - Wracamy. Teraz. Jakiś patrol tu idzie. Jak zobaczą nas poza obozem, to nigdy nie będziemy wojownikami. - skłamał, bo nie miał zielonego pojęcia, jaką karę dostaliby za złamanie świętego prawa. Po prostu jakąś by dostali. A czy poważną, czy nie - to już kompletnie nie ich sprawa. Przecież są tylko głupimi kociakami, na pewno nie zrobiły tego umyślnie! - Gdzie Paprotka? - spytał w końcu, rozglądając się z irytacją w spojrzeniu.
- Paprotka? Szła za mną, ale wracaliśmy i... o nie. Onienienienienie... zgubiłem ją! PAPROT...
- Cicho bądź. - znów uciszył go, kładąc mu łapę na pyszczku, prawie mu ją wpychając do mordki. - Idziemy jej poszukać. Na pewno jeszcze nie mogła pójść za daleko. - powiedział, wzdrygając się jednocześnie z zimna. Futro przyklejone do skóry, przesiąknięte do samego końca nie było wygodne, ani w żaden sposób przydatne. Jednak musieli przecierpieć. Jakby wrócili bez niej, to mama mogłaby ich skrzyczeć. Albo mogliby dostać karę. A tego nie chcieli. Wstali więc i w milczeniu zaczęli wracać tą samą drogą. Gdy nikły zapach Paprotki zaczął się oddalać, podążyli za nim, jednak szybko rozmył się on, pozostawiając jedynie zapach deszczu, przesiąkniętej ziemi i gnijących liści sprzed paru pór. Kręcili się długo, aż uznali to za bezsensowne. Jastrząb po raz pierwszy w życiu faktycznie się martwił, ale w taką pogodę, gdy deszcz tylko przybierał na sile poszukiwania nie mogły zakończyć się sukcesem. Przycupneli więc pod jakimś większym krzakiem na jakimś wzniesieniu, przytuleni, aby nie zmarznąć bardziej i czekali. W pewnym momencie mały egoista zauważył, że jego brat wolniej oddycha. Zaniepokoił się, ale szybko zorientował się, że ten tylko śpi. Dlatego też zabrał się za czyszczenie futerka - najpierw swojego, a potem brata. Żeby nie zamarzli. Niedługo po tym i jego powieki zaczęły opadać, jednak nie zasnął. Deszcz przestał padać! I choć wciąż chmury zakrywały niebo, to nie padało, a zapachy lasu znów zaczęły się ujawniać. Obudził brata, po czym szybkim krokiem zaczęli przeczesywać okolicę, aby... zauważyć futerko siostry wśród krzaków. Daleko, ale było tam! Tyle szukania, ale opłaciło się! Jastrząb pacnął Bobra i zaczęli biec w jej stronę i zatrzymali się przy niej z poślizgiem. Większy kocurek od razu rozpoznał się w terenie. Aha, był tu! Pamiętał to miejsce! Zignorował to, co robiło i mówiło jego rodzeństwo.
- Chodźcie, wracamy do domu, może nikt się nie zorientuje. - w końcu nie minęło długo. Czarno-biały narzucał szybkie tempo, ale nie takie, by rodzeństwo nie nadążało. Pilnował też, żeby się nie zgubili. Szedł szybko, obóz był coraz bliżej... a on doskonale znał drogę.
<Paprotka, Bober?>
- Jastrząb? Jak mogłeś uciec? Jak mOgŁeŚ NAs ZOSTAWIĆ, MAMA SIĘ MARTWIŁA, MY SIĘ MARTWILIŚMY! JAK MOGŁEŚ TAK PO PROSTU WYJ...
- Zamknij się. - czarno-biały uciszył go, kładąc mu łapę na nosie. - Wracamy. Teraz. Jakiś patrol tu idzie. Jak zobaczą nas poza obozem, to nigdy nie będziemy wojownikami. - skłamał, bo nie miał zielonego pojęcia, jaką karę dostaliby za złamanie świętego prawa. Po prostu jakąś by dostali. A czy poważną, czy nie - to już kompletnie nie ich sprawa. Przecież są tylko głupimi kociakami, na pewno nie zrobiły tego umyślnie! - Gdzie Paprotka? - spytał w końcu, rozglądając się z irytacją w spojrzeniu.
- Paprotka? Szła za mną, ale wracaliśmy i... o nie. Onienienienienie... zgubiłem ją! PAPROT...
- Cicho bądź. - znów uciszył go, kładąc mu łapę na pyszczku, prawie mu ją wpychając do mordki. - Idziemy jej poszukać. Na pewno jeszcze nie mogła pójść za daleko. - powiedział, wzdrygając się jednocześnie z zimna. Futro przyklejone do skóry, przesiąknięte do samego końca nie było wygodne, ani w żaden sposób przydatne. Jednak musieli przecierpieć. Jakby wrócili bez niej, to mama mogłaby ich skrzyczeć. Albo mogliby dostać karę. A tego nie chcieli. Wstali więc i w milczeniu zaczęli wracać tą samą drogą. Gdy nikły zapach Paprotki zaczął się oddalać, podążyli za nim, jednak szybko rozmył się on, pozostawiając jedynie zapach deszczu, przesiąkniętej ziemi i gnijących liści sprzed paru pór. Kręcili się długo, aż uznali to za bezsensowne. Jastrząb po raz pierwszy w życiu faktycznie się martwił, ale w taką pogodę, gdy deszcz tylko przybierał na sile poszukiwania nie mogły zakończyć się sukcesem. Przycupneli więc pod jakimś większym krzakiem na jakimś wzniesieniu, przytuleni, aby nie zmarznąć bardziej i czekali. W pewnym momencie mały egoista zauważył, że jego brat wolniej oddycha. Zaniepokoił się, ale szybko zorientował się, że ten tylko śpi. Dlatego też zabrał się za czyszczenie futerka - najpierw swojego, a potem brata. Żeby nie zamarzli. Niedługo po tym i jego powieki zaczęły opadać, jednak nie zasnął. Deszcz przestał padać! I choć wciąż chmury zakrywały niebo, to nie padało, a zapachy lasu znów zaczęły się ujawniać. Obudził brata, po czym szybkim krokiem zaczęli przeczesywać okolicę, aby... zauważyć futerko siostry wśród krzaków. Daleko, ale było tam! Tyle szukania, ale opłaciło się! Jastrząb pacnął Bobra i zaczęli biec w jej stronę i zatrzymali się przy niej z poślizgiem. Większy kocurek od razu rozpoznał się w terenie. Aha, był tu! Pamiętał to miejsce! Zignorował to, co robiło i mówiło jego rodzeństwo.
- Chodźcie, wracamy do domu, może nikt się nie zorientuje. - w końcu nie minęło długo. Czarno-biały narzucał szybkie tempo, ale nie takie, by rodzeństwo nie nadążało. Pilnował też, żeby się nie zgubili. Szedł szybko, obóz był coraz bliżej... a on doskonale znał drogę.
<Paprotka, Bober?>
25 lipca 2017
Od Jastrzębia C.D. Bobra
- JAAAAASTRZĄĄĄB! - usłyszał z oddali krzyk, choć z tej odległości brzmiało to jak szept. Jednak nawet tego szeptu nie dało się pomylić z żadnym innym. Bober. Jastrząb z pewnością strzeliłby teraz jakiegoś łaparyja, ale... cóż, był kotem, a nie człowiekiem. Tym dzikim wrzaskiem jednak na pewno zwróci na siebie czyjąś uwagę. Na przykład patrolu, czy innego drapieżnika. No ale... z drugiej strony matka by go chyba zamordowała, a jego flaki wyrzuciła potworom dwunożnych na pożarcie, gdyby dowiedziała się, że Bobra coś zeżarło, bo wylazł gdzieś w świat, by ratować jego nieodpowiedzialne dupsko. Wydał z siebie przeciągły jęk zażenowania, wijąc się na krawędzi pomiędzy ruszeniem się z miejsca i pomocą bratu, a zwyczajnym spacerkiem dalej. No bo nie miał żadnego zaplutego obowiązku, żeby ratować jego tępą facjatę przed byciem rozszarpaną przez pięćdziesiąt różnych drapieżników i zgwałconą przez jakieś Borsuki, czy coś. Wkurzony do granic możliwości wrzaskami brata zwyczajnie go olał, idąc dalej, oddalając się od szczyn swoich pobratymców jeszcze dalej. Jednak krzyki Bobra nie oddalały się, a wręcz przeciwnie - stawały się głośniejsze z każdą chwilą. Postanowił więc iść naokoło i przestraszyć rodzeństwo, żeby wróciło i nie interesowało się nieswoimi sprawami. Ale nie lubił się wysilać, więc zamiast całą drogę się skradać, jak na mądrego kota przystało po prostu szedł pod wiatr, upewniając się, że nie idzie po swojej poprzedniej ścieżce. Trochę się gubił, ale wrzask brata znów pozwalał mu się zorientować w przestrzeni. W sumie nie zdziwiłby się, gdyby nie zdążył, a jakiś patrol zabrał małego skurczybobra do obozu, aby zrobić mu jakieś bardzo niemiłe wywody, jak to poza obozem jest niebezpiecznie. A matka pewnie już sobie kłaki wyrywa, bo ten głupi kurdupel polazł za bratem, sprytniejszym i przede wszystkim MYŚLĄCYM nad każdym swoim kolejnym ruchem, a nie idącym na pałę, byle dalej, nie ważne, co może stać się potem. Jednak nie zdążył dotrzeć do rodzeństwa, gdy usłyszał kroki. Schował się w krzakach, upewniając się, że jest pod wiatr do nieznajomego i przyczaił się, nadstawiając uszu.
- Na osty i ciernie, co się tak drze? - spytała jakaś kotka pod nosem. Kotka! Czyli to pewnie ktoś z klanu. Upewnił go w tym fakt, że śmierdziała wręcz na kilometr Klanem Nocy.
- Brzmi jak wrzask jakiegoś bachora. - stwierdził kocur o znajomym głosie. Jagodowy Cośtam!
- Tyle wiem. - westchnęła, po czym powiedziała coś jeszcze, ale Jastrząb nie dosłyszał, bo poruszała się szybko. Za nimi szedł jeszcze jakiś kocur, ten nowy, czy coś. Nie był przesiąknięty zapachem Nocy, ale go nosił, więc najwyraźniej nie był tu długo. Ale... skoro to patrol, to co się stanie z jego rodzeństwem?
<Bóbr, Paprotka, łotewer>
- Na osty i ciernie, co się tak drze? - spytała jakaś kotka pod nosem. Kotka! Czyli to pewnie ktoś z klanu. Upewnił go w tym fakt, że śmierdziała wręcz na kilometr Klanem Nocy.
- Brzmi jak wrzask jakiegoś bachora. - stwierdził kocur o znajomym głosie. Jagodowy Cośtam!
- Tyle wiem. - westchnęła, po czym powiedziała coś jeszcze, ale Jastrząb nie dosłyszał, bo poruszała się szybko. Za nimi szedł jeszcze jakiś kocur, ten nowy, czy coś. Nie był przesiąknięty zapachem Nocy, ale go nosił, więc najwyraźniej nie był tu długo. Ale... skoro to patrol, to co się stanie z jego rodzeństwem?
<Bóbr, Paprotka, łotewer>
24 lipca 2017
Od Jastrzębia
Instynkt samozachowawczy? Co to, nie znam.
Od jakiegoś czasu mógł mówić, ale bardzo rzadko z tego korzystał. Bo nie miał do kogo się odzywać. Jego rodzeństwo to idioci, matka nie raz ma go gdzieś, a ojciec... kto to?
Wyszedł więc tego dnia z kociarni jak gdyby nigdy nic. Bo matka pozwala, to czemu miałby się kisić w więzieniu? Zresztą i tak było mu tam za gorąco. Zwiedzał obóz długo, nawet bardzo. Wyczaił bez problemu, że z tego większego więzienia łatwo się nie wydrze. I w sumie nie zamierzał. Do czasu.
W pewnym momencie jakiś "wspaniały" pan wojownik o granatowych oczach i czarnym, cętkowanym futrze spojrzał na niego nieprzyjaznym wzrokiem, zupełnie, jakby biedny Jastrząb wbił mu coś w zad. Chociaż pewnie i nie musiał, skoro dorosły kot i tak był sztywny jak kij od szczotki.
- Co się tak kręcisz po obozie, jakby cię łapy swędziały? - prychnął, gdy żółtooki po raz piąty tego dnia przeszedł obok niego.
- Bo mogę. Bo nudno tu. - przewrócił oczami. Klapnął na ziemi, spodziewając się czegoś ciekawego.
- Bardzo ci się nudzi? - spytał wciąż nieprzyjemnym tonem. Jastrząb niejednokrotnie denerwował go swoim zachowaniem, więc chciał to zrobić i tym razem. Chwilę myślał, co mógłby zrobić, żeby czarny faktycznie się wkurzył, a nie zaśmiał z politowaniem, czy coś. Jednak uznał, że to nie ma sensu jak po jakimś czasie nie mógł nic wymyślić. Cóż.
- Ta. - mruknął od niechcenia w końcu, a wojownik skierował się w stronę legowiska starszyzny - nieużywanego już, bo taka starucha, która tam mieszkała sobie niedawno kopnęła w kalendarz. Dzieciak Czarnego Piórka jednak poszedł za nim, a jakże. Gdy Jagodowy zorientował się, że właściwie ktoś za nim idzie, a tym ktosiem był żółtooki wypierdek, przyspieszył. W końcu znaleźli się tam, gdzie mieli. Starszy kot rozsunął mech, nachodzący na ścianę legowiska, ukazując wspaniałą lukę w zabezpieczeniach. Idealną do chowania się, bo nikt nie wiedział, czy na serio można nią gdzieś wyjść. Czarno-biały spojrzał na kocura podejrzliwie, ale wszedł do małego tunelu. I co tam znalazł? Całe nic. Chciał się wycofać, ale... nagle coś mu nie pozwoliło. Oh, oczywiście, ten idiota musiał wyjście znów zakryć mchem, całą kupą mchu, aby tylko dopiec kurduplowi. Jastrząb chwilę szarpał się z gałęziami, liśćmi i zawartością legowiska, jednak ostatecznie udało mu się wyjść. Jednak był jeden krok bliżej do znalezienia wyjścia z obozu. Ta jedna luka oznaczała, że może ich być więcej - a więc można je poszerzyć, wyłamać patyki, wyrwać liście i być wolnym.
***
Minęło parę dni. Jastrząb od tamtego czasu pielęgnował wspaniały wyłam, który udało mu się znaleźć w kociarni. Kiedy klany dotarły na te tereny i zaczęły umacniać ściany obozu, ktoś nie do końca się przyłożył, efektem czego była szczelina, przez którą bez problemu mógłby przecisnąć się kot, jednak z wewnątrz zasłonięta i nieźle załatana, zaś z zewnątrz zarośnięta. Jednak gdy udało mu się wyłamać parę gałązek, udało mu się wytworzyć przejście, które potem starannie przygotowywał, dzięki czemu był to tunel, który prowadził do załatanej jedynie z wierchu szczeliny - a potem już bez problemu mógł wyjść. Mógł, ale nie chciał. Bo planował. Wyrywał chwasty po drugiej stronie tunelu, ogarniał swój tunel, poszerzał przejście, chował to wszystko pod mchem... a przede wszystkim udawał, że nic się nie działo. Aż pewnego dnia uznał, że wykonał wspaniałą robotę. Przecież udało mu się trzymać to w sekrecie przez pół księżyca, a ci idioci z klanu się nie zorientowali! Matka nie zauważyła, rodzeństwo nie zwróciło uwagi. Odwiedzający nie widzieli. Ewentualnie jak nagle spod mchu wyszedł właśnie Jastrząb, brali to za niewinną zabawę, czy chowanie się przed rodzeństwem. I wspaniale. W końcu zjadł swój przydział zdobyczy, która mu się należała ze względu na wiek i... wyszedł swoim tunelem. Rośliny były inne, nowe. Nieznane. Zapachy również. Ale nie zachwycał się nimi. W końcu to tylko jakieś chwasty. Po co one komu? Ciągle był czujny, zmył z siebie przed wyjściem ten straszny, uderzający na kilometr zapach mleka. Szedł spokojnie, uważając, by nie natknąć się na patrol, czy drapieżnika. Jak dobrze, że wyruszył rano, jak tylko patrole wyszły! Nie zauważył żadnego ani nie został wyczuty, znaleziony i zatargany za ucho do matki. Nie miał pojęcia, w którą stronę polazł, ale gdy słońce już schodziło ze szczytu nieba, smród szczyn jego współklanowiczów zaczął słabnąć. I dobrze. Bo go już od tego mdliło.
<yyy ktokolwiek lol od razu uprzedzam, że żeby znaleźć Jastrzębia, on najpierw musi chcieć być znaleziony, więc kot z jego klanu raczej nie wyskoczy mu nagle zza pleców z dramą i wrzaskiem>
Od jakiegoś czasu mógł mówić, ale bardzo rzadko z tego korzystał. Bo nie miał do kogo się odzywać. Jego rodzeństwo to idioci, matka nie raz ma go gdzieś, a ojciec... kto to?
Wyszedł więc tego dnia z kociarni jak gdyby nigdy nic. Bo matka pozwala, to czemu miałby się kisić w więzieniu? Zresztą i tak było mu tam za gorąco. Zwiedzał obóz długo, nawet bardzo. Wyczaił bez problemu, że z tego większego więzienia łatwo się nie wydrze. I w sumie nie zamierzał. Do czasu.
W pewnym momencie jakiś "wspaniały" pan wojownik o granatowych oczach i czarnym, cętkowanym futrze spojrzał na niego nieprzyjaznym wzrokiem, zupełnie, jakby biedny Jastrząb wbił mu coś w zad. Chociaż pewnie i nie musiał, skoro dorosły kot i tak był sztywny jak kij od szczotki.
- Co się tak kręcisz po obozie, jakby cię łapy swędziały? - prychnął, gdy żółtooki po raz piąty tego dnia przeszedł obok niego.
- Bo mogę. Bo nudno tu. - przewrócił oczami. Klapnął na ziemi, spodziewając się czegoś ciekawego.
- Bardzo ci się nudzi? - spytał wciąż nieprzyjemnym tonem. Jastrząb niejednokrotnie denerwował go swoim zachowaniem, więc chciał to zrobić i tym razem. Chwilę myślał, co mógłby zrobić, żeby czarny faktycznie się wkurzył, a nie zaśmiał z politowaniem, czy coś. Jednak uznał, że to nie ma sensu jak po jakimś czasie nie mógł nic wymyślić. Cóż.
- Ta. - mruknął od niechcenia w końcu, a wojownik skierował się w stronę legowiska starszyzny - nieużywanego już, bo taka starucha, która tam mieszkała sobie niedawno kopnęła w kalendarz. Dzieciak Czarnego Piórka jednak poszedł za nim, a jakże. Gdy Jagodowy zorientował się, że właściwie ktoś za nim idzie, a tym ktosiem był żółtooki wypierdek, przyspieszył. W końcu znaleźli się tam, gdzie mieli. Starszy kot rozsunął mech, nachodzący na ścianę legowiska, ukazując wspaniałą lukę w zabezpieczeniach. Idealną do chowania się, bo nikt nie wiedział, czy na serio można nią gdzieś wyjść. Czarno-biały spojrzał na kocura podejrzliwie, ale wszedł do małego tunelu. I co tam znalazł? Całe nic. Chciał się wycofać, ale... nagle coś mu nie pozwoliło. Oh, oczywiście, ten idiota musiał wyjście znów zakryć mchem, całą kupą mchu, aby tylko dopiec kurduplowi. Jastrząb chwilę szarpał się z gałęziami, liśćmi i zawartością legowiska, jednak ostatecznie udało mu się wyjść. Jednak był jeden krok bliżej do znalezienia wyjścia z obozu. Ta jedna luka oznaczała, że może ich być więcej - a więc można je poszerzyć, wyłamać patyki, wyrwać liście i być wolnym.
***
Minęło parę dni. Jastrząb od tamtego czasu pielęgnował wspaniały wyłam, który udało mu się znaleźć w kociarni. Kiedy klany dotarły na te tereny i zaczęły umacniać ściany obozu, ktoś nie do końca się przyłożył, efektem czego była szczelina, przez którą bez problemu mógłby przecisnąć się kot, jednak z wewnątrz zasłonięta i nieźle załatana, zaś z zewnątrz zarośnięta. Jednak gdy udało mu się wyłamać parę gałązek, udało mu się wytworzyć przejście, które potem starannie przygotowywał, dzięki czemu był to tunel, który prowadził do załatanej jedynie z wierchu szczeliny - a potem już bez problemu mógł wyjść. Mógł, ale nie chciał. Bo planował. Wyrywał chwasty po drugiej stronie tunelu, ogarniał swój tunel, poszerzał przejście, chował to wszystko pod mchem... a przede wszystkim udawał, że nic się nie działo. Aż pewnego dnia uznał, że wykonał wspaniałą robotę. Przecież udało mu się trzymać to w sekrecie przez pół księżyca, a ci idioci z klanu się nie zorientowali! Matka nie zauważyła, rodzeństwo nie zwróciło uwagi. Odwiedzający nie widzieli. Ewentualnie jak nagle spod mchu wyszedł właśnie Jastrząb, brali to za niewinną zabawę, czy chowanie się przed rodzeństwem. I wspaniale. W końcu zjadł swój przydział zdobyczy, która mu się należała ze względu na wiek i... wyszedł swoim tunelem. Rośliny były inne, nowe. Nieznane. Zapachy również. Ale nie zachwycał się nimi. W końcu to tylko jakieś chwasty. Po co one komu? Ciągle był czujny, zmył z siebie przed wyjściem ten straszny, uderzający na kilometr zapach mleka. Szedł spokojnie, uważając, by nie natknąć się na patrol, czy drapieżnika. Jak dobrze, że wyruszył rano, jak tylko patrole wyszły! Nie zauważył żadnego ani nie został wyczuty, znaleziony i zatargany za ucho do matki. Nie miał pojęcia, w którą stronę polazł, ale gdy słońce już schodziło ze szczytu nieba, smród szczyn jego współklanowiczów zaczął słabnąć. I dobrze. Bo go już od tego mdliło.
<yyy ktokolwiek lol od razu uprzedzam, że żeby znaleźć Jastrzębia, on najpierw musi chcieć być znaleziony, więc kot z jego klanu raczej nie wyskoczy mu nagle zza pleców z dramą i wrzaskiem>
04 lipca 2017
Od Jastrzębia
Ahh, wspaniały, nowy świat. No chyba właśnie nie do końca.
Otworzył oczy po raz pierwszy. Dziwne, jasne, rozmazane plamy to jedyne, co zobaczył. Pisnął, jednak nie ze strachu, czy innych głupot. No gdzie tam. Pisnął, bo to wszystko było zbyt głupie, aby móc być tym wspaniałym światem, o którym nie raz ktoś tam w oddali mamrotał. Przekręcił się na bok, bo leżenie na brzuchu było niewygodne. Machnął łapką. Zamknął oczy. Chciał znowu iść spać, ale jego rodzeństwo piszczało, a nad głową co chwila słyszał jakieś głosy. Warknąłby, gdyby tylko umiał, jednak w tym momencie mógł wydać tylko trochę niższe piśnięcie, co tym wieku jednak brzmiało baaaardzo złowrogo, bój się świecie! Nie. Nieprawda.
Przespał prawie resztę dnia. Oczywiście dopóki nie obudził go kocięcy głód. Odetchnął głęboko, choć nikt raczej nie zauważyłby różnicy pomiędzy takim głębokim oddechem, a zwykłym. Nie chciał jeść, ale musiał, no cóż. Przekręcił się znów na brzuch i powoli podniósł na łapki, co niestety przez głupi wiek poskutkowało jedynie upadkiem. A że nie podniósł się jakoś bardzo wysoko, to nic mu nie było. Pisnął, zirytowany, jednak pisk ten można porównać bardziej do głośnego wypuszczenia powietrza. Wciąż nie było ono tak głośne, aby kogokolwiek zaalarmować. I dobrze. Przyczołgał się więc do brzucha mamy, szukając źródła jedzenia. Znalazł, więc zaczął pić, jednocześnie myśląc dokładniej po raz pierwszy. Myślał, że może po jedzeniu pośpi sobie na drugim boku. Że przepchnie rodzeństwo trochę dalej od siebie, żeby nie przeszkadzało. Po raz pierwszy też zaczął nasłuchiwać. O ile można to tak nazwać. Po napełnieniu brzucha odczołgał się, odepchnął rodzeństwo od siebie i położył się na lewym boku. Skupił się na wyłapywaniu dźwięków z otoczenia. Dziwne dźwięki formowały się w dłuższe dźwięki. Prymitywnie wywnioskował, że tak koty się porozumiewają. Spróbował powtórzyć, jednak z jego gardła nie wydobyło się nic, oprócz pisku. Pacnął łapką w ziemię w geście zdenerwowania i znów usnął. Tyle dziś zrobił rzeczy ten wyjątkowy, pierwszy raz. Jaka szkoda, że wszystkie te rzeczy skończyły się porażką.
Parę następnych dni minęło podobnie. Próba zobaczenia świata dokładnie, próba powtórzenia dźwięków, porażka, sen. Nic niezwykłego. Jednak tę rutynę przerwał wyjątkowy dzień - gdy udało mu się wreszcie zobaczyć otoczenie bez nieprzyjemnej, rozmazującej wszystko mgiełki. Wciąż nie widział zbyt dobrze, ale widział. Świat nie podobał mu się ani trochę. Wszystko było statyczne, żadnej akcji, jedynym ruchem były podnoszące się i opadające boki rodzeństwa, czy rodzicielki. Przewrócił delikatnie malutkimi oczkami. Świat był bez sensu. I nie wyglądało, aby miało to się zmienić. Pisnął, niezadowolony i wtulił się w mech, na którym leżał. Nuda.
<ktoś???????? idk>
Otworzył oczy po raz pierwszy. Dziwne, jasne, rozmazane plamy to jedyne, co zobaczył. Pisnął, jednak nie ze strachu, czy innych głupot. No gdzie tam. Pisnął, bo to wszystko było zbyt głupie, aby móc być tym wspaniałym światem, o którym nie raz ktoś tam w oddali mamrotał. Przekręcił się na bok, bo leżenie na brzuchu było niewygodne. Machnął łapką. Zamknął oczy. Chciał znowu iść spać, ale jego rodzeństwo piszczało, a nad głową co chwila słyszał jakieś głosy. Warknąłby, gdyby tylko umiał, jednak w tym momencie mógł wydać tylko trochę niższe piśnięcie, co tym wieku jednak brzmiało baaaardzo złowrogo, bój się świecie! Nie. Nieprawda.
Przespał prawie resztę dnia. Oczywiście dopóki nie obudził go kocięcy głód. Odetchnął głęboko, choć nikt raczej nie zauważyłby różnicy pomiędzy takim głębokim oddechem, a zwykłym. Nie chciał jeść, ale musiał, no cóż. Przekręcił się znów na brzuch i powoli podniósł na łapki, co niestety przez głupi wiek poskutkowało jedynie upadkiem. A że nie podniósł się jakoś bardzo wysoko, to nic mu nie było. Pisnął, zirytowany, jednak pisk ten można porównać bardziej do głośnego wypuszczenia powietrza. Wciąż nie było ono tak głośne, aby kogokolwiek zaalarmować. I dobrze. Przyczołgał się więc do brzucha mamy, szukając źródła jedzenia. Znalazł, więc zaczął pić, jednocześnie myśląc dokładniej po raz pierwszy. Myślał, że może po jedzeniu pośpi sobie na drugim boku. Że przepchnie rodzeństwo trochę dalej od siebie, żeby nie przeszkadzało. Po raz pierwszy też zaczął nasłuchiwać. O ile można to tak nazwać. Po napełnieniu brzucha odczołgał się, odepchnął rodzeństwo od siebie i położył się na lewym boku. Skupił się na wyłapywaniu dźwięków z otoczenia. Dziwne dźwięki formowały się w dłuższe dźwięki. Prymitywnie wywnioskował, że tak koty się porozumiewają. Spróbował powtórzyć, jednak z jego gardła nie wydobyło się nic, oprócz pisku. Pacnął łapką w ziemię w geście zdenerwowania i znów usnął. Tyle dziś zrobił rzeczy ten wyjątkowy, pierwszy raz. Jaka szkoda, że wszystkie te rzeczy skończyły się porażką.
Parę następnych dni minęło podobnie. Próba zobaczenia świata dokładnie, próba powtórzenia dźwięków, porażka, sen. Nic niezwykłego. Jednak tę rutynę przerwał wyjątkowy dzień - gdy udało mu się wreszcie zobaczyć otoczenie bez nieprzyjemnej, rozmazującej wszystko mgiełki. Wciąż nie widział zbyt dobrze, ale widział. Świat nie podobał mu się ani trochę. Wszystko było statyczne, żadnej akcji, jedynym ruchem były podnoszące się i opadające boki rodzeństwa, czy rodzicielki. Przewrócił delikatnie malutkimi oczkami. Świat był bez sensu. I nie wyglądało, aby miało to się zmienić. Pisnął, niezadowolony i wtulił się w mech, na którym leżał. Nuda.
<ktoś???????? idk>
Subskrybuj:
Posty (Atom)